Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŁÓDŹ PARK TOUR. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŁÓDŹ PARK TOUR. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 stycznia 2018

BnO 3D

Nowa moda się jakaś robi w BnO - bieganie wewnątrz budynków, czyli głównie różnych hal, bo to duże. Nie powiem - zimą brzmi to nawet rozsądnie i przemawiało do mnie do momentu obejrzenia mapy z takiej imprezy. Tomek w ramach namawiania mnie na wyjazd do Łodzi żeby pobiegać po Atlas Arenie, wyjął mapę tejże areny, gdzie raz już miał okazję biegać. I zaczęło się. Mapa trochę wyglądała jak mapa marszowa TU albo TZ (pięć wycinków), tylko - jak się okazało przy próbie połączenia tego do kupy - gorzej. Gorzej, bo musiał wyjść model 3D obiektu, a z moim brakiem wyobraźni przestrzennej nie chciał wyjść. Za nic w świecie. Im bardziej mi Tomek tłumaczył, tym mniej ogarniałam i tym większej dostawałam wścieklizny. Tocząc pianę z pyska kategorycznie odmówiłam udziału.
Minęły ze dwa, trzy dni... W momencie kiedy moja ciekawość jak wygląda to całe wielopoziomowe bieganie wzięła górę, Tomek stwierdził, że jednak lepiej żebym nie jechała, bo jeszcze w jakąś furię wpadnę z wściekłości jak mi się nie uda, czy coś. No, to teraz ja musiałam go namawiać żeby mnie zabrał do tej Łodzi:-)
W końcu pojechaliśmy we trójkę, bo dołączyła do nas jeszcze Ewa. Na miejscu okazało się, że takich osób jak ja - zieloniutkich w temacie - jest więcej i ciągle ktoś komuś tłumaczył jak poruszać się między poziomami. Przysłuchiwałam się tym tłumaczeniom i nawet w końcu coś tam zaczęło mi świtać, szczególnie jak obejrzałam sobie tę Atlas Arenę i miałam jakieś wyobrażenie jak wyglądają "na żywo" schody i klatki schodowe, widownia i poziom drugi, po który było najwięcej dozwolonego miejsca do biegania. A najlepsze w tym wszystkim było to, że  nie można się było zgubić, no bo jak? Kiedy uświadomiłam sobie ten podbudowujący fakt, od razu się uspokoiłam.

Czekamy na start. Teoretycznie już wiem o co w tym wszystkim chodzi:-)

Tomek startował jako pierwszy - w dwudziestej minucie, ja w dwudziestej piątej, a Ewa w trzydziestej trzeciej. Pobrałam mapę i... stanęłam. Już nawet nie to, że nie wiedziałam gdzie lecieć, tylko nawet startu nie mogłam znaleźć ze stresu. Doszłam do niego cofając się od punktu piątego:-)

 Wystartowałam i pędzę na PK 1 :-)
 
Startowaliśmy z poziomu drugiego, a pierwszy punkt był na poziomie trzecim. Teoretycznie wiedziałam jak się tam dostać, tylko w praktyce za nic mi nie chciało wyjść.  W końcu zdesperowana wsadzałam łeb na widownię w każde wejście, w nadziei, że w końcu wypatrzę lampion. Tak też się stało. Dwójka także była na poziomie trzecim i to dość blisko jedynki (na mapie), co oczywiście nie znaczyło, że łatwo było się do niej dostać.  Miedzy jednym a drugim punktem należało przebiec przez poziom drugi. Ponieważ punkt był przy głównej klatce schodowej, to przynajmniej wiedziałam jak się tam dostać. 


 Tak wyglądało moje bieganie.

Trójka, dla odmiany, stała na poziomie pierwszym i do tego prawie po przeciwległej stronie obiektu. Jakimś cudem trafiłam i nagle uświadomiłam sobie, że OGARNIAM! Załapałam jak nawigować po tej dziwnej mapie, co z czym się łączy, gdzie się da przejść, a gdzie nie. To, że wiedziałam już jak się poruszać po obiekcie nie znaczyło, że potrafiłam robić to szybko. Liczyłam kolejne schody i wejścia żeby trafić tam gdzie chciałam, więc oczywiście robiłam to maszerując, a nie biegnąc. No dobra, w kilku miejscach podbiegłam, w tym nawet spory odcinek schodami pod górę, ale tak ogólnie to się jednak nie nabiegałam. Nawet się nie spociłam. No to co za BnO?

Upragniona meta.
 
Na mecie miałam dość mieszane odczucia - bo z jednej strony zawsze to coś nowego, żeby nie powiedzieć wręcz - egzotycznego, wymagającego wzniesienia się na wyżyny swoich możliwości nawigacyjnych (oczywiście chodzi o mój indywidualny przypadek), z drugiej strony stres, irytacja i prawie zero biegania. Pewnie trzeba dopiero nabrać wprawy w tej zabawie. Czyli.... kolejne bieganie w hali?
 

poniedziałek, 18 września 2017

Na szybko do Łodzi

Od czasu do czasu zdarza mi się odwiedzić zawody BnO w jakimś innym regionie. Łódź jest na tyle blisko, że już chyba dwa, czy trzy razy zawędrowałem na Łódź Park Tour. Jakiś miesiąc temu padło hasło na grupie Stowarzyszy  – a może pojedziemy do Łodzi? Czemu nie!  Zaczęliśmy szukać tanich biletów (kiedyś udało nam się za złotówkę, czy jakoś tak kupić), ale okazało się, że wyprawa taka kosztuje znacznie powyżej 20 zł od osoby. Szybka kalkulacji i wyszło, że autem przy 3 osobach wyjdzie tyle samo, o ile nie taniej, a wiadomo wygodniej. W sumie zapisała się nas trójka (czwartkowy wyjazd ok. godziny 14 nie wszystkim pasuje).
Mi dodatkowo na czwartek rano wypadła współorganizacja BnO dla ekipy managerów z Decathlonu. Budowa trasy, obsługa i te sprawy. Na szczęście było to robione dla zupełnych „amatorów”, by pokazać im czym różni się bieg na orientacje od normalnego biegu. A my dobrze wiemy czym to się różni – na początku to szukamy głównie punktów i to znacznie dłużej niż przebiegamy pomiędzy nimi. Co niektórym (czytaj - autorowi) to szukanie PK wchodzi w nawyk i pomimo pewnego doświadczenia „uwielbiam” miotać się bezładnie w poszukiwaniu oczywistego lampionu;-)
W każdym razie poranna impreza się udała, wszyscy wrócili (no, niekoniecznie w planowanym czasie) i wyraźnie mieli o czym dyskutować (znaczy przy którym PK najfajniej się zgubić).
Na szybko przepakowałem auto i wyruszyłem po resztę łódzkiej ekipy. Jadąc dostałem SMS-a, że Ania wypadła – zbiła okulary (i to już te zapasowe), nie da rady ich naprawić, a bez nich nie dość, że nie dojrzy mapy, to rozbije się na pierwszym płocie czy murze. Pojechaliśmy więc tylko we dwójkę z Barbarą.
Udało się wyjechać przed popołudniowymi korkami i mieliśmy ok. godziny na zrobienie brakującego nam do kompletu TRInO po Łodzi. TRInO dość długie, ale punkty pogrupowane w skupiska i dzięki temu udało się je zaliczyć wariantem zmotoryzowano-pieszym. Najfajniejszym punktem był niewątpliwie cmentarz żydowski – drugi co do wielkości w Europie! Robi wrażenie!
Potem biegusiem na start. Baza pod gołym niebem (znaczy namiotem), a tu z góry coś zaczyna kropić. I wiać. Robi się coraz chłodniej. Niby zgodnie z prognozą pogody, ale to zawsze nieprzyjemnie biegać po zmroku w deszczu i na ziemnie.
Barbara pobiegła pierwsza. Ja pod koniec profesjonalistów. Jak patrzyłem na listę startową, byłem stanowczo najstarszym profesjonalistą. Na tyle odstawałem wiekowo od innych, że dziewczyna na starcie dwa razy pytała, czy na pewno startuję na tej trasie. Wystartowałem. Pierwsze PK łatwe do znalezienia. A na Łódź park Tour nie jest z tym łatwo. W odróżnieniu od sprintów UNTS tu dystanse są krótkie, ale jest bardzo dużo punktów. Często blisko, ale trzeba dobrze i szybko czytać mapę, bo lampiony bywają sprytnie „pochowane”, a liczne płoty utrudniają nieraz przebiegi. Często samo dojście na mapie gdzie jest następny PK zajmuje więcej czasu niż sam dobieg na miejsce.
Przy PK 3 dognał mnie jakiś szybkobiegacz startujący za mną (znaczy wcale tak szybko mapy nie czytam, jak myślałem). Wyraźnie na mojej trasie więc lecę za nim na kolejne 2 punkty. Potem on pognał w siną dal, a ja poleciałem szukać PK 6. Teraz wiem, że dłuższa drogą. I oczywiście przebiegłem bramę o której myślałem, wbiegłem następną i straciłem kontakt z rzeczywistością. Długo błąkałem się zanim znalazłem lampion (jak mówi wydruk tak ze 3 minuty zamiast jednej).
Po PK 7 był długi przebieg. Bezpiecznie ulicą. Próba skrętu za blisko. Ale udało się, choć znowu problemy ze znalezieniem lampionu. Teraz błądzenie wśród domków Księżego Młyna, w ciemnościach, po nierównych kocich łbach i oczywiście wśród licznych zakamarków. Do tego lampiony tak sprytnie ukryte, że stojąc 3 m od niego bez zerknięcia w opis lampion nie do zobaczenia, bo schowany we wnęce czy za drzewem. Tu ścigałem się z jakimś uczestnikiem i go w końcu zostawiłem z tyłu (no cóż moja strata przy PK 6 pewnie będzie decydująca, bo naprawdę długo się tam błąkałem). Wreszcie końcówka: PK 20 w okolicach zaparkowanego auta (widziałem go przed startem), potem 22 za budynkiem, 22 ukryty sprytnie na dole schodów z fotografem próbującym mnie oślepić.
Błysk i zawodnik oślepiony;-) (zdjęcie zapożyczone z galerii zawodów)
Potem szybko do mety. Uff. Idę sczytać chipa, a tu NKL! Pominąłem PK 23 tuż obok mety (na zagięciu mapy), pewnie oślepiony błyskiem flesza. Szkoda, bo spełniłbym plan i nie byłbym ostatni (pomimo tej ewidentnej wpadki z PK 6)! A tak musze kiedyś znowu przyjechać do Łodzi i się „odegrać”!

