Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksandrów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aleksandrów. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 maja 2021

Pokonać Leszka

Renata do Aleksandrowa nie dała się wyciągnąć. Chyba go jakoś niezbyt lubi- szczególnie po nocy! 

I gdzie jest ten organizator???
 

Jak zwykle sprawca treningu wpadł na miejsce zbiórki pędem, w ostatniej chwili. Rozdał… koszulki na mapy (map nie) i ruszył w stronę startu. 

Komu koszulkę???
 

700 metrowy dobieg na start, który okazał się dobiegiem kilometrowym, pozwolił większości uczestników wyzionąć ducha.


 

Na odprawie dowiedzieliśmy się, że „wszystkie chwyty dozwolone” – będzie obracanie mapy i one-man-relay z rozbiciami, klasyczne motylki i teren ze sporą ilością „niezbyt wysokiej roślinności” jak na najbliższych MP. Fajnie. Mapy pod nogę (tu wynikł problem trasy B, która niby była dostępna w zapisach, ale jako omyłka i ci zapisani na nią dostali mapę A, czyli ponad 7 km). Odliczanie i start. Co ciekawe, sprawca-organizator nie został na miejscu, tylko pobiegł gdzieś z czołówką wydając jakieś głośne okrzyki. Pomyślałem sobie, że pewno chce przepłoszyć dziki. Niedaleko miejsca zbiórki pasło się stadko tych zwierząt, a miejscowa młodzież przyglądała się temu stadku z miną zdziwiono-zaniepokojoną. 


 

PK 1 był tuż obok startu – w młodniku. Za punkty służą odblaskowe znaczniki wbite gdzieś pod poziomem gruntu – tak, pod poziomem, bo większość PK w dołkach;-) 

Nie byłem nastawiony na jakieś bardzo szybkie bieganie, więc do PK nie musiałem się tłoczyć jak inni. Do PK 2 już trochę dalej – peleton się rozciąga – ja statecznie, dbając o swoje stawy skokowe, powoli pogrążam się w ciemności. Jest dołek z PK 2 – skręt w lewo i kierunek… kolejny młodnik! Akurat nie dołek tylko mulda, więc znacznik widoczny z daleka. Przynamniej dla mnie – spotykam po chwili tu Leszka, który jakoś ma mniej szczęścia i kieruję go we właściwą stronę. Dla ścisłości nie jest to zwykły młodnik, tylko taki specjalnie spreparowany przez leśników (ścięte gałęzie i drzewka) - metoda rzucania kłód pod nogi biegającym;-). 

PK 4 na drugim końcu tego samego młodnika w dołku. Przedzieram się – są dołki. Ale coś nie widać świecącego znacznika. Krążę dłuższa chwilę nim wreszcie go znajduję z grupa dziewczyn, która chodzi, a nie biega… 

Na szczęście PK 5 już nie w młodniku (ale najpierw trzeba z młodnika wyjść) i łatwo go znaleźć. Rozochocony biegnę na PK 6. Biegnę, biegnę i nagle droga, której tu być nie miało. Znaczy przebiegłem i na dodatek zboczyłem z kierunku. Chwila zastanowienia i wracam po punkt. Znowu pojawia się ta grupa dziewczyn co na PK 4 (one szły, ja biegłem i na jedno wyszło. Wrrr). 

PK 7, 8, 9 – idzie mi ciut lepiej, trochę mnie znosi, a i teren nie jest szybki i ciągle czuję damski oddech na karku… 

Po PK 9 odrywam się od konkurencji – wyraźnie biegnę po kresce, dobiegam do zakrętu górki – na zboczu ma być dołek ze znacznikiem i…. dołka brak. Zajumali! Krążę, szukam, zjawiają się inni poszukiwacze. Wreszcie dołek się znajduje – musiałem na samym początku przejść dwa metry od niego nie zauważywszy znacznika (i dołka). Wkurzony biegną na PK 11. Znowu krzale. Wreszcie droga. Coś mnie zniosło – ale nic, pobiegnę drogą. Tyle że coś źle policzyłem drogi i to obieganie nic nie daje. Znowu słychać damskie głosy. Pierwszy wypatruję dołek z PK 11 i ruszam dalej na azymut do PK 12 w… młodniku! Czy te MP mają być tylko po młodnikach? Ile można! 

Obrót mapy. 

