czwartek, 27 maja 2021
poniedziałek, 17 maja 2021
Warsaw Orient Races - gorący etap drugi.
środa, 12 maja 2021
Mistrzostwa Polski 2021 - z kąpielami błotnymi w pakiecie.
poniedziałek, 10 maja 2021
Mistrzostwa Polski 2021- nocny horror.
Mistrzostwa Polski 2021 - trening, wanna i szampan.
piątek, 7 maja 2021
Pierwszy szczyt do Korony Warszawy!
Jaga-Kora zbliża się wielkimi krokami i chyba najwyższy czas przypomnieć sobie jak wygląda bieganie po górkach. Najwyższa górka w okolicy to oczywiście Górka Szczęśliwicka wznosząca się dumnie 152 m n.p.m. Akurat w dogodnym terminie ruszyła druga edycja Warsaw Orient Races, jak na zawołanie w parku z tą górką;-)
We wtorek lało, we środę do popołudnia także, ale prognozy ciut zmniejszały opady w godzinach startu. Renata także była zapisana, ale po raz kolejny odmówiła wyściubienia nosa poza suche domowe pielesze (poprzednio był Nocny trening UNTS). Nie pozostało mi nic innego jak wciągnąć na siebie biegowe ciuchy i udać się w kierunku Ochoty.
![]() |
Biuro zawodów, nie pada będzie fajnie! |
Po odbyciu przepisowej rundki po parkingu udało się wreszcie zaparkować tuż obok startowego namiotu. Złapałem co trzeba i ruszyłem na start. Jako że wszystko było wcześniej zgłoszone i opłacone, zostało wziąć do ręki mapę i ruszyć na trasę. Niewiele myśląc zrobiłem to. Przed dobiegiem do mostku (pierwszy PK za jeziorkiem) przypomniałem sobie, że nie założyłem opaski i zaraz pot zaleje mi okulary (o ile wcześniej nie spadną z mojego nosa nie przytrzymywane opaską). Gorączkowe przeszukanie kieszeni – dobra, jest opaska. Dobra, nasz jest pierwszy PK. PK 2 i 3 tuż obok, choć do dwójki trzeba było się stoczyć nad sam brzeg wody. Bez SIACa musiałem się ciut nagimnastykować by wetknąć chipa w dyndającą stację bazową nie zapewniając sobie mycia nóg.
Przy przebiegu do PK 4 świszcząca zadyszka przypomniała mi, że zapomniałem przed startem zrobić jakąkolwiek rozgrzewkę! No cóż, przepadło. Po dwóch kilometrach powinno wszystko wrócić do normy!
PK 7. Linia do PK 8 prowadzi przez coś zielonego. Co mi tam zielone, lecę po kresce. Dobrze że chodnikiem, choć ciężko, bo pod górę. O, tu gdzieś w krzakach powinienem zbiec do lampionu w dół. Jest coś na kształt ścieżki. Stromo i śliskawo, jak to po deszczu. Patrzę, a tu dołem wyprzedza mnie zawodnik w odblaskowej pomarańczowej koszulce, który startował po mnie. Co jest? Patrzę na mapę… można było obiec górkę „po równym”, właściwie alejką i - jak pokazują pomiary - wychodzi to 15 metrów dalej w poziomie i 15 metrów mniej w pionie. Eh, brak rozgrzewki i człowiek nie myśli…
A można było pobiec na około.... |
PK 9 w najwyższym dostępnym miejscu górki tu już nie daje się oszukać podejścia i uniknąć zadyszki. PK 10 w dół na jakiejś przerwie w żywopłocie. Jest żywopłot i jest przerwa, ale nie ma lampionu. Oj, bo to ten „wyższy” żywopłot. O, jest! Podbijam.
