Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydma. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 stycznia 2026

WesolInO, czyli jak się głupio zgubić w znanym terenie.

Skoro rozpoczęło się FalInO, to wiadomo było, że musi być też WesolInO, bo to imprezy sprzężone, przynajmniej tak się o nich myśli.  No i bach - w sobotę pojechaliśmy do Wesołej.
 
Przed startem.

Trasy były przyzwoitej długości - ani za długie, ani za krótkie, więc zapisałam się na B - teoretycznie ok. 4 km. Teren znany, obiegany milion razy, więc w zasadzie bezstresowo, bo nawet jak się człowiek zgubi, to się przecież nie zgubi. 
Baza zawodów była w szkole, ale start przy przedszkolu. Powinni jeszcze w okolicy wybudować jakąś placówkę oświatową, żeby i meta miała swoje miejsce:-)

Start.

Pierwszy punkt od razu na azymut, ale też od razu prowadziła do niego inostrada, mimo że startowaliśmy na początku stawki. Po drodze przegonił mnie Tomek, a ponieważ pierwszy punkt mieliśmy wspólny, to załapałam się na fotkę przy lampionie.

PK 1

Dwójka na górce, jeszcze po śladach, ale już nie tak porządnie wydeptanych, więc trzeba było kontrolować przebieg śladu z kompasem. Znowu zapomniałam o stuptutach i przed punktem zaczęło mi się robić mokro i zimno w butach, a tu jeszcze dziesięć innych punktów do zaliczenia. Do trójki kawałek ścieżkami, a potem wariantem autorskim, bez inostrad na punkt. I kolejna porcja śniegu w butach.
Czwórka, piątka i szóstka na azymut - trochę po śladach, a trochę autorsko, kiedy niespodziewanie ślady ginęły, bo robiący je ludzie nagle się dematerializowali.  No bo przecież nie odfruwali. Przedzieranie się przez dość grubą warstwę śniegu okazało się bardzo męczące i wyraźnie czułam każdą część nogi - od palców po pas, a nawet po szyję. Gdzieś tam po drodze dogoniłam Marysię i tak się później co chwilę spotykałyśmy.
Od szóstki do ósemki wreszcie można było pobiec ścieżkami, więc chociaż nie nabierałam nowego śniegu, tylko topiłam stary. No i kroki łatwiej stawiać kiedy cienka wierzchnia warstwa nie załamuje się przy każdym stąpnięciu.
Dziewiątka była po drugiej stronie wydmy i dotarłam do niej już na rezerwie, w tempie zawstydzającym. Od dziewiątki praktycznie szłyśmy z Marysią razem, choć wciąż udawałyśmy, że rywalizujemy. Im dalej byłyśmy, tym bardziej nie podobał mi się kierunek oraz uczestnicy biegu górskiego, biegnący po ścieżce, której nie powinno być. Maria szła obok i nic nie mówiła, to myślałam, że jednak jest OK. W końcu doświadczona osoba. Tymczasem jej też już coś nie pasowała i chyba myślała podobnie, że skoro idę, to musi być dobrze. W końcu jednak podzieliłyśmy się swoimi obawami, a kiedy zbliżyłyśmy się niemal do skrzyżowania ścieżek już wiedziałyśmy o co chodzi. Byłyśmy nie na tej odnodze wydmy, co trzeba. Kurczę, a tak dobrze się szło... Na mapie górka z punktem wyglądała na najwyższą, a w terenie na odwrót. Taki kawał drogi zrobiłyśmy niepotrzebnie, po to tylko, żeby się wracać:-(

Do dziesiątki naokoło.

Z pozostałymi punktami na szczęście nie miałyśmy problemów i po zgarnięciu jedenastki i dwunastki razem zameldowałyśmy się na mecie.
 
Meta.

No, nie powiem - łatwo nie było, głównie za sprawą śniegu, który wykańczał fizycznie. A jak człowiek zmęczony, to i głupoty robi. Tego etapu nie będę rozliczać wynikiem czasowym, tylko liczbą straconych kalorii, a tu dałam z siebie wszystko.


 Cała trasa.

środa, 14 stycznia 2026

FalInO, czyli powrót na wydmę.

Wreszcie wróciło bieganie po falenickiej wydmie. W ubiegłym roku teren był zamknięty z powodu mistrzostw rowerowych i snuliśmy się tylko gdzieś po obrzeżach lasu. W końcu świat wrócił do normy. Z tej radości i niecierpliwości przyjechaliśmy tak wcześnie, że organizator był jeszcze w lesie i musieliśmy czekać. 
Tym razem już pamiętałam żeby ubrać stuptuty, chociaż i tak baza w szkole dawała możliwość czekania w cieple. Ale po co ma mi się zimno wsypywać do butów?

Ja już gotowa do startu.

Tradycyjnie ja wybrałam trasę krótką, a Tomek najdłuższą, a ponieważ na FalInO biega się w formule scorelaufu, to potencjalnie mogliśmy nawet biec razem przez część trasy. Ale tylko potencjalnie, bo ja sobie truchtam, a Tomek pędzi.
Pierwszy problem to oczywiście konieczność wybrania 7 z 20 punktów. No, nie da się. Zacząć od jedynki, czy od siódemki? Brać punkty z północnej części mapy, czy raczej wschodniej? I w jakiej kolejności? W końcu zdecydowałam się zacząć od jedynki i oczywiście pobiegłam do niej mało optymalnie, choć przecież już dojeżdżając do szkoły widzieliśmy, gdzie wisi lampion. Tomek pobiegł lepiej i już czekał przy punkcie, chociaż ruszył chwilę po mnie.

PK 1 zaliczony.

Po jedynce znowu decyzja: co dalej? W pierwszej chwili wybrałam dwójkę, ale po drodze mi się odwidziało i skręciłam w stronę jedenastki. Niby wiedziałam, gdzie stoi punkt, ale i tak się zdziwiłam, gdy znalazłam się pod swoim domem. To znaczy domem, w którym kiedyś mieszkaliśmy. W pierwszym odruchu chciałam wyjść na ulicę i pooglądać, czy coś się zmieniło, ale przypomniałam sobie, że biegamy na czas i odpuściłam. Kolejna trudna decyzja - na trzynastkę i dwunastkę, czy raczej dziewiątka? W końcu postanowiłam kierować się raczej w stronę wydmy, bo skoro tyle za nią tęskniłam, to trzeba ją nawiedzić czym prędzej. Tak więc po dziewiątce wspięłam się po czwórkę i po przeliczeniu punktów wyszło mi, że najlepiej będzie wziąć jeszcze dwójkę, trójkę i siódemkę. Tak też zrobiłam. Po siódemce już była tylko meta i czułam lekki niedosyt - tak ze dwa punkty więcej by się przydały do pełni satysfakcji. Z kolei następna co do trudności trasa miała już 14 punktów i więcej kilometrów (za dużo dla mnie), a tu jeszcze trzeba było zachować siły na przeżycie reszty dnia.
Baza w szkole ma dużą przewagę nad bazą w lesie - nie dość, że ciepło, to jeszcze bufet zaopatrzony w różne smakołyki. Czekając na Tomka wciągnęłam sałatkę, ale ciasta już nie zdążyłam, bo za wcześnie wrócił. Nadrobię na kolejnej rundzie:-)

Na pożegnanie Falenicy wspólna fotka.
 

Taki wariant wybrałam.
 

wtorek, 15 lutego 2022

WesolInO

W sobotę WesolInO. Znowu blisko domu, ale za to długa trasa, bo aż 6,2 km. Tym razem byłam wyspana, najedzona i gotowa na wszystko. 
 
Tradycyjna fotka przedstartowa.
 
Przyjechaliśmy wcześnie i jako jedni z pierwszych ruszyliśmy do lasu. Od razu miałam dylemat czy zacząć drogami, czy od razu ciąć przez las, ale tradycyjnie wybrałam azymut. Las wyglądał na przebieżny i wręcz zachęcał, żeby biec.

Ścieżką, czy lasem?
 
Dobra, lecę lasem.
 
Niby jedynka była łatwiutka, ale już od samego startu zaczęło znosić mnie w lewo i w końcu niemal dobiegłam do drogi, którą miałam NIE BIEC. Odbiłam więc w prawo, przekroczyłam drogę poprzeczną i wcale nie widziałam nigdzie lampionu. Postanowiłam więc namierzyć się od pobliskiego budynku i idąc w jego stronę natknęłam się na punkt. Na śladzie nie wygląda żebym jakoś szczególnie błądziła, ale wiem, że mogłam zrobić to dużo lepiej. 
Do dwójki znowu zniosło mnie w lewo i nie mogłam wyczaić w młodniku właściwej polanki. Oczywiście wyczesałam ją, bo w końcu młodnik miał ograniczoną powierzchnię, ale już po tych dwóch nieudanych punktach byłam mocno zdegustowana.
 
PK 1 i PK 2
 
Zawzięłam się w sobie i na trójkę pobiegłam już po kresce. Nie dam się znosić w lewo! Moje postanowienie biegania po kreskach całkiem dobrze się sprawdzało i dalej już szłam jak po sznurku, za to po piątce pojawiła się WYDMA. Nie powiem - nieźle dała mi w kość. Początkowo jeszcze próbowałam walczyć i usiłowałam wbiegać na nią, ale od pewnego momentu już tylko szłam, a potem lazłam. Jak ja zazdroszczę tym, którzy potrafią biec pod górę. Dla mnie nawet powolny spacer jest wyzwaniem:-(
Dwunastka trochę mnie wykiwała. Z oglądu mapy spodziewałam się wyraźnie zarysowanego młodnika, tymczasem młodnik zdążył już wyrosnąć i... nie zauważyłam go. Dopiero po chwili ogarnęłam, że to co widzę przed sobą, to ta właściwa granica kultur. Jak się człowiek na coś nastawi, to potem ciężko zmienić swoje wyobrażenie.
 
Zmyłka przed PK 12
 
Między trzynastką, a czternastką spotkałam Tomka, biegnącego w przeciwnym kierunku. Dobrze, że postanowiłam biec drogą, a nie na azymut, bo dzięki temu mam pamiątkę z trasy:

 
Między PK 13, a PK 14

Reszta trasy była łatwa, bo kreski były widoczne niemal na ziemi i żadnych większych górek po drodze nie było. Na mecie czekał już Tomek, z lekka zdegustowany, bo zgubił mu się jeden punkt i zaliczył NKL-kę.


Dobieg do mety.

Wynik tradycyjnie umiarkowanie satysfakcjonujący, ale nie ostanie miejsce! :-) Chyba trzeba zacząć biegać krótsze trasy... Chociaż z drugiej strony, to kto mi zabroni siedzieć w lesie ile tylko chcę?!
 
Cała trasa.

czwartek, 28 lutego 2019

Sobotnie rytuały

Chyba zaczyna nam się wykształcać nowa, świecka, sobotnia tradycja - rano parkrun, potem FalInO lub WesolnO, w zależności, co jest akurat dostępne. Tak było i w ostatnią sobotę. Na parkruna jechaliśmy bojowo nastawieni, przekonani, że ustanowimy nowe rekordy. Własne oczywiście, nie światowe. Tomek opracował mi plan działania:
- Najpierw zapie….asz, potem trochę wolniej, a na koniec znowu zapie….asz!
Ponieważ jestem ambitna, postanowiłam trochę zmodyfikować plan i zapie….ać cały czas. Na starcie ustawiliśmy się w pierwszej linii, no bo życiówka, nie? Ruszyłam od razu ostro. O dziwo, nogi nie odmówiły współpracy, a i z oddychaniem jakoś wyrabiałam. Moja bezpośrednia konkurentka (z przedziału wiekowego) została w tyle i postanowiłam nie dać się jej wyprzedzić. Już mniej więcej pamiętam trasę, więc łatwiej mi było rozkładać siły, no i mogłam się pocieszać: jeszcze do jeziorka, do mostku, do siłowni. Tak gdzieś w trzech czwartych trasy ciut mnie przymuliło i nieco zwolniłam. Moja rywalka wykorzystała chwilę słabości i dogoniła mnie przyjaźnie zagadując.
- Kurczę, to ona ma jeszcze siłę gadać??? - pomyślałam, wysapując krótką odpowiedź.
Chwilę biegłam tuż za jej plecami, ale odległość wciąż się powiększała. Nie tak drastycznie jak dotychczas, ale jednak. Pod koniec znowu przyspieszyłam, a na ostatnich metrach, gdzie zwykle wlokę się ostatkiem sił, nawet za bardzo nie zwolniłam. Niestety, rekordu nie było - zabrakło marnych 25 sekund:-( Tomkowi zabrakło jeszcze mniej, bo 6 sekund. W następną sobotę to już na pewno nam się uda!
Po parkrunie Falenica i FalInO. Tym razem organizator nie pomylił map i panie biegały na swoich mapach, a panowie na swoich. Ponieważ ostatnio wyszło na jaw, że panie spokojnie radzą sobie z trasą męską, więc dostałyśmy traskę dłuższą niż zwykle, czyli 6 km. Faceci dostali ponad 8 km.
Ja tam byłam zadowolona, bo na takie trzy, czterokilometrowe to już mi się za bardzo nie chce wychodzić, bo to więcej dojazdu niż samej zabawy. Chętnie bym napisała, ze przeleciałam bezproblemowo, ale dwa razy się zacięłam. Najpierw  z trójki na czwórkę trochę się zapędziłam i wylądowałam przy strzelnicy, ale na szczęście od razu wiedziałam gdzie jestem, a czwórka była blisko. Do kolejnych punktów biegłam jak po sznurku i popadłam w końcu w taki samozachwyt, że to się musiało źle skończyć. Już stosunkowo blisko mety, przy grupie punktów 13-17 byłam tak wyluzowana, że prawie nie patrzyłam na mapę, a i w teren tak jakoś nieuważnie. I w efekcie zgubiłam PK 14. Oddalałam się od niego i tylko troszeczkę mi coś nie pasowało. A powinno bardzo nie pasować! Dopiero kiedy dotarłam do zabudowań, na metę Biegów Górskich skapnęłam się, że powinnam być bardzo gdzie indziej. Musiałam wrócić kawał drogi, do tego na szczyt wydmy, a przy tych wszystkich biegaczach górskich wstyd mi było włazić krok za krokiem, więc wbiegłam na tę pioruńską górę mało nie wyzionąwszy ducha. Na ostatnie punkty już się bardziej skupiłam. Ponieważ trasę pokonywałam spokojnie, świńskim truchtem, to i miejsce odległe. Ale podobno im wolniej się biegnie, tym szybciej się chudnie (czy jakoś tak), więc nie narzekam.
Szybko to było na parkrunie, a FalInO to rozrywka.


Trasa kobieca.