Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zielonka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zielonka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 grudnia 2024

ZAZU Tour prawie pod domem.

Tak mi się wciąż składa, że nie mam kiedy biegać, ale jeśli zawody już są w Zielonce, no to nie ma wyjścia, nawet przy braku czasu. Skoro już góra przyszła do Mahometa...
Myślałby kto, że mam fory, bo znam teren, ale jedyna korzyść ze znajomości okolicy to brak strachu, że zgubię się na amen.
 
Start.
 
Żeby się nie zgubić nawet troszeczkę, do pierwszego punktu pobiegłam wariantem drogowym, naokoło. No dobra, nie tylko dlatego - teren pomiędzy startem, a punktem był tak wredny, że na azymut na pewno zeszło by wiele dłużej. Do dwójki już nie było ścieżek tylko azymut, ale poszło bezbłędnie.
Zagwozdkę miałam jaki wariant wybrać do trójki, bo była daleko i o ile początek logicznie było pobiec ścieżką, to potem trzeba było zdecydować: na wprost przez bagienko, od wschodu albo od zachodu. Wybrałam wariant od wschodu, głównie dlatego, bo nie lubię w trakcie trasy przebiegać w pobliżu mety. Jakoś mnie to zawsze demotywuje.
Przy czwórce spotkałam Jacentego i razem ruszyliśmy w stronę piątki, ale na końcówce każde wybrało swój autorski wariant podejścia do punktu. Mój okazał się jakby ciut gorszy, bo dotarłam później.
Szóstka poszła dobrze, a do siódemki poleciałam kawałek ścieżką rowerową, bo nie chciało mi się po krzakach. Ósemkę w pierwszej chwili chciałam wziąć ścieżkami i nawet ruszyłam w stronę pierwszej, ale w trakcie mi się odwidziało i postanowiłam pomęczyć się trochę na przełaj. Taka fantazja ułańska mnie dopadła. Azymuty oczywiście już potraciłam przy tych zmianach i szłam tak bardziej na oko. Ponieważ oko kaprawe, to z punktem się ciut rozminęłam. Na szczęście trafiłam na duże doły, które zlokalizowałam na mapie i od nich namierzyłam się na swój dołek.
 
PK 8
 
 Dziewiątka była o tyle łatwa, że biegłam niemal tak samo jak  z dwójki na trójkę (oczywiście tylko na kawałku trasy). Za to dziesiątki nie mogłam znaleźć. Niby widziałam gdzie się kręcą inni zawodnicy, ale kiedy szukałam w tym miejscu, nic nie było. Teraz widzę, że szukałam za wcześnie, ale po co inni tam się pchali, to nie wiem. Oczywiście znalazłam lampion stojący na niczym, bo ten płaski teren trudno nazwać górką, choćby najmniejszą.
 
 
PK 10
 
Po dziesiątce został już tylko dobieg do mety. Przed sobą zobaczyłam Tomka, ale był za daleko, żeby go gonić, czy nawet wołać za nim. A chciałam, żeby mi cyknął fotkę, jak wbiegam na metę.  Trudno. Za to mamy wspólne zdjęcie po biegu..

I po zawodach:-)

Następne zawody też mi proszę robić w Zielonce, bo zarobiona jestem i nie mam czasu jeździć daleko. Czy Organizatorzy wszystkich imprez słyszą????


Mój przebieg.
 

poniedziałek, 12 lutego 2024

Zazu Tour w Zielonce

Po sobotnim bieganiu w Wesołej, w niedzielę (tę tydzień temu), mieliśmy imprezę jeszcze bliżej, bo w Zielonce. Agata dała się namówić i wystartowaliśmy we trójkę.

Gotowi do akcji.
 
Ponieważ poprzednio dobrze się nam razem biegło, więc i tym razem postanowiłyśmy nie rozdzielać się.
Już od startu miałyśmy pod górkę i bałam się, czy to nie będzie zły prognostyk na resztę trasy.

 Startujemy razem.
 
I mozolnie pniemy się pod górę.
 
Plan był prosty - lecimy główną ścieżką, potem w trzecią w lewo i ta doprowadzi nas niemal pod punkt. Ale wiadomo - nic w życiu nie jest proste, a już ścieżki w lesie to na pewno nie. Te pseudo ścieżynki były tak nikłe, że za nic nie mogłyśmy ich znaleźć, a co dopiero wbić się we właściwą. Tomek, który startował chwilę po nas zastał taką sytuację:

Nie ma ścieżki i już.
 
Tomek wskazał nam jakiś produkt ścieżkopodobny i poleciał dalej, a my i tak po kilku krokach zgubiłyśmy tę niby ścieżkę. Ustawiłam kompas tak mniej więcej i miałam nadzieję, że jakoś to będzie. I faktycznie - co azymut, to azymut - nawet taki "na oko".
 
Na śladzie nie wygląda, że trafiłyśmy, ale albo mapa do d..., albo gps.
 
Postanowiłam nie zawracać sobie głowy ścieżkami  na przyszłość i lecieć głównie na azymut. Agata nie była tym zachwycona, bo ona z kolei jest fanką ścieżek, ale jak razem, to razem.
Dwójka, trójka i czwórka weszły dobrze, ale teren był mało przyjazny, bo w ogóle ten las nie jest jakiejś przecudnej urody. Po czwórce coraz bardziej znosiło nas w prawo i dobrze, że w okolicy była spora grupa zawodników, bo trochę naprowadzili nas na punkt. Szóstka była bliziutko, a na siódemkę to nawet pobiegłyśmy ścieżką. Ta akurat była widoczna i jednoznaczna.
Z dziesiątki na jedenastkę poleciałyśmy dobrze naokoło, ale było to sensowne, bo teren na azymucie zapowiadał się wrednie, a my byłyśmy już zmęczone. Tym sposobem prawie calutki odcinek miałyśmy wyścieżkowany.
Dwunastka była na łosiu, którego zawsze oglądamy jadąc samochodem do Warszawy przez S8. Teraz mogłyśmy łosia obejrzeć z bliska.
Trzynastki szukała spora grupa osób i jakoś wszyscy trochę za daleko, w tym i my. Ale jak szuka tyle ludzi, to wiadomo, że w końcu ktoś trafi i tak też się stało.
Został jeszcze tylko dobieg do mety. Pamiętając jak poprzednio Agata mnie załatwiła na ostatniej prostej, postanowiłam od razu przyspieszyć i gnać na metę nie oglądając się za siebie. Zadziałało - przybiegła chyba z pół minuty po mnie i stwierdziła, że tym razem to mocno ją przeczołgałam na trasie. Mam nadzieję, że do następnego razu zapomni o tym i znowu razem pobiegniemy.
 
Tak zaliczałyśmy kolejne punkty.
 

środa, 20 grudnia 2023

Zazu Tour w Zielonce, czyli BnO podpełza pod sam próg.

Wreszcie BnO zawitało do Zielonki. Termin co prawda dla nas z lekka kijowy bo w tym samym dniu Tomek organizował UrodzInO, ale jak odpuścić zawody tuż za progiem. Sprężyliśmy się więc i przybyliśmy. 
Teren znaliśmy, bo sami organizowaliśmy tu zawody i to kilka razy, ale nauczona doświadczeniem nawet nie zakładałam, że wszystko pójdzie gładko, bo jakoś ostatnio idzie mi jak po grudzie.
Z mapy wynikało, że dwa punkty będą w bagienku, ale ponoć miało byś sucho. Innych niebezpieczeństw (oprócz dzików, z którymi już na tym terenie miałam do czynienia) nie zauważyłam i upewniwszy się, że niezaznaczona na mapie meta znajduje się obok startu, ruszyłam w las.

Uruchomić zegarek i można lecieć.
 
Jedynka i dwójka poszły gładko, bo na azymut, a przy trójce już zaczęłam rozpoznawać okolicę i od razu poczułam się swojsko. Trójka to jeden z potencjalnie mokrych punktów, ale faktycznie udało się dojść na sucho. W drodze na czwórkę zaczęło mnie znosić w prawo. Niby oczami widziałam gdzie ma wisieć lampion, ale moje przywiązanie do wskazań kompasu wzięło górę i dopiero w ostatniej chwili nagięłam w lewo po punkt. To mokradło też okazało się być całkiem suche.
Szóstka i siódemka wisiały w znajomych dołkach i tak się podjarałam tą znajomością terenu, że przestałam zwracać uwagę na mapę i ósemki zaczęłam szukać dużo za wcześnie. Co ciekawe, nie ja jedna. Dopiero po chwili ogarnęłam, że przecież punkt jest za ścieżką, a nie przed.
 
Ciut za blisko.
 
Dziewiątkę wzięłam bezbłędnie, a potem zaczął się dramat. Dziesiątka była dość daleko, więc tak sobie szłam, podbiegałam, błądziłam myślami tu i tam i tyle czasu to trwało, że zapomniałam na jaki punkt podążam. Wiem, że to głupie, ale co poradzisz? W końcu wykoncypowałam, że powinnam szukać dziewiątki. Przy takim założeniu oczywistym jest, że nijak nie byłam w stanie dopasować mapy do terenu (albo odwrotnie) i tak mnie to skonsternowało, że zaczęłam wracać skąd przyszłam. Potem postanowiłam sprawdzić co jest bardziej na południe, a ponieważ wciąż było to samo, podjęłam jedyną słuszną decyzję - dojść do autostrady i zorientować się gdzie jestem. Faktycznie pomogło, bo jak doszłam, to przypomniało mi się, że na dziewiątce to ja jednak już byłam, a teraz potrzebna mi jest dziesiątka. No to poszłam i ją wzięłam.
 
Kiedy dopada skleroza:-(
 
Jedenastkę już upilnowałam, a potem tylko meta. Uffff. Tak się zbłaźnić na własnym terenie...
Na Tomka musiałam chwilę poczekać, bo on oczywiście biegł najdłuższą trasę, ale dzięki temu ma w końcu zdjęcie na mecie.

Tomek, odwrocie Bartka i golas. Taka artystyczna kompozycja.

Na koniec jeszcze zażyczyliśmy sobie pamiątkową wspólną fotę i można było wracać do domu szykować się na UrodzInO.
 
Po biegu.

 
 Cała moja trasa.

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Niepoślipkowa miniślipka

Miała być Niepoślipka. Właściwie to ja zgłaszając kwietniową Niepoślipkę do kalendarza TMWiM na rok 2021 tak na 90% przypuszczałem, że nie odbędzie się w terminie. Sytuacja na początku kwietnia, lockdowny itp. spowodowały, że praktycznie zrobienie oficjalnej imprezy było nierealne. Zostało zrobienie wersji nieoficjalnej. A skoro nieoficjalnej, to można zrobić w terenie gdzie oficjalnie zgodę uzyskać trudno. A właściwie to nie impreza, tylko taka mała indywidualna aktywność z mapą – ot, taka MiniŚlipka;-) Miniślipka w 2 odsłonach: marszowej i biegowej. Z biegową łatwo – od czego jest GPS-O? Wystarczy wyznaczyć punkty i gotowe – bo mapę miałem już wcześniej zrobioną – wystarczyło uaktualnić. Z marszową – tu trzeba iść w teren i poszukać co i jak. To przy okazji aktualizacji mapy.

Czas do lasu...

Decyzja podjęta, więc czas do lasu. Część terenu sprawdziliśmy w ramach biegów po lesie. Pierwotnie BnO chciałem dać hen-hen do drogi czołgowej, ale tam jak nic wychodzi z 15 km – czyli trasa nie dla wszystkich. Sporo fajnych miejsc zostało na „kiedyś”. Do MnO urzekły mnie dwa takie same wały w lesie i górki za „drugimi kijankami” (to takie nasze rodzinne nazewnictwo – pierwsze kijanki= pierwsza większa dziura z woda i kijankami na wiosnę, drugie kijanki-wiadomo;-) 

Czego to nie ma w naszym lesie...

Coś dla tych co lubią wspinać się po stopniach kariery

Coś dla miłośników pływania

Czy rowy z wodą dają się przeskoczyć? Trzeba sprawdzić!

Punkt zastany w lesie

Czy tą przecinką puścić uczestników?

Schody do nieba (w środku lasu)
 

W efekcie powstały mapy, trasy - zostało je rozwiesić w lesie. Akurat w sobotę, gdy miała być mini ślipka, nieopatrznie umówiłem się na spory zabieg stomatologiczno-chirurgiczny. Także na sobotę zapowiedział się deszcz. Zostało więc rozwiesić wszystko odpowiednio wcześniej i puścić uczestników w pełni zdalnie na trasę. GPS-O przejął Michał i ustalił inaugurację na niedzielę (miała być lepsza pogoda). Planowałem wieszać miniślipkę w piątek, ale jeden niecierpliwy uczestnik chciał wystartować już w czwartek, więc nie zostało nic innego jak ruszyć w las w czwartek. 

Takie lampioniki wieszaliśmy na miniślipkę


 Skończyliśmy wieszać akurat gdy Mariusz ruszył na trasę… 

Pierwszy uczestnik miniślipki prawie gotowy do wymarszu...

W piątek padało, miało lać w nocy z piątku na sobotę – szkoda było wieszać faworków na GPS-o, bo by się rozpuściły… 

W sobotę – trzy godziny na fotelu stomatologicznym, z 5 szwów, więc wieszać się nie chciało, zresztą znowu coś padało po południu… 

Niedziela skoro świt - nie ma wybacz – budzik, tabletka przeciwbólowa i do lasu. W lesie mgła i mokro. No, nawet miejscami bardzo mokro. 

Niedzielny świt...

Przy bunkrze na górce słyszymy głosy. Okazuje się, że to miniślipkowcy szukają minilampioników:-)

Jak to fajnie spotkać uczestników na trasie!

Przy stawianiu znaczników do BnO w kość, a właściwie w buty, dała nam trasa RUN+ a szczególnie jej początek. Przecinka - zwykle sucha - okazała się… torem wodnym niczym Kanał Sueski. Nie pozostało nic innego jak wyciągnąć peryskopy i trałować dalej;-) 

Udało się zdążyć ze wszystkim. Na starcie dopadliśmy Michała i Agnieszka oraz Mariusza i jako sędzia główny TMWiM wręczyłem im zaległe dyplomy/suweniry za wysokie miejsce w klasyfikacji. Sam przy okazji dostałem dyplom i nagrodę za pierwszą edycję GPS-O;-) 

Nagradzanie najbardziej wytrwałych w GPS-O

Krótkie szkolenie co i jak z aplikacją do GPS-O

Grupa gotowa do biegu

A tu chwila zamyślenia nad mapą miniślipki

Jak się okazało miniślipka zgromadziła ponad 50 uczestników – niezły wynik jak na deszczowy weekend, koronowirusa i te sprawy. Sporo osób także pobiegło na GPS-O i co niektórzy „przepływali” wspomnianą przecinkę;-) 

Teraz czas zacząć myśleć o Niepoślipce…

poniedziałek, 28 września 2020

Niepoślipka od kuchni

W ramach wstępu…

Niepoślipka ma już 6 lat. To troszkę zobowiązuje. Wiosenna edycja uległa powszechnemu lockdownowi. Niby teraz więcej zachorowań, ale ograniczeń prawie nie ma więc, więc wróciła.
Nie mam parcia by Niepoślipka była jakąś wielką imprezą – dwie edycje ogólnopolskie wystarczą. Ale tradycyjnie pod każde wydanie robię nowe mapy – od podstaw. Jest to sporo pracy: narysować, sprawdzić, poprawić… Niestety w okolicach zurbanizowanych las zmienia się co chwila. Trochę z lenistwa i ekonomii od pewnego czasu robię kategorie łączone - np. dla TT ta sama mapa co dla TP plus kilka punktów trudniejszych – nie muszę drukować wielu rodzajów map, a zawsze trafia się kilka osób zapominalskich w sprawie zapisów lub niezdecydowanych na jaką iść kategorię;-)
Tegoroczna Niepoślipka – prawie pod domem. Pod samym domem się nie dało, bo przecinają las, a las zresztą wojskowy i wszelakie formalności by go załatwić to droga przez mękę. Każdy inny las – bez problemu.   Nadleśnictwo zna hasło „Niepoślipka”, wie że zawsze jest OK, zgoda to formalność, a dodatkowo życzliwy Burmistrz…

Problemem jest czas. Niby trwa pandemia, niby nie chodzi się po galeriach handlowych czy kinach, ale czasu jakoś mało. Po prostu nie ma kiedy wszystkiego ogarnąć;-(
Mapy powstawały, kilka razy przebiegłem wszystkie ścieżki w lesie robiąc po kilkanaście kilometrów treningu biegowego. Sęk w tym, że są miejsca gdzie GPS się pogubił. Ścieżki wrysowałem ale…
Mapy robiłem przez ostatni tydzień – najpierw duży etap 1+2 (rozpatrywałem wariant posadzenia Zuzi na śródmecie, ale jednak brakowało rąk do pracy i śródmeta została samoobsługowa), potem E3. Postanowiłem oszczędzić uczestników, choć są fajne tereny, gdzie trasy nie doszły, tereny gdzie zwykle spotykam łosie, gdzie fajnie można się zakręcić w rowkach. Ale byłyby to za długie etapy, szczególnie dla głównej grupy uczestników TP/TT przyzwyczajonej do krótkich tras z RMnO. 