PK 11 ma być na tej samej poziomnicy, ciut na zachód, także w przerwie żywopłotu. Znowu nie ma lampionu! Nie sprawdziłem kodu dziesiątki, może jestem za bardzo na zachód? Wracam do lampionu sprawdzić – dobry kod – to PK 10. Okulary ciut odparowały, patrzę dokładniej… jedenastka ma być na „wyższej” linii żywopłotu. Zawracam – jest! Tyle że już „po dobrym miejscu”. Sprint nie wybacza takich błędów. Te dwie wpadki dają ze 2-3 minuty straty;-(
Popis dezorientacji |
Lekko zniechęcony zbiegam z górki do PK 12. PK 13 znowu na górze po przeciwnej stronie górki. Staram się utrzymać tempo pod górę i odrobić straty. Kolejne punkty już bez takich strat. Oczywiście traciłem na każdym kilka sekund przez brak SIACa, ale bez wpadek nawigacyjnych. No dobra, przyznam się: była jeszcze jedna wpadka – finisz. Lampion mety zasłonił „tłum”, więc pobiegłem do lampionu startu. 4-5 sekund straty i jedna czy dwie pozycje w dół (ciężko to ustalić jednoznacznie, bo w wynikach coś się nie zgadza przez uczestnika co ma dwa MP, a jest normalnie klasyfikowany). Pewno za tę kompromitację Andrew zmienił mi w wynikach nazwisko na wersję kobiecą;-)
![]() |
Uff wreszcie na mecie! |
![]() |
Tu tłum przesłaniający lampion mety (w bramce) już stopniał... |
No cóż, sprinterem nie jestem, ale przynajmniej potrenowałem podbiegi przed Beskidem Niskim.
czwartek, 6 maja 2021
PUKSowa Majówka - dzień 3
wtorek, 4 maja 2021
Puksowa Majówka - dzień 2
Na niedzielę pogoda zapowiadała się jeszcze gorsza niż była w sobotę. Zewsząd atakowały ostrzeżenia o nadchodzącym armagedonie i w końcu zaczęłam brać pod uwagę możliwość rezygnacji z wyjazdu na trening. Ustaliłam sama ze sobą, że jeśli rankiem będzie mi walić w okno (dachowe) żabami, to w ogóle nie wyłażę spod kołdry, jeśli będą lecieć małe płotki to przemyślę sprawę. W niedzielny poranek w okno nie waliło nic, nawet deszcz. No to pojechaliśmy, ale tylko we dwójkę tym razem. Padać zaczęło gdzieś w połowie trasy, najpierw kilka kropel, potem coraz więcej i więcej. Ale wciąż z rozsądkiem. Szybko pobraliśmy mapy i jak najszybciej ruszyliśmy w las.
Kiedy w domu zgraliśmy nasze gps-y i Tomek usiłował nanieść je na mapę, okazało się, że jest to praktycznie niemożliwe. Jak skala zgadzała się w pionie, to rozjeżdżała się w poziomie, a jak zgadzało się w poziomie, to pion się rozłaził. Jednym słowem biegaliśmy na totalnie niezgodnej z rzeczywistością mapie. No i przynajmniej teraz wiem, że ja to biegłam dobrze, tylko mapa do bani. I niech mi nikt nie próbuje mówić, że było inaczej!
niedziela, 2 maja 2021
PUKSowa Majówka - dzień 1.
sobota, 1 maja 2021
Pokonać Leszka
Renata do Aleksandrowa nie dała się wyciągnąć. Chyba go jakoś niezbyt lubi- szczególnie po nocy!
![]() |
I gdzie jest ten organizator??? |
Jak zwykle sprawca treningu wpadł na miejsce zbiórki pędem, w ostatniej chwili. Rozdał… koszulki na mapy (map nie) i ruszył w stronę startu.
![]() |
Komu koszulkę??? |
700 metrowy dobieg na start, który okazał się dobiegiem kilometrowym, pozwolił większości uczestników wyzionąć ducha.
Na odprawie dowiedzieliśmy się, że „wszystkie chwyty dozwolone” – będzie obracanie mapy i one-man-relay z rozbiciami, klasyczne motylki i teren ze sporą ilością „niezbyt wysokiej roślinności” jak na najbliższych MP. Fajnie. Mapy pod nogę (tu wynikł problem trasy B, która niby była dostępna w zapisach, ale jako omyłka i ci zapisani na nią dostali mapę A, czyli ponad 7 km). Odliczanie i start. Co ciekawe, sprawca-organizator nie został na miejscu, tylko pobiegł gdzieś z czołówką wydając jakieś głośne okrzyki. Pomyślałem sobie, że pewno chce przepłoszyć dziki. Niedaleko miejsca zbiórki pasło się stadko tych zwierząt, a miejscowa młodzież przyglądała się temu stadku z miną zdziwiono-zaniepokojoną.
PK 1 był tuż obok startu – w młodniku. Za punkty służą odblaskowe znaczniki wbite gdzieś pod poziomem gruntu – tak, pod poziomem, bo większość PK w dołkach;-)
Nie byłem nastawiony na jakieś bardzo szybkie bieganie, więc do PK nie musiałem się tłoczyć jak inni. Do PK 2 już trochę dalej – peleton się rozciąga – ja statecznie, dbając o swoje stawy skokowe, powoli pogrążam się w ciemności. Jest dołek z PK 2 – skręt w lewo i kierunek… kolejny młodnik! Akurat nie dołek tylko mulda, więc znacznik widoczny z daleka. Przynamniej dla mnie – spotykam po chwili tu Leszka, który jakoś ma mniej szczęścia i kieruję go we właściwą stronę. Dla ścisłości nie jest to zwykły młodnik, tylko taki specjalnie spreparowany przez leśników (ścięte gałęzie i drzewka) - metoda rzucania kłód pod nogi biegającym;-).