PK 13 jest tożsamy z PK 4 i podobnie nie mogę znaleźć znacznika. Jakieś feralne miejsce:-) Za to kolejne trzy punkty wchodzą jak powinny. Wreszcie jestem sam na sam z nocą w lesie! 

PK 17 ukryty w kolejnym młodniku – chwilę do niego się przedzieram (liczyłem na lepszą widoczność znacznika ze ścieżki, wiec go ciut przebiegłem). Na osiemnastce już byłem (PK 11) i znowu chwilę go szukam, bo coś kompas zawodzi i mnie znosi. PK 19 tradycyjnie … w młodniku, ale nauczony doświadczeniem, nie daje się nabrać i go szybko znajduję (bo tak naprawdę już tu byłem – PK 5). 

PK 20 to punkt węzłowy motylków. Biegnę do niego bezpiecznie drogą, może ciut naokoło, ale teren poza drogami szybki nie jest – szczególnie w nocy. 

Przy PK 21 znowu spotykam Leszka. Jest ciut przede mną, ale pewno go przegonię. Na PK 22 jest ciągle pierwszy. Powrót na punkt węzłowy PK 23/PK 20. I strzelam babola. Znosi mnie w lewo i dłuższą chwilę szukam znacznika. Światełko Leszka znika w oddali. PK 24, przedzieram się w kierunku PK 25. Dobiegam do drogi – wygląda, że mnie zniosło. Postanawiam odszukać charakterystyczne oczko na ścieżce. Jako że mnie znosiło ostatnio w lewo, biegnę w prawo. Oczka nie widać, tylko rozwidlenie ścieżki. Rzut oka na mapę – muszę zawrócić. Po chwili – chyba jest oczko – skręcam w prawo. Szukam. Nie ma znacznika. Wracam na drogę i znowu szukam oczka. Jest. Teraz już znajduję 25 i węzłowy 26. Światełka Leszka już od dawna nie widać. Żadnych innych światełek także.

Tak gubić się nie należy...

 Wreszcie meta i kilometr do auta. Oprócz mojego stoi jeszcze jeden samochód i świeci światłami, ale chyba nie Leszek tylko organizator kontrolował czy wszyscy wrócą. Więc jak by się dopytywał – wróciłem. I udało mi się pokonać samego Mistrza Leszka w długości czasu spędzonego w lesie;-)

wtorek, 28 lipca 2020

Nocne Masakry chodzą parami;-)

Rok temu w Otwocku udało mi się wygrać Mistrzostwa Mazowsza w nocnym BnO w M50. Tym razem należałoby osiągnąć podobny wynik. W czwartek – dwa dni przed Mistrzostwami – Igor przygotował „Podksiężycowy trening” w Wesołej. Oczywiście trzeba było tu wystartować, by sprawdzić czy jeszcze potrafię biegać po nocy. Renata – jak można było przewidzieć – stanowczo odmówiła biegania po nocy. Zarówno na treningu jak i na mistrzostwach pewno miałaby zapewnione zwycięstwo, a w tych drugich wręcz złoty medal, gdyby tylko zaliczyła wszystkie punkty. Ja tam miałem zapewnione czwarte miejsce. Ale… wróćmy do treningu.

Trening w Wesołej - czekamy na ciemność (fot Team360)

W czwartek pojechałem do Wesołej. Zwiedziłem wszystkie okoliczne wjazdy, bo oczywiście zapomniałem jak znaleźć miejsce startu samochodem. Biegowo pewno bym trafił bez problemu. Na starcie już sporo ludzi. Tyle, że ani widu księżyca i nocy. Pierwotnie start miał być o 20:30, ale Igor szybko zorientował się, że to nie będzie jeszcze wtedy trening nocny. Szybko zweryfikował się mówiąc o godzinie 21:00. Na miejscu okazało się, że o 21:00 wcale ciemno nie jest. Czekaliśmy z niecierpliwością na sygnał startu. Co niektórzy ruszali już na trasę nie czekając aż się ściemni. Powoli konsumowały nas komary. Wreszcie pomyślałem "czas ruszać, bo nas noc zastanie" i odbiłem puszkę start.

Pierwszy PK zdobyłem jeszcze bez latarki. Tyle że punkty bez lampionów, tylko z odblaskami, a wiadomo - krótkowidz o zmroku nic nie widzi, zarówno z jak i bez latarki… więc zdobyty trochę na ślepo. Przy pierwszych 2 punktach grupa "początkujących" – zastanawiająca się przy punkcie, blokująca dobieg i odbieg. Na szczęście gdzieś koło 3-ciego PK zapadła już noc właściwa.

