wtorek, 25 kwietnia 2017

Duchy i muchy, czyli bagienny dzień.

Po raz pierwszy w życiu wyspałam się na zawodach, ale też i warunki miałam komfortowe - w miarę wygodny materac i cisza panująca na sali w nocy. Ponieważ przyjechało stosunkowo mało osób, a przede wszystkim mało młodzieży, nie było wrzasków i hałasów po świt, a nawet chrapacze chyba się ograniczali, bo nic nie słyszałam. Albo tak twardo spałam po tych sześciu trinach:-)
W każdym razie rano byłam rześka i gotowa na każde wyzwanie. Pierwszym z nich było dotarcie na start, oddalony kawał drogi od bazy. Darek zarządził sprytny manewr - jedziemy na drugą metę żeby zostawić tam samochód (bo po etapach będziemy zmęczeni, więc transport pod nosem się przyda), a stamtąd pieszo na start. Tak też zrobiliśmy.
Etap pierwszy był jakiś nawiedzony i po mapie snuło się stado duchów. Nauczeni życiowym doświadczeniem odpytaliśmy organizatora o wszystkie detale i niuanse mapy i w końcu zaczęliśmy kombinować gdzie iść. Sprowadzało się to do wyszukiwania gdzie duchowi wchodzi, a gdzie mu wychodzi. Na ogół wchodzić i wychodzić miały drogi. Dość nieufnie podchodziliśmy do pierwszego ducha, ale potem ogarnęliśmy jak to działa i jakoś szło do przodu. Utknęliśmy na wycinku z PK D. Z uporem maniaka szukaliśmy małej górki z licznymi gęstwinkami, a tymczasem punkt stał na łysym zaoranym wzniesieniu z nowymi nasadzeniami. Swoją drogą nie powinien stać (a właściwie leżeć, bo okazał się być japońcem) w takim miejscu, bo to niezgodne z ochroną przyrody i moim sumieniem, o!
Punkty nad rzeczką - 4, 5 i H braliśmy na oko, bo rzeczka miała tyle zawijasów, że nie sposób było trafić na właściwy.  Na trzy próby jedna wyszła nam bezbłędnie. PK K musieliśmy sobie odpuścić, bo groziło nam wpadnięcie w ciężkie minuty. Byliśmy spóźnieni do tego stopnia, że Darek na widok mety spontanicznie zaczął biec - jest to naprawdę ewenement przyrodniczy i świadczy o głębokiej desperacji. A i tak złapaliśmy jedną ciężką:-(
Na drugi etap dostaliśmy po portrecie cesarza Franciszka Józefa i długo doszukiwaliśmy się w nim mapy. Okazało się, że gdzieniegdzie napstrzone jest pojedynczymi PK, a między nimi zero treści. Do PK A jeszcze dawało się dotrzeć, do C poszliśmy wzdłuż rzeczki, do B na azymut. W zasadzie wszystkie punkty były azymutowe, ale na długich przebiegach ciężko wstrzelić się na punkt nie znając terenu wokół, czyli nie mając punktów odniesienia. W końcu Darek wymyślił, że sami sobie narysujemy mapę za pomocą urządzenia, które w wojsku jakoś tam się nazywa, ale my na swoje potrzeby nazwaliśmy je żyrokompas, bo ładnie brzmi. Nasz żyrokompas składał się z Darka wyznaczającego kierunek i wrysowującego go w mapę oraz mnie - liczącej odległości  między miejscami, w których ścieżka zmienia kierunek. Zadziałało o tyle, że znaleźliśmy się w okolicach PK E i D i mniej więcej wiedzieliśmy jak lecą ścieżki. PK D był chyba miejscem skąd organizatorzy brali materiał na tę swoją "Zupę". Nawet kiedy już zobaczyliśmy lampion, wcale nie byliśmy pewni, że dotrzemy do niego na tyle blisko żeby spisać kod. W końcu z narażeniem życia jakoś się udało.
Z F na G droga wydawała się prosta - dokładnie na wschód. Niestety już po kilkudziesięciu metrach drogę zastąpiły nam mokradła. Ja byłam gotowa przejść przez nie, Darek wolał obejść. Zaczęliśmy więc obchodzić - z prawej, z lewej, a z każdej coraz dalej i dalej od planowanego kierunku. W końcu Darek zgodził się iść przez mokradła. Wszystko szło idealnie do momentu kiedy prostopadle do kierunku naszego marszu pojawiła się rzeczka - na tyle szeroka, że nie do przeskoczenia. Szliśmy jej brzegiem szukając jakiejś przeprawy przy czym ja byłam gotowa iść wpław, Darek zaś perswadował mi, że punkty na pewno nie są za rzeczką, bo to bezsensowne. W pewnym momencie już w ogóle nie wiedzieliśmy gdzie jesteśmy. Błąkając się tak spotkaliśmy inny zespół, który był równie zdezorientowany i zniesmaczony mapą. Kiedy w końcu zobaczyliśmy jakiś lampion, wiedzieliśmy przynajmniej, że jeszcze jesteśmy na terenie zawodów. Dobre i to. Znaleźliśmy coś podobnego do PK H i wzięliśmy z braku laku. Rysując sobie na mapie przedłużenia dróg doznałam nagle iluminacji i zaryzykowałam stwierdzenie, gdzie może być L. Było! Było!!! Rozochoceni sukcesem żwawo ruszyliśmy po M i N, a potem namierzyliśmy się na prawdziwe H. Czas trochę nam się już kurczył i ja byłam gotowa iść w kierunku mety, ale Darek się rozkręcił i koniecznie chciał znaleźć punkt G - facet, to facet. Okazało się, że G jednak jest za rzeczką, ale spotkana konkurencja wykierowała nas na w miarę dobrą przeprawę. Udało się. Nasze G docelowo okazało się stowarzyszem, ale lepsze to niż nic. PK I musieliśmy przebijać, bo całkiem przypadkiem natrafiliśmy na właściwy. Taka drobna chwila szczęścia:-) Potem już naprawdę musieliśmy lecieć na metę i założenie było takie, że jak się coś trafi po drodze, to OK, jak nie, to trudno. Pewnie w życiu nie znaleźlibyśmy mety idąc wybraną przez nas wygodną drogą, gdyby nie napotkany zespół, który już przetestował, że to nie tam. Na właściwej drodze spotkaliśmy pędzące stado tezetów, od których w locie wyciągnęłam informację, że jak się trochę cofniemy, to znajdziemy charakterystyczne drzewo. Było ich kilka, ale wzięłam dowolne, bo i tak nie było czasu na sprawdzanie, które jest właściwe. Ostatniego PK nie znaleźliśmy, bo i też nie szukaliśmy licząc na to, że sam się na nas rzuci. Jakoś nie chciał.
Powiedzmy szczerze - mapa była raczej tezetowska niż dla TU, a brak informacji o rzece, to już w ogóle skandal. Z tego oburzenia w ogóle zapomnieliśmy o zadaniach, na szczęście były nisko punktowane i praktycznie nie robiło nam to już różnicy.
Samochód na mecie okazał się strzałem w dziesiątkę i już po chwili byliśmy w bazie i rozkoszowaliśmy się gorącym prysznicem.

c. d. n.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Zupa z Bagien, a kotlet z Oleśnicy.

Na Zupę z Bagien postanowiliśmy jechać pięcioosobową ekipą (Barbara, Darek, Paweł i ja z Tomkiem) jednym samochodem, w myśl zasady, że kupą raźniej i kupy nikt nie ruszy. Wyjazd zaplanowaliśmy na piątkowy poranek, żeby po drodze zrobić kilka TRInO. Ja, w swojej naiwności, szacowałam, że zrobimy ze trzy, a tu okazało się, że plany są znacznie ambitniejsze.
Najpierw pojechaliśmy do Kalisza. Od razu zgłosiłam się na operatora pytań, bo lepiej mi wychodzi czytanie i pisanie niż doprowadzanie na wskazane miejsce. Znowu potwierdziła się moja wcześniejsza obserwacja, że TRInO robione grupowo jest znacznie bardziej atrakcyjne, niż robione solo. Polecam!
Trasa była dość długa, bo ponad cztery kilometry i w końcówce zaczęło nam już burczeć w brzuchach. Postanowiliśmy na obiad zatrzymać się w Oleśnicy. Kto zgadnie dlaczego akurat tam? Wiadomo - kolejne TRInO! Tym razem trasa krótka, bo tylko 1,6 km, ale i tak robiliśmy ją na raty. Z przerwą na kotleta. Ale jakiego kotleta??? Zamarliśmy z wrażenia, kiedy talerze wjechały na stół. Zresztą co będę opowiadać - sami popatrzcie. I nie były to kotlety rozbite na 1 mikrometr tylko normalne, grube i treściwe. Ja przy swoim wymiękłam, ale reszta zassała swoje bez mrugnięcia okiem. I tu można by się pokusić o analizę wpływu TRInO na pojemność inockiego żołądka. Ale to może innym razem.

Z Oleśnicy ruszyliśmy do Trzebnicy, bo tam czekała nas rekordowa ilość tras do przebycia - aż trzy. Brzmiało groźnie, ale trasy łącznie miały ciut ponad cztery kilometry, więc praktycznie jak jedno dobre TRInO. Dla mnie najlepszy był "Spacer po Zdroju" ze względu na "Kocią Ścieżkę". "Kocia Ścieżka" to trochę takie coś jak wrocławskie krasnoludki, tylko na dużo mniejszą skalę. Moim faworytem jest Nastroszek, który boi się myszki:-) Chłopakom bardziej spodobała się kolejka wąskotorowa. Tym sposobem każdy znalazł coś dla siebie.
 Po tym całodniowym zwiedzaniu miałam już dość i liczyłam na odpoczynek w bazie, a tam okazało się, że sala gimnastyczna, na której mieliśmy spać, jest zajęta i trzeba czekać. A jaki jest najlepszy sposób na czekanie? Oczywiście - TRInO! I tym sposobem zrobiliśmy szóstą trasę tego dnia. 

c. d. n.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Z Mapą Na Spacer?

"Chodź na spacer" i "chodź na spacer" marudził mi Tomek od stycznia, to w końcu poszłam. Zresztą sama byłam ciekawa tej nowej imprezy, no i od wiosny znowu biegam. Tomek zapisał mnie na trasę normalną, bo na jaką ma iść normalny człowiek? Sam, nie poczuwając się do normalności, zapisał się na jakąś nienormalną.
Jak przystało na ludzi obeznanych z mapą i świetnie orientujących się w terenie, zgubiliśmy się już w drodze na start. Pojechaliśmy za Wisłę, z powrotem i znowu za Wisłę i cudem, niemal w ostatniej chwili, dopadliśmy biura zawodów, żeby pobrać czipy i wystartować. A czipa to mi dali takiego dziwnego - płaski i bez przyczepiania do całej ręki. Bałam się, że niezauważalnie zsunie mi się z palca, ale wszyscy zapewniali, że będzie się trzymał. OK.
Atmosfera na zawodach niemal rodzinna, bo uczestników mało i wszyscy się znają. Kurcze, nawet mnie znali, mimo że byłam pierwszy raz. Eh, ta sława ... (No dobra, sami znajomi, stali bywalcy wszystkich imprez.)
Trochę już zapomniałam jak to jest na zawodach biegackich, ale jakoś dałam radę z tymi klirami, czekami i wystartowałam. Już pierwszy punkt był wredny, bo niby niezbyt daleko, ale za kilometrami płotów i trzeba było obiec kilka ogrodzonych hektarów terenu. A potem dla urozmaicenia zbiegało się ze skarpy (kto miał szczęście) lub spadało na twarz, ewentualnie odwrocie (kto miał mniej szczęścia). Punkt nad samą wodą, z możliwością kąpieli. Nie skorzystałam. Z punktem drugim miałam o tyle trudność, że organizatorzy te niepozorne i bure stacje SI chowali po krzakach, wieszali na gałęziach i w ogóle utrudniali. A zaczynało zmierzchać.
PK 3 znalazłam bez najmniejszego problemu, ale chyba z dziesięć minut szukałam tej parszywej stacji. Wypatrzył ją dopiero ktoś schodzący z góry, patrzący pod innym kątem. Okazało się, że zerwała się z gałęzi i leżała w zielsku zupełnie niewidoczna.
Czwórka bezproblemowa, za to w okolicach piątki można było sobie połamać nogi na leżących kłodach i gałęziach. Szóstkę widziałam już biegnąc na jedynkę, więc wiedziałam gdzie jest. Do siódemki znowu trzeba było obiec te pitolone płoty, ale za to wreszcie wyszliśmy z krzaków i teren znowu zrobił się cywilizowany.  Na dziesiątce mało nie dostałam zawału jak zobaczyłam gdzie jest jedenastka - prawie na drugim końcu Warszawy! Biegłam do niej i biegłam i biegłam i szłam i znowu biegłam aż dobiegłam. Dalej była już łatwizna i dopiero z piętnastki na szesnastkę znowu zafundowali nam dłuuugi przebieg, ale ponieważ szesnastka była już ostatnim punktem, więc jakoś łatwiej było to znieść.
Najwięcej problemów miałam jednak (oprócz szukania stacji) z tym plaskatym czipem - cały czas mylił mi się z kompasem i z uporem maniaka do stacji przytykałam kompas. Oczywiście na piip mogłam sobie czekać do końca świata.
A poza wszystkim Tomek zrobił mnie w bambuko, bo powiedział, że trasa ma cztery kilometry, a miała pięć, z czego osobiście przebiegłam chyba z dziesięć. Ale może to i dobrze, bo po Świętach wciąż trwa akcja "zjedz, bo się zmarnuje", więc kalorie odkładają się tu i ówdzie.
Miejsce zajęłam może mało zaszczytne, ale taka całkiem ostatnia nie byłam. Na kolejnej odsłonie "Spaceru" mam nadzieję się odkuć i podskoczyć w klasyfikacji chociaż o jedno miejsce. A na "Szybkim Mózgu" (właśnie się zapisaliśmy) to już w ogóle planuję ho, ho, ho!
Jednym słowem - ja Wam jeszcze pokażę!

wtorek, 18 kwietnia 2017

Gambit 2017

Dobrze, że jest tradycja łażenia z mapą w drugi dzień Świąt, bo wreszcie można oderwać się od stołu i stracić kilka kalorii. Dlatego też, mimo dość niejasnej pogody, cieszyłam się na Gambita. Żeby jednak nie popaść w przesadę, odmówiłam Tomkowi pójścia na TZ i zapisałam się na TU, tradycyjnie z Darkiem. Jak się potem okazało, było to bez znaczenia, bo mapy mieliśmy prawie identyczne.
Autor oczywiście zrobił nas w jajo (ale jak najbardziej w konwencji wielkanocnej) i zapodał "Etap z jajem". Z jajem, a nawet kilkunastoma oraz z siedmioma lopkami. Początek był typowym świątecznym spacerem - najpierw  poszliśmy wzdłuż cmentarza, a potem prosto na wielkie wysypisko śmieci. Wrażenia - bezcenne! Żeby nasycić się widokiem, posiedziałam chwilę pod punktem 35, potem pod 45 i poszliśmy dalej. W miarę szybko ogarnęliśmy ideę mapy  i dość bezproblemowo posuwaliśmy się z punktu na punkt i z lopki na lopkę. Przy okazji , poprawiając wzajemnie swoje błędy w nawigacji, doszliśmy zgodnie do uznania wyższości zespołu dwuosobowego nad chodzeniem w pojedynkę. Jednym słowem wyważyliśmy otwarte drzwi.
Od samej mety krok w krok za nami podążał Tomek. Przyrzekaliśmy mu, że nic złego nie będziemy robić i może spokojnie zająć się swoją trasa, ale nie - wciąż był w zasięgu wzroku. Dwa razy nawet się to przydało - raz, kiedy uświadomił nas, że przeszliśmy już PK 55 (on zresztą też zajęty śledzeniem nas) i wspólnie wróciliśmy po niego (a nie mówiłam wcześniej, żeby sprawdzić na kolejnym skrzyżowaniu? nie mówiłam??) oraz później, kiedy uratował nas od wracania się po PK Z spod mety, bo pewnie tak by się to skończyło:-)
Na dobre utknęliśmy przy jaju z PK 50 i piątą lopką. W miejscu gdzie powinny być, aż mieniło się od lampionów i za nic nie szło wybrać właściwego. Nie pomogło nawet zaglądanie do mapy TP - i tak wzięliśmy stowarzysza i stowarzyszoną lop-kę i dopiero  Ania z Adamem uświadomili nas, że to nie te. Tym sposobem zarobiliśmy dwie przebitki, co i tak lepsze od stowarzyszy. W domu, po sprawdzeniu ze śladem GPS i wszystkimi dostępnymi mapami okazało się, że autor mocno machnął się w skali lopki 5 i namierzanie się odległością nieuchronnie wiodło na manowce. No, ale my i tak byliśmy na manowcach.
PK 33 pasował mi gdzieś koło PK Z, ale był tak enigmatyczny, że postanowiliśmy (podobnie jak większość chyba) odpuścić go sobie, bo jeden punkt był nadmiarowy. Gdzieś tam w okolicy Darek na oko wyznaczył azymut do zadania i nawet zgodził się z moim  również na oko wyznaczonym na mapie i aż jestem ciekawa jakie mamy oko.
Na zakończenie trasy znowu wróciliśmy pod górę śmieci, żeby kolejny raz nasycić się widokiem i zgarnąć podwójny 35/60, co to jego podwójność dotarła do nas po oddaleniu się z miejsca przy pierwszym pobycie. Jeszcze zrobiliśmy drobną sesję fotograficzną w tym urokliwym miejscu i już można było wracać na metę.

A tak wygląda nasze przejście:

sobota, 15 kwietnia 2017

Trzynastego….

Niestety nie udało się skorelować numeru i daty Stowarzyszonego ZPK-a. #13 wypadł 5-tego, a 13-tego wypadł trening #14. Mapę zrobiła Barbara już dawno temu. Nie taką zwykłą – szwajcarkę i to z wycinkami częściowo niepełnymi (bez drożni).
Na mnie padło dostawienie lampionu z nr 400. Dostałem e-mailem fragment mapy z dołkiem, gdzie lampion zawiesić. U mnie w Zielonce, po godzinie 16-tej zrobiło się dziwnie ciemno, a z nieba zaczęło najpierw kapać, a chwilami nawet pojawił się grad. No dobra, nie tylko kapało, ale lało jak z cebra. I wiało, jakby chciało mi dach zerwać. Najpierw planowałem iść „na lekko” bez bluzy, potem przymierzyłem cienkiego softshella, a gdy otworzyłem drzwi na balkon szybko wbiłem się w softshella grubszego.

Na koniec wyciągnąłem zimowe buty biegowe – skoro pada, to letnie zaraz przemokną. Lekko mniej padało, więc chwilkę przed 18-tą zabrałem lampion oraz wydrukowany fragment mapy i udałem się do auta.  Jako, że budują nam ulicę, auto stało zaparkowane ze sto metrów dalej. Na drodze do niego zdążyły mi całkiem przemoknąć spodnie na udach. Zastanawiałem się na poważnie czy nie wrócić po rękawiczki i coś jeszcze cieplejszego. Ale na horyzoncie było widać pogodne niebo, więc pomyślałem „będzie dobrze”.
Jadąc do Wesołej wyjechałem ze strefy deszczu. Wkrótce przywitały mnie suche ulice. Szybko dojechałem i poszedłem w las powiesić lampion. Gdy wracałem do auta już kropiło.W zimowych butach biegowych coś zaczęła mi jeździć wkładka. Jako, że miałem czas, wstąpiłem do Biedronki w poszukiwaniu kleju. Niestety taki luksus w sklepie nie był dostępny, ale że w młodości oglądałem przygody MacGyvera wiedziałem co robić - nabyłem najtańszą gumę do żucia – ona zawsze w filmie się sprawdzała! Chwila żucia i próba generalna. Wygląda, że wkładka się ustabilizowała!
W tym czasie opady doszły do Wesołej. Siedziałem sobie w autku czekając na Barbarę z mapami i resztę zapisanych. Wkrótce deszcz zaczął przechodzić, a z lasu wyjechała na rowerze jakaś zabłocona postać. Oczywiście pani Prezes w ramach „treningu przed treningiem” przyjechała rowerkiem;-) Ta to ma zdrowie – musiała jechać w czasie tego największego deszczu!
Wkrótce okazało się, że Chrumkający (jak zwykle) wystraszyli się deszczu i dali znać o rezygnacji. Ale pojawił się nowy uczestnik naszych ZPK-ów – Krzysztof. Dostał mapę i poszedł w las. Wkrótce dołączył niezawodny Mariusz (tym razem na biegowo) i mogliśmy i my lecieć w las.
Postanowiliśmy biegać lajtowo i prawoskrętnie. PK 70 znany. Potem niespodziewanie postanowiliśmy zaliczyć PK 400. Przy PK 76 się pogubiliśmy – pobiegliśmy za daleko..
Przy PK 97 widzieliśmy jakieś światełko – jak się okazuje z analizy tracków, to Mariusz tam buszował, który wybrała wariant lewoskrętny. O dziwo, udało się sprawnie znaleźć PK 86 – on zawsze był ciężko znajdowlany. Ale daliśmy ciała przy PK 84 – niby zaraz obok PK 85, ale kompasy wyprowadziły nas na manowce, czyli w grupę innych dołków. Jak nic ilość dołków i rozmieszczenie zgadzało się z okolicą gdzie powinien być słupek. Już nawet podejrzewaliśmy, że ktoś sobie słupek przywłaszczył. Na wszelki wypadek wróciliśmy do PK 85 i jeszcze raz , ale tym razem marszem poszliśmy wg wskazań kompasu. Tym razem kompas wskazywał „bardziej w prawo” i okazało się, iż słupek stoi!
Końcówka to już formalność, choć dojście do PK 71 utrudniały odcięte gałęzie, a z daleka obserwowały nas jakieś oczy błyszczące w ciemności.
Suma summarum z nominalnych 6,8 km zrobiło się ponad 9. Jednak mapy niepełne dają duże naddatki, bo człowiek wybiera warianty bezpieczniejsze, a na dodatek zawsze się gdzieś zaplącze.
Na mecie było jeszcze auto Mariusza – znaczy zaplątał się bardziej niż my;-) Barbara wsiadła na rower zaliczyć tym razem „trening po treningu”, a ja do auta (wiek ma swoje przywileje) udać się na zasłużony wypoczynek. Do następnego ZPK-a ;-)

wtorek, 11 kwietnia 2017

Teren o zadziwiająco mokrej przebieżności

W niedzielę, w ramach spaceru, wybraliśmy się na przedniepoślipkowy rekonesans.
W garści mapy, w plecaku kanapki i w las. Początkowo było dość nudno, bo las jaki jest każdy widzi. Potem natrafiliśmy na dłuuugi wał i już myślałam, że będzie ciekawiej, ale takiego wała... Szliśmy, szliśmy, szliśmy, a jak się skończył (bo wiadomo - wszystko przemija - nawet najdłuższa żmija), to dla urozmaicenia weszliśmy na górkę. Obleci, a nawet można trochę uczestników zdezorientować jak się dobrze zrobi mapę:-) Niektóre wybrane obiekty ktoś nam pozagradzał płotami i musieliśmy się obejść smakiem. Nic to, poszliśmy dalej. A im dalej , tym bardziej traciliśmy grunt pod nogami. Rozpływał się tworząc strumyki i rozlewiska - jednym słowem: teren o zadziwiająco mokrej przebieżności!


 Zadziwiający był również powojskowy fragment lasu, który dostarczył nam dużo atrakcji i emocji. Wleźliśmy w każdą dziurę, a z niektórych musieliśmy się ewakuować.

W połowie rekonesansu już wyglądałam tak:


Tomek przewlókł mnie jeszcze kilka kilometrów po nudnym i brudnym lasozagajnikopolu żeby stwierdzić, że ten kawałek terenu się nie nadaje. Oczywiście nie zdążyliśmy obejść wszystkich miejsc, ale jak na moje potrzeby to naoglądałam się aż nadto. Na kolejny rekonesans Tomek jedzie już sam! Ja wymiękam.

niedziela, 9 kwietnia 2017

Test Coopera

Oglądam parę dni temu internety, pacze - a tu znajomy na fejsie oznajmia, że jest zainteresowany testem Coopera. Znajomy z branży biegacko-orientackiej, to od razu pierwsza myśl: sprawdzić czym jest zainteresowany! No to pacze, czytam i nieopatrznie mówię chłopu:
- Test Coopera będzie w sobotę.
Tomek do internetów, paczy, czyta i rzuca odzew:
- Idziemy? - tak niby z pytajnikiem, ale twierdząco.
- Nooo, idziemy - potwierdzam, bo skoro wymyśliłam, to głupio się teraz wycofać.
Oglądamy tę tabelkę w te i nazad, żeby oszacować ile trzeba przebiec, Tomek od razu przelicza, czy się załapie na najwyższy poziom; ja w pierwszej chwili zakładam tylko dwa stany - załapię się do tabelki (znaczy - przeżyję) albo nie załapię (znaczy - padnę na bieżni). Ostatecznie przyjmuję założenie, że muszę przebiec przynajmniej 1100 metrów, co w tabelce jest interpretowane jako "bardzo źle"/"źle". Czyli nie jest źle, bo w ogóle się łapie na tabelkę:-)
W sobotę stawiamy się na miejscu testowania, pobieramy numerki i zaczynamy rozgrzewkę. Po pięciu minutach jestem zmęczona, po dziesięciu słaniam się na nogach, po piętnastu padam na pysk. A tu jeszcze trzeba przebiec te dwanaście minut i to podobno szybciej niż truchtem. No to olewam rozgrzewkę i konwersacyjnie testuję współbiegaczy. Jak by nie kombinować, wychodzi, że mam najmarniejsze szanse. W końcu wołają naszą grupę, pada strzał, rozglądam się kogo od razu wyeliminowali, ale nie - wszyscy biegną, więc ruszam i ja. Zwykłym truchtem, żeby nie było - to taka głupia to ja już nie jestem, żeby się zmęczyć od razu. Wszyscy lecą przede mną tylko jedna kobitka została mi za plecami. Nie przyspieszam, żeby dać jej szansę, bo lepiej mieć przeciwników na widoku, niż za plecami. W końcu na drugim okrążeniu dogania mnie i leci szczęśliwa do przodu. Tomek mija mnie jeden raz, drugi, a trzeci to chyba już nie zdążył, albo nie zauważyłam. Młode dziewczę, przed którym ostrzegali już na starcie, mija mnie jeden raz, drugi, piąty, dziesiąty, dwudziesty, czterdziesty... a może już mi się tak mieni w oczach ze zmęczenia. Pada kolejny strzał - sprawdzam, czy żyję, bo może mają zwyczaj odstrzeliwać najsłabszego osobnika w stadzie, ale nie - wciąż biegnę. Usiłuję nawet przyspieszyć, ale - mów moim nogom, żeby leciały, jak one mają to gdzieś. W końcu słyszę ostatni strzał, część biegnących pada na bieżnię, mnie na szczęście nie trafili. Co prawda podchodzi do mnie osobnik chyba z zamiarem dobicia, ale patrzę błagalnie i litościwie daruje mi życie i tylko coś notuje w notesiku. Z bieżni schodzę o własnych siłach.
A potem okazuje się, że Tomek , tak jak zakładał, osiąga swój wymarzony wynik "bardzo dobrze", a ja, ku własnemu zdziwieniu - "dobrze". Jesienią idziemy się przetestować jeszcze raz!

Trzynastka

I dotrwaliśmy do 13 edycji Stowarzyszonego Treningu na ZPK.  W szkole zwykle byłem 13 na liście uczniów  w dzienniku, więc oczywiste jest, że był to trening mojego (skromnego) autorstwa. Trening na trasie w Międzylesiu.
Jak przystało na 13-tkę zaczęło się od problemów z mapą. Właściwie od problemów z czasem – wyciągnąłem jakąś starą mapę terenu, porównałem z nową i nic się nie zgadzało. Inne układy odniesienia wrrr.  Może tak podciągnąć lepszy podkład i popoprawiać?  Dorysować dołki zmienić to, co niedokładne? Chęć dobra, ale akurat wysiadł Geoportal (znaczy się modyfikował) i mapa została taka jak była. Dorysowałem dwa dodatkowe lampiony w miejscach raczej pewnych, choć mało finezyjnych.
Po kilku dniach nastała godzina zero. Zapisało się nominalnie 10 osób. Wsiadłem w auto by dowiesić te dwa brakujące lampiony i… utknąłem w korku. Zdążyłem wprawdzie je powiesić i dałem znać Barbarze, że może puszczać ludzi na trasę dokładnie w  oficjalnej godzinie rozpoczęcia wydawania map (zwykle spieszący się startują ciut wcześniej) i ruszyłem w kierunku startu, po drodze spotykając Kingę już na trasie.
Tu okazało się, że jeden „nowy” zrezygnował, a Przemek… zgubił soczewkę kontaktową. I to także z tych droższych. Jak nic „pechowa trzynastka”!
Nie było się co obijać i po kolei wszyscy ruszyli w las. My tradycyjnie na końcu. Międzylesie jest nam znane i lubiane, więc  bez większego problemu znajdowaliśmy słupki. No, może poza pierwszym, bo Barbara chciała pobiec nie tą drogą, ale szybko nawróciłem ją na właściwy kierunek.
Koło PK 43 mignął nam Przemek, koło PK 47 Mariusz G. (o dziwo biegał – chyba po raz pierwszy!) Pod koniec także ktoś nam migał w oddali (znaczy chyba Przemek).
Na mecie widać już było brak auta Andrzeja (on wyruszył pierwszy na trasę, więc miał prawo już pojechać) oraz autka Chrumkającej Ciemności. Wprawdzie  z lasu słychać było donośne chrumkanie, a  co niektórzy nawet spotkali dorodne stado dzików koło startu, jednak to chyba nie ten zespół. Hmm czyżby jednak jakieś „rodzinne animozje”? :-)

sobota, 1 kwietnia 2017

PRIMA APRILISOWA 50-ka.