PK 4 na drugim końcu tego samego młodnika w dołku. Przedzieram się – są dołki. Ale coś nie widać świecącego znacznika. Krążę dłuższa chwilę nim wreszcie go znajduję z grupa dziewczyn, która chodzi, a nie biega…
Na szczęście PK 5 już nie w młodniku (ale najpierw trzeba z młodnika wyjść) i łatwo go znaleźć. Rozochocony biegnę na PK 6. Biegnę, biegnę i nagle droga, której tu być nie miało. Znaczy przebiegłem i na dodatek zboczyłem z kierunku. Chwila zastanowienia i wracam po punkt. Znowu pojawia się ta grupa dziewczyn co na PK 4 (one szły, ja biegłem i na jedno wyszło. Wrrr).
PK 7, 8, 9 – idzie mi ciut lepiej, trochę mnie znosi, a i teren nie jest szybki i ciągle czuję damski oddech na karku…
Po PK 9 odrywam się od konkurencji – wyraźnie biegnę po kresce, dobiegam do zakrętu górki – na zboczu ma być dołek ze znacznikiem i…. dołka brak. Zajumali! Krążę, szukam, zjawiają się inni poszukiwacze. Wreszcie dołek się znajduje – musiałem na samym początku przejść dwa metry od niego nie zauważywszy znacznika (i dołka). Wkurzony biegną na PK 11. Znowu krzale. Wreszcie droga. Coś mnie zniosło – ale nic, pobiegnę drogą. Tyle że coś źle policzyłem drogi i to obieganie nic nie daje. Znowu słychać damskie głosy. Pierwszy wypatruję dołek z PK 11 i ruszam dalej na azymut do PK 12 w… młodniku! Czy te MP mają być tylko po młodnikach? Ile można!
Obrót mapy.
PK 13 jest tożsamy z PK 4 i podobnie nie mogę znaleźć znacznika. Jakieś feralne miejsce:-) Za to kolejne trzy punkty wchodzą jak powinny. Wreszcie jestem sam na sam z nocą w lesie!
PK 17 ukryty w kolejnym młodniku – chwilę do niego się przedzieram (liczyłem na lepszą widoczność znacznika ze ścieżki, wiec go ciut przebiegłem). Na osiemnastce już byłem (PK 11) i znowu chwilę go szukam, bo coś kompas zawodzi i mnie znosi. PK 19 tradycyjnie … w młodniku, ale nauczony doświadczeniem, nie daje się nabrać i go szybko znajduję (bo tak naprawdę już tu byłem – PK 5).
PK 20 to punkt węzłowy motylków. Biegnę do niego bezpiecznie drogą, może ciut naokoło, ale teren poza drogami szybki nie jest – szczególnie w nocy.
Przy PK 21 znowu spotykam Leszka. Jest ciut przede mną, ale pewno go przegonię. Na PK 22 jest ciągle pierwszy. Powrót na punkt węzłowy PK 23/PK 20. I strzelam babola. Znosi mnie w lewo i dłuższą chwilę szukam znacznika. Światełko Leszka znika w oddali. PK 24, przedzieram się w kierunku PK 25. Dobiegam do drogi – wygląda, że mnie zniosło. Postanawiam odszukać charakterystyczne oczko na ścieżce. Jako że mnie znosiło ostatnio w lewo, biegnę w prawo. Oczka nie widać, tylko rozwidlenie ścieżki. Rzut oka na mapę – muszę zawrócić. Po chwili – chyba jest oczko – skręcam w prawo. Szukam. Nie ma znacznika. Wracam na drogę i znowu szukam oczka. Jest. Teraz już znajduję 25 i węzłowy 26. Światełka Leszka już od dawna nie widać. Żadnych innych światełek także.
Tak gubić się nie należy... |
Wreszcie meta i kilometr do auta. Oprócz mojego stoi jeszcze jeden samochód i świeci światłami, ale chyba nie Leszek tylko organizator kontrolował czy wszyscy wrócą. Więc jak by się dopytywał – wróciłem. I udało mi się pokonać samego Mistrza Leszka w długości czasu spędzonego w lesie;-)