Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niewiadoma II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niewiadoma II. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 maja 2024

KOSowa Majówka - niby Niewiadoma, a wiedziałam jak trafić.

Majówka zapowiadała się pracowicie. Co prawda nie wybraliśmy się na Bukowa Cup, ani nawet na UNTS Cup - zapisaliśmy się na KOSową Majówkę. 1-go maja biegaliśmy na mapie Niewiadoma II. W sumie to dla mnie każda mapa, to jedna wielka niewiadoma, nawet jeśli biegnę na niej dwudziesty raz.
Pogoda upalna, tak że nawet leżenie męczy, ale chciało się do lasu, to nie ma zmiłuj.
 
Gotowi.
 
Start!
 
Już na dzień dobry trafił mi się dłuuugi przebieg, bo jedynka była za górami, za lasami i za dwoma przecinkami (no, prawie za dwoma). Na szczęście niemal na samo miejsce można było dobiec drogą, może i ciut naokoło, ale też bez przesady. Kolejne punkty były już w ludzkich odległościach i choć początkowo mapa mocno mnie niepokoiła, to na każdy punkt wychodziłam idealnie, lub najwyżej z lekkim rozejrzeniem się dookoła. Za czwórką spotkałam Tomka. i wesoło sobie pomachaliśmy.

Machu, machu.
 
Machałam może i wesoło, ale z każdym kolejnym punktem coraz mniej było mi do śmiechu. Pić chciało mi się niemiłosiernie, czułam się wyschnięta na wiórek i gdyby w lesie była jakakolwiek kałuża przyssałabym się do niej bez względu na wszystko. W sumie może i dobrze, że nie było, bo jakoś mało higienicznie by to wyszło. 
Biec nawet nie próbowałam, zwłaszcza kiedy w połowie trasy skonstatowałam, że do mety jeszcze w ciul daleko, a sił nie miałam nawet na podrapanie się. Powolny spacerek miał też i swoje zalety - mogłam dokładnie pilnować azymutu, rozważnie planować trasę, namierzać się precyzyjnie. I to dało efekt - ten poniżej. Prawda, że ładnie to wygląda. Może powoli, ale za to elegancko.
 

 
Ku wielkiemu zaskoczeniu mój mizerny wynik czasowy wystarczył do wyprzedzenia jedenastu osób i ośmiu osób nieklasyfikowanych. Widać upały im też dały się we znaki.
 

sobota, 4 maja 2024

Nocka z dwiema Niewiadomymi

Zaczyna się majówka –zaczyna się maraton z InO. Na pierwszy ogień Nocka z Niewiadomą. Na kilkanaście godzin przed pierwszym etapem KOSowej majówki kolejny nocny trening. 

Upalnie, komary i meszki. Sucho (słowem kurzy się w lesie). Przyjeżdżam pierwszy na start. Powoli idę na start (prawie kilometr). Budowniczy mówił, że teren się pozmieniał, jest wiele wycinek niezaznaczonych na mapie, więc trzeba uważać. A jeden z punktów węzłowych (5/9) wypadł na takiej wycince i jest powieszony specjalnie wysoko, by go łatwiej znaleźć w nocy. 

Start na wycince której brak na mapie;-)

Odczekuję ze startem do 20:01 i powoli ruszam w las. PK 1 na górce – taka oczywista oczywistość nawet za ostatnich promieni słonka, gdy punkt nie świeci się z daleka. PK 2 to ma być paśnik. Nic trudnego. Dobiegam do mokrawiska nad którym paśnik powinien stać. Obok wyręb, którego nie ma na mapie. Zapalam latarkę, bo już ciemnawo. A paśnika jak nie było, tak nie ma. Przedzieram się przez krzaki, chodzę w tę i we w tę chyba już godzinę. Wreszcie odkrywam, że chyba mapę mam przekręconą o 180 stopni i szukam nie po tej stronie mokrawiska. Oczywiście, jak wynika z postanalizy, błąkałem się prawie 10 minut, a nie godzinę, choć subiektywnie to trwało i trwało. Taki prosty błąd… wrrrr 

Pierwsza niewiadoma czyli jak szukałem paśnika odwrotnie trzymając mapę;-)

Na szczęście kolejne PK wchodzą lepiej. Znacząco lepiej. Biegnę na azymut i trafiam na lampion. Pierwsze obce światełko spotykam koło węzłowego PK 5. Tego na wycince. Wyprzedza mnie jakiś szybkobiegacz. Widzę jeszcze jego światełko na PK 9 (ten sam co PK 5), ale potem niknie mi w ciemności. Znowu jestem ja , las i niewiadoma;-) Wszystko idzie idealnie – azymut i po chwili zaczyna przede mną błyskać odblask kolejnego lampionu. Tak lubię. 

Do PK 13 daleko, więc wybieram wariant drogowy- ciut dalej, ale wygodnie. 

Ustawiam azymut i ruszam na PK 14. Przecinam drogę, zaczynają się dołki, powinno przede mną być wzniesienie z jakimiś polankami i gęstwinkami. Jakoś wokoło tego nie widać. Skręcam w prawo - powinna być tam porządna droga północ-południe, od której się namierzę. Droga jest. To cofam się na południe, by znaleźć drogę poprzeczną, przez którą przebiegałem i tam zaraz będzie mój lampion. Pojawia się górka, polanki - zbaczam z drogi wyglądając lampionu. Lampionu brak. Co gorzej, brak drogi którą powinienem przeciąć. Wracam na tę drogę północ-południe i znajduję bezpośrednio przy niej dołki. Patrzę na mapę i wiem gdzie jestem – dobre 300 m na południe od właściwego skrzyżowania. Nie mam pojęcia jak się tu znalazłem, ale przynajmniej wiem co robić dalej. Teraz to wiem co się stało – taka ledwo zaznaczona na mapie ścieżynka w terenie okazała się całkiem porządną drogą – nie sprawdzałem dokładnie jej azymutu, a odległościowo można było się nabrać. Na śladzie widać że biegłem prawie przy drodze, ale w nocy jej nie dojrzałem. W każdym razie co najmniej 6 minut w plecy. 

Druga niewiadoma czyli poszukiwanie PK 14

PK 14, 15 - tu zaczęły pojawiać się dzieci z krótkich tras. Jeszcze przebieg PK 18-19 pełen krzaków i finisz. Czas hmm przemilczmy, jednak 15-20 minut błędów to stanowczo za dużo. Miejmy nadzieję, że kolejne treningi i właściwy start w MP pójdzie lepiej, bez "niewiadomych";-)



środa, 27 lipca 2022

Trening z Niewiadomą

Zawsze lubiłem treningi na Niewiadomej. Oczywiście chodzi o mapę „Niewiadoma”: kilka górek, dużo fajnego niezakrzaczonego sosnowego lasu, zielony mech… Taki trochę „bajkowy krajobraz”. 

Renatę z tej przyjemności wyłączyła jakaś angina, czy inna infekcja rzucająca się na gardło. 

Tam w oddali start

 
O właśnie na tym szlabanie

Sobota, sucho, gorąco – typowa letnia pogoda. Na starcie już trochę aut i nikogo oprócz organizatorów – znaczy wszyscy w lesie. Biorę mapę, pik (clear), pik (check) i pik (start). Co ja pisałem? Że mało krzaków? Chyba na wyrost! Od startu do PK 1 krzaki, aż nie chce się w nie zagłębiać. Obiegam naokoło – zawsze to trochę lepiej. Choć post factum widzę, że znacznie krócej i wygodniej było obiec z drugiej strony ścieżką, prawie pod sam lampion;-) 

A mogłem biec tą drogą po lewej...

Poprawiam się na kolejnych punktach. Las zaczyna być przebieżny i bajkowy. Jak trening to trening – próbuję biegać bez kręcenia tarczą na kompasie. Nawet wychodzi. No dobrze, przy PK 9 znosi mnie w lewo, ale i tak idzie dobrze jak na tę technikę nawigowania kompasem. Kolejna odchyłka przy długim przebiegu na PK 12 – pudłuję o „jedną dziurę” w lewo. Tu gdzieś zza krzaków wybiega Hania – a myślałem, że już nikogo w lesie nie spotkam! 

Przede mną PK 13 na samym północno-zachodnim skraju mapy. Na mapie – jeden jedyny dół gdzieś pod koniec wydmy. Jest koniec wydmy – jest dół – bez lampionu! Jest kolejny dół – bez lampionu! Cofam się – jest następny superdół (obniżenie) bez lampionu! Jestem skołowany. Niby granica młodnika wskazuje, że gdzieś tu powinien być lampion…. Zostaje odszukać ścieżki i od tej strony szukać lampionu. Jest wreszcie – niedbale rzucony na dno najmniejszego z przeszukanych dołów;-( 

Poszukiwania PK 13

 Dalej idzie bez problemów, no może poza przedzieraniem się po kresce przez największy gąszcz przed PK 17 (zamiast go obiec jak cywilizowany człowiek). 

Lampion z klubowym kodem 44 (podwójny PK 2/9) prawda, że bajkowo?

 Wyschnięty na wiór, lekko podrapany, docieram do lampionu „Meta”. Przy sczytywaniu chipa autor trasy narzeka, że mapa jest niezbyt dokładna, bo kreślona dawno temu i łączona z dwóch kawałków. Rusza mnie sumienie i obiecuję przeliczyć nowe poziomnice z najnowszych dostępnych danych lidarowych. Ciekawe czy następny trening będzie już na ulepszonej mapie? 

Już na mecie - spocony i lekko podrapany;-)


 

piątek, 25 marca 2022

Niewiadoma, czy nie wiadomo, gdzie jest las?

W niedzielę miała odbyć się 3 runda WMTour, ale w ostatniej chwili organizator odwołał imprezę. Jak wiadomo przyroda nie lubi próżni, więc nie minęła dłuższa chwila i jak królik z kapelusza wyskoczyły ZZK w Olszewnicy. Nam pasują każde zawody, wiec od razu zgłosiliśmy akces.

Idziemy na start.

Mapa nazywała się Niewiadoma, ale jaka to tam niewiadoma, jeśli już nie raz tam się biegało. Mimo to kiedy stanęłam przy starcie, w żaden sposób nie mogłam zlokalizować północy i lasu. To znaczy żeby to co na mapie, było zgodne z tym, co przed oczami. Tak to mniej więcej wyglądało:
 
Tam jest las kochanie!
 
W końcu znalazła się i północ i las i ruszyłam. W okolicach drugiego punktu, który nota bene nie stał prawidłowo, ale i tak na niego wyszłam, dogonił mnie Tomek. Potem razem biegliśmy do PK 3, PK 4 i jeszcze kawałek dalej, ale przed piątką nasze trasy się rozeszły.

Widzę lampion!

To jak dalej?
 
Ledwo rozstałam się z Tomkiem, a już wkrótce biegłam w towarzystwie Hani. Pewnie każda z nas się łudziła, że jakoś uda się tę drugą zgubić i w efekcie raz jedna była pierwsza na kolejnym punkcie, raz druga. 
Przy dwunastce Hania była pierwsza i już z daleka było widać, że coś jest nie tak. Nigdzie nie było widać lampionu, a wyszłyśmy niezależnie w to samo miejsce. Po chwili dołączył do nas jeszcze Mateusz, więc wyglądało, że jednak szukamy w dobrym miejscu. Cóż, rozstawiaczowi punktów coś się najwyraźniej pokiełbasiło i postawił lampion nie tam, gdzie powinien. Po dwunastce nasze drogi rozeszły się, bo Hania pobiegła do drogi, a ja, jak zwykle, ruszyłam na azymut. Niestety, ponieważ namierzyłam się ze źle stojącego punktu, zamiast biec po linii, leciałam równolegle do niej, ale z przesunięciem na zachód. Tym sposobem trzynastkę trochę przebiegłam i dopiero kiedy górka zaczęła mi się kończyć, zorientowałam się, że jestem za daleko.
Czternastka weszła gładko, zaniepokoił mnie tylko brak Hani, bo nie wiedziałam, czy została w tyle, czy wyprzedziła mnie. Piętnastka stała znowu nie w tym miejscu, co powinna i powtórzyłam manewr z dwunastki, czyli namierzyłam się z niewłaściwego miejsca. Tym sposobem rozminęłam się z szesnastką, ale za to w oddali mignęła mi Hania biegnąca już na kolejny punkt. Z tą szesnastką chwilę mi zeszło, za to kolejne dwa punkty stały gdzie trzeba i były dość proste, bo każdy w pobliżu ścieżki.
Do dziewiętnastki było pod górkę i w zasadzie to już nawet nie próbowałam biec, a jedynie lazłam pocieszając się, że zaraz meta. Jakoś do niej dobrnęłam. Z Hanią oczywiście przegrałam - ona twierdzi, że jej drogowy wariant był lepszy niż mój azymutowy, ale powiedzmy sobie szczerze - biegowo jestem przy niej cienias, bo tam gdzie ja lezę, ona w najgorszym przypadku dziarsko maszeruje.
A tak wygląda mój przebieg:
 