Lubię biegać samotnie nocą. Światełka, odgłosy zawsze mnie rozpraszają. A tak mogę się skupić i dokładnie trafić tam gdzie chcę. Chyba po PK 5 straciłem z oczu wszelaką pogoń i zostałem sam w lesie, tak jak lubię. PK 6 pamiętam z WesolInO – kilka razy nie mogłem trafić na te dołki, ale tym razem wyszedłem idealnie. Zaraz przebieg koło startu – koniec pierwszej pętelki. Bo trasa C składała się z 3 "pętelek" i w sumie dwa razy przebiegałem w okolicach startu.

Martwiły mnie trochę PK 11 i PK 12 dołki "na niczym" z którymi zawsze miewałem kłopoty za dnia. O dziwo, w nocy wszystko poszło dobrze. Chwilę szukałem PK 14, to przez gęste krzaki w okolicy.

Pod koniec trasy zaczęły mnie doganiać inne światełka. Troszkę czasu zmitrężyłem na PK 14, a potem nie mogłem znaleźć PK 18, więc miały prawo. Ale nie dałem się i pierwszy wpadałem na metę z grupy zawodników z trasy C. Jak się okazało do najlepszego miałem raptem 6:44 minut straty, a do Marcina K … tylko niewiele ponad pół minuty!!!


Po takim treningu w sobotę stanąłem na starcie pełen nadziei. Start dokładnie tam, gdzie był Mazowiecki Track w Aleksandrowie, na „czerwonej drodze”.

Biuro sobotnich zawodów
Start masowy, czyli to czego nie lubię. Dostaliśmy imienne mapy z wypasionym opisem na odwrocie:


Start przez dobrze zakrzaczoną łąką, którą pamiętam z finiszu na Tracku. Pamiętam że dalej w lesie były niezłe chaszcze. 3,2,1 wystartowaliśmy. Na końcu łąki korek. Wytaśmowana ścieżka miała 30 cm szerokości, po bokach kłujące zarośla, więc nic nie da się zrobić. Zostaje wlec się krok za krokiem za jakimiś dziećmi. Wreszcie baner: start. Pasowałoby na azymut, ale wokół niezłe krzaki. Zostaje ścieżka w prawo lub w lewo. Wybieram tę w prawo, bo chyba na niej mniej ludzi. Niby troszkę naokoło, ale gdy krzaki się kończą, ruszam na azymut. Wokół wesoły pokrzykujący tłum światełek. Po dłuższej chwili trafiam na PK 1 (waidomo pierwszy PK dość daleko od startu). Jak pokazują międzyczasy byłem pierwszy z mojej trasy. Trasa z motylkami - nawet przy 4 uczestnikach autorzy zrobili rozbicia już po pierwszym PK. Na PK 2 biegłem samodzielnie, ciut naokoło, ale trafiłem. Wiadomo, w mapę należy się wstrzelić. PK3, PK 4 - wszystko dobrze. PK 5 - rząd dużych dołów. Na azymut. Biegnę – jest dół, nie ma lampionu. Powinny być trzy doły w rzędzie i stawiam, że jestem bardziej po prawe, więc szukam w lewo. Dołu brak;-( To szukam w prawo. Po chwili bezowocnych poszukiwań i zastanawiania się, postanawiam biec naokoło, przez wyraźne skrzyżowanie dróg. W efekcie ponad 7 minut, gdy rywalom zajęło to niewiele ponad 2 minuty. Czyli 5 minut w plecy;-( A wszystko przez kurzą ślepotę – był jeszcze czwarty dół, na który trafiłem, wyłamujący się z szeregu.

PK 6 w miarę, PK 7 znosi mnie w lewo – typowo. Ale miejsce charakterystyczne, daje się skorygować, choć ze stratą czasową. PK 8 i 9 idealnie. Do PK 10 na azymut. Pojawiają się jacyś ludzie. Biegnę za innymi, gdzieś powinien być lampion. Nie widzę. Jedna droga poprzeczna, przed drogą ten lampion być powinien, tyle że tej drogi brak. Biegnę i biegnę – wreszcie jest droga, ale stanowczo za daleko. Staję zdezorientowany. Dobiegam do skrzyżowania – chyba wiem gdzie jestem. Wracam drogami trochę naokoło, by potwierdzić, że wiem, gdzie jestem. Mam wreszcie PK 10 – zajęło mi to ponad 11 minut, gdy innym trochę ponad 4. Kolejne 5 minut straty. Jak pokazują międzyczasy na tym etapie jestem trzeci ze sporą stratą do lidera. Co ciekawe, ślad GPS mówi że… przebiegłem przez lampion z PK 10 i go nie podbiłem. Tam było kilka osób, wszyscy świecili i odblask na PK był niewidoczny. Dlatego nie lubię biegać nocą w tłumie;-(

