sobota, 14 stycznia 2017

Dzikie ZPK

Ostatnio coraz większym niepokojem napawał mnie stan mojego bloga, a szczególnie dotyczyło to słowa "mojego". Co wpis to relacja Tomka. Miałam dwa wyjścia - zakazać Tomkowi publikacji albo ruszyć tyłek i samej pójść się zorientować w sytuacji. Ponieważ opcja pierwsza groziła  brakiem wpisów, nie pozostało nic innego jak wyjść z domu. Jedyną dostępną natychmiastowo opcją był stowarzyszony  trening na ZPK. Moją motywację podbudowywał także Darek, bo służył swoją osobą jako towarzystwo, a to oznaczało wersję chodzoną, a nie bieganą. Dodatkowo pogoda poprawiła się na tyle, że nie groziło ani zamarznięcie, ani zagubienie w zawiei śnieżnej. A jakby i to mnie nie przekonywało, to ostatecznym argumentem była odległość od domu - rzut dwoma beretami z antenką.
Kiedy podjechaliśmy do Wesołej, na starcie czekała już Barbara i Darek, a po chwili dotarł Andrzej oraz Michał z Agnieszką. Nasza chodzona opcja ruszyła od razu na trasę, bo wiadomo było, że chwilę nam zejdzie. Poczuliśmy się jak na TP, bo mapa pełna, dokładna i bez przekształceń. Pierwsze punkty były blisko cywilizacji. W drodze na trzeci PK natknęliśmy się na pana z pieskiem, który (pan, nie piesek) przekazał nam mrożącą krew w żyłach (przynajmniej moich) wiadomość, że w okolicy grasuje duże stado dzików. A dziki - wiadomo - pożerają orientalistów żywcem i nawet kosteczek nie wypluwają. Bałam się wejść w las, ale Darek przekonywał, że to raczej dziki powinny bać się nas, a nie my ich. Kurcze, czyżbym była aż tak odrażająca i przerażająca?
W drodze na czwórkę dogonił (i przegonił) nas Andrzej. I prawdę mówiąc zepsuł nam trochę zabawę, bo zostawił na śniegu swoje ślady. A jak są ślady, to trudno oprzeć się pokusie skorzystania z nich. Jakoś w niedługą chwilę potem przegonili nas Barbara z Tomkiem  i mieliśmy przed sobą już istną autostradę na śniegu. Ratowało nas jedynie to, że my więcej korzystaliśmy ze ścieżek, a biegacze cięli azymutami.
Z siódemki na ósemkę musieliśmy przejść wydmę w poprzek. Ja się na żadne górskie wspinaczki nie pisałam i poczułam lekki bulwers. Zwiększył się, kiedy  na dziewiątkę musieliśmy wrócić przez tę samą wydmę.To już nie można było wybrać słupków po tej samej stronie???? Zwłaszcza, że podobno jest ich tam od zatrzęsienia.
Tuż przed dziewiątką zobaczyliśmy zbliżające się światełko czołówki i usłyszeliśmy rozpaczliwe dźwięki wydostające się (co stwierdziliśmy przy bliższym oglądzie) z Mariusza. Wyglądał na zagubionego, więc pokazaliśmy mu gdzie jesteśmy. Ruszył biegiem i po chwili zniknął nam z oczu. A potem co punkt, to pojawiał się i znikał. Od punktów odbiegał w jakichś dziwnych kierunkach, a potem spotykaliśmy się przy kolejnym. Było to o tyle dziwne, że my szliśmy sobie powoli, Mariusz cały czas biegł. Ale może miał jakąś normę kilometrów do wybiegania i musiał zataczać kółka?
Gdzieś od jedenastego punktu cały czas słyszałam dziwny odgłos, jakby coś ruszało się w zaroślach tuż za mną. Dziki raczej to nie mogły być, bo odgłos był dość subtelny, ale jest dużo groźnych zwierząt, które zachowują się cicho. Tym razem groźnym "zwierzem" okazał się mój własny kompas, który zwisając na sznureczku ocierał  o zamek od kieszeni spodni i wydawał ten niepokojący odgłos. Ale teoretycznie, mogło być to jednak coś groźnego - nieprawdaż?
Ostatniego, trzynastego punktu, mało nie pominęliśmy, bo zagadani przestaliśmy zwracać uwagę na otoczenie i pilnować odległości. W porę jednak przypomnieliśmy sobie po co łazimy po tym lesie i zgarnęliśmy co trzeba.
Na mecie czekali już wszyscy biegacze, a Agnieszka i Michał, jak się potem okazało, zrezygnowali po spotkaniu z dzikami i chyłkiem wycofali się z trasy.
Na koniec zrobiliśmy sobie oczywiście pamiątkową fotkę, bo chyba powoli robi się to tradycją stowarzyszonych treningów.
Tak na chodzonego, to całkiem miłe są te treningi trzeba przyznać i kto wie, może skuszę się na jakiś kolejny.

piątek, 13 stycznia 2017

Łodź zdobyta!


