wtorek, 24 grudnia 2024

Zwałka czyli trening u Alexa i Piotra

Kolejny trening u Alexa i tym razem jeszcze Piotra. Miejsce mało typowe – Marki. Niestety, zawody mistrzowskie w 2025 wyłączyły zbyt wiele terenów z biegania. Nie wiem czym się kierował team 360 wyłączając okolice, które i tak wszyscy dobrze znają i to po terminie, gdy inne zawody były tu zaplanowane. Jeszcze jakby to były jakieś „tajne” tereny, ale powiedzenie „Falenica orientacji” o czymś świadczy – tu biega się na pamięć! 

Wracając do Marek – tern stanowczo nieciekawy. Dawna góra wysypiska, troszkę lasu i terenów otwartych, ale nierównych i porośniętym jakimiś wysokimi habaziami. Zapisanych cała masa osób – jak to przed świętami. 

Start dość "mokry"
Start w kałuży. No, prawie. W każdym razie błotnisty. Pierwszy PK niedaleko, oczywiście w krzakach, w dole pełnym śmieci. 

Drugi PK przy jakimś płocie – jedyny sensowny dobieg – asfalt, bo cały teren po linii prostej pełny zielonych kresek i brązowych kropek. Do PK2 praktycznie biegnę przez PK3 więc muszę się cofnąć - znowu asfalt. 

PK 4 za górą śmieci. Można tam po raz trzeci asfaltem lub przez górę. Ile można biegać tym asfaltem w tę i we w tę – dla odmiany wybieram drogę pod górę. Stromo i … wysokie porosty. Może nie jakieś straszne, ale biegać mało się daje. Góra daje mi w kość. 

Do PK 5 staram się drogami, ale do PK 5 trzeba już lecieć przez ten otwarty, nierówny i porośnięty wysokimi trawami teren. Nie jest łatwo. Wreszcie wykończony dopadam lasu i drogi biegnącej skrajem. Z mapy wychodzi mi, że mam biec w prawo, do skrzyżowania. Biegnę. Przegania mnie jakiś szybkonogi biegacz. Dobiegam do skrzyżowania i mi nie pasuje. Ale nic skręcam w lewo. Po chwili coraz bardziej mi nie pasuje. Asfalt? Płyty betonowe? Gdzie ja jestem? Po chwili odkrywam, że wybiegłem z tych traw za bardzo na północ i powinienem biec w lewo zamiast w prawo. Ale już wiem gdzie jestem i znajduję PK 6.

Jakoś tak moje ostatnie starty mają sporo wspólnego z epickimi tragediami. Tu tragedia zaczyna się na PK 7. Niby nic trudnego: przy płocie, dziura w ziemi z wodą (lub szuwarami) i na jej początku lampion. Tyle że dziur jest wiele. A lampionu nie dostrzegam z mojej strony. Biegnę dalej, ale dziur już nie ma więcej. Wracam się więc i wreszcie znajduję lampion. Wrrr 

PK 8 w zabudowie – jakieś ogródki, taka slumsowa zabudowa. Psy szczekają, tubylcy wyciągają grabie i motyki by pogonić obcych. Szybko się wycofuję i dobiegam do PK z drugiej strony. 

Kolejne kilka punktów – na spokojnie. Tyle, że powoli, bo teren zakrzaczony. Znowu jakiś szybkobiegacz mnie bierze wrrr. 

Do PK 15 znowu przebijam się przez tę „łąkę” na środku mapy. Po raz drugi. Tym razem zgodnie z kierunkiem bruzd, więc idzie ciut sprawniej.
Do PK 16 znosi mnie w prawo. Gdy znajduję lampion, ustawiam kompas na PK 17 i… ruszam w przeciwną stronę. Oj, takie pomylenie południa z północą;-) Zawracam i staram się ominąć moją ukochaną łąkę. Niestety, do PK 18 ominąć się jej nie da…. 

Typowy PK (17) w dołku pełnym śmieci. Skoro zwałka to śmieci być muszą!
Na drodze z PK 18 do PK 19 widzę na mapie płot nie do przebycia. Postanawiam obiec naokoło jeziorka drogami. Tu wyprzedza mnie spacerowicz w seledynowym, co przedarł się przez płot… 

Ruszam z kopyta na PK 20. I co z tego, że z kopyta skoro przestaje mi się coś zgadzać teren? Dłuższą chwilę miotam się bezradny zanim docieram we właściwe miejsce. 

Zostaje już ostatni PK i meta. Drogami na szczęście. Co tu dużo mówić kolejna „porażka”, coś nie mam szczęścia do Alexa. 

W tle zwałka
No dobra, tu można zwalić wszystko na śmieci. Bo teren nieprzyjemny do biegania. Nierówny, pełen odpadów, kup gruzu, zdziczałych zarośli i normalnych śmieci upychanych po lesie. I tak dobrze, że mamy zimę, bo w lecie to byłaby już masakra przebijać się przez te krzaki… 


 

 

niedziela, 22 grudnia 2024

Noc trwająca dłużej niż powinna czyli 360 Wariantów #5

360 Wariantów to cykl biegów nocnych. Do tej pory trafiałem na edycje miejskie lub prawie miejskie. Tym razem nadszedł czas na zawody w pełni leśne. Las niby znany – Las Sobieskiego. Tyle że to ten kawałek, w którym nic nie ma poza krzakami. Nawet za dnia ciężko trafić na dołek ukryty w gęstwinie dla dzików….. Ale trasa niedługa (6,43km) więc powinno dać się przeżyć – tak myślałem jadąc na start. 

Jak się cieszą organizatorzy z ustawienia PK w lesie...
Na starcie cisza i spokój – jeszcze niewiele osób przybyło do Wesołej. Dopełniłem formalności i ruszyłem na start oddalony o ponad 100 metrów. Znalazłem clear i pobiegłem po mapę. Po chwili ruszyłem. Pognałem ścieżką w kierunku PK 1, potem skręciłem w lewo i po chwili wbiłem się w krzaki szukając dołka z lampionem. No cóż, była granica kultur, nawet był jakiś dołek bez lampionu. Rozpocząłem krążenie w poszukiwaniu celu. Wokoło przybywało światełek krążących podobnie jak ja bez celu, a niby w jego poszukiwaniu;-) W moich poszukiwaniach cofnąłem się prawie do drogi i dzięki charakterystycznej górce i dołkom namierzyłem się na PK 1. Tyle, że chip coś nie chciał zapikać jak powinien. Uświadomiłem sobie, że nie odbiłem checka, a może nawet i startu. Nie zostało mi nic innego jak zrobić zwrot w tył i wrócić na start. Tak nadrobiłem 1400 m – dobra, powiedzmy, że to rozgrzewka. 

Tym razem dokładnie robiąc clear/check/start ruszyłem znowu w trasę. „Wściekłość zaślepiła mnie” jak to się mówi i ruszyłem nie tą ścieżką co trzeba. Oczywiście nie zadawałem sobie z tego sprawy, tylko dziwiłem się lekko, czemu ta ścieżka jest taka „niewyraźna” w terenie i ginie gdzieś w krzakach prowadząc w niezbyt właściwym kierunku. Nie było już sensu po raz trzeci wracać się na start, więc obrałem azymut i ruszyłem przez krzaki. Azymut jak to azymut – w efekcie w krzaki z dołkiem PK 1 wbiłem się za wcześnie, choć wydawało mi się że jestem w dobrym miejscu. Chwila szukania (znowu w doborowym towarzystwie), ale wreszcie dostrzegłem znajome wgłębienie z lampionem. 

No zapowiada się nieźle – jeśli każdego lampionu będę tyle szukał… 

PK 2 przebiegłem, bo mnie coś zniosło na prawo, dlatego dalej ruszyłem ścieżką. Wkroczyłem na obszar scorelaufu. Nie wiem czy wybrałem wariant optymalny, ale wolałem taki, gdzie łatwo się namierzyć z charakterystycznego miejsca na lampion. Najpierw wbiegam na górę po PK 71, potem już bezpiecznie ścieżką na PK 42, a potem 73. Dalej trzymając się ścieżek do PK 74. PK 75 na azymut. Trafiłem idealnie, choć sam lampion stał „na niczym” – jakaś górka, która w terenie po nocy jest niezauważalna. Także na PK 76 trafiłem bez problemu. Poczułem się uskrzydlony. PK 42 i PK 44 umocniły mnie w moim samozadowoleniu. Jedyny zgrzyt to kolejność zaliczania PK – na początku spojrzałem, że „wylot” ze scorelaufu jest na dole mapy, ale jak spojrzałem dokładniej był to DRUGI wylot ze scorelaufua. Tak drugi, bo wredny budowniczy wymyślił, że scorelauf przebiegniemy dwa razy: raz pomiędzy PK 2 a PK 12, a drugi pomiędzy PK 17 a PK 27. To co na mapie wziąłem za „wylot” ze scorealfa to był PK 17… Słowem trochę nadrobiłem kilometrażu, ale za to porządną drogą. 

Do PK 12 starałem się biec jak najdalej drogą, a potem przebieżnym (w/g mapy) lasem. Wiadomo – w świetle latarek prawie każdy las jest nieprzebieżny, a na tej mapie „białe” nie oznacza braku zarośli – są po prostu ciut mniejsze;-) W każdym razie na PK 12 trafiłem bezbłędnie, co mnie aż zdziwiło. Skoro tak, to PK 13 powinno być łatwizną. Pamiętam te dołki z jakiegoś Teamowgo biegania- za dnia szukało się dość długo. Ale co tam, jestem mistrzem kompasu! Idę, lezę, przedzieram się przez krzaki zapatrzony w kompas. Odległość jest, ale nie ma nic, co by zwiastowało obecność punktu, albo choć mniej zielonego koloru na mapie. Nic z tego. Zrezygnowany obieram azymut na wschód (tam musi być jakaś cywilizacja!) zresztą tam są jakieś światełka. W najgorszym razie dotrę na PK 1 i z niego się namierzę. Wcześniej spotykam grupę poszukujących mojej trzynastki – oni wskazują zupełnie inny kierunek gdzie ich zdaniem może ukrywać się lampion. Oczywiście błędny;-). Wpadam na dołek, jeden, drugi, trzeci, sprawdzam na mapie jest takie miejsce, całkiem niedaleko od PK 13! Jestem w domu! Za chwile mam poszukiwany lampion! 

PK 14 jest niedaleko, ale znowu w środku zielonego. Znowu się przedzieram, lezę, chaszczuję. Napotykam jakiś dołek bez lampionu. Nie ma na mapie żadnych innych dołków w okolicy gdzie powinienem być. Jestem trochę zdezorientowany. Idę przed siebie – najwyżej odmierzę się od ścieżki. Trafiam na kolejne dołki – o takie coś jest na mapie! Znajduję wreszcie PK 14. 

Teraz musi być lepiej. Biegnę na kolejny PK 15. I na koniec znowu go nie znajduję. Jakiś tramwaj z psami czesze teren wokoło. Wiadomo, tramwaj szybciej przeczesz teren i oni znajdują. Stanowczo koniec biegania na azymut! Na szczęście PK 16 i PK 17 są przy drogach. Po raz dugi wbiegam na scorelauf. Powinno być łatwiej, bo raz już to przebiegałem. Zaliczam po kolei PK 43, 44, 73, 74, 77 praktycznie drogami. Na PK 75 niewielki odcinek na azymut – jakieś 150 m. I tu zaczyna się tragedia godna pióra Szekspira. 

Oczywiście nie znajduję lampionu. Ze śladu wynika, że przebiegłem 10 m od niego. Pewno z tej strony akurat odblask był niewidoczny. W każdym razie przebiegłem i po chwili poszukiwań ruszyłem na PK 76, by z niego precyzyjnie odmierzyć się na poszukiwany lampion. Odmierzałem się precyzyjnie, ale cóż z tego – nie trafiłem. Im bardziej szukałem lampionu, tym bardziej nie mogłem go znaleźć. Chwilami miałem wizję, że zostanę w tym lesie, aż organizatorzy przyjdą zbierać lampiony i wtedy mnie uratują…. Potem jeszcze raz wróciłem na PK 76 i po raz kolejny próbowałem się bezskutecznie namierzyć. Wreszcie zbiegł ktoś z góry (z PK 71) i jakoś wspólnie znaleźliśmy lampion. 

Poszukiwanie PK 75 (ten drugi scorelauf)
Zniechęcony pobiegłem dalej. Asekuracyjnie. 

Przy PK 28 spotkałem Malwinę. Ona jakoś tak wystartowała chwilę po mnie (tzn. po moim drugim starcie). Była zdziwiona trudnością trasy (podobnie jak i ja, choć może to nie trudność trasy, tylko marny zawodnik ze mnie:-). Oj, marny będzie mój wynik. Razem dobiegliśmy do mety, którą także chwilkę trzeba było szukać. 

Z falstartem, z nominalnych 6,3 km wyszło mi… ponad 12. Aż strach pomyśleć co wyszło by mi z trasy dłuższej np. 9-cio kilometrowej;-) 


 

 

Ostatnia 5-tka - czyli UrodzInO

UrodzInO to już taka Nowa Świecka Tradycja – zawsze 17 grudnia i już od wielu lat. Zawsze gdzieś koło Zielonki. Jak do tej pory, to „koło Zielonki” wiązało się z możliwością dojechania komunikacją miejską ZTM, co de facto Zielonkę wykluczało;-) 

Nawiązując do pierwszej edycji UrodzInO, gdzie mapy były serwowane w postaci kawałków tortu  znów chciałem zrobić mapy 3D. Niestety, przygotowanie takich map zajmuje strasznie dużo czasu, a tego jak zwykle w grudniu jest zawsze deficyt. Miały być i inne efekty specjalne – w pełni zautomatyzowany system potwierdzania i liczenia wyników, ale tu, pomimo prób, zabrakło czasu zupełnie. 

Odnowiłem starą mapę okolic Zielonki, właściwie na nowo ją narysowałem, uaktualniłem – zostało przygotować punkty i te sprawy. I oczywiście opanować technologię tworzenia map 3D. Drukarką 3D nie dysponuję, więc zostały sposoby raczej chałupnicze. Teraz wiem, że szeroko reklamowane w internecie klejownice na gorąco nie są wcale takie genialne – klej taki trzyma przez jakiś czas (godzinę?, dzień?), a potem wszystko się rozpada. W każdym razie przygotowałem mapy trójwymiarowe, a w ostatniej chwili zdobyłem jeszcze prawdziwy lampion, świecący - do powieszenia w lesie (zainspirowała mnie sowa z Warszawskiej Mili). 

tak wyglądała mapa
Nadszedł 17 grudnia. Zgłoszone 20 osób, czyli ciut mniej niż ostatnio - w tym roku wypadł środek tygodnia. Cały dzień padało i wiało, by wypogodzić się na wieczór. Lampiony powieszone, jeszcze ostatnie szlify – lampion na dojściówkę i ten świecący na stowarzyszu najbliższego PK. Gdy dotarłem na start już czekał tłumek spragnionych, by ruszyć w las. Szybki wypad w las by powiesić to coś świecące i dokładnie o 17:59 poprosiłem pierwsze zespoły do siebie.

Taki lampion wisiał przy najbliższym PK

Przy wydawaniu map okazało się, że ten klej o którym pisałem, nie trzyma jak powinien. Dwie mapy same „rozłożyły” mi się w pudełku. Odlatywały ogonki ze startem. W szczególności ktoś zgubił ogonek ze startem przed wyruszeniem i poszedł w las bez niego;-) 

Uczestnicy poszli w las....

 Efekt końcowy: 

  • Wszyscy wrócili z lasu. 
  • Ktoś w lesie spotkał sarnę. 
  • W czasie wieszania lampionów widziałem dwie pary fosforyzujących oczu… 
  • Ponad połowie zespołów udało się zdobyć wymagane 59 PP nie uwzględniając karnych odliczeń.
  • Jak zwykle masa życzeń i słodkości od których mi teraz rośnie waga. 
  • Protestów nie odnotowałem. 
  • Lampiony zbierałem do piątku – w jednym zginęła kredka ze sznurkiem, a jeden został zerwany i leżał na ziemi. 
Za rok trzeba będzie wymyślić jakieś specjalne UrodzInO z pierwszą 6-stką na przedzie…. Zastanawiam się czy będzie to 60 PK, 60 etapów czy może 60 km? Mam jeszcze ponad 60 dni na decyzję;-)

 
















sobota, 21 grudnia 2024

Grudzień to czas imprez z Mikołajem. Najpierw były mikołajkowe ZZK, przyszedł czas na romantycznie zorientowanego Mikołaja. Romantycznie, bo na plaży Romantycznej. Miejsce „sponsorowane” przez dzielnicę Warszawa Wawer. Sęk w tym, że mało nadające się do BnO. Zresztą mało nadające się do czegokolwiek w okresie jesienno-zimowo-wiosennym. Bywały tu już zawody w tym okresie (Jesień Idzie, Bąbelkowe) i w obu tych przypadkach wychodziło, że teren jest mało ciekawy. Zarośla, kilka ścieżek, błoto jak pada, wygwizdów gdy wieje i wszechobecne krzaki. Do tego teren zabawy stanowi wąski pas pomiędzy wałem i Wisłą – właściwie jak pójdziemy w lewo, czy w prawo – musimy wrócić po własnych śladach. Jedyna zaletą miejsca jest spory parking i ładne widoki na Wisłę z wysokiego brzegu. 

 

 Plaża Romantyczna pełna Mikołąjów

Koniec narzekania – czas na zawody. Parking (utwardzony) w dużej mierze zapełniony – zostały miejsca w błocie, pomimo że przyjeżdżam przed czasem. Droga do centrum błotnisto-śliska. W centrum – próbują urwać głowę nadwiślańskie podmuchy wiatru. Aż strach wybiec na trasę. 

Zdjęcie z Mikołajem musi być!

Pobieram kartę (retro, do dziurkowania - jak to u Janka), mapę i ruszam z kopyta. Najpierw w prawo do PK 1 i PK 15. Ciężko się rozpędzić, bo ślisko, a droga pofałdowana jest lepiej niż sławna „droga czołgowa” w rembertowskim lesie. Na szczęście wiatr jakoś mniej hula w krzakach. Po chwili odwrót i przez start lecę na lewa połowę mapy. Nie ma wyboru PK 2, 4, 3 biorę teraz, ale i tak będę koło nich wracał. Tu wychodzą pierwsze mankamenty mapy. Mapa jest rowerowa i wyraźnie rysowana na kolanie. Może dla rowerzystów 50 m w tę czy w tamtą nie gra roli, ale biegacz to wychwyci. Droga z PK 4 jest wyraźnie dalej niż na mapie. Przy PK 6 – ani resztek ogrodzenia, a i drzewo dalej jest od drogi niż na mapie. Skręcam w prawo i PK 5 także jest umowny – powinno być drzewo są krzaki. 

Pierwsze niezgodności z mapą. Widać także przebieg powrotny
Postanawiam zrobić pętelkę „od góry”. Drogami. Może ciut dłużej, ale pamiętam Bąbelkowe, gdy przedzieraliśmy się na azymut przez zarośla lub łąki, które porośnięte były jakimiś badylami wysokimi na półtora metra. Stanowczo szybciej musi być drogą.

Lampion stał "trochę" dalej, ale na żółtym;-)
PK 14 – lampion w innym miejscu niż na mapie. PK 13 także. Owszem, widać je z daleka, ale to zawsze chwila niepewności, gdy biegniesz na punkt, a lampion widzisz gdzie indziej. Dobiegam do końca mapy i zawracam. PK 12 widać z daleka, ale znowu nie na drzewie. 

Drogi się zgadzają, ale reszta już nie
Gdy trawy są wykoszone nawet dawało się biegać, ale nie zawsze tak było - okolice PK12
 
Próbuję skrócić trochę przebieg i wpadam na niezaznaczone na mapie jakieś obozowisko bezdomnych? Poletko uprawne? W efekcie ląduję w dole z krzakami – na mapie miała być jakaś ścieżek, ale oczywiście jej nie znalazłem, pewno w rzeczywistości była gdzie indziej. 

Ścieżki nie znalazłem i wpakowałem się zarośla...
Nie ma co rozpaczać – zostały ostatnie 4 punkty. Źle zinterpretowałem teren (zielony pasek na mapie) i zamiast na 10 trafiłem najpierw na PK 8 (bo tam coś było zielonego w odróżnieniu od PK 10). Ale odległości niewielkie, więc nie było to problemem. 

I teraz został „bezproduktywny”, ponad kilometrowy przebieg na metę. Bezproduktywny, bo przy punktach, które brałem na początku. Z nudów postanowiłem zoptymalizować trasę i trochę przedobrzyłem – ścieżka nad rzeką była bardziej nierówna, śliska, kręta i dodatkowo wbiegłem w niewłaściwe rozwidlenie. Pewno główną drogą na górze skarpy dobiegłbym szybciej. 

Meta, oddanie kary i szybko do domu. Nie mam czasu czekać na losowanie nagród i inne atrakcje. Zresztą ciepło nie jest, buty po tym błocie mokre, a czekania sporo. Czy było warto być na plaży romantycznej – mam mieszane uczucia. Trasa „szybka” – tu biega się tylko drogami. Trochę niesmaku z powodu mapy, większy niesmak z nieproduktywnych przebiegów. Ale za to ładne słoneczko i stracone kalorie- co ma spore znaczenie przed świętami;-) 


 

 

piątek, 20 grudnia 2024

ZAZU Tour prawie pod domem.

Tak mi się wciąż składa, że nie mam kiedy biegać, ale jeśli zawody już są w Zielonce, no to nie ma wyjścia, nawet przy braku czasu. Skoro już góra przyszła do Mahometa...
Myślałby kto, że mam fory, bo znam teren, ale jedyna korzyść ze znajomości okolicy to brak strachu, że zgubię się na amen.
 
Start.
 
Żeby się nie zgubić nawet troszeczkę, do pierwszego punktu pobiegłam wariantem drogowym, naokoło. No dobra, nie tylko dlatego - teren pomiędzy startem, a punktem był tak wredny, że na azymut na pewno zeszło by wiele dłużej. Do dwójki już nie było ścieżek tylko azymut, ale poszło bezbłędnie.
Zagwozdkę miałam jaki wariant wybrać do trójki, bo była daleko i o ile początek logicznie było pobiec ścieżką, to potem trzeba było zdecydować: na wprost przez bagienko, od wschodu albo od zachodu. Wybrałam wariant od wschodu, głównie dlatego, bo nie lubię w trakcie trasy przebiegać w pobliżu mety. Jakoś mnie to zawsze demotywuje.
Przy czwórce spotkałam Jacentego i razem ruszyliśmy w stronę piątki, ale na końcówce każde wybrało swój autorski wariant podejścia do punktu. Mój okazał się jakby ciut gorszy, bo dotarłam później.
Szóstka poszła dobrze, a do siódemki poleciałam kawałek ścieżką rowerową, bo nie chciało mi się po krzakach. Ósemkę w pierwszej chwili chciałam wziąć ścieżkami i nawet ruszyłam w stronę pierwszej, ale w trakcie mi się odwidziało i postanowiłam pomęczyć się trochę na przełaj. Taka fantazja ułańska mnie dopadła. Azymuty oczywiście już potraciłam przy tych zmianach i szłam tak bardziej na oko. Ponieważ oko kaprawe, to z punktem się ciut rozminęłam. Na szczęście trafiłam na duże doły, które zlokalizowałam na mapie i od nich namierzyłam się na swój dołek.
 
PK 8
 
 Dziewiątka była o tyle łatwa, że biegłam niemal tak samo jak  z dwójki na trójkę (oczywiście tylko na kawałku trasy). Za to dziesiątki nie mogłam znaleźć. Niby widziałam gdzie się kręcą inni zawodnicy, ale kiedy szukałam w tym miejscu, nic nie było. Teraz widzę, że szukałam za wcześnie, ale po co inni tam się pchali, to nie wiem. Oczywiście znalazłam lampion stojący na niczym, bo ten płaski teren trudno nazwać górką, choćby najmniejszą.
 
 
PK 10
 
Po dziesiątce został już tylko dobieg do mety. Przed sobą zobaczyłam Tomka, ale był za daleko, żeby go gonić, czy nawet wołać za nim. A chciałam, żeby mi cyknął fotkę, jak wbiegam na metę.  Trudno. Za to mamy wspólne zdjęcie po biegu..

I po zawodach:-)

Następne zawody też mi proszę robić w Zielonce, bo zarobiona jestem i nie mam czasu jeździć daleko. Czy Organizatorzy wszystkich imprez słyszą????


Mój przebieg.
 

wtorek, 17 grudnia 2024

ZZK, czyli trudna współpraca z kompasem.

Jakoś mi ostatnio nie po drodze z biegami, ale w końcu coś tam się trafiło. W niedzielę (jeszcze tę poprzednią) pojechaliśmy do Olszewnicy na ZZK. Tomek mi ciągle powtarzał, że już tam biegałam i że są tam śliczne kopczyki, więc mu wierzyłam, choć wcale nie pamiętałam. Więc w sumie dla mnie to jak nowy teren:-)
Ja wybrałam spokojną średnią trasę, za to Tomek jakąś taką fikuśną, co to na mapie prawie nic nie było, bo większość była wycięta i zostały tylko białe kształty. Ale co kto lubi.
Choć skala mapy była 1:5000, to wszystko i tak było jakoś tak drobnym druczkiem i za małe na moje niedowidzące oczy. Nic to. Wystartowałam.

Clear i te sprawy.

I ruszam w stronę lasu.
 
 Plan był taki, że na jedynkę biegnę ścieżką, a za zakrętem wchodzę w las. Już po kilku krokach zgubiłam ścieżkę, bo tak była zasypana liśćmi, że jakoś mi zniknęła. Pobiegłam więc na oko, ale po chwili  jakimś cudem ścieżka sama się znalazła, trochę na prawo ode mnie. Głupio byłoby zgubić się już na pierwszym punkcie.

 
Udało się.
 
Już przed jedynką przypomniało mi się, że faktycznie przynajmniej za dwa razy tu biegałam i aż się ucieszyłam, bo teren faktycznie bardzo widowiskowy.
Dwójka weszła bez problemu, podobnie trójka. Od jedynki biegłam z innym zawodnikiem (nie pamiętam jak ma na imię) i przez długi czas nie mogliśmy się oddalić od siebie, no bo te same punkty i zbliżone możliwości. Dopiero kiedy po piątce zniosło mnie z kursu i lekko pobłądziłam przy szóstce, zostałam z tyłu.

Zniosło.
 
Od samego początku zresztą miałam wrażenie, że ja biegam na innej mapie, a mój kompas na innej. W końcu przestałam mu wierzyć i bardziej kierowałam się ukształtowaniem niż jego wskazaniami, bo chwilowo były abstrakcyjne. Chociaż z drugiej strony, oglądając ślad, który pokazuje, że na niewielu punktach byłam, to może mapa jest do bani, albo punkty źle stały.
Siódemka, ósemka i dziewiątka poszły, o dziwo, niemal po kresce, ale przy dziesiątce schrzaniłam. Już nie pamiętam czy  odbicie w prawo za drogą to mój autorski pomysł, czy raczej mojego kompasu.
 
Trochę mnie zniosło przy dziesiątce.
 
Do czternastki znowu szło dobrze, choć ślad pokazuje, że na żadnym, z tych punktów nie byłam:-) Za to chwilę po ruszeniu z czternastki spadło na mnie jakieś zaćmienie i pobiegłam na dwójkę. Ale, żebym ja chociaż rzeczywiście planowała lecieć do tej dwójki. Ruszyłam na piętnastkę i naprawdę tego się trzymałam. Nie umiem wytłumaczyć co się stało i już się nawet zastanawiam, czy jakieś UFO mnie nie porwało, a po obejrzeniu porzuciło przy najbliższym lampionie i akurat to była dwójka. No bo jak inaczej?

Co tu się odwaliło?
 
 
Na szczęście kolejne punkty nie dostarczyły już żadnych atrakcji i bezproblemowo dotarłam do mety. Na koniec jeszcze pamiątkowa fotka i do domciu.
 
 
Po biegu.
 
Wbrew temu co pokazuje poniższy ślad, mam zaliczone wszystkie punkty. Nawet jeśli teoretycznie nawet na nich nie byłam:-)

Cały przebieg.

 

poniedziałek, 16 grudnia 2024

Samotny ZZK w Bukowcu

Renata znowu odmówiła biegania. Nie lubi biegać w sobotę, czy co? Ja w każdym razie dzielnie reprezentowałem naszą miejscowość na kolejnej odsłonie ZZK w Bukowcu. 

Dotarłem na start wcześnie. Pomimo tego już trochę ludzi biegało w lesie. Organizatorka zapewniła mnie, że lampiony stoją i są już sprawdzone (czyżbym awansował na wytykacza złego usytuowania lampionów???). Pobrałem mapę, włożyłem ulubioną smerfową czapeczkę i ruszyłem w las. Las w pełni jesienny, a nie zimowy jak by wskazywała data. 

Miała być już zima....
PK 1 za „główną drogą”, w jakimś dołku – łatwizna. PK 2 szukałem ciut za szybko – nie zauważyłem, że powinien być za ścieżką. Ogólnie szło nieźle. Błędy nieduże (a czasami wręcz bez błędów), widziałem wyrysowaną na podszyciu linię azymutu i co najwyżej omijałem jakieś mniej przebieżne fragmenty lasu;-)

Dość tego ściemniania – przy PK 6 zniosło mnie w lewo i chwilę szukałem właściwego dołka. 

Chyba największa wpadka to PK 9. Niby nic trudnego: azymut ustawiony, biec górką, ale jakoś mnie zniosło i spadłem z górki i chwilę orientowałem się gdzie jestem (bo miałem być gdzie indziej). Stąd moje wędrówki wzdłuż rowu nie w tę stronę co trzeba;-) 

Moje poszukiwanie PK9
PK 10, 11 i PK 12 to krzaki. Na mapie zielono, w terenie zielono, chodzenie, a nie bieganie. 

Potem kilka górek, których nie lubię, bo nigdy nie zgadzają mi się z mapą, ale tym razem nie dałem się zwieść na manowce mylnym ścieżkom i trafiłem tam gdzie trzeba. 

I tu można wrócić do opisu o narysowanych na podłożu liniach azymutu. Po prostu bieganie bez właściwie żadnych pomyłek (no, może poza niepotrzebnym, 10-ciometrowym zboczeniu ze ścieżki na dobiegu do PK 24). Tak powinny wyglądać wszystkie biegi na orientację – prosto i… nudno;-) Niestety, rzadko się zdarza, by wszystko było tak różowo i dlatego lubimy BnO i te dyskusje po każdych zawodach: gdzie kto się gubił;-) 



 

 

sobota, 7 grudnia 2024

Barbarina czyli górnicy w stolicy

Grudzień to okres InoImprez okazjonalnych. Pierwsza z nich to Barbarina. Jak mówi sama nazwa - święto górników (tych, co chodzą z czołówkami) i oczywiście Barbary, która tę imprezę organizuje. Na start wypada zjawić się z życzeniami/piwem/winem czy innym „prezentem” dla solenizantki. Jak tylko mogę, staram się na Barbarinę zjawić. W tym roku się udało. 

Niczym górnik gotowy do startu, w tle solenizantka

Na starcie dostałem mapę. Trochę czarnobiałych kresek, trochę starej mapy i sporo czerwonych kółeczek. Do tego opis (kto by czytał) do zrozumienia którego bez kalkulatora ani rusz. Trzeba zbierać punkty i kalkulować, by ich suma była odpowiednia. Oczywiście tych PK wychodzi zwykle więcej niż jest miejsc na karcie startowej. 

Pobrałem kartę i poszedłem w świat. Nie chciało mi się dopasowywać wycinków, więc poszedłem na najbliższy…. najmniej warty PK. PK znalazłem (opis) i zacząłem coś dopasowywać. Dało się łatwo znaleźć wycinek 2 i 4 z charakterystycznym superdługim blokiem. 

Wycinki X i druga czwórka miały charakterystyczne rozdwojenie pasów na jezdni – to także umiejscowiłem w terenie – na przeciwległej stronie mapy niż właśnie się znajdowałem. Jedno „I” także dało się dopasować w górnej części mapy. Tajemnicą została lokalizacja drugiego wycinka „I”. Miałem pewne podejrzenia, ale z mapy mi nic nie pasowało. 

Koniec myślenia – poszedłem na PK 4B. PK z pytaniem o mamę. Sęk w tym, że we wskazanym miejscu żadnej mamy nie widziałem. Świeciłem na blok i nic. Poszedłem trochę w prawo, trochę w lewo i nic. Już chciałem zaczepić jakąś mamę na ulicy i zadać jej pytanie: „Jaka będzie mama?”, ale jak na złość żadna w okolicy się nie pojawiła. Straciwszy całkiem sporo czasu na poszukiwania poszedłem dalej. 

Ciut za mocno świeciła mi latarka (na najniższym biegu, ale i tak za mocna) i co chwilę przeżywałem szok przenosząc wzrok z okolicy na mapę. W efekcie całe to dreptanie i szukanie lampionów szło wolno, bo niezbędny był spory czas do akomodacji oka po takiej zmianie oświetlenia. 

Wszystko szło w miarę dobrze do PK 4D. Nie dojrzałem, że ma być na złączeniu płotów i szukałem go na ścieżce. Na drzewie, na dziurze w płocie, za dziurą w płocie, przed dziurą w płocie, pod dziurą w płocie…. Taki to już los z starego niedowidzącego człowieka… 

Kolejna „wpadka” przy PK 1F. Lampionu nie było. Nie było w punkcie, obok punktu, a że PK podwójny…. Wpisałem ostatecznie BePek. Ponoć lampion był, ale nie na najbliższym, i drugim, i trzecim najbliższym drzewie, tylko na drzewku (które widziałem), ale było na tyle cienkie, że do niego nie podchodziłem zakładając, że lampion zobaczę z odległości, jeśli by tam był. Szczególnie, że było kilka bliższych miejsc, gdzie lampion można by zawiesić. Nie będę tu używał niecenzuralnych słów, ale co sobie myślałem szukając tego lampionu…. 

Jeszcze w ramach rozkojarzenia zapomniałem o PK 3G i musiałem wracać się tam, gdzie już byłem. 

Przez te wszystkie poszukiwania czas podstawowy już mi się skończył. Ale postanowiłem być twardy do końca i „na Leszka” znaleźć wszystko co trzeba nie patrząc na zegarek. Bo szkoda by się zmarnowały lampiony wieszane przez solenizantkę w dniu swoich imienin…. 

Na karcie zabrakło kratek...

Na imprezie imieninowej nie chodzi się dla wyniku, tylko traktuje się to jako specyficzne złożenie życzeń osobie świętującej;-)