środa, 24 lipca 2019

Wawel Cup - Model Event 1

W niedzielę wróciliśmy z Grilloków, a już w poniedziałek rano ruszaliśmy do Krakowa na Wawel Cup. Żeby nie marnować czasu, od razu po przyjeździe ruszyliśmy na trening, czyli Model Event, jak to ładnie nazwali organizatorzy. Biegać mieliśmy w Lesie Wolskim, niedaleko ZOO. Jak przystało na nieogarniętych orientantów, zgubiliśmy się już na dojściu na start. Ja co prawda sugerowałam skręt we właściwą ścieżkę, ale Tomek aż takiego zaufania do mnie to nie ma, żeby iść tam gdzie ja proponuję:-)
Wydawało nam się, że byliśmy zapisani na trasę długą, ale dostaliśmy mapy "medium" - 3 km. Jak dla mnie na początek wystarczająco. Umówiliśmy się z Tomkiem, że pierwszy trening lecimy razem, ale organizatorzy puszczali co dwie minuty. Ruszyłam pierwsza, ale nie spieszyłam się, bo na początku trzeba być czujnym, a nie szybkim:-) Poza tym liczyłam, że Tomek mnie dogoni. Nie miał szans, ale może dlatego, że ja poleciałam świętym Azymutem, a on wygodnie ścieżką i rozminęliśmy się po drodze. Gdzieś tam mi mignęły jego plecy w okolicach punktu i tyle ze wspólnego biegania.
Spotkaliśmy się przy punkcie trzecim, który Tomek przeleciał, a ja ze swoim azymutem wyszłam na niego bezbłędnie. Na punkt, nie na Tomka. Taka ucieszona, że szybciej i dokładniej trafiłam, dalej azymutem ruszyłam na czwórkę.
"Latał sobie z radarem pewien gacek młody
i po drodze omijał przeróżne przeszkody,
lecz właśnie gdy się cieszył, że je tak omija,
wpadłszy na jedną z przeszkód rozbił sobie ryja."
No, to ja rozbiłam sobie ryja na PK 4. Oczywiście nie dosłownie, tylko w przenośni. Na azymucie wyrosły mi gęste, nie do przebycia, krzaczory i musiałam je jakoś ominąć. Potem były kolejne chaszcze i kolejne i kolejne i w efekcie zniosło mnie sama nie wiem gdzie. Biegałam bez ładu i składu po zboczu szukając już jakiegokolwiek lampionu, żeby się w ogóle upewnić czy jeszcze jestem na terenie zawodów i... nic nie znalazłam. Zeszłam do drogi z bólem wytracając wysokość. Pobiegłam drogą trochę w jedną stronę, trochę w drugą, potem w trzecią i czwartą, znalazłam jakiś mostek i usiłowałam go odnaleźć na mapie. Wydawało mi się, że znalazłam, ale tylko wydawało. W tym amoku biegania po drodze, w ogóle nie zwróciłam uwagi  na ogrodzenie i zabudowania i dopiero po kilkunastu minutach oświeciło mnie, że to przecież wspaniała wskazówka do umiejscowienia się. Faktycznie, po spojrzeniu w mapę wiedziałam gdzie jestem i już bez problemu znalazłam PK 4. Cała ta operacja zajęła mi dokładnie 32 minuty. A ile zeżarła energii i sił, to wolę nawet nie mówić.
Na piątkę poszłam (bo już nie miałam sił na bieganie) ścieżkami i z trafieniem nie było problemu. Do szóstki dalej ścieżkami, ale na miejscu stanęłam skonsternowana - na mapie miałam zaznaczone jakieś mocne pofałdowania terenu, a przed oczami normalny, regularny jar. Chwilę pokręciłam się po okolicy i w końcu postanowiłam namierzyć się z rogu pobliskiego ogrodzenia. Znowu prowadziło mnie do jaru. Faktycznie, lampion wisiał prawie na dnie wąwozu, który na mapie narysowany był w przenajgłupszy sposób. Operacja: "jar" zeżarła mi 12 minut.
Dalej nawigacyjnie poszło już bez problemu, ale ze względu na trudny teren (łącznie z obejściem jednego jaru) zajęło mi to strasznie dużo czasu.
Podsumowując - pierwszy trening nie był zbyt dobrym prognostykiem przed zawodami, aczkolwiek dumna byłam z siebie, że nie zrezygnowałam z walki już przy czwórce. Trasa trzykilometrowa zajęła mi - uwaga! - 97 minut! Kto da więcej? :-)
Po treningu (poprzedzonym podróżą) wcale nie zamierzaliśmy odpoczywać, bo przecież każda chwila jest cenna. Od razu po doprowadzeniu się do ładu pojechaliśmy na Wawel zaliczyć trasę TRInO. Na szczęście trasa była dość krótka, więc jeszcze daliśmy radę. I dopiero po zwiedzaniu udaliśmy się na zasłużony wypoczynek.


Grillokowy niedzielny spacer.

W niedzielny poranek obudziłam się i nic mnie nie bolało. Słonko świeciło, deszcz nie padał. Nie było żadnej racjonalnej wymówki, żeby nie iść do lasu. Zostały nam (a właściwie Tomkowi) jeszcze dwa etapy do kompletu, więc faktycznie szkoda byłoby nie pójść. Dostaliśmy w garść po dwie mapy i ruszyliśmy. Tradycyjnie pod siłownię, bo tak wyszło, że to tam rozgryzaliśmy każdorazowo kolejne mapy.
Abstrakcyjne tytuły: "Gilanko kaszanki" i "Piklowane pukle pudla w pudrze" mogdy zwiastować dosłownie wszystko. Ale jednak nie było tak źle. Połączenie dwóch wycinków hipso od razu biło w oczy, nad resztą trzeba było troszkę pomyśleć. Myślenie oczywiście skończyło się cięciem mapy, bo wyobraźnię, nawet do spółki, mamy zdecydowanie za małą, żeby składać mapy w głowie.
Kilka pierwszych punktów z mapy lidarowej umiejscowionych było na dziwnych, regularnych, prostokątnych obiektach. Wyglądało to jak jakieś osiedle z blokami, no ale w środku lasu??? Okazało się, że to jakieś okopy, które w naturze wcale nie wyglądały tak idealnie równo, jak na mapie. I tak się ma teoria do praktyki:-)

Gdzieś na trasie.

Im dalej wchodziliśmy w las, tym robiło się przyjemniej. Po pierwsze dlatego, że w końcu trafił się etap na którym wiedzieliśmy gdzie iść i co z czym się składa, a po drugie - las był przepiękny. Muszę Wam to pokazać, choć film nie oddaje tego klimatu. Tam po prostu trzeba było być.

Prawda, że ładnie?

Tak się zajęłam podziwianiem i filmowaniem lasu, że praktycznie przestałam zwracać uwagę na mapę i jedynie podbijałam punkty wskazane przez Tomka.

Starałam się być pożyteczna:-)

Etap drugi tradycyjnie zaczęliśmy od wycinanek, bo stało się to już naszą nową świecką tradycją. Może i nie było to niezbędne, ale rytuał, to rytuał:-)

Przygotowania do etapu drugiego.

Ponieważ na wycinku startowym było aż 5 punktów, wyrwałam się na prowadzenie, żeby się jakoś wykazać, póki ogarniam, bo potem mogło nie być okazji. Szczególnie, że nie przemawiał do mnie "rzut liniowy granic kultur". Usiłowałam go poprowadzić od kropki na starcie i nic mi się nie zgadzało. Na szczęście Tomek jakoś dopatrzył się tych pasujących granic na ortofotomapie, więc ja już nie zawracałam sobie tym głowy.
Moim szczytowym osiągnięciem na tym etapie było zgubienie kamerki. Ale to wcale nie była moja wina, bo Tomek kazał mi porównać wycięty fragment z rzutem kultur do kolejnego wycinka, a sam wrócił po przegapiony punkt podwójny. A ja przecież nie mam tylu rąk żeby trzymać mapę, wycinek, długopis i jeszcze kamerę! No to odłożyłam, to co było zbędne, a potem poszliśmy dalej. Na szczęście szybko zorientowałam się w stracie, kiedy chciałam po drodze coś uwiecznić i wróciliśmy na poszukiwania. Jak mamy jakieś lekkie czy ciężkie minuty, to właściwie organizatorzy mogą nam je odpisać, bo nie były przeznaczone na pracę z mapą, czy szukanie punktów, tylko na odzyskiwanie straty. Kamerka na szczęście leżała grzecznie przy PK 167.
Resztę etapu spędziłam na pilnowaniu dobytku, nie zawracając sobie głowy oglądaniem mapy, bo sami widzicie do czego to prowadzi. Zresztą etap był łatwy, więc Tomek nie potrzebował wsparcia:-)

Tadam! Meta!

Po powrocie do bazy usiłowaliśmy zjeść obiad w knajpce, ale kiedy okazało się, że czas oczekiwania na posiłek może być dłuższy niż czas dojazdu do domu, poddaliśmy się. Spieszyło nam się, bo po powrocie musieliśmy zrobić szybkie pranie, szybkie pakowanie, szybkie spanie i szybki wyjazd do Krakowa następnego dnia na kolejną imprezę.
W tym roku wyjątkowo Grilloki wcale nie okazały się ulubioną imprezą sezonu, tylko najbardziej irytującą imprezą roku:-( No bo żeby z 10 etapów tylko dwa okazały się do przejścia??? Nie wiem, czy to my tak podupadliśmy umysłowo, czy autorzy trochę polecieli po bandzie. Czekam na komplet wyników żeby zobaczyć jak wyglądamy na tle innych osób. Tylko co będzie, jak okaże się, że jesteśmy ostatnie tłumoki i nic nie ogarniamy????





poniedziałek, 22 lipca 2019

W drugą noc składamy broń

Dobrze, że na drugą noc zaplanowaliśmy tylko jeden etap, bo pogoda zrobiła się mało wyjściowa, a nasz poziom frustracji etapami (zwłaszcza u Tomka) wzrósł do niebezpiecznego poziomu. Żeby nie stresować się jeszcze bardziej postanowiliśmy pójść na łatwiznę i wybraliśmy etap TO. Mapa składała się z trzech wycinków - jeden z warstwicami i drogami (ale jakiś stary), drugi z samymi warstwicami (ale nowy i z innym cięciem), a trzeci to hipsometria. Na pierwszy rzut oka nie wyglądało groźnie. Od razu dziarsko ruszyliśmy, ale przy bramie wyjściowej z ośrodka postanowiliśmy jednak rzucić dokładniej okiem  na mapę, chociażby żeby wiedzieć jak zacząć.

Niby proste, a jednak ci dwaj wojowie nas pokonali.

Logika podpowiadała nam, że wojowie powinni być tylko rozsunięci, ale układ poziomnic temu przeczył. W końcu wyszło nam, że łączą się na głowie pierwszego albo w okolicy PK 38, albo 36 drugiego. Postanowiliśmy sprawdzić to już w terenie. Dopuściliśmy także możliwość olania drugiego woja i zebranie punktów tylko z pierwszego. Bo w sumie to już i tak nam nie zależało. Wycinka z hipso nawet nie próbowaliśmy ogarniać, bo etap i tak wyglądał na stracony.
Bez większych problemów (choć odległości ciut nam nie pasowały) doszliśmy do PK 25 i zaczęliśmy kombinować z drugim wojem. Znaleźliśmy jakąś skarpę, poniżej domostwo z ujadającymi psami, tylko lampionu nigdzie nie było. Po półgodzinnym błąkaniu się po okolicy, zarządziliśmy odwrót i powrót do bazy przez resztę jeszcze nie zebranych punktów z pierwszego woja. Chwilkę zatrzymał nas PK 29, bo po ciemku ciężko było trafić na właściwą granicę kultur, ale jakąś znaleźliśmy. Do ostatniego naszego punktu Tomek musiał wracać, bo zapomniał wpisać w kartę startowa jego numer.
Do bazy wróciliśmy źli i zdegustowani do tego stopnia, że w środku nocy musieliśmy się zalkoholizować - na szczęście mieliśmy w lodówce dyżurne piwo. Cóż, niektórych etapów na trzeźwo nie razbierjosz...

niedziela, 21 lipca 2019

Tarcza przed nisko przelatującymi samolotami....

Moja Druga Połowa zaniemogła, więc z opóźnieniem ruszyłem na etap potrójny. Z opóźnieniem, bo maniacy InO wyszli o ósmej.
Zaczynało się od dojściówki. Jeśli uda się pokonać ją szybko, to zyskam kilka minut extra. Pognałem więc na start etapu nr 5 o wdzięcznie zagmatwanej i wiele mówiącej nazwie Buzdyganowy budziszek. Dostałem mapę główną i do dopasowania wycinki map różnawej treści, skali i stopniu zlustrowania. Na mapie wskazane były miejsca dopasowania, gdzie te małe wycinki miały dopasowywać się środkiem dolnej „krótkiej” części piór jak wynikało z opisu. Po podbiciu pierwszego PK próbowałem coś dopasować. Niby coś mi świta, ale nijak nie idzie! Siedzę, biedzę się i nie wiem. Coś tam dopasowałem, ale chyba jeden kawałek. Minął mnie tramwaj wrocławski, wyraźnie biorąc lampion z pobliskiej górki. Na wycinkach owszem jest lampion na górce, ale w żaden sposób zgodnie z instrukcją tak dopasować wycinków się nie daje. Dobra, coś podbijam bez przekonania i idę w kierunku tramwajowym. Dopytuję się czy oni wszystko dopasowali i dowiaduję się, że dopasowanie nie zgadza się z opisem. Skoro tak siadam, nożyczki w dłoń i udaje mi się złożyć całą mapę. Wystarczył dobry opis na mapie i byłby to fajny etap, a tak jestem znowu zniesmaczony – tym razem wyraźnie z winy autora – któremu inwencja poszła w wymyślanie tytułów, a nie sprawdzenie mapy przed wydrukiem;-(
Na etapie 7 znalazłem swój lampion

Bez większych problemów (no, może jakaś mało wyraźna górka w terenie) dotarłem na metę.

Tak wyglądało moje dzieło stworzone przy użyciu nożyczek i taśmy klejącej
Czas na etap nr 6. Samoloty. Tak konkretnie „Nalot bombowy”, ale samoloty zawsze kojarzą się wszystkim z etapem Pawła z samolotami. Ciekawostką jest wydruk ze skazami wynikającymi z braku tonera. Akurat w moim przypadku dzięki temu jeden wycinek stawał się ciężki do znalezienie, bo … na mapie nie było wiadomo na czym jest PK!
Nauczony doświadczeniem zacząłem od skalowania się w terenie i nożyczek. Pierwszy PK w planie mapy, pierwszy samolot do dopasowania łatwizna. Trochę kłopotów sprawiają różne skale samolotów i mapy podkładowej, oraz mnogość elementów terenowych na mapach i w terenie. Drugi samolot – mniej więcej wiem gdzie powinien być PK110, tyle że wydruk nie pokazuje na czym ten PK jest postawiony. Chwilę szukam bezskutecznie „nie wiem czego”  i decyduje się na „obejście” tematu – najpierw PK 117 i 109, a potem na azymut już daje się trafić gdzie trzeba. Tyle , że naokoło;-( Kolejny samolot ma być gdzieś na wschód. Nie mam wtedy dopasowanych wszystkich, ale nie ma dużego pola wyboru. Udaje się sprawnie znaleźć PK 113. I dalej nawigowanie od dołka do dołka do PK 112. Tyle że gdzieś te dołki mi się mylą. Jak docieram na miejsce, to okazuje się… że zgubiłem kartę. Wrrr. Cofam się po śladach do 113 i karta zostaje znaleziona. Jeszcze raz znajduję PK 112 – wychodzi mi inny dołek. Zakładam, że lepszy;-) Ale czasu znowu zeszło dużo.
Zygzakiem wracam się na PK 108 i PK 104,. Coś mi się nie zgadza, ale już nie mam siły utwierdzać się czy to dobry, czy stowarzyszony dołek w otoczeniu kilkudziesięciu innych. Zostały już tylko 3 samoloty. Jeden oczywisty, choć miejscami teren mało przebieżny – po wycince jakieś gałęzie i kłody walają się pod nogami. Gdzieś w niedalekiej oddali grzmi.  Na szczęście kończy się tylko na grzmieniu. Znajduję ostatnie punkty i uff – etap zaliczony.