piątek, 22 maja 2020

Jak to w polityce - jedna wielka Niewiadoma II

Tak się wszyscy rozpolitykowali, że niemal natychmiast trzeba było zorganizować kolejne spotkanie przedwyborcze i już następnego dnia pojechaliśmy do Olszewicy, żeby przeanalizować programy wyborcze innych kandydatów. Znowu tak się dziwnie złożyło, że miejsce obrad było na skraju lasu, a w lesie wisiały urny. Taka polityka to nam się bardzo podoba.
Tym razem do przeanalizowania mieliśmy 23 punkty, z czego część była dość wzniosła i wręcz przypominała mi pagórkowato-wydmowy krajobraz. Przestawienie się z punktu drugiego na trzeci wręcz powaliło mnie na ziemię, szczególnie kiedy zobaczyłam w jakim stylu mistrzowie rozprawiają się z tym dylematem i zachciało mi się dorównać im szybkością. A trzeba było więcej patrzeć pod nogi, a mniej w program wyborczy. Jakoś pozbierałam się z upadku bez większego uszczerbku na zdrowiu, bo już na honorze to i owszem.
Podobnie jak poprzedniego dnia wciąż na prowadzenie wychodził mi kandydat centrum, bez żadnych znaczących odchyłek w lewo czy w prawo. Nawet między punktem piątym a szóstym, znacznie od siebie oddalonymi światopoglądowo, zachowałam wzorcową równowagę. Podobnie między punktem dziewiętnastym, a dwudziestym trzymałam się twardo swojej linii ideologicznej.
Nie jestem dość silna w podążaniu za myślą polityczną, dlatego cały program był dla mnie nie lada wyzwaniem, aż się spociłam jak mysz w połogu. Długo trwało zanim dotarłam do ostatniego punktu programu i niewiele brakowało, a organizatorzy wykasowaliby mi go, bo spotkanie przedwyborcze już się zaczynało kończyć. Tomek, który znacznie wcześniej dotarł do celu, własną piersią bronił dla mnie tego ostatniego punktu. Taaak, chyba koniecznie muszę potrenować szybkie czytanie...

Zbliżam się do ostatniego punktu programu wyborczego.


Uff, dotarłam do mety.

Pamiątkowe pod urną:-)

piątek, 31 stycznia 2020

ZZK - jedna wielka Niewiadoma!

Kolejnego ZZK-a mieliśmy biegać na mapie "Niewiadoma". Jak bardzo niewiadoma przekonaliśmy się już w trakcie dojazdu na start, bo ustawiłam nawigację klikając na link do mapy z posta na FB, a okazało się, że link jest sprzed tygodnia i prowadzi do poprzedniego startu. Oczywiście wszystko wyszło na jaw, gdy ujechaliśmy już kawał drogi i Tomkowi przestała pasować trasa. No to trzeba przyznać, że nawigacyjnie zaczęliśmy z grubej rury. Miałam tylko nadzieję, że limit zagubień już wyczerpaliśmy i na trasie pójdzie lepiej.
Baza zawodów zorganizowana była tuż obok stadniny koni, tylko te konie jakieś takie dziwne były. Nam najbardziej podobał się ten na pierwszym planie po lewej:

Dawał się miziać po ryjku!