piątek, 13 stycznia 2017

Łodź zdobyta!


Znowu Tomek znienacka urwał się na bieganie, a żebym za nim czasem nie poleciała, to uciekł aż do Łodzi.

Popłynęliśmy

Konkretnie to do Łodzi i to samochodem. Bo mało było nam biegania po śliskich schodach na AWF-ie. Umówiliśmy się w czwórkę: 3 szt. „profesjonalistów” i jedna „zuchwała”. Ponoć „dzień bez TRInO to dzień stracony” – więc jak można się domyśleć wyjechaliśmy ciut wcześniej, by przed publikacją przetestować nowe TRInO po Księżym Młynie. Wyjeżdżając z Warszawy zostawiliśmy troszkę śniegu. Takie pojedyncze cm. W czasie drogi wprawdzie z nieba coś leciało, bardziej mokre niż białe, ale tak za Grodziskiem ilość białego puchu na polach była bliska zeru. Ucieszyliśmy się, że tym razem nie będzie ślisko. Niestety – gdy już zjechaliśmy do Łodzi na poboczach pojawiły się zwały śniegu. Takie prawie jak za Zimy Stulecia (no może przesadzam, ale całkiem pokaźne). Udało się zaparkować w jakiejś zaspie przy wejściu do bazy.  TRInO w dłoń i poszliśmy na rekonesans, licząc że zapoznamy się z terenem zawodów. Bardzo fajna okolica. Takie rewitalizowane tereny poprzemysłowe.
 Baza. Formalności i te sprawy. Oczekiwanie na minutę zerową. Dylemat czy zastosować rozgrzewkę na zewnątrz (do dojścia na start ok 200m), czy nowatorską metodę - rozgrzewać się przez założenie czapki, zapięcie bluzy i przytulenia do kaloryfera. Wybraliśmy to drugie. Najpierw poszła Barbara z Anią. Mniejsza frekwencja niż na Warszawie Nocą, więc znacząco większe interwały między zawodnikami. Ja miałem ostatnią minutę startową z naszej grupki. Start. Człowiek z megafonem trąbi o niezgodności opisów na mapie rodzinnej z rzeczywistością. Trąbi, trąbi, ale żadnych „rodzinnych” na starcie nie widziałem! Wreszcie moja kolej. Rzut oka na mapę – lampiony tuż obok siebie. Ciekawe. Pierwszy PK powinien być na rowie przy ogrodzeniu. Coś się nie zgadza. I lampionu nie widać! Miotałem się tu i tam bezskutecznie. Dopiero po dłuższej chwili go znalazłem – nic dziwnego, organizator zapomniał o obowiązkowych odblaskach. Tzn. przyczepił coś, co miało „świecić”, ale element odblaskowy był skierowany dokładnie do tyczki…  Z punktu na punkt zaczęło iść lepiej. Oczywiście stosunkowo niedługo po starcie wyprzedził mnie mój „następnik” – ale cóż, nazwisko z czołówki kraju, więc miał prawo. Nawet mu ustąpiłem pierwszeństwo odpikania chipa  przy którejś ze stacji. Pewno dzięki temu wygrał :-).
Najgorsze były dla mnie te punktu położone tuż koło siebie. Niby 20m, ale zanim zerknę w mapę gdzie biec… już powinienem dobiec do następnego punktu! 

Meta. Położona perfidnie na ogrodzonym boisku przy szkole. Nie dostrzegłem małej furtki pozwalającej skrócić dystans i pobiegłem naokoło. Do sczytywania chipa zero kolejki! Niesamowite! Zaparowane okulary – nie mogłem odczytać wydruku z wynikiem. Na ślepo poszedłem szukać „naszych”. Zabrali mi wydruk do analizy. Pawła wyprzedziłem, ale Barbara dzięki kolcom wyprzedziła nas wszystkich. Jak będę miał kolce, to dopiero Wam pokażę! Zresztą w swojej kategorii wiekowej byłbym znacznie wyżej – tak na oko byłem jednym z najstarszych startujących. Szczególnie w profesjonalistach! Ale i tak jak na mój pierwszy start w tej kategorii 17 miejsce to nie jest źle! Ale nie pytajcie na ilu uczestników;-)

piątek, 24 czerwca 2016

Niektórym się powodzi! Na zawody - do Łodzi!

Szybki Mózg w pełni zaspokoił moje biegackie potrzeby, z głową wszystko w porządku, więc nie dałam się namówić na szaleńczy wypad do Łodzi.
W odróżnieniu od Tomka.

Na stare lata chyba zgłupiałem. Bo jaki sens jechać (i wracać) łącznie dobrze ponad 6 godzin na zawody,  gdzie biegnie się tak z pół godziny… Ale pojechałem. Bo jak Prezes namawia, to nie wypada odmówić. I to pomimo tego, że upał, że dzień wcześniej wysilałem mózg i nogi na Szybkim Mózgu, a w sobotę InO Świętojańskie, z którego prosto na finał Lampionady...
Ale się zdeklarowałem więc pojechałem. Wstyd się przyznać, ale jako „klasa burżujska” do tej pory na zawody jeździłem własnym pojazdem. Teraz się zmieniło i upolowaliśmy tanie bilety na Polskiego Busa. Gdyby nie światłe przewodnictwo naszej Pani Prezes, to nie wiedziałbym gdzie wsiąść, bo przystanki jakoś nie są opisane na tablicach informacyjnych dworca na Młocinach. Jednak się udało i we w miarę klimatyzowanych warunkach i korkach planowo dotarliśmy do Łodzi. Szokiem było wyjście z przyjemnego wnętrza na popołudniową parówkę. Od razu odechciewało się biegać. Najpierw spacerek w poszukiwaniu bazy. Jak przystało na orientlistów, dzięki GPS-owi udało się jakoś bazę odnaleźć. Szybkie przebranie się i podreptaliśmy na start. Jeszcze wcześnie, start i lampiony dopiero się rozkładają. Ale taśma odgradzająca strefę zawodów już jest i przekraczać jej nie wolno.  W ramach rozgrzewki (jakby było nam mało siedzenia w autobusie) siadamy na ławeczce i części podlegające rozgrzewce wystawiamy na słoneczko. Pojawiają się zawodnicy. Jak szaleni robią pętelki po alejkach pięknymi lekkimi susami, a my przyglądamy się z zazdrością.  Chyba w ramach rozgrzewki przebiegają więcej niż dystans zawodów i to tempem dla nas, zwykłych śmiertelników nieosiągalnym. W międzyczasie rzuca się na nas krwiożercza chmara komarów. Jest to gatunek u nas ostatnio wymarły – widać przyleciały z pobliskiego rezerwatu. 10 minut do startu (mamy początkowe minuty startowe, by zdążyć na powrotnego busa). Aby uwolnić się od komarów ruszamy na rozgrzewkę (tzn. ja i B.).  Po pierwszej pętelce (będzie ze 100m) mamy zadyszkę i dość wszystkiego. Zmuszamy się do drugiej, ale to już kres naszych możliwości. 30 stopni w cieniu więc uznajemy że jesteśmy rozgrzani od samej temperatury otoczenia. Oczywiście  w trakcie rozgrzewki wyprzedzają nas  skaczący niczym gazele inni rozgrzewający się.
Start. Idę na pierwszy ogień.  Wyczytują tylko minutę bez nazwiska. Słyszę „Pan odważny” to chyba ja.  Tradycyjne, depilacyjne oklejanie ręki. Odliczanie. START. Chwytam mapę. Dobra, start udało się szybko zlokalizować na mapie. Widzę gdzie biec. Zielony krzyżyk po prawej od ścieżki. Jest jakiś obiekt typu pień z karmnikami. Pewnie to. Dobiegam. Ale coś nie tak. Za wcześnie i nie ma lampionu. Zerkam na mapę – nic tu nie powinno być wcześniej przed moim PK! Ślepię, bo w lesie kontrasty oświetlenia duże – raz słońce raz cień, a ścieżki i elementy na mapach wątłe jakieś, jakby na tuszu oszczędzali. Lecę dalej – jest lampion! Słowem - od samego początku idzie źle;-(  

Drugi PK ma być zaraz obok, na azymut. Niestety ciągle nie opanowałem moskiewskiego kompasu nakciukowego i nadrabiam drogi. Dobrze, że lampiony z daleka widoczne! Do PK 3 dłuższy przebieg na azymut. Znowu mnie znosi i wpadam na PK 13. 4 to pokrzywy i chaszcze. Na PK 5 wreszcie trafiam jak trzeba. Podobnie na PK 6. Na PK 7 pierwszy dłuższy przebieg.  Ciut bezpieczniejszy wariant, by nie przedzierać się przez to zielona na mapie.  Jako niedowidzący, do ósemki grzecznie omijając żywopłoty (a można było skrócić, bo były przebieżne przerwy w krzewach).  Do  11 kompas początkowo pokazał mi w inną stronę, więc znowu nadrobiłem drogi. Do 12 po alejkach, ale chyba dość sprawnie. I teraz wtopa sezonu. Kompas coś wskazał i pobiegłem nie tam gdzie trzeba. 14 podobnie. Wstyd. I teraz dobijający finisz 310m. Wrrr. Starałem się przyspieszyć i definitywnie z tyłu zostawiłem jakąś uczestniczkę, z którą gdzieś tak od połowy ścigałem się na dobiegach do PK (może ciut wolniej ona biegała, ale dokładniej trafiała na azymut, tak że ogólnie od PK 7 szliśmy łeb w łeb). Udało się dobiec  i wyjątkowo znaleźć upragniony lampion z napisem „finish” i drżącymi rękami wcelować chipem w odpowiednią dziurkę.  Niedługo po mnie wpadł jakiś zawodnik (tak w wieku zbliżonym do mojego), podbił metę i padł. Dość długo leżał na trawie dysząc, a ja go bacznie obserwowałem, czy nie wzywać pomocy i nie przeprowadzać jakiejś reanimacji. Ale udało się – przeżył.
Chwila czekania na resztę zespołu. Najpierw Pani Prezes - podbiegłem z nią ostatnie metry dopingując do przyspieszenia na ostatnich metrach. Potem wyczekiwanie na Anię. Zjawiła się planowo i w naszej obstawie przebiegła całkiem niezłym tempem ostatnie metry. Szczęśliwi wróciliśmy do bazy, woda, jabłko, do sklepu na loda i na autobus. Mniejszy ruch, autobus więc do Warszawy dotarł przed planem. Ostatnie ustalenia – tworzymy większa ekipę na kolejny etap w Atlas Arenie. Bieganie we wnętrzach to coś na naszym podwórku niespotykane  - a teren Łodzi mamy już rozpoznany!