Chyba zostanę mistrzem wycinanek kurpiowskich
Został jeszcze etap trzeci tego potrójnego zestawu. Tarcze. Czytam opis: trzy układy, linie wskazują miejsca łączenia. Dobra tylko jakie układy. Wyciąłem trzy układy i łącze…. Meta wypada mi zaraz koło startu. A meta miała być niedaleko bazy - coś się nie zgadza. Kombinuję na wszystkie sposoby – nie daje się. Czytam jeszcze raz opis: „Mapa składa się z siedmiu tarcz. Ich układ został pocięty na trzy części. Miejsca styku układów zaznaczono kolorowymi liniami (różową i niebieską)”. Hmmm, a może jeden układ tworzą mapy jednego rodzaju?  Próbuję - także nie pasuje. Mając 7 tarcz mam sporo możliwości podziału na 3 układy. A że jeszcze tarcze są pozamieniane miejscami , polustrowane to….. nie mam pojęcia gdzie jest meta. Daję sobie spokój – taki opis po prostu jest bez sensu. Jestem totalnie zdegustowany. Analizuję mapy pierwszych 2 etapów – wiem w jakim kierunku jest meta. Postanawiam podbić PK z pierwszej i ostatniej tarczy, a może po drodze znajdę jakiś lampion pasujący.

Może tak złożyć? tylko gdzie ta meta wychodzi????
Ruszam i…. mam dylemat. Ten etap jest po tej czy po drugiej stronie drogi??? Logika mówi, że po drugiej, ale zaćmienie umysłowe spowodowane liczeniem możliwych wariantów układu tarcz powoduje umysłowe zaćmienie (jak widać w powyższym zdaniu). Chwilę sprawdzam zanim się upewnię, że jednak po drugiej stronie. Pierwsza tarcza, pierwszy PK na górce….otoczonej uprawą leśną. Bez legalnego dojścia. Wiem, jestem wkurzony, ale młodnik kilkumetrowy, a takie malizny to pewna różnica…. Aż kusi wpisać na karcie BPK – brak dojścia! Po dwóch PK idę w kierunku bazy – wzdłuż drogi krajowej. Usiłuję iść lasem w nadziei, że spotkam jakiś teren z tarczy. Owszem, jest jakiś lampion, ale zupełnie nie pasujący do niczego (wszystkie mam na dołkach), widzę także gdzieś uczestnika trasy TO – więc to pewno jego lampion. Daję za wygrana i idę na asfalt. Ale tu nie jest miło, spory ruch jak to na DK, więc jak widzę drogę niewiele odbijającą w las, skręcam w nią. Ostatni wycinek to linia WN, więc wiem, że nie przejdę mety. Czas się dłuży, znowu jakiś lampion na skrzyżowaniu. W oddali górki, ale nie czuję chęci wdrapywania się na nie. Po długim czasie dochodzę do linii WN, znajduję ostatnie 2 PK i wracam na metę. Wkurzony i zniesmaczony. Jak tak można zepsuć etap nie dbając o szczegóły? Bezprodukcyjnie w etapie 7 przeszedłem ponad 8 km (łącznie 3 etapy ponad 22km).
22 km jak nic
Aby nie za bardzo obić autorów pobiegłem sobie na BnO. Tu także płot się „przesunął” znacznie na mapie  i górka w PK 16 okazała się trudna do odnalezienia….
I jeszcze samotnie zaliczyłem E1, by Mojej Drugiej Połowie, co właśnie odżyła, dorównać….

sobota, 20 lipca 2019

A w sobotę nici z planów

Po zbyt krótkim śnie (no bo dwa etapy nocne) i zmianie pogody na deszczową, w sobotę obudziłam się z bólem głowy i ogólną niemocą. "Obudziłam się" nie do końca oddaje stan rzeczywisty, bo ja jedynie zwlokłam się z łóżka i trwałam w letargu, marząc żeby ktoś mnie dobił. Oczywiście o zaplanowanym potrójnym etapie w ogóle nie było mowy, więc Tomek poszedł sam, a ja czekałam na cud. Cud nastąpił kolo południa i udało mi się podnieść do pozycji pionowej. Żeby mi się dzień nie zmarnował postanowiłam iść z Agatą chociaż na jeden etap, tylko nie w TZ-tach, a w TO. Poprosiłyśmy o lekki, łatwy i przyjemny i dostałyśmy "Zbrojne ramię nieuzbrojonego Siemka", o długości prawie 4 km. Z kawałkiem znienawidzonego lidara. Na szczęście do złożenia były tylko dwa wycinki, co dawało lekką nadzieję na sukces:-)
Było dobrze - wiedziałam, w którą stronę ruszyć od startu:-) Planowałyśmy wziąć PK 2 i PK 1, a potem martwić się o resztę. Po drodze widziałyśmy jakieś lampiony i nawet ludzie je spisywali, ale jeszcze nic mnie nie tknęło. Idąc usiłowałyśmy znaleźć jakiś punkt wspólny wycinków i w końcu Agata wypatrzyła na skraju ortofotomapy kawalątko asfaltu - tego, którym szłyśmy po drugim wycinku. Od razu stało się jasne co wcześniej spisywały spotkane osoby. Ominęłyśmy PK 14 i 15, ale mogłyśmy wziąć ósemkę.

 W drodze na dziewiątkę.

Teraz sprawa wyglądała klarownie i wystarczyło iść i zbierać kolejne PK. No to szłyśmy i zbierałyśmy aż do PK 10. Pewnym krokiem podeszłyśmy do wytypowanego krzaczora, a tam nic. No dobrze, mogłyśmy się pomylić, więc dla pewności obejrzałyśmy sąsiednie zarośla i drzewa. Dalej nic. W akcie desperacji obejrzałyśmy całą roślinność między PK 9 a PK 11 i ... dalej nic. Z lekką obawą wpisałyśmy w kartę BPK.

 Na trasie.

Dalej szło nieźle i zatrzymał nas dopiero punkt osiemnasty. Doszłyśmy do jeziorka, namierzyły się od niego i... doszłyśmy do kolejnej wody. Miałyśmy dylemat - które jeziorko jest właściwe do namierzania się? Pierwsze czy drugie? Jakieś totalne zaćmienie na mnie spadło i nie mogłam ogarnąć sytuacji. Łaziłyśmy po okolicy - nie powiem - dość ładnej, ale czas uciekał, a my nic. W końcu blokada umysłowa puściła, dopasowałyśmy jeziorko z mapy to właściwego w terenie i znalazłyśmy lampion. A tuż obok lampionu znalazłyśmy Anię i Zuzę, które robiły tę samą trasę, ale w przeciwnym kierunku. Miało to tę korzyść, że mogłyśmy się wzajemnie wymienić radami, rozwiać wątpliwości i wskazać sobie następne PK. PK 6 leżącego tuż przy PK 18 szukałyśmy chyba z 10 minut, bo kolejne zaćmienie umysłowe nie pozwoliło skojarzyć punktu na górce, który wcześniej odwiedziłam, z punktem na końcu wału. Na szczęście każde zaćmienie kiedyś się w końcu kończy:-) Zostały nam jeszcze tylko trzy punkty do mety i wszystkie musiałyśmy wziąć, żeby nie lecieć od startu do czternastki i piętnastki. I tak nam się udało, że autor mapy w ogóle przewidział punkty nadliczbowe. Do piątki szłyśmy najtrudniejszym z dostępnych wariantów - przez podmokłe krzaczory, zamiast wygodnym asfaltem lub poboczem, ale przecież nie byłyśmy tam dla przyjemności.
 
 Nasza wesoła ekipa.

W końcu udało się zebrać wymagane 16 punktów i nawet trafić na metę. A potem już tylko grillowanie połączone z nieudaną próbą spalenia domku. I czekanie na Tomka, który już od kilku ładnych godzin błąkał się gdzieś po lesie....