Znowu Tomek znienacka urwał się na bieganie, a żebym za nim czasem nie poleciała, to uciekł aż do Łodzi.

Popłynęliśmy

Konkretnie to do Łodzi i to samochodem. Bo mało było nam biegania po śliskich schodach na AWF-ie. Umówiliśmy się w czwórkę: 3 szt. „profesjonalistów” i jedna „zuchwała”. Ponoć „dzień bez TRInO to dzień stracony” – więc jak można się domyśleć wyjechaliśmy ciut wcześniej, by przed publikacją przetestować nowe TRInO po Księżym Młynie. Wyjeżdżając z Warszawy zostawiliśmy troszkę śniegu. Takie pojedyncze cm. W czasie drogi wprawdzie z nieba coś leciało, bardziej mokre niż białe, ale tak za Grodziskiem ilość białego puchu na polach była bliska zeru. Ucieszyliśmy się, że tym razem nie będzie ślisko. Niestety – gdy już zjechaliśmy do Łodzi na poboczach pojawiły się zwały śniegu. Takie prawie jak za Zimy Stulecia (no może przesadzam, ale całkiem pokaźne). Udało się zaparkować w jakiejś zaspie przy wejściu do bazy.  TRInO w dłoń i poszliśmy na rekonesans, licząc że zapoznamy się z terenem zawodów. Bardzo fajna okolica. Takie rewitalizowane tereny poprzemysłowe.
 Baza. Formalności i te sprawy. Oczekiwanie na minutę zerową. Dylemat czy zastosować rozgrzewkę na zewnątrz (do dojścia na start ok 200m), czy nowatorską metodę - rozgrzewać się przez założenie czapki, zapięcie bluzy i przytulenia do kaloryfera. Wybraliśmy to drugie. Najpierw poszła Barbara z Anią. Mniejsza frekwencja niż na Warszawie Nocą, więc znacząco większe interwały między zawodnikami. Ja miałem ostatnią minutę startową z naszej grupki. Start. Człowiek z megafonem trąbi o niezgodności opisów na mapie rodzinnej z rzeczywistością. Trąbi, trąbi, ale żadnych „rodzinnych” na starcie nie widziałem! Wreszcie moja kolej. Rzut oka na mapę – lampiony tuż obok siebie. Ciekawe. Pierwszy PK powinien być na rowie przy ogrodzeniu. Coś się nie zgadza. I lampionu nie widać! Miotałem się tu i tam bezskutecznie. Dopiero po dłuższej chwili go znalazłem – nic dziwnego, organizator zapomniał o obowiązkowych odblaskach. Tzn. przyczepił coś, co miało „świecić”, ale element odblaskowy był skierowany dokładnie do tyczki…  Z punktu na punkt zaczęło iść lepiej. Oczywiście stosunkowo niedługo po starcie wyprzedził mnie mój „następnik” – ale cóż, nazwisko z czołówki kraju, więc miał prawo. Nawet mu ustąpiłem pierwszeństwo odpikania chipa  przy którejś ze stacji. Pewno dzięki temu wygrał :-).
Najgorsze były dla mnie te punktu położone tuż koło siebie. Niby 20m, ale zanim zerknę w mapę gdzie biec… już powinienem dobiec do następnego punktu! 

Meta. Położona perfidnie na ogrodzonym boisku przy szkole. Nie dostrzegłem małej furtki pozwalającej skrócić dystans i pobiegłem naokoło. Do sczytywania chipa zero kolejki! Niesamowite! Zaparowane okulary – nie mogłem odczytać wydruku z wynikiem. Na ślepo poszedłem szukać „naszych”. Zabrali mi wydruk do analizy. Pawła wyprzedziłem, ale Barbara dzięki kolcom wyprzedziła nas wszystkich. Jak będę miał kolce, to dopiero Wam pokażę! Zresztą w swojej kategorii wiekowej byłbym znacznie wyżej – tak na oko byłem jednym z najstarszych startujących. Szczególnie w profesjonalistach! Ale i tak jak na mój pierwszy start w tej kategorii 17 miejsce to nie jest źle! Ale nie pytajcie na ilu uczestników;-)

czwartek, 12 stycznia 2017

Warszawa Nocą

Znowu ominęła mnie Warszawa Nocą, ale nie z niechęci do biegania, tylko z niechęci do uchodzenia za patologię, co to się własnym dzieckiem nie interesuje i na wywiadówki nie chodzi. Ale jak mi Tomek opowiedział jak było i pokazał mapę, to jednak wyszło, że wybrałam lepszy kawałek tortu:-)


Panie – za czym ta kolejka?
Warszawa Nocą. A konkretniej AWF nocą. Pomimo wszechogarniającego społeczeństwo amoku smogowego - tłum dopisał.
Przy wejściu spotkałem już Pawła R., z którym zaliczyłem kilka PK do TRInA na terenie AWF. Zmarznięci dotarliśmy do bazy.

Zapewne z powodu bitych ostatnio rekordów zimna zafundowano nam luksusowy start w ogrzewanym pomieszczeniu.
Potem wybieg przez drzwi, które było trzeba otworzyć, rozminąć się w nich z osobami statecznie wchodzącymi do budynku, a potem zbiec po całkiem sporych, szerokich, betonowych schodach. Oczywiście oblodzonych. Z perspektywy obserwującego wyglądało to fajnie – opisane powyżej utrudnienia powodowały, że start wcale normalnego startu BnO nie przypominał, gdy wszyscy statecznym i ostrożnym spacerowym krokiem pokonywali pierwsze metry po „wybiegnięciu” z boksu startowego;-). Tym razem miałem start pod koniec stawki, ok 19:30. Gdy dostałem mapę już niewiele osób zostało na starcie. Najpierw ostrożne wyjście. Potem obieganie jakichś taśm, którymi drogę na skróty do lampionu START nam zagrodzili. Jak zwykle dla mnie początek najtrudniejszy. Nie dość, że mapa wielkości dobrego obrusu (A3) niczym żagiel łopotała na wietrze i nie szło jej złożyć, to zanim ogarnąłem gdzie jest ten start, zeszło mi ponad dwie minuty. Dalej powinno iść lepiej. Ale wcale nie szło. Na śliskich uliczkach którymi próbowałem biec nogi rozjeżdżały się na boki. Ale nie tylko moje nogi - większość „sunęła” niczym łyżwiarze po śliskiej nawierzchni. Po pewnym czasie odkryłem, że lepiej biegać poza drogami, ale do tego czasu kilka razy dałem się wymanewrować mapie na manowce (a bardziej innym zawodnikom, który ślizgali się przede mną, a ja jak głupi za nimi biegłem) i lampionom, które zręczni ukrywały się w krzakach. Fajnie zaczęło być dopiero w lesie. Tu można było pobiec. A PK z elementami odblaskowymi to to, co lubię – w porównaniu z nocnymi treningami na słupkach ZPK – ideał. Wreszcie udało mi się oderwać od depczącej po piętach konkurencji na tym najdłuższym przebiegu, który zafundowali nam organizatorzy. Wszystko byłoby idealnie gdybym nie zgapił się na przedostatnim punkcie i zaliczył bliższy kontakt z lodem pokrywającym uliczkę. Jednak się pozbierałem i dotarłem do mety.
A na mecie….. kolejka jak do mięsnego w latach mojej młodości. I to kolejka wcale nie wyglądała na zmniejszająca się. Wręcz przeciwnie - ogonek coraz bardziej zakręcał. A całkiem niedaleko przed sobą widziałem osoby startujące prawie 30 minut przede mną! Wreszcie głuchy telefon przekazał, że „system padł” i są problemy z wydrukami. Praktycznie zdążyłem wyschnąć, zanim kolejka się rozładowała. Oczywiście wyników on-line brak i nie wiadomo czy dobrze, czy źle mi poszło. Ma to swoją zaletę, bo gdy nic nie wiadomo to jestem potencjalnym zwycięzcą!;-)



poniedziałek, 9 stycznia 2017

SklepInO kontra FalInO

Po piątkowym InO, w sobotę wybrałam się na kolejne - tym razem SklepInO. W zespole byłam z młodszą córką, a naszym punktem kontrolnym do odnalezienia była kiecka na studniówkę. Niewiele brakowało, a wzięłybyśmy stowarzysza, ale coś nam położenie (czy raczej ułożenie) nie pasowało i postanowiłyśmy przeszukać jeszcze okolicę.  I faktycznie, kilkanaście metrów dalej był punkt właściwy. Dodatkowo bez problemów zmieściłyśmy się w limicie czasu. Jak łatwo się domyślić te zawody wygrałyśmy.
Tymczasem Tomek wybrał się do Falenicy na FalInO. Co kto lubi.


Impreza nr 578.
Dokładnie taki numer ma wpis z I rundy FalInO 2017 w książeczce OInO. Jak na prawdziwego mężczyznę przystało – kategoria Open-M.  Co było wartego zapamiętania – lokalny rekord zimna. Gdy wstałem rano, termometr wskazywał  -19,8°C. Gdy wychodziłem znacznie się ociepliło – za oknem było -18,4°. Oczywiście ubrałem się warstwowo – o jedną warstwę więcej niż przy ostatnim mroźnym treningu na ZPK. Jak się okazało, tęgi mróz wcale nie odstraszył biegaczy – szczególnie tych górskich – jednak skutecznie zamroził służby miejskie. Uliczki w Falenicy zamieniły się w piękne ślizgawki - tak, że ciężko było przejechać autem, a o bieganiu to aż strach pomyśleć!
Dostałem mapę i wybiegłem goniony przez kąsający w pośladki mróz. Rzut oka na mapę – scorelauf,  18 PK tak porozrzucanych, że nie ma żadnej sensownej kolejności – trzeba się miotać w różnych kierunkach. Do pierwszego PK przy kościele „doślizgałem się” ulicą Bartoszycką.  Dalej już ślizg z górki – byle do lasu. Tam od razu poszło lepiej – tzn. ślizganie zamieniłem w truchtanie. Przy moim trzecim PK pomachałem wesoło D.M., który wyraźnie niezdecydowany zastanawiał się czy brać lampion. Zachęcony moim przykładem chyba go wziął.
Bieganie po śniegu ma tą „zaletę”, że łatwo trafić na ślady poprzednika, które potrafią dobrze ukierunkować na następny PK (lub czasami dobrze zagubić, jak poprzednik był zakręcony).
Dłuższy przebieg do PK 41 i zaczęły się kłopoty. Gdy się zwalnia by popatrzeć na mapę, okulary zaraz zaparowują. Ja niechcący zatrzymałem się ścieżkę wcześniej (tu także jest dołek i były jakieś mylne ślady poprzednika). Okulary zaparowały. Zwykle gdy się rusza dalej biegiem, pęd powietrza momentalnie je odparowuje. Ale jak się okazuje nie przy takiej temperaturze. Para zamieniła się w lód i ten lód ani myślał wysublimować. W efekcie dalej biegłem „na ślepo” niczym w czasie naszych nocnych treningów BnO.  Moje krótkowzroczne oczy dostrzegały kompas (także oszroniony dziwnie), jak przybliżałem mapę do oczu, to nawet widziałem co na niej wydrukowano, niestety dostrzeganie charakterystycznych miejsc i lampionów z daleka było bardzo ograniczone. Więc biegłem „na ślepo” i kilka razy trafiłem tuż obok punktu, którego nie mogłem dostrzec (no cóż dołki są mało zauważalne z daleka).
Pod koniec (4 PK do końca) okulary zamarzły na tyle, iż nie dostrzegłem, że mam jeszcze zaliczyć PK 33 i z PK 40 ruszyłem w stronę mety na PK 38. Jednak sprawdziłem ilość zadziurkowanych kratek na karcie startowej i znalazłem pominięty punkt. Ostatnie dwa PK – wolałem pobiec naokoło szeroką drogą i nie ryzykować zderzenia czołowego z jakimś drzewem niespodziewanie wyrosłym na mojej trasie. Na metę trafiłem na pamięć (najgorsze były schody do świetlicy – mrok, tłum i lód momentalnie zmieniający postać na wodę skroploną na szkłach). Wyszło gdzieś tak koło 6 km i choć nie dane mi było podziwiać uroków natury, było bardzo fajnie;-)

niedziela, 8 stycznia 2017

Przemarznięci Trzej Królowie.

Żeby nie było, że już tak całkiem nigdzie nie wychodzę, zapisałam się na Trzech Króli - razem z Tomkiem na TZ. Nikt nie obiecywał, że będzie ciepło, ale w mieście zawsze są większe szanse na pomyślną ewakuację w razie potrzeby - knajpy, autobusy itp.
Start niestety nie był planowany w tym samym miejscu co meta, dlatego musieliśmy zdecydować gdzie zostawić samochód i kiedy mieć do niego blisko. Ten problem rozwiązał nam Darek zamawiając na start termos herbaty. Wiadomo było, że nie będziemy z nim drałować przez miasto, więc zaparkowaliśmy przy starcie. Z powodu zimna (choć niby start pod dachem, przy ruchomych schodach) pominęliśmy aspekt towarzyski i chwyciwszy mapę usiłowaliśmy czym prędzej wyjść na trasę. Jak się szybko zacznie, to i szybko można skończyć. Ja oczywiście nie mogłam pojąć opisu, bo mi myślenie zamarzło, Tomkowi chyba też, bo musieliśmy wrócić po przejściu parunastu kroków, żeby dopytać organizatora o co właściwie chodzi.
W końcu udało się ogarnąć i ruszyć. Tomek zajął się nawigacją, czyli skupił się na jednej z otrzymanych kartek, ja miałam patrzyć na zdjęcia i szukać obiektów w terenie, czyli skupić się na drugiej z otrzymanych kartek. Ponieważ nie patrzyłam w mapę, nie wiedziałam, że lopka prowadzi ścianami budynków, a nie ulicą i już na początku zarządziłam zgarnięcie stowarzysza. Jak się potem okazało, był to najczęściej brany stowarzysz.
Trasa jak trasa - niby niezbyt trudna, ale niektóre zdjęcia przedstawiały na przykład drobne przedmioty z wystaw sklepowych i łatwo było je przeoczyć. Najgorszy w tym wszystkim był jednak mróz. Nie zrobiliśmy nawet połowy trasy, a ja już nie czułam nóg i szłam tylko z przyzwyczajenia. Do tego - przemarznięta - poczułam nieodpartą potrzebę odwiedzenia toalety. Wparowałam więc do pierwszej z brzegu knajpki z uprzejmym pytaniem na ustach:
- Czy można skorzystać....
Zupełnie nie wiadomo dlaczego, człowiek stojący za barem popatrzył z przerażeniem i czym prędzej przytaknął. Kiedy zobaczyłam się w lustrze w pełni zrozumiałam jego odczucia. W czapce naciągniętej na kaptur, omotana szalem, ze świecącą spod tego wszystkiego czołówką, z wystającymi gdzieniegdzie kosmykami włosów, czerwonymi policzkami i desperacją w oczach nie wyglądałam na nobliwą starszą panią i prawdę mówiąc sama bym na swój widok wolała wiać jak najdalej. Postarałam się wyjść ukradkiem, żeby nie stresować swoim wyglądem klientów i obsługi.
Ulga i chwilowe ogrzanie się pozwoliły mi jakoś dotrwać do końca trasy. Udało się znaleźć metę, a na niej zmarzniętego Darka i małą grupkę współtowarzyszy niedoli. Tłumów nie było, bo każdy po oddaniu karty od razu się ewakuował w cieplejsze rejony świata. Nas czekał jeszcze powrót do samochodu. Na szczęście tuż obok był przystanek, a na autobus nie musieliśmy długo czekać. Jak się okazało trasę o długości nominalnej 5 z hakiem km przeszliśmy w ponad osiem kilometrów. Umiemy sobie dogodzić, nie? Gdybym wcześniej wiedziała, że tyle będę drałować na mrozie, to ... chyba też bym przyszła. W końcu ile można żyć bez InO?