Piątek – dzień wolny od pracy, by wszystko zapiąć na ostatni guzik. Rano – tworzenie lampionówki. Pogoda zapowiada się dobrze – nie trzeba załatwiać namiotu z Urzędu Miasta. 12:00 koniec zapisów. I oczywiście wtedy się zaczyna – telefony i e-maile od spóźnialskich;-) Jak zwykle;-) Publikuję minuty startowe i idę do drukarni wydrukować mapy. Na szczęście drukarnię mam 300 m od domu. Na szczęście - bo chodzę 3 razy – raz źle wydrukowali mapy, drugi – po przeliczeniu ilości kart startowych i zespołów trzeba było je dodrukować. W międzyczasie sklep: antycovidowe przyłbice i psikacze z płynem dezynfekującym, napoje, coś na ząb – wszystkie te drobiazgi, których ilość wynika z zapisanej ilości uczestników. Lista pod wieczór wydłuża się do ponad 50 osób.
Oprócz normalnych obowiązków domowych wieczorem idziemy powiesić trochę lampionów z E3. Wyrabiamy się akurat na zachód słońca, więc wieszamy przy czołówkach. Od razu na pierwszym punkcie mamy wątpliwości czy to dobry dołek – po ciemku ciężko stuprocentowo ogarnąć wszystko w gęstym lesie. Wieszamy lampiony przy ścieżkach – te, co do których mamy pewność, że nie zrobimy błędu. Zostawiamy na jutro te, które trudno powiesić nawet za dnia;-) Kończymy o 21-szej, jeszcze uzupełnienie listy startowej, zgromadzenie wszystkiego na rano, podzielenie pozostałych lampionów na dwie kupki i koło północy spać.

Lampionów w lesie prawie 100
Sobota – budzik dzwoni gdy ciemno za oknem jakaś 5:20. Po zwleczeniu się z łózek śniadanko i do lasu. Renata wywozi mnie do Rembertowa, a sama jedzie na drugą stronę lasu. Ja mam do powieszenia więcej i te trudniejsze miejsca. Schodzi mi prawie dwie godziny i jakieś 7 km. Stawianie lampionów trwa stanowczo dłużej nich ich zbieranie;-) Ale za to zawsze rankiem można w lesie  spotkać troszkę fauny. Akurat tym razem głównie grzybiarzy…
Chwila odpoczynku i jedziemy na start. Stoliki, bannery, zegar, sekretariat. Zaraz zjawiają się pierwsi uczestnicy, a tu zegar klubowy odmawia posłuszeństwa. Co chwila dzwoni Kazik z pytaniami typu czy w Zielonce jest ksero, bo sobie dojściówki nie wydrukował, czy na pewno postawiliśmy punkt na dojściówce (hmm, na dojściówce są tylko zdjęcia;-). Zegar zastępujemy tabletem. Dzięki rozpisanym wcześniej minutom startowym nie ma tradycyjnego tłoku gdy wszyscy przychodzą na minutę zero;-)

Plakat - logo Niepoślipki w tym roku z obowiązkową maseczką;-)

Pojawiają się znajomi klubowi, pokolenie wychowane na RMnO, a także nowe twarze. Jedni ruszają na trasę , inni wkrótce wracają. Sprawdzanie kart, tłumaczenie co gdzie było… typowe sekretariatowe zamieszanie. Widzę, że kilka etapów okazało się trudnych – niektóre zespoły na starcie spędzają godzinę zanim wszystko ze sobą połączą;-(  Choć z drugiej strony, inne zespoły z RMnO, te z dzieciakami, biorą mapy a dzieciaki mówią „ to proste – to z tym łączy się tu, a tamto tam” i idą od razu na trasą;-)

Ubiegłoroczni zwycięzcy TZ walczą ze zlustrowaną mapą

 Pojawiają się pierwsze zastrzeżenia że coś źle stało. Wychodzi, że źle wrysowałem na mapę kilka ścieżek ze śladu GPS. Inaczej przebiegają niż na mapie. Że w jednym miejscu lampion powiesiłem na rowie zamiast kilka metrów dalej na dołku – bo tak miałem na lampionówce. Ot typowe problemy.
 

Niektórzy musieli aż przysiąść nad mapami;-)
 
Mija godzina 16-ta, czekamy na ostatnich uczestników. Wreszcie wraca ostatni i możemy iść do domu. Albo lepiej – zbierać lampiony! Dobra idziemy w las. Ponad godzinny spacer i zebrany E1+E2. E3 zostawiamy na niedzielę. Bądź co bądź na nogach jesteśmy już 12 godzin. W sekretariacie jednak ciągle drepcze się tu czy tam i czuć zmęczenie;-) 
 
Tak to wygląda z punktu widzenia organizatora

Wieczorem udaje mi się jeszcze uporządkować kary startowe zanim zasnę, sporo jest sprawdzonych ale nie wszystkie. Niedziela – od rana spacer po lesie, potem sprawdzanie wyników. W poniedziałek jeszcze protokół i powoli można zacząć wynosić na strych lampiony, stoliki i inne rzeczy, które będą czekać na następną imprezę klubową;-) 

Czasami zastanawiam się czemu robimy Niepoślipkę czy RMnO. Ja organizując InO zawsze wspominam pierwsze Nocne Manewry Stowarzyszy, na które poszliśmy kilka lat temu. To było coś co odmieniło nasz styl życia. Zamiast telewizora (telewizor w efekcie trafił na elektrozłom) co tydzień lub częściej jakieś MnO, potem także BnO, potem także PMnO, biegi liniowe…. Po prostu aktywność. I to widzę u naszych uczestników – dzieciaki co zaczynały w wózkach teraz bez wózków same prowadzą rodziców na punkty. Nieustannie mnie cieszy, gdy zespoły które widziałem na Niepoślipce, widzę potem na innych, coraz bardziej zaawansowanych imprezach;-)

piątek, 22 maja 2020

TNCZ w Zielonce!

Zrobili nam InO koło domu! Wyjątkowe, takie TNCZ, ale w odmianie turystycznej.

Akurat we wtorek przestało padać, więc postanowiliśmy to turystyczne InO odwiedzić. Tym bardziej, że spontanicznie na środę zapisaliśmy się na coś dłuższego – taki mały 6-cio godzinny rogaining lub odpowiednio półmaraton – nie należało się więc przemęczać.

Na start – prawie kilometr – pod budynkiem, w którym to dwadzieścia kilka lat temu pracowałem;-) Dalej w las po ściętych gałęziach w poszukiwaniu jedynego w okolicy ubytku w skorupie ziemskiej czyli dołka. Udało się – znaleźliśmy dołek i kolorowe oznaczenie na drzewie – bo ta trasa nietypowa – zmywalnym sprayem pomalowane różne literki na drzewach;-)

Tu jest dołek i literki na drzewie!
Renata zadecydowała, że do drugiego PK idziemy „na azymut”. Azymut - wiadomo rzecz święta – więc brnęliśmy przez te ścięte gałęzie, jakieś czepliwe jeżyny i inne takie. Znowu się udało;-) Po tym doświadczeniu – już drogami pomaszerowaliśmy dalej. Dalej w kierunku odgłosów warczenia. Po chwili odgłosy się nasiliły, jakieś metalowe potwory buszowały wokoło i pojawiła się tabliczka –taka żółta z ludzikiem, drzewka i tekstem o ścince i jakimś zakazie. Popatrzyliśmy po sobie – kto nam będzie zakazywał w naszym lesie??? Szczególnie, że z naprzeciwka pomimo zakazu jakaś rodzina wesoło zasuwała. Poszliśmy więc omijając warczące maszyny bokiem. Kolejny dołek – oszczędzili specjalnie drzewo z wymalowaną kolorowym sprayem literką! Wiadomo: leśnicy – nasi ludzie;-)

Oryginalny widmowy lampion;-)

Dalej poszliśmy już w spokojniejsze rejony szukać niewielkich dołków występujących w sporej ilości. Dołki nam znane, sami stawialiśmy tu lampiony;-)

Przez teren dotknięty wycinką, przez doły, w których wygrywaliśmy kiedyś po raz pierwszy trasę na WiMnO dotarliśmy do umownej granicy Zielonki i Rembertowa – linii energetycznej.

Przy szukaniu punktów w rowach spotkaliśmy dwa łosie. Najpierw zwierzęta wycofały się w gęstwinę, a potem ciekawe zerkały na nas zza drzewa, patrząc po co włóczymy się po ich lesie;-)

Pomachaliśmy sympatycznym łośkom i poszliśmy dalej, do kolejnych rowów i dołków. Miejsc gdzie tradycyjnie wszyscy (łącznie z nami) stawiają lampiony;-) Prawie „na pamięć” odwiedziliśmy kolejne znane miejsce.
Na sam koniec zostawiliśmy sobie punkt G. Kiedyś Renata miała zebrać postawiony na tym rowie lampion – wtedy szło jej jakoś długo, bo nie mogła go znaleźć. Tym razem trafiliśmy bezbłędnie:-)

Punkt G?
Jeszcze tylko przedarcie się przez krzaki i dotarliśmy na metę. W czasie i z kompletem punktów. Kilometr dreptania do domu i z przepisowych 4,2km wyszło nam prawie 8. Nie ma to jak odpoczynek przed zawodami;-)

Selfie sponsoruje literka "M"

piątek, 18 października 2019

Rodzinne - finisz!

Przygotowania do Rodzinnych MnO przebiegały z dreszczykiem emocji. To, że mamy nieustający remont i brak czasu na wszystko już nie robi na nas wrażenia. Mapy zawsze jakoś uda się nawet w ostatniej chwili wygenerować. W końcu lata doświadczeń:-) Tymczasem kilka dni przed imprezą powaliła mnie grypa i Tomek został sam z remontem, bieżącym funkcjonowaniem domu, no i mapami. Jedyne co zdążyłam zrobić to rekonesans i wybór punktów. Najbardziej bałam się, że zarażę Tomka, obydwoje polegniemy i imprezę szlag trafi. W czwartek dowlokłam się do komputera i stworzyłam zalążek trasy TF A. W piątek nadal z nią walczyłam, Tomek zaś powoli brał się za TF B. W międzyczasie telefonicznie postawiłam w stan alarmu kogo się tylko dało, żeby tylko nie musieć odwoływać imprezy. W sobotę mapy były gotowe, wydrukowane, a ja zaliczyłam wyjazd do sklepu po zakupy. Da się? Da się!
W niedzielny poranek czułam się już przyzwoicie, ale z obawy przed zarażeniem połowy miasta trzymałam się od wszystkich z daleka i tylko fotki cykałam z oddali. Na szczęście do pomocy przyjechał Darek (na niego to zawsze można liczyć), a i wśród uczestników znaleźli się chętni do pomocy.

 Pomagierzy w akcji.

Wszystko poszło tak sprawnie, że pierwsze osoby na trasę wyruszyły jeszcze przed planowanym czasem rozpoczęcia zawodów. Uczestnicy z mojej trasy brali mapy w garść i oddalali się w teren. A ci, którzy szli na TZ, to znaczy TF B, najpierw oddawali się kreatywnej sztuce rękodzieła, czyli wycinankom:-)

 TF B, więc mapę trzeba pociąć:-)

Tak prawdę mówiąc to ja się im nie dziwię, bo zawsze to łatwiej iść z pełną mapą, a nie co punkt kombinować gdzie dalej.
Po powrocie obowiązkowe uzupełnianie książeczek. Okazało się, że sporo osób ma już spełnione wymogi do odznak, więc Darek siedział i weryfikował, weryfikował, weryfikował. Chyba pobiliśmy rekord przyznanych odznak!

 Będą punkty do odznaki!

Podczas gdy Darek zajmował się książeczkami, my z Tomkiem sprawdzaliśmy karty startowe i usiłowaliśmy ogarnąć końcowe wyniki. Teoretycznie wszystko było proste, tylko co chwilę wychodziło nam inaczej. Na dokładkę długo czekaliśmy na zespół, który wystartował jako ostatni, a że mieli szanse na podium, to musieliśmy czekać z wynikami do ich powrotu. Co wypisałam jakiś dyplom, to Tomek wyskakiwał z informacją, że znowu przeliczył i trzeba zmienić miejsce, bo mają inne. Wrrr... W końcu jednak udało się wszystko zliczyć jak trzeba i mogliśmy przystąpić do najprzyjemniejszej części imprezy, czyli ogłoszenia wyników i rozdania nagród.

Oficjalne podsumowanie.

W przyszłym roku Zielonka świętuje jubileusz 60-lecia nadania praw miejskich, więc o wyjątkowej edycji Rodzinnych MnO chyba musimy już zacząć myśleć. Jakieś pomysły, oczekiwania, propozycje? Musi być przecież wyjątkowo!

poniedziałek, 30 września 2019

Niepoślipka

Nie żeby się tak totalnie nic nie działo, tylko czasu mało...
Niepoślipka. Odbyła się.
W tym roku Niepoślipkę (jedną i drugą) potraktowaliśmy trochę po macoszemu, bo nawet do TMWiM-a jej nie zgłosiliśmy. Tak nam jakoś życie przyspieszyło, że najpierw nie mogliśmy znaleźć dla nich terminów, a potem nie byliśmy pewni czy w ogóle wyrobimy się z organizacją. Ale dało radę. Nawet udało się wynaleźć całkiem nowy teren, bo to się już zaczyna robić poważnym problemem. Ile w końcu można organizować imprezę w tym samym miejscu, gdzie wszyscy chodzą już na pamięć?
Teren mieliśmy z wyraźnym rozgraniczeniem etapów - przed autostradą i za autostradą. Każde z nas miało swój obszar i w swoim grajdołku robiło etapy od TP do TZ.  Przez dłuższy czas wydawało się, że w ogóle wystarczy zrobić etap TP/TT bo nikt z wyższej kategorii się nie zapisywał. Ogólnie zgłosiło się niewiele osób, ale wcale to nie oznaczało, że mamy mniej pracy.
Dawno już nie robiłam map dla TU i TZ i ciągle miałam wrażenie, że jest za łatwo, ale ostatecznie uznałam, że Tomek nadrobi to w swoich mapach, a poza tym może w ogóle nie będą potrzebne. W dniu imprezy wśród zapisanych nie mieliśmy nikogo na TZ, śladowe ilości na TU, za to TP i TT było dość licznie reprezentowane i to głównie przez młodzież - harcerzy i SKKT Beaty. Poza tym zapisały się trzy zespoły z rodzinnych.

 Spragniony to nikt chyba nie odejdzie:-)

W dniu zawodów pogoda była taka sobie i może dlatego część zawodników nie dotarła - ta "rodzinna" część. Za to udało nam się tak namącić w głowach tym, którzy przybyli, że ostatecznie mieliśmy obsadzone wszystkie kategorie. Szczątkowo, bo szczątkowo, ale zawsze.
Nawet dojściówka się przydała, bo kilka osób skorzystało z niej. Niektórzy oddali nam własnoręcznie wygenerowane egzemplarze.

 Dojściówka artystyczna:-)


  O matulu! Jak to poskładać??

Zawodnicy poszli w las, wrócili i zaczęli od "bicia autora" i nawet mieli rację, bo Tomek się machnął przy rozwieszaniu jednego z (moich) lampionów, a w opisie dla trasy TZ pomerdały mu się kierunki świata. Na szczęście wszyscy podeszli do tego zdroworozsądkowo i nikt nie zaginął. Ile osób wyszło, tyle wróciło. Trasa jaka była, taka była, ale za to słodyczy, owoców i napojów (dzięki Beata i Irek!) było do wypęku.

Ale na następną Niepoślipkę to jednak przyjdźcie liczniej, bo mam poczucie, że mi się mapy marnują:-)

niedziela, 8 września 2019

Zielonkowskie Rodzinne

W organizacji Rodzinnych doszliśmy już do takiej rutyny, że kiedy kilka dni przed imprezą nie mamy gotowej ani jednej mapy, wcale się nie przejmujemy. Oczywiście, że jeszcze w czerwcu obiecywałam sobie, że mając w perspektywie lipiec i sierpień, mapy przygotujemy odpowiednio wcześniej, ale sami wiecie jak to jest. Podobnie miało być z lampionami, które również planowałam zrobić z miesiąc przed imprezą. Życie pokazało, że pośpiech konieczny jest jedynie przy łapaniu pcheł, bo chociaż wszystko robiliśmy na ostatnią chwile, to jak zawsze, udało się. Ja zrobiłam trasę łatwiejszą, Tomek trudniejszą i wszyscy chcieli iść na moją:-) To znaczy, na TF A zapisało się bardzo dużo zespołów, na TF B tylko kilka. Hmmm..., ostatnio kilka razy pod rząd trasy B robił Tomek i niektórzy twierdzili, że były za trudne. 
Mapy mapami, ale i tak najbardziej jestem dumna z nowych lampionów, które wyszły mi przecudnej urody, że się tak nieskromnie pochwalę. No, sami popatrzcie:

Może i troche nieregulaminowe, ale za to jakie ładne.

W niedzielę na miejsce startu pojechaliśmy godzinę wcześniej żeby na spokojnie rozłożyć się ze wszystkim, a pierwsi uczestnicy dotarli... tuż po nas:-) Ale to miłe, że nie mogli się już doczekać. A potem już poszło normalnie - ja ogarniałam sekretariat, Darek szkolił, a Tomek puszczał w las. Wszyscy wrócili, nikt się nie zgubił, o dziwo nikt tym razem nie narzekał, że mapa za trudna. Jednym słowem - impreza się udała.

Bannery rozwieszone, czekamy na uczestników.

Tam pójdziecie, do lasu! Szkolenie:-)

Książeczki wypełniamy hurtowo.

Mapa TF B wcale nie była trudna!

Najpierw pójdziemy tutaj...