Kulą w płot, czyli przegrana bitwa pod Narwią

Po pierwszej porażce przyszedł czas na etapy nocne. Formuła, że ten sam etap może być nocny i dzienny nie zwiastowała nic dobrego. No bo na etapie nocnym inaczej wybiera się punkty charakterystyczne, tak by były widoczne w nocy - w nocy wiadomo wszystkie górki są takie same, delikatnych granic kultur nie widać i chodzi się na odległości, a nie na ogląd. Zaś w dzień widzi się więcej i wybiera się punkty tak, by taki większy zasięg wzroku specjalnie nie ułatwiał.
Etap 3 z armatami. Typowa szwajcarka z dopasowaniami. I dla utrudnienia - lustro mapy głównej. Pierwszy zgrzyt przed pierwszym PK – droga z mapy (rysowanej specjalnie na zawody) odchodzi w innym miejscu niż powinna. Więc czy jesteśmy tu gdzie trzeba, czy nie? Czesanie (bo nie daje się sięgnąć wzrokiem i trzeba nogami) i wreszcie pierwszy PK zaliczony (no, czy właściwy to nie jestem pewny). Z obawami idziemy na pierwsza kulę do dopasowania. O dziwo, udaje się od pierwszego kopa – rów jak byk i lampion o numerze 52 zaliczony. Kolejną kulę z literką B także daje się łatwo zaliczyć. I zaczyna się problem. Idziemy na kulę oznaczoną literką C. I nic nie pasuje. Albo pasuje za dużo. Błąkamy się w jedną i w drugą stronę, a nawet wracamy do poprzedniego PK. Wreszcie bez przekonania dopasowujemy PK 53, by cokolwiek z tego wycinka podbić, bo ile można się pałętać w koło!
Dobra, dalej już łatwiej - armata z PK 43 i kula D z oczywistym oczkiem wodnym. I znowu mordęga, a kulą armatnią E – w nocy wszystkie dziury wyglądają tak samo – strzelamy…. Ciekawe czy kulą w płot (podejrzewam stowarzysza);-) I dalej dramat z kulą F. Jak się odmierza ze stowarzysza to…. Można szukać do rana. No, może nie do rana, ale zwiedziliśmy okolicę, coś dopasowaliśmy (przeglądając Geoportal sam nie wiem co, ale lampion był i teren podobny) i próbowaliśmy się dostać  na PK 44 będący w planie mapy. Uparcie droga znosiła nas w maliny. Chodziliśmy w tę i we wtę i nic się nie zgadzało. Dopiero Święty Azymut pomógł i udało się trafić mniej więcej tam gdzie trzeba;-) Właściwie w miejsce gdzie przechodziliśmy kilka razy i nie zauważyliśmy drogi. Tak to jest z etapami dzienno-nocnymi….
Dobra, poszliśmy na kulką G. Co tu dużo pisać o punkcie G, każdy wie: dziura jak się patrzy i nic znaleźć nie można! Przeczołgaliśmy się, wbiliśmy jeden z lampionów i poszliśmy szukać miejsca oznaczonego literką H. Tu znaleźliśmy jakiś dołek i przy okazji spotkaliśmy tramwaj wrocławski – jak się chwalili po raz kolejny wbijali ten sam wycinek, bo wszędzie im pasował.  No cóż, skoro lubią… można wszystkie dopasowania obskoczyć jednym wycinkiem;-) Podbudowało nas, że nie tylko my mamy takie problemy;-)
W literce J nic nie znaleźliśmy (ale wycinków okazało się mniej niż kul) i potem się „zgubiliśmy”. Tzn., wiedzieliśmy w jakiej części świata jesteśmy, ale wyrzuciło nas daleko od optymalnej trajektorii, bo okazała droga  z mapy okazała się mało drogę przypominająca granica kultur. W nocy właściwie niedostrzegalną. Potem szukaliśmy ostatniej kuli, ale był to strzał bardzo niecelny - nic nie znaleźliśmy, choć ślad GPS mówi, że przeszliśmy prawie przez lampion, tyle, że wycinek ten dopasowaliśmy wcześniej i nie przyszło nam do głowy szukać lampionów w tym miejscu.
Etap 3 i nasze dopasowania. PK 50 nie dopasowaliśmy nigdzie...

Wkrótce rozszczekały się psy i dotarliśmy do międzystartu na etap 4 powrotny. Po chwili patrzenia na mapę, spojrzeniu na zegarek powiedzieliśmy: dość. 19 małych rozłącznych wycinków do dopasowania, wszystkie poobracane, a część zlustrowana. Nie jest to pomysł na etap nocny. Wzięliśmy pierwsze dwa PK, potem jeszcze jeden w dołku, ale bez pewności czy dobry i podeptaliśmy w stronę mety zakładając, że po drodze może jeszcze jakiś lampion znajdziemy. Powoli robiło się coraz jaśniej, odzywały się pierwsze poranne ptaszki. Po drodze znaleźliśmy jeszcze lampion pasujący do PK 66 i tyle. Tzn. droga (wygodna i szeroka) zaczęła nas co nieco znosić na wschód. Las nie wyglądał zachęcająco by się przez niego przedzierać, więc dalej szliśmy drogą. Wreszcie jakieś odbicie na zachód, ale i tak wyszliśmy na asfalt hektar od mety. Zniesmaczeni – jako jedni z ostatnich (zdaje się, że tylko tradycyjnie Przemek chodził non-stop) dotarliśmy do mety. Dobrze, że autorzy poszli spać, bo byłoby bicie.  Jeden, dwa punkty nie do znalezienia – OK. Także gdy trzy razy dopasowujesz ten sam wycinek. Ale ta nadnarwiańska bitwa….. na pewno nie na etap nocny. Przeszliśmy ponad 17 km na 2 etapach bez jakiś rewelacyjnych efektów – to mówi samo za siebie.



środa, 17 lipca 2019

Grilloki - zakuty etap.

Tegoroczny urlop spędziliśmy tak intensywnie, że teraz padam na pysk i mam lekki InOwstręt. A zaliczyliśmy raptem dwie imprezy - Grillowanie Kosmatych InOków i Wawel Cup.
Na Grillowanie pojechaliśmy w piątek (nie ostatni, tylko jeszcze poprzedni), ale nie udało nam się wyjechać jakoś wcześniej, bo Tomek normalnie pracował. Postanowiliśmy zacząć od pojedynczego etapu dziennego, potem zrobić podwójny nocą, w sobotę potrójny w dzień, potem jeden nocny, a w niedzielę wszystko pozostałe. Bardzo ambitny plan, ale wykonalny.
Pierwszy etap wybrali nam organizatorzy, zapewniając, że będzie najlepszy na początek. Mnie przeraził już sam opis przekształceń: perspektywa, aksonometria, wypukłość, wklęsłość. I oczywiście obroty, ale to już mały pikuś. Do tego żaden z czterech wycinków nie pochodził z typowej mapy, tylko hipsometria i cieniowany lidar. Jak by tego wszystkiego było mało, wycinki były w różnych skalach i to już do reszty gmatwało sytuację. Autorem takiego wariactwa mógł być tylko Darek:-)
Już na początku osiągnęliśmy sukces, bo udało nam się połączyć ze sobą dwa wycinki, z czego jeden był startowym. Tym sposobem mogliśmy w ogóle zacząć trasę. Przez chwilę wydawało nam się, że dwa pozostałe też łączą się ze sobą, ale już w żaden sposób jedna para nie chciała połączyć się z drugą. Postanowiliśmy zrobić tę część trasy, którą ogarnęliśmy, a potem kombinować dalej.

 W końcu mamy jakiś punkt.

Zebraliśmy większość punktów z dwóch pierwszych wycinków i wciąż nie mieliśmy pomysłu jak przyłączyć te kolejne. Nawet pocięliśmy mapę, żeby było wygodniej je przykładać do siebie, ale wciąż nie mogliśmy znaleźć tych obiecanych w opisie pokrywających się miejsc. Zaczęliśmy chodzić metodą: chodź zobaczymy co jest za tą górką, zakrętem, łąką, skrzyżowaniem... Mieliśmy nadzieję, że w końcu trafimy w jakieś charakterystyczne miejsce, które rozpoznamy na mapie. Tym sposobem trafiliśmy nad Narew i mimo, że nic tam nie znaleźliśmy, to warto było, bo widoki mieliśmy przepiękne.

 Nad Narwią też nic nie było:-(

Niemożność znalezienia punktów z niedopasowanych wycinków wywoływała w nas coraz większą frustrację. No bo jak to tak? Wrócić z połową punktów? Już nawet mieliśmy pomysł żeby pierwszą napotkaną dziurę z lampionem wbić jako wszystkie brakujące dołki i obniżenia, ale ograniczyliśmy się do jednego, który najbardziej pasował terenowo.

Znalezisko.

Czas płynął nieubłaganie i w końcu stało się jasne, że dalszy pobyt w lesie tylko pogarsza naszą sytuację, bo oprócz bepeków biją nam lekkie, a potem ciężkie minuty. Do bazy wróciliśmy bardzo zdegustowani i nawet się dziwiłam, że Tomek od razu nie zagryzł autora mapy. Ale nie, zachował zimną krew.
Już po powrocie do domu, w niedzielę, Tomek od razu rzucił się do map i komputera, żeby zobaczyć jak to się składało i nawet z takimi pomocami naukowymi nie poszło od pierwszego kopa. Bardzo jestem ciekawa czy to my tylko takie gapy, czy inni też mieli jakieś problemy z tym etapem. Czekam z niecierpliwością na wyniki.

środa, 10 lipca 2019

Letni BePeK z problemami

Dawno nie było BePeKa. Znaczy miał być taki wypaśny, liczony w  dziesiątkach kilometrów, ale jakoś prawie nikomu nie pasowało i się przeniósł na bliżej nieokreśloną przyszłość. Ale pojawił się nowy, miejski, letni BePek zrobiony przez zupełnie nowego budowniczego. I to całkiem niedaleko – na Gocławiu. Nie mogło nas na BePeku zabraknąć!
Przyszliśmy, zapłaciliśmy wpisowe 1zł (tak – istnieją imprezy BnO gdzie wpisowe wynosi 1 zł!!!), dostaliśmy mapę, naklejkę i  w drogę. Moja Druga Połowa ruszyła przodem, ja dłuższą chwilę później, by ją tradycyjnie dogonić gdzieś na trasie. Daleki PK1 po chwili radośnie zapykał w telefonie. Po PK 2 chwilę się motałem i oczywiście wybiegłem nieoptymalną bramką z placu zabaw;-) Wesoło i sprawnie pikały kolejne PK. Przed PK 9 spotkałem Renatę, która biegła już do PK 10. Przyspieszyłem i dogoniłem ją koło PK 12. Przyspieszyłem bardziej i pobiegłem na 13-tkę. Jak wiadomo 13-stki bywają pechowe. Ta także. Wiadomo -  albo bieganie, albo myślenie – oczywiście pokićkały mi się domy i… szukałem punktu gdzieś na sąsiednim podobnym bloku. W tym czasie Moja Druga Połowa wyprzedziła mnie znacznie. Oczywiście znowu przyspieszyłem i do PK 16 pobiegłem nie tą ulicą. Płot był ciężki do sforsowania, więc to doganianie wcale nie szło – trzeba było wracać spory kawałek. Dopiero zmiana mapy (tak mapa była wypasiona – dwustronna) pozwoliła mi dogonić Renatę gdzieś koło PK 36 i skutecznie wyprzedzić – na szczęście do mety zostało niewiele i nie zrobiłem kolejnego babola;-).
Szczęśliwi wreszcie na mecie;-)

A tu można sobie pooglądać przebiegi:
http://3drerun.worldofo.com/2d/index.php?idmult%5B%5D=-584536&idmult%5B%5D=-584525&idmult%5B%5D=-584526&idmult%5B%5D=-584527&idmult%5B%5D=-584528&idmult%5B%5D=-584529&idmult%5B%5D=-584530&idmult%5B%5D=-584532&idmult%5B%5D=-584533&idmult%5B%5D=-584534&idmult%5B%5D=-584535


piątek, 5 lipca 2019

InO Świetojańskie

Za oknem zimno i pada deszcz, a ja jeszcze w gorących klimatach, bo wspominam InO Świętojańskie. Znowu powalający upał, a impreza niemal w samo południe. Wbiłam się w krótkie gacie, bez względu na ewentualne krzalowanie oraz leśne żyjątka. Trudno, jakoś trzeba przeżyć.
Liczyłam na to, że trasa będzie krótka i łatwa i... przeliczyłam się.