sobota, 7 stycznia 2017

Zimowy Punkt Kontrolny czyli...


... sensacja dnia - relacja autorstwa Przemka
Aż żałuję, że z nimi nie byłam.
 
Ganianie po dziewiczej pokrywie śnieżnej w ciemnym lesie to czysta poezja. Ciemność w lesie jest co wieczór, ale pokrywa przydarza się coraz rzadziej. Jedni wybierają mokry śnieg walący w oczy lub okulary, inni breję, w której można brodzić, jak po podmokłej łące, ja - właśnie elegancką pokrywę. Jak prawdziwy dandys. No dobrze, żartuję. Treningi na ZPK-ach omijałem albo z powodu niewiedzy o ich istnieniu (Trening #1), albo z powodu oszczędzania się przed Ełcką Zmarzliną (Trening #2). Niestety, życie zmusiło mnie do pozostania w domu i zezwoliło na co nawyżej 4-godzinne wypady. Niniejszym mogłem zapomnieć i o niewinności i o oszczędzaniu się. Oczywiście w granicach przyzwoitości i prawa.
W ramach rozgrzewki zrobiłem trucht z PKP Warszawa-Rembertów do pętli Zielona. Z mapą w garści, a jakże! Na starcie było już kworum w osobach Basi, Tomka i Andrzeja. Czekaliśmy jeszcze kilka(naście) minut na pozostałych, zadeklarowanych uczestników, ale ostatecznie nikt więcej już nie dotarł. Czyżby zima zaskoczyła orientalistów? W tym czasie zdążyłem zachwycić się profesjonalizmem wykonania tablicy ZPK stojącej przy pętli, z mapą terenu i wyjaśnieniem idei.
Długo nie mogłem się ogarnąć z przygotowaniem do treningu, głównie z powodu zegarka, w którym przestał działać najważniejszy guzik. Dokładnie tak jak ma to w zwyczaju, gdy robi się bardzo zimno. Gdy w końcu udało się zapanować i nad zegarkiem, niespodziewanie odpalił starter. Wykrzyknąłem więc panicznie, że przepraszam, że muszę już startować i dałem dyla do lasu. To właśnie ten częsty przypadek, gdy gadżet merda właścicielem, a nie na odwrót.
Zadziwiające jak niecałą dobę po całkiem konkretnych opadach śniegu sieć ścieżek w takim podmiejskim lesie jest wyraźnie odtworzona. Prawie wszystkie, nawet te "cienkie na mapie", są wydeptane. Ileż to spraw mają ludzie do załatwienia w ciągu tej niecałej doby, ile muszą się nachodzić. I w sumie dotyczy też zwierząt ;) Cóż, nie moja sprawa. Najważniejsze, że taka szybka rekonstrukcja bardzo ułatwiała nawigację.
Księżyca nie pamiętam, choć formalnie powinien przyświecać (i kolejnej nocy już przyświecał). Realne ułatwienie i cenne podpowiedzi przychodziły za to od peryferyjnych świateł zabudowań. Sporadyczne płoty też było dobrym punktem odniesienia. Cieszyło to, że mapa jest bardzo aktualna i że wspomniane płoty stały tam, gdzie powinny, nieoczekiwanych artefaktów las był pozbawiony, zaś dołki lub wzniesienia pod PK miały kompaktowe i regularne kształty, więc od pewnego momentu umysł wiedział już, co ma wyczesać w ciemności. W programie był scorelauf i na moim wariancie chyba około 30% zrobiłem po elegancko przebieżnym lesie, kolejne 20% po gorzej przebieżnym lub po okołopunktowych krzakach, a resztę po ścieżkach i drogach. Jak dla mnie komfort. Z innych pomocy muszę wspomnieć o wtopie na moim trzecim z rzędu punkcie - naprowadzili mnie na niego Basia z Tomkiem, którzy mnie dogonili, zaś sporo końcowych punktów wskazywały ślady Andrzeja, który "robił" trasę w przeciwnym kierunku niż my.
Jako że to był trening i każdy miał pewien margines dowolności w ustalaniu reguł, uznałem, że podbijanie punktów ograniczę do klepnięcia słupka i paszczodźwięku "bibip". O ile dobrze zrozumiałem Andrzeja, w ten sposób można było zyskać po 10 s na każdym punkcie, czyli na dzisiejszej trasie w sumie 140 s. Och, zamarzyły mi się w drodze powrotnej takie słupki z biernymi tagami RFID [1] albo NFC [2]! Ale wracając do dzisiejszego podbijania, fajnie było czuć ten flow, taki jak na zawodach z użyciem kart SI.
Pustka na mecie oznaczała dla mnie, że Andrzej już skończył i zaszył się za rogiem w swoim samochodzie, a Basia z Tomkiem są jeszcze w lesie. Po kilku minutach zdziwiłem się widząc aż trzy czołówki wyłaniające się z lasu. No cóż... Andrzej robił ambitny trening bez kompasu, po rzeźbie itp. (To ten margines dowolności ;)
Niestety ziąb był okrutny (-10°C, odczuwalnie -16°C), więc mokre ciuchy nie pozwalały mi na skupienie się w trakcie afterkowej rozmowie, myślami byłem już przy powrotnym truchcie lub podwózce na stację. Na szczęście Tomek wracał samochodem, a w ciągu kilku minut jazdy udało nam się puścić fantazję... jakiej my to trasy na przyszłoroczne UrodzInO nie zrobimy! :) A jako że w zasadzie stronię od opisywania szczegółów, najważniejsza część relacji i tak jest na poniższym obrazku :o) 


PS. 1. Acha, wyszło 7.13 km, 52:51. Zegarek przyzwolił też na 626 kcal słodyczy. Dwa pączki, którymi częstował Andrzej, w zupełności pokryły ten sromotny deficyt [3-4].
PS. 2. Tomek marudził, że mapy ZPK są odorientowane od północy o 9 stopni. Teraz mu wierzę. Wystarczy spojrzeć na to, jak trzeba było dopasować mapę do tracków.


czwartek, 5 stycznia 2017

A nie mówiłam?! - czyli ...


... A można było siedzieć w domu i wygrzewać się w fotelu z kotem na kolanach….
Stowarzyszony trening na ZPK podejście drugie. Ciemno, zimno (takie 0 z lekkim minusem) z nieba co chwilę sypie śnieg, pada deszcz lub leci coś pomiędzy. Oczywiście wiatr zawiewa i wciska różne postacie wody gdzie popadnie. Od dołu – taka mokra breja nazywana śniegiem, pod która czai się woda. Tak to wyglądało od strony warunków pogodowych. A my oczywiście twardo trenujemy.
Na początek rozgrzewka – przyjęliśmy wersję samochodową – znaczy siedzimy w nagrzanym aucie, szyby coraz bardziej zaparowane i czekamy na uczestników.  Siedzimy we trójkę - ja , Ania i Barbara. Wkrótce podjeżdża drugie auto – przyjechali Mariusz z Agatą. Postanawiamy dać dobry przykład i zrobić rozgrzewkę zewnętrzną. Wysiadamy z auta. Wkrótce dochodzimy do wniosku, że aby rozgrzać się na zewnątrz należy włożyć rękawiczki, czapkę i zapiąć kurtkę. Pod samiuśką szyję!
Agata i Mariusz idą zaraz w las. Przed oficjalny czasem wydawania map, ale co mają marznąć na starcie. Zapisane jest jeszcze kilka osób. Czekając dzwonimy do Bartka – właśnie wychodzi z domu (dobrze, że ma niedaleko) i Andrzeja - nie zdąży. Wkrótce docierają Leśne Dziady. Miała być szt. jedna, ale są dwie, więc stan zapowiadany będzie osiągnięty! Niestety, nie dają namówić się na bieganie i zapowiadają dumne kroczenie po ZPK. Ich wybór. Dostają mapę i idą.
Bartek także zjawia się w międzyczasie. Nie zostaje nam nic innego jak zakończyć rozgrzewkę - znaczy zdjąć ciepłe kurtki i ruszyć w las. Mamy z założenia biec grupą, bo Bartek boi się zgubić, a Ania, że nie nadąży, a wiadomo w lesie to wilki i niedźwiedzie. Ostro ruszamy biegiem (tak gdzieś 8min/km). Przy pierwszym PK doganiamy Leśne Dziady. Do słupka 35 zaczynamy już dobiegi na azymut. PK39 szukamy długo, no cóż w nocy wszystkie azymuty są takie same, a krzaki czarne i wyglądają zupełnie jak przebieżny las;-). Po przykrych doświadczeniach z azymutami wybieramy warianty bardziej drogowe. Na dłuższych przebiegach Ania z Bartkiem odstają, ale starają się trzymać w zasięgu słuchu (znaczy słyszalnego sapania). W całym tym bieganiu najgorsze jest zatrzymywanie się na PK – okulary momentalnie parują, i nie wiadomo gdzie biec dalej. Dopiero po kilkudziesięciu metrach daje się spojrzeć na mapę i coś zobaczyć.
Wreszcie dobiegamy do słupka klubowego. Ukrył się wśród wielu okolicznych dołków, ale udało się go znaleźć. W takim miejscu nie może zabraknąć selfie (choć w nocy ciężko idzie robienie takich fotek i celowanie by wszyscy się zmieścili).
Teraz już „z górki” (choć trasa raczej płaska, nie to co #1). Przy PK 38 lekko przyspieszamy i odrywamy się od konkurencji. Fajnie biegać grzbietem - wyraźna ścieżka nie zmusza do uważania po czym się depta, a troszkę w górę i w dół powoduje, że się nie nudzi. Wpadamy na metę, a tu nikogo nie ma. Myśleliśmy, że będzie już Mariusz z Agatą, którzy wyszli znacznie wcześniej, ale widać nie dało się przejścia zoptymalizować. Bartek i Ania wkrótce dotarli, a reszty się nie doczekaliśmy. Później telefonicznie odmeldowali się Barbarze, że szczęśliwie dotarli na metę.
Dzisiaj kolejne podejście – po raz pierwszy porządny mróz i ma być bez opadów!