Pewnie z okazji 1 kwietnia PMnO opublikowało wyniki pucharu.  Na pewno z tej okazji opublikowali, bo w arkuszu widnieje dwóch Tomaszów Łaskich i dwie Barbary Sz. (do tego jedna z tych Barbar to jak nic mężczyzna, bo nie ma pozycji w K50). Aż musiałem e-mailowo przypomnieć się SG, bo po szybkich podliczeniach Barbara wskakuje na podium w K50, a ja w MW50!
Po takim zdarzeniu naładowany wolą zwycięstwa pojechałem na Wiosenne 360. Tym razem tuż za płot, w miejsce gdzie co chwilę biegamy na Stowarzyszonych ZPK-ach.
W bazie sami znajomi z ZPK-ów – Przemek, Chrumkająca Ciemność. Do tego orowerowany Paweł R. (inicjał nazwiska zobowiązuje), a także dawno niewidziana Kinga (z nią kończyłem pierwszą 50-tkę prawie rok temu w Mińsku Maz.) i Sławek, z którym chodziłem na ZAW-ORze.
Tu muszę się pochwalić – Kinga jak mnie zobaczyła, od razu stwierdziła: „Ale schudłeś” – to mnie znacząco podbudowało, bo rozmiarów ubrań nie zmieniłem, a waga jak stała, tak stoi. Ale skoro kobieta tak twierdzi, to pewnie ma rację;-)
Mam sentyment do Wiosennego 360 – rok temu wystartowałem tu po raz pierwszy w życiu na dłuższej biegowej trasie (TP25) i nie byłem ostatni! Teraz, jak dobrze liczę, jest to moja 9-ta pięćdziesiątka, czyli uzbierałem już 0,45 l!
Teraz czas ponarzekać na organizatora: wpisowe dość wysokie, a tu zabrakło: opisów PK – trzeba było przepisywać pracowicie z kartek wywieszonych na ścianie. Ja akurat przepisałem z kartki gdzie kilku PK zabrakło (i to tych źle rozstawionych).
Obrodziło w ilości map (3 na pierwszą pętle + 1 na drugą), ale zabrakło standardu przy MnO czyli torebek strunowych (wiadomo, że ze zwykłych koszulek takie mapy wypadają). Zabrakło także taśmy do oklejania kart- ale nauczony doświadczeniem zabrałem swoją. Nawet na karcie startowej zabrakło miejsc na wszystkie PK pierwszej pętli – trzeba było używać pól R1 i R2 (a było w terenie trochę lampionów stowarzyszonych z innych tras). I najważniejszego zabrakło na mapie – telefonu do organizatora (trzeba było wpisywać do komórki).Dobra dosyć narzekania i czas na start. Pobiegliśmy. Miałem plan trzymać się Przemka. I go realizowałem. Jakieś 50 m. Potem Przemek był coraz dalej i dalej i tyle tego planu. Ale widać nie tylko ja miałem plan. Na początku trzymał się mnie Sławek. Plan przeszedł mu w połowie dobiegu do lasu. W zasięgu wzroku został mi jeden zawodnik – nazwijmy go Niebieskim od koloru kurki/softshella, którą miał na sobie. Kurtkę i szczelnie opatuloną szyję buffem. Troszkę się dziwiłem, bo temperatura miała na słońcu dobijać do +30 stopni – ja biegłem w krótkim rękawku i zimno mi nie było, a wręcz przeciwnie. Niebieski stosował ciekawą technikę podbiegania: co chwila ruszał całkiem szybkim galopem, by po kilkudziesięciu metrach przejść do marszu. Ja starałam się biec równym spokojnym tempem, takim jakie zwykle wymuszała Barbara (bo to właściwie moja pierwsza 50-tka bez niej!). W efekcie co chwila prowadził jeden lub drugi. Przy dobiegu do pierwszego PK o numerze 34 ostatni raz widziałem na trasie Przemka robiącego już z niego nawrót. Przy swoim nawrocie spotkałem Sławka i liderką kategorii K50. Ech chciałbym biegać tak szybko jak Ona!
Przy piątym moim PK (nr 22) zgubiłem Niebieskiego. Nie uwierzył mojej ocenie, że lampion jest po lewej i pobiegł go szukać po prawej. Od tej pory zaczęła przy mnie pojawiać się regularnie Ania S. Wiadomo, ona biega znacznie szybciej, ale chyba mi sprawniej szło nawigowanie, tak że szliśmy „łeb w łeb”. Przy PK 26 pokazało się, że jest zamieniony opis. Ja nabiegałem od zachodu, Ania od wschodu, jeden dołek, a kod z PK 27. Pobiegliśmy do PK 27 sprawdzić. Każdy swoim wariantem. Jest polanka, jest nawet w okolicy słupek ZPK, lampion powinien być w dołku koło polanki. Lampionu brak.
Po 3 minutach poszukiwań chwyciłem za telefon i dzwonię do Igora. „Lampion jest, szukaj w dole ze śmieciami”- dół owszem jest, śmieci są, lampionu nie ma. Zrobiliśmy sobie po urokliwym zdjęciu nad „dołem ze śmieciami” i pobiegliśmy dalej pomstując na organizatora. Przebiegamy polankę, wpadamy na drogę, a tu na środku wisi jakiś lampion. „Dla rowerzystów pewnie” podpowiedziała Ania, ale podbiegamy, sprawdzamy, a tu kod się zgadza! To nasz poszukiwany Lampion. Wbijamy. Dzwonię jeszcze do Igora z informacją, że lampion jest, ale  nie tam gdzie trzeba – ma podjechać sprawdzić.
Teraz przebijamy się przez  DK 2  po dwa punkty na mapie „Tramwajowa” . Nawet udaje się bez czekania na przejściu (bo zaznaczone są tylko  dwa dozwolone przejścia). Tu się rozdzielamy, ale jak zwykle spotykamy przy PK. Zaraz wracamy na pierwsza stronę DDK 2 i tu spotykamy Niebieskiego. Ma 2 punkty opóźnienia i wyraźnie mniej podbiega. Gdybyśmy nie byli praworządni do PK 28 można by skrócić drogę, nie wracając się do przejścia. Ciekawe czy inni skracali.
Po PK 28 Ania leci na PK 6, a ja wybieram wariant na PK 29. Przez tę chwilę co biegliśmy razem – niby nie jakoś kolosalnie szybciej, ale mnie to coś wykończyło. Więc mogę przebijać się na azymut po średnio przebieżnym lesie i spokojnie przejść do marszu. Na 29 trafiłem idealnie, więc zachęcony dalej na azymut do PK 11. I tu mała wtopa, nie zauważyłem, że będą dwie drogi i szukałem PK za wcześnie. Niby na śladzie to strata raptem 3 minut, ale strasznie demotywująca. Tu zaczęli się pojawiać zawodnicy TP 25. Wkurzony, na azymut dalej do PK 32. Tu spotkałem Kingę. To był mój 22 punkt, a jej… dopiero szósty! Pogubiła się i nie mogła znaleźć PK 10. Jako, że mi teraz wypadał PK 10 zaproponowałem wspólny dobieg. Po chwili trafiliśmy idealnie, tradycyjnie już podbiegając na azymut. Jeszcze małe szkolenie praktyczne jak użyć kompasu do wyznaczenia azymutu na kolejny punkt i wysłałem Kingę w drogę, a sam poleciałem na ostatnie 3 punkty z tej pętelki oczywiście na azymut.  Przy PK 2 spotkałem po raz ostatni na trasie Anię. PK 30 chwilę czesałem, a do PK 6  przestrzeliłem drogę i nadrobiłem znowu ze 200 m. W międzyczasie okoliczne przecinki zaroiły się młodzieżą bawiąca się w podchody. Normalnie konkurencyjna impreza!
Koniec pierwszej pętli 11:38 czyli 3:38 godziny od startu. Jak teraz odczytałem z GPS zrobiłem 23,6 km, choć moje odczucia mówiły, że zrobiłem znacznie więcej. Nie zabrałem mojego wspaniałego smartwatcha w Biedronki, który liczy kroki i kalorie (bo się odpina i w krótkim rękawku bym go zgubił), a z pożyczonego GPSa nawet nie wiem jak odczytać dystans on-line.
W bazie woda, nowa karta (trzeba obkleić i spisać opisy), zostawiłem w aucie niepotrzebne ciuchy na wypadek chłodu i w drugą pętle. Tylko 8 PK. Na zachód na koniec Sulejówka. I sporo po mieście. Wariant góra (pierwszy punkt w miarę blisko, ale następny to ho ho) albo wariant dołem – pierwszy w miarę daleko, ale drugi  PK bliżej. Wybrałem ten dolny. Coś ciężko szło bieganie, ale się zmuszałem. Po drodze pomachałem ½ z 5-ciu Paprochów, którzy do mety zmierzali na rowerze. Biegłem i biegłem. Przede mną pojawiła się jakaś pomarańczowa koszulka idącego zawodnika. Doganiałem go. PK C (tym razem zamiast numerków PK mają literki) ma być w prawo pierwsza droga na skraju czegoś białego. Wcześniejsze „białe” na mapie to były zabudowania. Jest droga skręca. Coś za mały skos tej drogi, ale mapa 1:30000 i jak można było zauważyć mało dokładna. Kończą się zabudowania. Drut kolczasty.  Przechodzę. Jest zakręt drogi (lampion ma być na zakręcie), ale nie ma lampionu. Może jestem za wcześnie? Lecę na zachód. Dobiegam do jakiegoś terenu otwartego. Może to białe to jednak teren otwarty? Ale nie ma drogi. Rozglądam się. Już wiem przebiegłem PK o jakiś kilometr. Wracać? To wyjdzie 2 dodatkowe kilometry! Przyglądam się mapie i wpadam na pomysł zrobienia zamiast pętelki ósemki. Pewnie da to w sumie 2 km więcej ale nie będzie trzeba się cofać, a C zgarnę w nawrocie. Szybko znajduję punkt E (obok pracują siepacze z piłami łańcuchowymi – nie wiadomo czy nie wytną punktu). Kawałek zabudowy i jest PK B. I teraz zaczyna się masakra. Teren miejski. Staram się jak najdłużej lasem, drogami niezaznaczonymi na mapie (dobrze, że takie są, choć jak mówił Igor na odprawie mapa miała być dokładna). Ale dalej tylko asfalt lub bardziej chodnik, bo ulice ruchliwe. Kusi autobus miejski, ale nie daję się złamać. Ratują mnie delikatesy M&L, gdzie dostaję wodę i colę z lodówki. Od chodników bolą kolana. Więcej idę niż podbiegam. Znajduję PK G w miejskim lasku przy jeziorku wypełnionym śmieciami. Nie wiem co sprawia przyjemność kilku osobom „plażującym” nad tym akwenem. Punkt D w plątaninie uliczek. Masakra dla nóg. Teraz przebiec tory nielegalnym przejściem, ale zaznaczonym na mapie i opuścić Sulejówek z południowej strony. Na krótką chwilę wytchnienie dla nóg. Na bardzo krótką chwilkę. Dla odmiany jeżyny, ale lampion jest.
Do PK A najbliżej byłoby iść za liniami energetycznymi. Ale pod linią – chaszcze. Czyli obiegamy znowu… asfaltem (wrr). Mam dość 30 m truchtania i 300 marszu. Postanawiam iść do PK A od zachodu – bo krócej. Po drodze jakieś uprawne pola – szybko przebiegam. Lampion ma być na zakręcie drogi. Zakręt jest lampionu nie ma. Jest ze 100 m dalej na „prostej drodze”. Zostały mi dwa ostatnie punkty – pominięty PK C i PK F. Najkrótsza droga na azymut przez jakieś nieużytki. Bieganie mi nie idzie więc idę na azymut. Gdy wychodzę na drogę przelotową spotykam grupkę konkurentów. Na końcu grupki spotykam Niebieskiego. Wyraźnie są dopiero na początku tej pętelki. Skręcają w drogę która wyszedłem – pewnie myślą, że to ta z lampionem (bo kto przy zdrowych zmysłach chodziłby po tych nieużytkach). Nic im nie mówię (ale wredny jestem).  Kilka minut za nimi jeszcze jeden zawodnik  wygląda jak biegający sądząc po stroju. To mnie podbudowuje. Znowu długi przelot asfaltowy. Byle do lasu. Jest las. A właściwie cmentarz, bo las za cmentarzem.  Na mapie jest droga mi pasująca, ale w terenie jej zabrakło. Ech te „dokładne mapy”. Idę na czuja i wkrótce poznaję okolice PK E i drogę prowadzącą do PK C. Znajomy drut kolczasty i mam wreszcie PK C! Do PK F staram się ścinać drogami. Widzę tu w oddali jeszcze jednego uczestnika wyraźnie szukającego PK C – znaczy dopiero zaczyna 2 pętelkę! To mnie podbudowuje i zmuszam się do truchtu.  Ostatni PK F zdobywam w czasie 7:05. Znaczy rekordu nie pobiję. Meta 7:21 47,6 km – nie ma rekordu, nie ma motywacji biec na full ostatni kilometr. A przy takim dystansie powinno być szybciej, ale ten wielbłąd, kostka  i ilość PK zrobiły swoje.
Na mecie wypoczywający Przemek – jak się okazało nie wygrał, ale wygrał inny znajomy – Mateusz (woziłem go na imprezy, więc może trochę chwały na mnie spłynie:-). Gdzieś tam w kącie leżą zwłoki Pawła R. Nie wygląda to najlepiej – ale jak widać TR100 potrafi wykończyć!
Na słonku w kasku i kilku warstwach ubrań wygrzewa się Karolina. Podziwiam ją – ja to bym się do rosołu rozbierał:-). Szybki obiad i do domu.  Nie ma tak prosto - swoje na odkurzaczu muszę odpracować:-). I czekanie na wyniki, bo ciekawe jak poszło Chrumkającym, Kindze i które miejsce ogólnie zająłem.


Za Smokiem aż do Wilna!

Tym razem w Oswajaniu Smoka wzięliśmy udział jako organizatorzy, przy czym większość roboty odwalił Tomek, ja tylko zrobiłam herbatę (ale za to jaką pyszną!) i zorganizowałam sekretariat. Co prawda byłam też na rekonesansie połączonym z testowaniem mapy na żywym organizmie (znaczy na mnie), ale nie wiem czy się w ogóle tym chwalić, bo nie mogłam ogarnąć i połączyć do kupy wycinków, zwłaszcza tych z dawniejszych lat. Ale dzięki mojemu nieogarnięciu Tomek troszkę ułatwił mapę i w sumie dzięki mnie tak dużo osób mogło się cieszyć sukcesem w oswajaniu.

Coś koło czterdziestu osób stawiło się w Wilnie  i ruszyło do ataku na Smoka. Niektórzy chyba trochę bali się bestii bo siedzieli na starcie długie minuty i chyba mieli wątpliwości, czy smocza przewaga nie jest zbyt duża. Inni szczegółowo analizowali ślady Smoka na mapie i robili to z aptekarska precyzją. A ostatni uczestnik batalii tylko rzucił okiem na mapę i pooooszedł.
Zostaliśmy sami i zrobiło się trochę nudno. Jedynym urozmaiceniem były pytania zaciekawionej okolicznej ludności wracającej od pociągu do domów:
- Na co zbieracie podpisy?
- Coś będzie nowego budowane?
- Jakaś akcja?
Wreszcie po długich minutach wyczekiwania pogromcy Smoka zaczęli wracać - jedni z tarczą, inni na tarczy. Na szczęście wszystkim udało się wrócić, a odniesione rany nie zagrażały życiu. Ufff...