Jeszcze nie wiemy co nas czeka.

Okazało się, że do pokonania mieliśmy prawie 5 kilometrów, co w normalnych warunkach pewnie nie zrobiłoby na mnie wrażenia, no ale upał. Żeby nie było za łatwo, cała mapa była poszatkowana na kilkuelementowe kwadraty i prostokąty, które musieliśmy wpasować w schemat. Bohatersko postanowiliśmy nie ciąć mapy i ruszyliśmy na pierwszy element, żeby w terenie go zidentyfikować.
W zasadzie już od startu nic się nie zgadzało, szczególnie układ ścieżek, ale twardo szliśmy na wycinek. Kilka osób coś tam spisywało z pierwszego napotkanego lampionu, ale nam do niczego nie pasowało umiejscowienie punktu. Postanowiliśmy wrócić na metę i zacząć jeszcze raz.  W akcie desperacji zajrzeliśmy do mapy Beaty, którą spotkaliśmy idąc na ten start i jedynie utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nie należy brać tego, co inni wzięli. W końcu zdobyliśmy nasz pierwszy punkt i teraz trzeba było wydedukować jaki wycinek będzie następny. I następny. I następny. Oczywiście skończyło się na tym, że w końcu pocięliśmy cała mapę:-) Był tylko drobny problemik - nie mieliśmy kleju ani taśmy klejącej i co chwilę musieliśmy od nowa składać wycinki, żeby zobaczyć gdzie iść dalej.

Mamy już dwa punkty!

Największy problem mieliśmy z wycinkiem z PK 1 i 2, bo jakoś wmówiliśmy sobie, że jedynka musi być zlustrowana. Oczywiście nie była, ale zanim się zorientowaliśmy, trochę musieliśmy połazić tam i z powrotem i posprawdzać całą okolicę.
Z czasem jakoś układ wycinków ułożył się nam w głowach i doszliśmy do wniosku, że w sumie to trasa jest łatwa i zupełnie niepotrzebnie traciliśmy czas na wycinanki. Ale z drugiej strony... bo ja wiem...

PK 10

Na drogę wzięliśmy ze sobą tylko jedną małą butelkę wody i pod koniec trasy lecieliśmy już o suchym pysku. Czułam się jak wyschnięty wiórek i w końcu zakręciło mi się w głowie, aż musiałam usiąść. Na szczęście byliśmy już przy przedostatnim punkcie i do mety było blisko.

 Podbijam ostatni punkt!

Wizja dostępu do wody tak mnie zmotywowała, że ostatni odcinek pokonaliśmy biegiem, mimo że dopiero co przewracałam się na trasie:-) A jak już dopadłam butli z wodą.... Ania mi tylko dolewała i dolewała.
Znowu zabrakło nam podstawowego czasu i na metę dotarliśmy po pierwszym limicie. To na pewno przez ten PK 1! Teraz czekamy na wyniki i jak znam życie, to chwilę zejdzie.
A tak w ogóle, to strasznie męczący jest ten relaks i wypoczynek:-)


środa, 3 lipca 2019

Letni śnieg na Polu Mokotowskim

Upały już się wszystkim rzucają na mózg, więc chyba dla ochłody Barbara zaserwowała nam na ostatnim OrtInO śnieżynki na mapie. Co prawda tylko 6, ale dobre i to. Niestety, po przeczytaniu opisu okazało się, że wcale nie dla ochłody, tylko żeby jeszcze bardziej zlasować nam mózgi. Musieliśmy te śnieżynki jakimś cudem dopasować do reszty mapy i znaleźć w terenie punkty zaznaczone na skraweczkach śnieżynkowych ramion. Ta "reszta mapy" dla urozmaicenia była zlustrowana. Na szczęście tym razem druk był porządny i mapa była dobrze czytelna, więc nawet przy mojej ślepocie udało się znaleźć kilka miejsc wspólnych i udało nam się złożyć mapę bez wycinania wszystkiego. No dobra, jedną śnieżynkę wycięliśmy, ale to z przyzwyczajenia:-)


Zaczęliśmy od zachodniej strony mapy i już po chwili znaleźliśmy się nad jeziorkiem, a tam setki plażowiczów wylegujących się na trawie. Aż mi się smutno zrobiło, że oni sobie tak leżą i nic nie muszą, a ja jak głupia latam po krzakach w poszukiwaniu karteczek na drzewach. Jak idiotka normalnie. Ale cóż, taki już los inoka...

Na trasie.

Oprócz dopasowania śnieżynek, musieliśmy także umiejscowić foto-panoramki i to w sumie była najfajniejsza zabawa. Tak się nam spodobała, że zebraliśmy o dwa punkty  zdjęciowe za dużo i zostały one potraktowane jako punkty mylne. Buuuu...  Znowu nie doczytaliśmy opisu mapy dokładnie, bo było jawnie napisane, że z panoram trzeba wziąć dokładnie 7 punktów, a nie 9. Oprócz nas jeszcze Tomek G. nabrał się na ten numer - widocznie Tomki tak mają:-)

Meta! Meta!

Tak w ogóle to nie przypuszczałam, że za Biblioteką Narodową to ciągnie się jeszcze taki kawał pól, lasów i stadionów.
I znowu poznałam jakiś kawałeczek Warszawy:-)