wtorek, 3 stycznia 2017

Stowarzyszone treningi czyli... Ciemność, widzę ciemność!


Coś czuję, że 2017 rok potraktuję ulgowo, a przynajmniej jego zimowy początek. Z domu ruszam się tylko w uzasadnionych przypadkach, Tomek dla odmiany nie usiedzi na tyłku, bo chyba owsiki go ganiają w las:

Czasami człowiekowi do głowy przychodzą dziwne pomysły. Szczególnie gdy idzie się przed siebie bez szukania punktów kontrolnych po Puszczy (Kampinoskiej oczywiście). Tak po prawdzie to już wcześniej z Panią Prezes postanowiliśmy sobie potrenować BnO i przebiegliśmy wszystkie nowe stałe trasy na orientację w okolicy Wesołej. Jako osoby o nienormowanym czasie pracy byliśmy w stanie się zgadać i za dnia zaliczyć wszystkie (no, prawie bo 2 zabrakło do kompletu z powodu braku czasu) nowe 5 stałych stras na orientację. Patrząc na te słupki nudzące się samotnie w lesie czuliśmy, że mają one wielki potencjał i chęć bycia używanym. I tak powstawały niesprecyzowane bliżej plany ich integracji ze społecznością ludzi podbiegujących z kompasem po lesie. Uprzedził nas Igor – robiąc treningi Team360 (no, niby On te słupki tworzył), ale były one w takich terminach, że nijak nie pasowały. Wracając do tej wycieczki do Kampinosu – gdzieś między nastym kilometrem. ktoś rzucił myśl „a właściwie to czemu by nie pobiegać w tygodniu po pracy, teraz gdy jest ciemno”. U Pani Prezes od pomysłu do realizacji przejście jest płynne i niezauważalne. Chwilę po powrocie do domu już było gotowe ogłoszenie o imprezie i formularz do zgłoszeń.

Po drodze do Wesołej zobaczyłem pociąg – coś mnie tknęło i to całkiem słusznie, bo jechała nim szefowa, którą podwiozłem na start. Okazało się, że zapisało się 6 osób, z tego ostatnia zapisywała się gdy organizatorka już jechała na start. A start, aby było Weselej przywitał nas śniegiem. I to całkiem dobrze padającym. Ciężko było wysiąść z nagrzanego auta. Wreszcie wszyscy dojechali, odpowiednio ubrali się (lub rozebrali) i ruszyliśmy w las. Pierwsi poszli piechurzy, potem pobiegła Karolina, a na koniec nasza stowarzyszona trójka ruszyła w las. Po chwili okazało się, że padający śnieg ogranicza zasięg czołówek do kilku metrów, oblepia okulary ograniczając zakres wzroku jeszcze bardziej, a palec z kompasem zaczyna zamarzać. Mógłbym napisać kultowe „widzę ciemność” gdyby nie to, że widziałem przed oczami tylko jasną plamę zapadanych przez śnieg okularów podświetloną czołówką. Próbowaliśmy biec na azymut, co w takich okolicznościach powoduje, że trening jest bardzie owocny bo przebiega się więcej. Szczerze mówić to do drugiego PK nie udało mi się opanować odgarniania śniegu z okularów i nie za bardzo mogłem coś na mapie dojrzeć. Dalej było lepiej, choć gdy człowiek (okularnik) na chwilę się zatrzyma by zorientować się w położeniu – to w ciągu sekundy okulary zaparowują tak, że i tak nic na mapie nie daje się dostrzec. Totalnie pogubiliśmy się na PK 68 – pamiętam, że w czasie dziennego przebiegu ten słupek też był ciężki do zlokalizowania, ale po nocy kręciliśmy się o kilka metrów od niego nie mogąc go dostrzec. Gdyby były odblaski na nim…
W każdym razie my pobiegliśmy dokładnie jak mapa nakazywała, a piechurzy poszli na łatwiznę i zaliczali PK w innej – optymalnej kolejności skracając dystans – wiec wyprzedzaliśmy ich dwukrotnie, co pewien czas zwalniając by dobiła do nas zaspana Ania.
Przy przedostatnim PK na spotkanie nam wybiegła Karolina, która już była na mecie i aby nie zmarznąć postanowiła nam pokibicować.
Kilka razy biegałem po nocy w lesie, ale za każdym razem jest to wielkie przeżycie. Teren nawet dobrze znany za dnia, w nocy wygląda zupełnie inaczej. A jak dodamy do tego oblepiający widzenie śnieg to robi się fajnie. W środę też ma coś padać – jak nic trzeba się znowu zapisać!

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Noworoczne Bąbelkowe

Po rozpaczliwych postach na orienteeringu postanowiliśmy na noworoczne bąbelkowe zapisać się na TZ. Ponieważ wygrana grozi organizacją zawodów za rok, więc naród mało wyrywny do tej trasy. Ale co tam, w razie wygranej bez problemu zrobilibyśmy kolejną edycję. Nastawiliśmy się więc na opcję - nie kombinujemy, co będzie, to będzie.
Tradycyjnie zaczęło się od szampana i życzeń, a potem mapy w garść i w las. Niby oboje dostaliśmy taką samą mapę, ale każde w innej skali, bo organizatorom coś się tam pokiełbasiło przy wydruku. Było to nawet praktyczne, bo mapa w skali 1:10000 służyła do liczenia odległości, a na tej 1:7300 łatwiej było dostrzec szczegóły i detale. Jak dla mnie to na każdych zawodach może tak być. Poza tym mapa składała się z samych poziomnic naćkanych jedna przy drugiej, a do tego kanciaste toto, że pokaleczyć się można. Tomek mówi, że to gołe dane z lidaru. To ja jednak wolę ubrane dane. Dla utrudnienia na wierzch rzucono jeszcze masę gwiazdek, z czego połowa czarnych i na mapie 1:10000 praktycznie nic pod nimi nie było widać. Dobrze, że mieliśmy tę drugą mapę.
Obiektywnie to trasa jak na TZ nie była zbyt trudna, ale jak na 1 stycznia to jednak za bardzo skomplikowana, a przynajmniej mało czytelna. Zanim ogarnęłam co i jak, dopytywałam się co chwilę:
- Ale dlaczego tam?
- A skąd to wiadomo?
Dla mnie najprościej było iść na azymut, Tomek wolał drogami, więc chodziliśmy i tak i tak. Przy tym obchodzeniu drogami (niezaznaczonymi na mapie) to nigdy nie wiem jakim cudem można trafić w wyznaczone miejsce. Z kompasem, to wszystko jasne - przesz przed siebie nie zważając na żadne przeszkody terenowe, byle nie zboczyć z kursu.
Im dalej od startu tym okoliczności przyrody stawały się ładniejsze, co rusz przemykali biegacze i sarny (tych drugich niestety osobiście nie widziałam), lampionów było w bród (niektóre nawet wisiały stadami) i trzeba przyznać, że był to całkiem miły spacer. Dodatkowo Tomek się nie sprężał i nie obiegał każdego punktu sto razy, tylko braliśmy co się napatoczyło, nie przejmując się ewentualnymi stowarzyszami. O zadaniu oczywiście zapomnieliśmy i to wcale nie asekuracyjnie.
Na mecie oddałam się rozpuście ciastowo-nalewkowej, a Tomek pobiegł jeszcze na bno. Mi jakoś bieganie trochę przeszło, ale na wiosnę chyba trzeba będzie znowu zacząć.
Wyniki pojawiły się błyskawicznie, bo już po jednej dobie. Uff, nie będziemy organizować za rok. Uratowały nas dwa PS-y i zadanie. I naprawdę nie zrobiliśmy tego specjalnie. Samo wyszło - po prostu cieniasy jeszcze w tym tezecie jesteśmy:-)