Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legionowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Legionowo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 stycznia 2026

ZZK w Legionowie, czyli UFO lub amnezja.

Zaczął się kolejny rok - koniec z opierniczaniem się. Czwartego stycznia wybraliśmy się na ZZK do Legionowa. Zimno, śnieżnie, na drogach ślisko - no, nie ukrywam, że nie chciało się wyjść z ciepłego łóżeczka, ale poświąteczne kalorie pogroziły mi palcem i wstałam.
Moja trasa miała mieć ok. 4 km, ale napchana była punktami na bogato - aż 22.  Była jeszcze wersja bez dróg, ale w takie hardkory to już nie szłam. Nawet Tomek wziął sobie wersję z drogami, ale za to 6 km.
 
Przed startem.
 
Po obejrzeniu mapy miałam takie mieszane uczucia - wydawało mi się, że może być trudno, no i tak baaaardzo mi się nie chciało. Tomek mnie dopingował jak mógł i w końcu wystartowałam.
 
No to lecę.
 
Na szczęście początek był łatwiutki, bo od razu leśną drogą, równoległą do asfaltu, potem w prawo i zaraz jedynka. Do dwójki od razu poleciałam azymutem, choć można było sobie ułatwić, ale w sumie niewielka różnica. Gdzieś między drugim a czwartym punktem (nie pamiętam dokładnie) spotkałam Hanię i miałam wrażenie, że to ja ją dogoniłam. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej byłyśmy już skazane na siebie, bo tempo miałyśmy zbliżone, a wariantów dobiegu do punktów znowu nie tak dużo. Jak byśmy nie kombinowały, to raz jedna, raz druga była pierwsza na punkcie. Mnie takie bieganie okropnie dekoncentruje, bo podświadomie część odpowiedzialności za wybór trasy zrzucam na tę drugą osobę, nawet jeśli tego bardzo nie chcę. 
Oprócz tego, że biegałyśmy praktycznie we dwie, to jeszcze prowadziły nas inostrady, no bo śnieg. Na inostrady już się nauczyłam uważać i nie korzystam z nich tak bezrefleksyjnie. Już mi się zdarzyło dotrzeć na inny punkt niż planowany, więc teraz zawsze kontroluję, czy inostrada idzie po moim azymucie - jak nie to ją porzucam.
Przy PK 13 nie działała stacja bazowa i nie można było się odbić, więc ustaliłyśmy z Hanią, że jak by co (choć ponoć organizator o tym wiedział) to widziałyśmy się wzajemnie i zaświadczymy. Z trzynastki ruszyłam za Hanią, a następne moje wspomnienie to leśna droga, na której znalazłam się znikąd, na dodatek nie wiedząc skąd dokąd mam biec. Nie wiem czy mnie UFO porwało w tym lesie i nagle zwróciło, czy jakaś totalna amnezja mnie dopadła, ale wrażenie było przerażające. Widziałam oddalające się plecy Hani, ale miałam wrażenie, że powinnam biec w dokładnie przeciwnym kierunku. Stałam, rozglądałam się dookoła i usiłowałam sobie przypomnieć co ostatnio podbijałam. Miałam wrażenie, że powinnam biec na piętnastkę, ale czy na pewno? Po chwili minął mnie Bartek biegnący w tę samą stronę, gdzie i Hania. Więc może jednak tam? Gdzie by nie biegli oboje, to w razie czego wolę być z ludźmi niż sama - pomyślałam i pognałam za nimi. Podbiłam szesnastkę i zakładając, że najwyżej będę miałam nkl-kę trzymałam się już kurczowo Hani. Przy dwudziestce byłam przekonana, że wcale, ale to wcale i na 100 procent nie byłam na siedemnastce, ale co tam. Byle do mety. Z tego wszystkiego już nie miałam siły trzymać się mojej "przewodniczki", ale jakoś na metę jednak trafiłam. Przy sczytywaniu czipa - niespodzianka! Mam podbite wszystkie punkty! Jak to się stało?  Nie wiem. Czy zrobiłam to na autopilocie, czy jednak jakieś pozaziemskie siły zadziałały, czy co? Tak że uważajcie w lesie na UFO, uważajcie.

Jednak wszędzie byłam:-)
 

piątek, 17 stycznia 2025

ZZK w Legionowie, czyli niby tylko trening.

Nasze kolejne bieganie to ZZK w Legionowie, w niedzielę.Teren płaski, mało urozmaicony, czyli coś dla mnie. W lesie śnieg, więc trochę liczyłam na inostrady, choć pamiętam, że te potrafią być zdradliwe. Tradycyjnie ja na trasę B, a Tomek na C.
 
W drodze na start.
 
Start

Jak zawsze wystartowałam pierwsza, bo Tomek uwieczniał. Punkt pierwszy był bliziutko i jak się okazało obydwoje zaczynaliśmy od tego samego, dzięki czemu mogę nawet udowodnić, że na punkcie byłam.
 
PK 1
 
Z jedynki na azymut do dwójki, a kawałek za dwójką znowu spotkanie z Tomkiem, który nie wiedzieć dlaczego przed punktem nagle odbił w lewo, pobłąkał się chwilę i właśnie wracał we właściwe miejsce. Ja z kolei miałam lekki problem z trójką, bo mnie dla odmiany zniosło w prawo, ale że i kolejny punkt mieliśmy wspólny, to Tomek mógł mi machnąć ręką w kierunku odpowiednich krzali pokazując, gdzie szukać.

PK 3 z odchyłem.

Od trójki nasze trasy już się rozdzieliły i ruszyliśmy w różne strony. Czwórka, piątka i szóstka znalazły się bez problemu, choć muszę powiedzieć, że mimo inostrad musiałam robić warianty autorskie, bo mi inostrady nagle ginęły, albo zaczynały iść w abstrakcyjnych kierunkach. Wolałam jednak wierzyć kompasowi.
Między szóstką a siódemka mapa kłamie. Tam było dużo więcej tej ciemniejszej zieleni i w pewnym momencie byłam już kompletnie zdezorientowana i nie wiedziałam gdzie jestem. Niby szłam zgodnie ze wskazaniami kompasu, nawet kawałki inostrady się trafiały, ale wydawało mi się, że już dawno powinnam być przy punkcie. A tymczasem było kolejne zielone i kolejne. W końcu przyuważyłam przed sobą jakiś ludzi. Przyspieszyłam. Okazało się, że to Gosia (między innymi). Hmmm, jest Gosia, to i lampion będzie - pomyślałam i starałam się trzymać blisko. Moje przypuszczenia okazały się słuszne, bo faktycznie po chwili trafiliśmy na punkt.
Niby wszystko fajnie, tylko jak się teraz wyindywidualizować z grupy, kiedy wszyscy idą w tym samym kierunku. Kombinowałam i kombinowałam i dopiero za dziesiątką, kiedy wybrałam bardzo autorski wariant po krzakach zgubiłam konkurencję.
Przed PK 12 znowu spotkałam Tomka i uwiecznił mnie na tle okoliczności przyrody:-)

W drodze na PK 12.

Trzynastkę planowałam wziąć jak najbardziej ścieżkami, ale kiedy wcześniej niż planowałam wejść w las, zobaczyłam taką konkretną inostradę - złamałam się i skorzystałam. Efekt był taki, że cały czas się bałam, bo nie wiedziałam dokładnie, gdzie jestem, inostrada zanikała chwilami, a ja tak szłam i liczyłam na łut szczęścia. No i doliczyłam się:-) Punkt znaleziony, podbity. Normalnie więcej szczęścia niż rozumu.
Czternastka planowo ścieżkami, a końcówka na azymut. A między czternastką, a piętnastką były rowy. Już trochę zapomniałam jakie rowy bywają niebezpieczne i beztrosko usiłowałam jeden z nich przeskoczyć. Ponieważ było ślisko, jedna noga skoczyła, a druga została i poczułam jak pośladek (wraz z nogą) oddziela mi się od reszty człowieka. Zabolało solidnie, aż jakiś gwiazdozbiór zobaczyłam, ale... ustałam. Taka zacięta jestem. A potem powolutku sprawdziłam, czy bez części, która odpadła, będę w stanie dotrzeć na metę. Eeee, spoko, powoli, ale jakoś pójdzie - pomyślałam i ruszyłam po piętnastkę. Na całe szczęście był to już przedostatni punkt. Siłą woli zaliczyłam jeszcze szesnastkę i dobiłam do mety. W sumie to chyba adrenalina mnie trzymała, bo już do samochodu z mety szło mi się dużo trudniej.

Jeszcze fotka z bałwanem i do domu.

No i proszę, wszyscy mówią, że trening, to tylko trening - d..y nie urywa, a jednak.... ten był wyjątkowy pod tym względem. Przynajmniej w moim przypadku.

Moja trasa.


sobota, 10 sierpnia 2024

KOS Azymut jak zawsze czujnie zapełnia luki w zawodach.

Znowu letnią posuchę w lokalnych bno przerwał KOS Azymut organizując trening w Legionowie. Zaczęliśmy od problemów z trafieniem do bazy zawodów, bo Tomek jechał na pamięć, a tymczasem baza była jakieś dwie ulice dalej. Jak to od samego początku trzeba się pilnować.

Szukamy zawodów:-)
 
Nie wiem co mnie podkusiło, ale wybrałam trasę pięciokilometrową i wcale to nie była trasa najdłuższa. Wzięłam sobie na trasę bidon z wodą, a nawet zastanawiałam się, czy nie zrobić kanapek i nie wziąć namiotu. 
Momentu startu nie pokażę, bo co prawda Tomek nagrał, ale przy zgrywaniu z kamery plik się popsuł i nie ma. Musicie więc uwierzyć na słowo, że wystartowałam.
Przed jedynką spotkałam Hanię, która startowała przede mną, ale nie mogła namierzyć pierwszego punktu i błąkała się po lesie. Razem odbiłyśmy jedynkę i dwójkę i już się bałam, że jesteśmy na siebie skazane na resztę trasy. Nie żebym coś miała do Hani, ale obie wolimy biec samodzielnie. Ponieważ jestem trochę wolniejsza, ciągle czekałam, żeby mnie wyprzedziła, a widząc, że Hania wybiera wariant ścieżkowy, ja właziłam nawet w największe krzaki, żeby mieć trasę autorską. Podziałało, bo po jakimś czasie  już przestałyśmy się spotykać.
Trasa nawigacyjnie była łatwa, zresztą w ogóle była łatwa, bo ani górek, ani jakiś szczególnych przeszkód po drodze nie było. Jedynie daleko i gorąco. Oczywiście głównie leciałam na azymut i nie chwaląc się - po kreskach. Przed ósemką byłam już tak zmęczona, że z powodu byle patyka pod nogami grzmotnęłam jak długa, gubiąc przy okazji bidon z wodą. Zorientowałam się na tyle daleko, że nie kalkulowało mi się wracać, choć wizja braku wody z lekka mnie przerażała.
Przy dziesiątce spotkałam Tomka i od razu wyżaliłam się na okoliczność straty. Okazało się, że Tomek dopiero będzie miał ten punkt, więc rozejrzy się za bidonem. Oczywiście mojej sytuacji braku wody nic to nie zmieniało, ale może chociaż bidon by się dało odzyskać.

PK 10
 
Ponownie spotkaliśmy się przy piętnastce i Tomek triumfalnie dzierżył w dłoni moją wodę. Co prawda połowę wypił, ale zawsze parę łyków zostało i uratowało mi życie.

Co za ulga!
 
Do mety zostały jeszcze tylko trzy punkty, więc pełna optymizmu ruszyłam dalej. Przy siedemnastce coś zaczęło mnie smyrać po żołądku. Smyrało coraz mocniej i mocniej. A do osiemnastki było tak bliziutko. Niestety, po kilku krokach w stronę drogi (gdzie postanowiłam sobie umrzeć, tak żeby mnie łatwo było znaleźć) nie dałam rady i musiałam się położyć. Ja sobie leżałam, a czas płynął. W końcu ogarnęłam się trochę i ruszyłam dalej. Ale nie, nie w poszukiwaniu osiemnastki, tylko bardziej ustronnego miejsca niż azymut między dwoma punktami. Efekt był taki, że zrobiłam, co należało nie na swoim azymucie, tylko azymucie trasy C. Cha, cha. Teraz lekka jak piórko mogłam szukać osiemnastki, tylko z tego wszystkiego nie bardzo wiedziałam, gdzie jestem. Wyszłam więc na drogę, doszłam do mety (gdzie czekał Tomek z kubkiem wody w garści) i stamtąd dopiero namierzyłam się na osiemnastkę, po czym wróciłam na metę. Głupio mi ta końcówka wyszła, no ale różnie się w życiu (w rzyci) zdarza. Straciłam 12 minut na końcówce, ale i tak najważniejsze, że w ogóle dotarłam.
Następnym razem będzie lepiej!
 
Meta.
 
Po biegu.

Moja trasa.
 

wtorek, 23 sierpnia 2022

Mierz siły na zamiary.

Przez miesiąc walczyłam z własnym organizmem o przetrwanie i kiedy w końcu wydawało mi się, że wygrałam, postanowiłam wrócić do lasu, czyli wreszcie wybrać się na jakieś zawody. Akurat wyboru większego nie miałam, ale trening PUKS w pełni zaspakajał moje niewygórowane potrzeby. Tak już byłam spragniona tego latania z mapą, że zapisałam się na średnią trasę, chociaż obiecywałam sobie, że zacznę asekuracyjnie od krótkiej. W końcu miesiąc spędzony na nicnierobieniu, z czego połowę w pozycji horyzontalnej coś tam z kondycją musiał popsuć.
 
Lepiej się oprzeć, żeby nie tracić sił.
 
W planach miałam spokojny spacer, ale jak tylko podbiłam start, odruchowo zaczęłam biec. No dobra - truchtać. 
 
Ruszam z kopyta:-)
 
Trochę bałam się, czy potrafię jeszcze nawigować, ale do jedynki trafiłam. Co prawda wydawało mi się, że trochę dziwnie stoi, ale kod się zgadzał, to co będę marudzić. Po obejrzeniu potem śladu gps okazało się, że to nie jedynka źle stała, tylko start był nie w tym miejscu, co na mapie.
Przy dwójce dogoniłam Hanię, która wystartowała sporą chwilę przede mną, ale miała jakieś problemy nawigacyjne. Od razu zaczęłam się ruszać szybciej, no bo taka okazja - przegonić Hanię... Ponownie zobaczyłam ją w okolicach czwórki i tak się zafiksowałam na niej, że pogubiłam się w liczeniu dróg i PK 4 zaczęłam szukać za daleko. Na szczęście teren kompletnie nie zgadzał mi się z mapą, więc szybko zorientowałam się w czy tkwi błąd. 
 
O jedną drogę za daleko.
 
Po tej nauczce od razu skupiłam się bardziej na mapie i kompasie, a mniej na rywalce i od razu poszło lepiej. Nawigacyjnie poszło lepiej, bo próba biegu drogą między PK 8 a PK 9 okazała się dla mnie zabójcza. Przy dziewiątce spotkałam Tomka i choć kolejny punkt mieliśmy ten sam, ja oczywiście zostałam z tylu. 
 
PK 9
 
Zaraz za dziewiątką, na drodze natknęłam się na rowerzystę, któremu chyba się nudziło, bo zaczął rozmowę i w efekcie tak mnie skołował, że zamiast w lewo, pobiegłam w prawo. Dobrze, że się po chwili zorientowałam i zawróciłam, ale mówię Wam: rowerzyści to samo zuo! 
 
Nie dałam się wywieść na manowce!
 
Do tej dziesiątki prowadziła wygodna droga, ale tak już opadłam z sił, że nawet nie próbowałam biec. Szłam sobie powolutku, ale skutecznie.
Do jedenastki szłam jeszcze wolniej i powoli zaczęłam zastanawiać się, czy aby na pewno dam radę. Do dwunastki jakoś dopełzłam, ale już odcinek między dwunastką, a trzynastką okazał się prawdziwą szkołą przetrwania. Nie żeby teren był trudny, czy jakieś problemy z nawigacją - skąd znowu? To tylko mój licznik energii spadł do zera i przed oczami zaczęli latać mi bracia Mroczkowie. Na tym krótkim odcinku siedziałam chyba na wszystkich zwalonych drzewach, a jak nie było takich, to i glebą się zadowalałam. Od trzynastki chciałam już tylko dotrzeć do betonowej drogi, tam paść i czekać aż ktoś zgarnie moje zwłoki. Taka jednak nie do końca byłam zdecydowana z tym umieraniem. No bo do mety zostały raptem dwa punkty, do tego z krótkimi przebiegami i oba tuż przy betonówce. Powoli kiełkowała we mnie nadzieja, że może jednak dam radę, a jak nie, to przecież w pobliżu mety ktoś mnie w końcu znajdzie. Szłam do tych punktów jak zombie - krok, odpoczynek, krok, odpoczynek, wzrok mętny, równowaga chwiejna. Ale dałam radę! Na metę "wbiegłam" tak:
 
Ale dotarłam i to się liczy.
 
No i sami widzicie jakie życie jest niesprawiedliwe - nie dość, że zawsze miałam nędzną kondycję, to teraz straciłam nawet te resztki. A tu za chwilę skończą się treningi i zaczną prawdziwe zawody. Może ktoś wie, czy w Warszawie lub okolicy jest jakiś sklep z kondycją. Wzięłabym parę kilo...

środa, 4 sierpnia 2021

PUKS-owy trening na rozruszanie kości

 Po powrocie z Wawel Cup przez kilka dni odpoczywaliśmy, ale w końcu trzeba było się ruszyć. Na sobotę zapowiedział się PUKS-owy trening, więc namówiliśmy jeszcze Agatę i we trójkę pojechaliśmy do Legionowa. Skoro byliśmy we trójkę, to łatwo przewidzieć jakie trasy obsadziliśmy - A, B i C.
 
W poszukiwaniu startu.
 
Najpierw formalności, potem mapy w garść i poszukiwania startu. W końcu - w las!
 
Start!

Noo, to było całkiem inne bieganie niż tydzień wcześniej - płasko, wspinać się nie trzeba, przecinki od linijki i na upartego do większości punktów można by dobiec ścieżkami. Oczywiście nie skorzystałam z tej opcji, bo nie po to uczyłam się posługiwać kompasem, żeby latać po ścieżkach i to nadkładając drogi. W sumie to było lekko, łatwo i przyjemnie, przynajmniej do PK 11. Tam sprawy się nieco pokomplikowały, ponieważ lampion stał nie w tym dołku co trzeba. Już na dojściu, w krzakach, spotkałam Karolinę, a w domniemanym miejscu punktu innych zawodników. Grupowo czesaliśmy teren, zapuszczając się nawet w abstrakcyjnych kierunkach, aż wreszcie ktoś znalazł lampion. Ja oczywiście akurat byłam daleko od tego miejsca, ale Karolina litościwie naprowadziła mnie głosem, opóźniając swój bieg. Dzięki!
Lekki problem miałam z PK 12, bo poszłam kawałek za daleko, ale szybko się zorientowałam i zawróciłam, a ktoś odchodzący od punktu dodatkowo wskazał mi kierunek. Dalej poszło już bez niespodzianek, no może poza niespodziewanym spotkaniem z Tomkiem na PK 15.

Dynamiczny odbieg od punktu:-)

Na mecie, ku mojemu zdziwieniu, byłam pierwsza z naszej trójki. Spodziewałam się przynajmniej Agaty, która miała najkrótszą trasę. Tymczasem po chwili wrócił Tomek, a jej ani śladu. A wiecie dlaczego tak długo jej zeszło? Bo musiała omijać pajęczyny:-)

Dyskusje na mecie.

I obowiązkowe rozciąganie.




środa, 28 kwietnia 2021

Nocna Mila z fatalną końcówką

Po pierwszym etapie Warszawskiej Mili padłam, ale nie ma to czy tamto - etap nocny wzywał, więc wieczorem wypełzłam z pieczary i ruszyliśmy do Legionowa.
Tym razem czekał nas start masowy, w kilku grupach. Tomek biegł w pierwszej, ja w drugiej. Już na starcie okazało się, że moja grupa wcale nie jest taka jednorodna i jeśli do pierwszego punktu zamierzam biec za wszystkimi, to mogę się nieco zdziwić u celu. Metodą odpytywania ustaliłam, że im kto starszy, tym bardziej ma ten sam pierwszy punkt co ja, więc nie ma co lecieć za młodymi. Zresztą przecież i tak bym ich nie dogoniła.
Punkt pierwszy był dosyć daleko i zachodziło lekkie prawdopodobieństwo, że zostanę sama na szarym końcu i czarny las mnie pochłonie, więc pędziłam za tłumem ile sił w nogach. Faktycznie zaczęłam zostawać w tyle, ale nie tak znowu na szarym końcu. Po drodze zaliczyłam lampion z nie mojej trasy i choć od razu wydawał mi się za blisko, to dla pewności wolałam sprawdzić. Swoją jedynkę też znalazłam, zwłaszcza, że widziałam gdzie podbiegają osoby przede mną:-) A potem zrobiło się tak jakoś pusto dookoła. Może dlatego, że rozsądniejsi w drodze na dwójkę omijali przeszkody terenowe, a ja jedna darłam po prostej przez jakieś doły i nasypy. Ale przynajmniej wyszłam idealnie na punkt.
Między dwójką a trójką znów zaroiło się od uczestników oraz lampionów, z których żaden nie chciał być moim. Wydawało mi się, że już już powinien być, a tam ciągle jakieś obce. Aż się kawałek wracałam, żeby sprawdzić gdzie jestem. Okazało się, że cały czas szukałam za wcześnie.
Z kolejnymi punktami już nie miałam problemów, szczególnie że po moim azymucie, przede mną, poruszało się kilka osób i w sumie ja tylko sprawdzałam czy dobrze idą, a one znajdowały lampion. W dzień nie cierpię takiego układu, ale nocą tak jakoś lgnę do ludzi:-)
Punkt 1/4/7 odwiedziłam z niemal każdej strony i kurczę, za każdym razem był dla mnie jak nowy. Nawet kod za każdym razem sprawdzałam. Spokojnie można mnie puszczać na trzy, cztery punkty w te i we wte i wcale, ale to wcale nie będzie mi łatwiej.
Tak więc podążając za innymi, a chwilami nawet sforując się przed nich, dotarłam do punktu dziesiątego. I tu nastąpiła katastrofa. Sprawdziłam kod, pipnęłam i... natychmiast zapomniałam na którym punkcie się znajduję. Z bliżej nie znanego mi powodu ubzdurałam sobie, że jestem na jedenastce. Ustawiłam więc azymut na dwunastkę i ruszyłam. Co prawda trochę zdziwiło mnie, że Małgosia ruszyła w trochę (no dobra - bardzo) innym kierunku niż ja, ale może jednak miała inną mapę...
Szłam sobie, szłam, szłam, szłam a punktu nigdzie nie było. Czułam, że jestem już bardzo za daleko, teren się nie zgadzał, bo dawno powinnam dojść do asfaltu, a tu ani lampionu, ani żywego ducha. Po jakimś czasie żywe duchy zaczęły się pojawiać i to masowo, więc tak trochę ruszyłam w ich kierunku, trochę próbowałam trzymać azymut, a wszystko to nie miało żadnego sensu i perspektyw. W końcu natknęłam się na lampion. Nie, nie mój - to by było zbyt piękne. Poczekałam aż ktoś się przy nim pojawi, odpytałam gdzie jestem i ruszyłam w stronę... mety. Uznałam, że dwunastkę najłatwiej będzie mi znaleźć namierzając się z finiszu. Mocno to było nieeleganckie, ale skuteczne - dwunastkę zaliczyłam.

 
 A jedenastka to pies???
 
Zadowolona wróciłam na metę i aż do następnego dnia nic nie zepsuło mi tego zadowolenia. Spać poszłam w błogiej nieświadomości pominięcia jedenastki. I w sumie dobrze, przynajmniej się nie stresowałam. Sprawa wydała się dopiero w niedzielę rano....

 

Bieganie czy chodzenie - rozciągnąć się trzeba!
 


Pamiątkowa fotka na koniec.