Po załatwieniu wszystkich formalności i ogarnięciu się ruszyliśmy na start. Przy lampionie startowym przede mną czekała Małgorzata, a ponieważ miałyśmy taką samą mapę, więc przeczekiwałam, aż trochę odbiegnie, żeby nie sugerować się jej wyborami trasy. Ruszyłam, kiedy jej plecy zniknęły mi na dalekim horyzoncie, a za mną do przeczekiwania ustawiła się Ula.
Ustawiłam azymut i pognałam. Pierwszy punkt miał być w dość charakterystycznym miejscu, więc nie miałam obaw - wystarczyło obserwować teren. Z daleka zobaczyłam Małgosię odbiegającą od punktu - najwyraźniej za krótko odczekałam. Przy punkcie jakiś starszy pan (cha,cha - a ja to młódka:-)) poprosił o pokazanie na mapie gdzie jesteśmy. I tak trzy razy pod rząd. A czas sobie płynął...  Ale co tam, sama czasem proszę innych zawodników o pomoc, więc wiem jak to jest. Kiedy już miałam odbiegać, facet poślizgnął się na mokrym konarze i rymsnął jak długi. Poczekałam więc aż się pozbiera i zaraportuje, że żyje i jest w jednym kawałku.
Do dwójki pobiegłam grzbiecikiem. Dwójka to jednocześnie piątka, bo mieliśmy motylka, usiłowałam więc zapamiętać otoczenie punktu, żeby przy drugim razie mieć łatwiej. Nie żeby mi się udało coś zapamiętać, ale przynajmniej się starałam. Wyglądało na to, że będziemy biegać przede wszystkim na azymut, bo drogi leciały głównie góra - dół, a my biegaliśmy w lewo i prawo. Na szóstkę od biedy dawało się pobiec drogą i napaliłam się na tę możliwość jak szczerbaty na suchary. Niewiele wygodniejsze to było niż przez las, bo zamiast biec, grzęzłam w piachu i w końcu porzuciłam ten absurdalny pomysł. Nie ma to jednak jak lecieć na przełaj. 
Mogłabym napisać, że biegło mi się lekko, łatwo i przyjemnie, gdyby nie to, że teren był  mocno pofałdowany, zresztą co ja mówię - on był wręcz górzysty - Himalaje, Kordyliery, Andy i te sprawy. Ale pod względem nawigacyjnym faktycznie szło jak z płatka. No, przy ósemce leciutko zniosło mnie na zachód, ale okop przy gęstwince dało się znaleźć bez problemu.  
Między dziesiątką a jedenastką trochę mnie zastopowało przy zakreskowanym terenie, bo nie wiedziałam co o nim myśleć - niby nie należy włazić, ale on tak bardzo na azymucie... Widziałam, że wszyscy obiegali z lewej strony, więc też obiegłam i nawet, o dziwo,udało się wrócić na właściwy kurs:-)
Został jeszcze tylko dobieg do mety i pomyślałam, że nie będę ustawiać azymutu, tylko polecę za wszystkimi. Po chwili wszyscy mi gdzieś zniknęli, a ja dobiegłam do drogi i nie wiedziałam, czy to ta pierwsza, czy druga. Przez chwilę byłam ciut zdezorientowana, zwłaszcza, że widziałam już zaparkowane samochody, a jakoś mi się ubzdurało, że meta musi być przy nich. W końcu natchnęło mnie żeby jednak popatrzeć na mapę i nią się kierować. Ufff, udało się.
 Na mecie znowu musiałam walczyć z pokusami, czyli ciastkami i kiełbaską z grilla i tu nastąpiło zwycięstwo ducha nad materią - nic nie wzięłam do pyska!. Tomek, który przybiegł chwilkę po mnie, skusił się na ciastko, ale on to zawsze wybiega sobie więcej kalorii niż ja, więc i tak wyszedł na swoje.
A tak sobie radziłam na trasie: