Skoro ostatnio było WesolInO, to teraz pora na kolejne FalIno. I tak do wiosny, jak by kto pytał.
Tym razem nie spieszyliśmy się tak jak ostatnio i nie musieliśmy czekać na organizatora, tylko od razu można było iść w las.
Gotowi do startu.
Dostaliśmy tę samą minutę startową, więc na pierwszy punkt ruszyliśmy razem. Razem, to znaczy Tomek gnał pierwszy, a ja usiłowałam nadążyć za nim. Jedynka była w lasku przed szkołą, tuż koło drogi i można było biec na pamięć, bez patrzenia w mapę.
Usiłowałam dowiedzieć się od Tomka na jaki punkt biegnie po jedynce, ale tak mi odpowiedział, że dalej nie wiedziałam, więc podjęłam pierwszą własną, strategiczna decyzję i ruszyłam na trójkę. Jak się potem okazało Tomek też pobiegł na trójkę, tylko mniej naokoło niż ja. Ale w sumie ile on tam zyskał? Metr, dwa, może pięć?
Po trójce wzięłam ósemkę i czwórkę na wydmie i na chwilę mnie zastopowało. Bo jak lepiej? Wziąć 5, 6 i 7, czy raczej 6, 2, 7 , a może 6, 7, 2? Zdecydowałam się biec na piątkę - bo... tak. Teoretycznie było prosto, ale mi i tak udało się skopać sprawę. Jakieś zaćmienie mnie dopadło i kiedy wybiegłam na ulicę przy budynkach, poleciałam w lewo, zamiast w lewszo (czyli jeszcze bardziej w lewo). Przez chwilę nie potrafiłam w żaden sposób pogodzić tego, co mam na mapie, z tym co widzę przed sobą i tak stałam jak głupia gapiąc się na linię energetyczną, której nie powinno tam być. W końcu uznałam, że skoro wciąż jest i nie znika od mojego gapienia się, to najwidoczniej ja nie jestem tam, gdzie myślę, że jestem. I to była słuszna konkluzja, która w efekcie doprowadziła do słusznych czynów i docelowo trafienia na piątkę.
Skoro wzięłam piątkę, to automatycznie dwójka wypadała z gry, bo była najdalej, a potrzebowałam jeszcze tylko dwóch punktów. Czyli została szóstka na wydmie i siódemka po drodze na metę. Poszły łatwo, a najtrudniejszym elementem było nie dać się zadeptać biegaczom górskim przy przecinaniu ich trasy:-)
Na Tomka, który oczywiście pobiegł na wszystkie dwadzieścia punktów, czekałam na tyle długo, że dałam się skusić na ciastko w bufecie, ale na najmniejsze, żeby nie było. Ale i tak uważam, że bufet powinien być zakazany.



