Kolejna wpadka to PK 12. Dołek w krzakach. Musiałem kilka razy koło niego przechodzić i nie dostrzegłem. Ale plątała się tam sporo grupa ludzi. Zdegustowany pobiegłem dalej. A wisienką zwiększającą skalę mojej porażki był przedostatni PK. Znowu jakieś światełka i znowu kilka ładnych minut poszukiwań czegoś, co było bardzo blisko.

Na pierwsze miejsce raczej nie miałem szans – brak SIACa i ślepota raczej nie dawały mi szans wygrania z Piotrem – chyba, że on popełniłby jakiś błąd. Tego nie zrobił. Wygrać z Andrzejem miałbym szansę – biegowo jestem lepszy, ale on jest dokładniejszy i wiadomo - doświadczenie robi swoje. Najgorzej, że trzecie miejsce utraciłem na tym feralnym przedostatnim PK;-( Ale co tam, za rok się odkuję;-)

czwartek, 28 maja 2020

Powrót do Aleksandrowa

Po tym moim półmaratonie to tak piałam z zachwytu nad urokiem trasy, że Tomek, chcąc mi dogodzić, wyszukał TnCZ dokładnie w tym samym miejscu i w sobotę wybraliśmy się na trasę fioletowo-czerwoną, czyli 7, 3 km.
Tomek gdzieś wyczytał, że dobieg do pierwszego punktu niebezpiecznie zahacza o teren prywatny, strzeżony przez chłopa z widłami, więc umówiliśmy się, że na jedynkę lecimy razem, żeby w razie czego mieć przewagę liczebną. Tym razem chłopa nie było i po minięciu posesji Tomek ruszył swoim tempem, a ja tradycyjnie zostałam w tyle. Od razu zniosło mnie w prawo, ale na punkt trafiłam bez większych problemów. Na dwójkę jak po sznurku, a trójka mi się zacięła. Co gorsza dopadło mnie zaćmienie umysłowe i zamiast od razu namierzać się od granicy kultur, to ja krążyłam po lesie oglądając wszystkie istniejące w okolicy dołki. Dodatkowo tak jakby zaczęłam z lekka zniechęcać się do tych pięknych lasów, bo aczkolwiek ze ścieżek wciąż wyglądały jak z obrazka, to przy chodzeniu na azymut już nie było tak wesoło. A to rośliny łapały na nogi, a to korzenie, patyki, gałęzie, a wszystkie ukryte pod warstwą bujnych jagodzisk. Kolejne punkty tylko potwierdzały, że wersja demo lasu znacznie różni się od rzeczywistej.
Z szóstki na siódemkę już nawet nie próbowałam lecieć na wskroś, tylko wolałam pobiec naokoło, ale drogą. Podobny manewr zrobiłam między jedenastką i dwunastką. Dwunastka dostarczyła mi trochę emocji - na mapie środek kółeczka wypadał na bagienku, więc kiedy skończył mi się rowek doprowadzający pod punkt, uparcie pchałam się na środek podmokłości. O ile wszystkie dotychczasowe podmokłości były mokre tylko na mapie, to ta okazała się bardzo realistyczna i przy każdym kroku grunt uginał mi się pod stopami coraz bardziej i zaczynała ukazywać się woda. Pomyślałam sobie brzydkie rzeczy o autorze mapy i wycofałam się na z góry upatrzone pozycje. Tak się szczęśliwie złożyło, że pozycje te, aczkolwiek nie leżące w środku kółeczka oznaczającego punkt, były jednak owstążkowane, a dodatkowo zapipał mi BPK. I po co lazłam w te mokradła?
Po czternastce miałam ochotę odpuścić resztę trasy i wrócić na metę, ale pomyślałam sobie, że jak raz odpuszczę, to może mi to wejść w nawyk. Poza tym twardym trzeba być, nie miętkim...
Między 32 a 33 władowałam się w młodnik i przy pierwszej napotkanej ścieżce umykałam z niego, preferując jednak trasę naokoło. 34 i 35 to jedna wielka abstrakcja. Ponieważ leciutko zaczynało się zmierzchać, przestałam cokolwiek widzieć na mapie, a już plątanina poziomnic była dla mnie zupełnie nieczytelna. Przy obu punktach zrobiłam małe oszustwo - podeszłam na azymut i odległość gdzieś w okolice punktu i nie widząc wstążki wymusiłam pipanie BPK-a. Gdybym była za daleko, BPK by protestował, więc musiałam być w akceptowalnej odległości. Przy ostatnim punkcie tradycyjnie czekał Tomek i uwieczniał.

 PK 36

Tego, że już od dłuższego czasu nie biegłam, tylko szłam chyba nie muszę nikomu mówić. Gdzieś tam na trasie kilka razy wpadłam nogą w niewidoczne pod runem dziury i trochę czułam dyskomfort w kolanie - raz w jednym, raz w drugim. Dodatkowo żałowałam, że nie wybrałam krótszej trasy i byłam totalnie rozczarowana lasem.
A miało być tak pięknie....

 
 Wreszcie na mecie!

wtorek, 27 marca 2018

Aleksandrowskie ABC

Na poprzednim treningu ABC pogubiłam się totalnie, a na mecie opierniczyłam organizatorów za ich oraz za nie ich "przewinienia" na wszystkich imprezach, gdzie mi słabo poszło, toteż miałam lekkie opory przed kolejnym treningiem OK!Sport-u. Przekonała mnie lokalizacja - prawie Falenica, a tam raczej się nie gubię:-)
Dobrze, że organizatorzy przewidzieli zmianę czasu i nie zrobili startu jakimś bladym świtem o 9-tej na przykład, tylko o całkiem ludzkiej godzinie. Tomek oczywiście wybrał trasę najdłuższą, ja zdeklarowałam się na średnią, która i tak była długa, bo ponad 7 km. Już kilka dni przed imprezą zastanawialiśmy się co znaczy "system hand-ident", który zapowiadali organizatorzy. Przekonałam się o tym już na pierwszym punkcie - zamiast lampionu na krzaku zawiązana była zielona taśma, na której dyndał dziurkacz, taki do robienia ozdobnych dziurek w różnych kształtach.  Ładnie to potem na karcie startowej wyglądało, ale niektóre dziurkacze były oporne i czasem stałam i stałam na punkcie i nie miałam siły w rękach, żeby go potwierdzić.
Od drugiego punktu zaczynały się tereny podmokłe, a przynajmniej mapa była w tym miejscu prawie cała niebieska. Wybiegając na trasę przypadkiem usłyszałam jak organizatorzy komuś mówili, że jest sucho, postanowiłam więc zaryzykować i lecieć na azymut. Ostatecznie marne 7 kilometrów można i w mokrych butach przebiec. Na szczęście faktycznie bagienka powysychały, nie musiałam więc zawracać sobie głowy obieganiem ich i pilnowaniem ścieżek. Bo ścieżki to albo mi się mylą, albo w terenie jest ich więcej lub mniej niż na mapie.
Trochę bałam się jak poznajduję te wszystkie punkty pozaznaczane na różnych maleńkich popierdółkach typu: mikrogórka, przełączka między mikrogórkami, bliżej nieokreślone miejsce między ścieżką, a poziomnicą, mikroobniżenie terenu, jakiś wypustek poziomnicy, co to nigdy nie wiem, co to oznacza w terenie. Na szczęście mój kompas sprawował się przyzwoicie, pokazywał prawdę i tylko prawdę i naprowadzał niemal w liniach prostych na punkt, albo przynajmniej w jego bliską okolicę. Do tego biegło mi się dobrze, aczkolwiek nie pod każdą górkę dałam radę - czasem przechodziłam do marszu. Niby te górki takie mikre, a jednak...
Na metę przybiegłam przed Tomkiem, chociaż na ogół nawet jeśli on biegnie na dłuższym dystansie, to i tak czeka na mnie. Trochę mnie to zdziwiło, ale pomyślałam sobie:
- Genialna jestem i tyle, pewnie jakąś życiówkę zrobiłam!
Moja "życiówka" dała mi piętnaste miejsce na dwadzieścia pięć startujących osób, z czego pięć nie wzięło wszystkich punktów. Ale i tak jestem bardzo zadowolona z imprezki, a nawet i z wyniku. Ostatecznie nie jestem taka ostatnia:-)
A tak biegałam: