niedziela, 14 maja 2017

Jest pół litra!

Niecały rok temu po raz pierwszy stanąłem na starcie 50-tki na orientację. Niewielkiej, lokalnej imprezy. Orientiady. Wcześniej z „długich dystansów” zdarzyło mi się chodzić na Nocnych Manewrach SKPB (chodzić nie biegać - tak około 25km), takim Mińskim cyklu, który umarł po pierwszej rundzie, o wdzięcznej nazwie Cztery Pory Roku (miało być 20 wyszło ze 30 czy więcej km), a także na radomskim Maratonie - jak dodałem 4 etapy rozgrywane jednego dnia wyszło coś koło 47 km, że nie wspomnę o Grillowaniu Kosmatych InOków, gdzie się chodzi do upadłego przez weekend dobijając nawet do setki. Ale ciągle chodzi. A bieganie – to przed Orientiadą była 25-tka na Wiosennym 360 rok temu. Reasumując – poszedłem wtedy na Orientiadę raczej z zamiarem chodzenia niż biegania, wyciągnęła mnie Pani Prezes, udało się ukończyć w limicie (ledwo ledwo, ale w limicie) z totalnie obąblowanymi podeszwami stóp (przez dwa tygodnie potem kuśtykałem). I tak zaczęło się zbieranie na pół litra. Bo, jak mówi matematyka na pół litra trzeba dziesięć 50-tek.
I właśnie na DyMnO udało mi się uzbierać odpowiedni litraż (zgodnie z wcześniejszą deklaracja teraz będę musiał sobie kupić jakieś bardziej profesjonalne buty niż trampki w których biegam;-)
W ramach przygotowań do DyMnA nic nie robiłem. Znaczy odpoczywałem i regenerowałem się. Szczerze mówiąc nie miałem na nic czasu, za oknem mokro i nie mogłem się zmusić wyjść pobiegać, a dodatkowo przeciążone kolano coś czułe, więc miałem wymówkę by nic nie robić. Niby przygotowując Niepoślipkę zrobiłem ze 25 km, ale wolnym marszem. Choć ćwiczyłem przeprawy przez zalane tereny, bo jak oglądałem relacje z poprzednich edycji DyMnA, zawsze było na trasach mokro, a czasami wręcz bardzo mokro.
Kilka dni przez imprezą wreszcie się przebiegłem na Stowarzyszonym -ZPKu (wolno, ale i tak mnie coś po tym nogi bolały, a w czasie truchtania dostałem zadyszki po 200m) i w „Na Spacer z mapą” (oj także bolały płuca i nogi w czasie biegu). Skoro nie daje się zbudować formy fizycznej w kilka dni, to przynajmniej postanowiłem przygotować się merytorycznie – poczytałem relację z rogainingów, by wydedukować jak najlepiej wybierać trasę. Większość relacji opisywała zalane drogi, zatopione punkty, jakieś straszliwe pomyłki i to, że na metę zawsze przybiega się spóźnionym. I pisali to ludzie, którzy maraton przebiegają kilka razy szybciej niż ja (dla ścisłości - nigdy maratonu nie biegałem, w biegu liniowym najdłuższy dystans który „ledwo” pokonałem to 6,6 km). Po lekturze – jeden wniosek się nasuwa – zawsze na koniec brakuje czasu by wykonać plan, trzeba skracać trasę, więc warto zostawić prosty przebieg do mety (czytaj asfalt) gdzie jest obok kilka prostych do zgarnięcia PK jakby starczyło czasu.
Na DyMnO udało mi się także namówić Moją Drugą Połowę. Na 50-kę to się wstydzi, więc tylko na 25-kę się zapisała. Dobre i to może wreszcie się przekona, że potrafi pokonać dystans dłuższy niż 10 km!
Wyruszyliśmy w sobotę rano (bo DyMnO tuż za płotem) zgarniając po drodze niedospanych Panią Prezes i Kazia. Jak przystało na adeptów orientacji z pewnym błądzeniem udało nam się dotrzeć do bazy.

Odebraliśmy numerki, które o zgrozo trzeba było przyczepiać „na piersi”, koszulki i inne takie „materiały startowe”. Numery z przodu to nieporozumienie. Jak już robili koszulki – mogli zrobić z numerami i byłoby po kłopocie. A tak – agrafki zaczepiają się o ramiączka plecaka, coś furkocze z przodu i zmiana okrycia wierzchniego staje się kłopotliwa. A numer na plecaku załatwia sprawę!
Wokół tłum znajomych, łącznie z w ostatniej chwili przybyłą Chrumkającą Ciemnością. Rozdawanie map 10 minut przed startem. Małe zamieszanie z torebkami strunowymi – a są potrzebne bo map - jest cały plik! Zanim się ogarnie która mapa do czego, chwila mija. Potem ostra praca koncepcyjna typu „gdzie my jesteśmy”, „dokąd mamy iść”. Część wyciąga mazaki i zamazuje sobie newralgiczne miejsca na mapie (hmm widać lubią sobie utrudniać i chodzić w ciemno).

Po chwili ogarniamy jaka mapa pasuje do jakiej. Zgodnie z wcześniejszymi przeciekami – główna arena imprezy łącznie z dwoma najwartościowszymi PK to w stronę Bugu i Kuligowa. Obie dziewiątki raczej nie w naszym zasięgu – za daleko od siebie i ta „po prawej” ukryta za starorzeczem. Jest wprawdzie na mapie „droga na skróty” ale wykreślona bo okazało się że zalało teren „po szyję”. Są i PK na południe, za drogą S8, ale na tyle oddalone od siebie że nie opłaca się lam lecieć. No, chyba że jacyś bardzo długonodzy szybkobiegacze co w 8 godzin 70 km zrobią, a nie lubią szukać lampionów dali by radę. Jak zwykle na początek wybieramy miejsce z zagęszczeniem PK czyli teren specjalny. Dwie różne mapy do dopasowania i od razu widać podwójne PK.  Niby PK za 1 punkt przeliczeniowy, ale jest ich 17, a i tak do pierwszego „wartościowego” PK trzeba iść w tamtym kierunku. Niewiele czasu stracimy bo mapa dokładna, a 9 punktów uzbieramy.
Start. Tuptamy w kierunku terenu specjalnego. Mija nas auto z fotoreporterem więc szczerzymy się do zdjęć i w efekcie przeoczamy drogę na PK U i PK F trafiając od razu do piaskarni. Reszta uczestników chyba znajduje właściwą drogę, bo zostajemy sami. DyMnO słynie z chodzenia po bagnach, a tu przed nami Sahara. Dobra, mamy pierwszy PK R. I znowu dopada nas fotoreporter – z braku innych uczestników musimy zapozować przy punkcie. Przy podwójnym PK Z/PK E pojawia się jakaś konkurencja, którą naprowadzamy na lampion. Jak przy tak dokładnej mapie (Orto + 1:12500) można tak miotać się szukając bardzo charakterystycznego miejsca?
Wracamy na PK U i PK F. Tu buszuje jakiś rowerzysta wyraźnie nie wiedzący gdzie szukać lampionu i czeszący wszystkie pobliskie krzaczki. Chwilkę tracimy na PK F, bo szukamy go o jedna górkę za wcześnie.
 Przed nami podwójny PK H/X – zaznaczony „na środku bagna”. Ciekawa odmiana po pustyni. Lecimy drogą, skręcamy w prawo idealnie na lampion. Na szczęście jest grobla do lampionu i to z naszej strony (uff). Mamy na liczniku 7 punktów i 40 minut czasu – czyli opłacało się;-)
Teraz na południe do PK A i PK V. Granica kultur widoczną na orto. Znajdujemy jakąś drogę. Usiłujemy biec, ale zaraz zaczyna chlupać pod nogami. Rozpaczliwie skaczemy z kępki na kępkę, ale ile można. Nieudany skok i jedna noga mokra, a po chwili druga. Słyszę niecenzuralne słowa z tyłu – znaczy Pani Prezes także zafundowała sobie poranne mycie nóg;-) Od razu idzie szybciej, bo już nam wszystko jedno. Docieramy do wydmy gdzie są PK A i PK V. Gdzieś tak pomiędzy nimi. Po chwili zastanowienia – kierunek na wschód w poszukiwaniu PK A. Tu z daleka widzimy rowerzystę , a wokół niego jakąś dziwną mgłę czy poświatę. Normalnie jak jakiś romantyczny obraz! Jak widać psikanie się sprayem na komary i kleszcze daje całkiem ciekawe efekty wizualne, gdy patrzymy na nie pod słońce!
Koniec terenu specjalnego – biegniemy drogą na PK 63. Wyprzedza nas rowerzysta. My go wyprzedzamy jak przedziera się przez mokradła przy lampionie. Jak widać nie wszystkie punkty są przyjazne rowerom;-)
9:20 - uzbieraliśmy 15 punktów.
 Kierunek PK 45. Strasznie dłuży się asfalt. Jakby skala mapy się nie zgadzała – pewno jak zwykle coś przy druku zmniejszyło obrazek dodając marginesy. W efekcie skręcamy w drogę ciut za wcześnie (odległość wyliczona z mapy), ale że teren otwarty to łatwo to skorygować. I znowu mokre łąki (a buty już zdążyły wyschnąć) PK 45 ruinka – i lampion ukryty w łazience – ostatnim miejscu gdzie postanowiliśmy go szukać!
Godzina 10:00, czyli jesteśmy na trasie 2 godziny, 12 km i mamy 19 punktów. Czas na PK 72. Tu zaczynamy spotykać konkurencję. W oddali widać kogoś w białej koszulce, bezpośrednio przed nami wracjący z PK  jakiś weteran w charakterystycznych czerwonych butach. Sam punkt skitrany w krzakach. Ile to daje dobre rozjaśnienie punktu! Kolej na PK 61. Najpierw abstrakcyjną ulicą o nazwie „Kosa” (ciekawe czy chodzi o Janka Kosa, ostre narzędzie do wyżynania zboża lub wrogów czy niewinnego ptaszka) w środku lasu na północ, potem gdy ulica się skończy na azymut do większej drogi. Wypadając z lasu natykamy się na tego, co był przed nami w czerwonych butach. Próbuje nam uciekać, ale ruszmy naszym wolnym truchtem i wkrótce go wyprzedzamy. Za chwilę wyprzedza nas jakiś szybkobiegacz niezorientowany i zdejmując słuchawki z ciekawością pyta co to za zawody biegowe. Gdy mu mówimy o 50 km szybko daje nogę przerażony mówiąc, że on max to 15km. No cóż, w jego tempie to bym nawet 5-ciu nie zrobił , o ile bym taką prędkość osiągnął!


Docieramy w okolice PK 61. Na rozjaśnieniu orto widać jakąś polanę – podejrzewam, że podmokłą. Rzeczywistość wygląda jeszcze gorzej. Na mapie powinno być jezioro! Punkt ma być po jego drugiej stronie – stojąc na przecince widzimy miejsce, gdzie kręci się jakaś konkurencja. Obchodzić z lewej z prawej czy na wprost? Dobija do nas czerwonobuty konkurent i odważnie zaczyna „po wodzie” obchodzić z lewej (tam wydaj się płycej). Idziemy za nim – jakby się topił, to będziemy się martwić. Po kilkudziesięciu metrach widać, że obchodzenia jest ho ho, ale samo jezioro wydaje się płytsze i węższe. I tak stoję po kostki w wodzie wiec śmiało ruszam przed siebie. Miło jest schłodzić uda w taki ciepły dzień;-) Udało się przebić całej trójce na drugi brzeg. Całkiem fajne uczucie gdy się wyjdzie z takiej chłodnej wody;-).
11:08, prawie 20 km, 32 punkty, zaczynamy czuć zmęczenie. Biegiem do PK 46, czerwonobuty ginie za linią horyzontu. Jest 11:30. Lecieć na  PK 74? Wtedy na pewno do „półmetka” w skansenie dotrzemy po 12:00, a że czuć zmęczenie w nogach, to wiemy już, że druga połowa trasy pójdzie wolniej. Decydujemy się ominąć.  Przed Kuligowem machamy Krzyśkowi Lisakowi, który biegnie z naprzeciwka. Jak na TP 50 to dziwne miejsce i kierunek! Docieramy do skansenu o 11:50 z dorobkiem 45 punktów i niecałymi 25 km w nogach.
Do punktu żywieniowego docierają uczestnicy TP 25, a jakieś 10 minut po nas dobija czerwonobuty.
Odpoczynek jest zabójczy. Ciężko jest wstać i wyczołgać się zza stołu. Jakoś się udaje i ruszamy powoli i niezdarnie  do PK 47. Gdzieś tam o jedną drogę za wcześnie skręcamy – jednak mapa 50-tka przy zabudowanych terenach jest mało dokładna. Z naprzeciwka pojawiają się zastępy dwudziestkopiątkowiczów.  W oddali słychać charakterystyczną muzyczkę Falmily Frost. Zjadłby człowiek zimnego loda!
Machamy znajomym i tym mniej znanym. Po PK 47 kierunek na PK 62. W oddali widzimy charakterystyczną postać przypominającą Anię K. z kimś zielonym. Za chwilę przypominam sobie, że Renata dzisiaj występuje w zielonej koszulce i zielonym buffie. Machamy wesoło i podbiegamy w ich kierunku. Coś długo dziewczynom zejdzie – Kuligów mogą zaliczyć tuż po połowie limitu! Mała sesja fotograficzna i lecimy dalej.

Z zaczerpniętych informacji wiemy, że przed PK 62 jest rów z wodą, ale taki do przejścia – więc próbujemy przemieszczać się w linii prostej. W oddali widać ludzi w okolicy PK. Dzięki rozjaśnieniu dokładnie widzimy miejsce, gdzie powinien być lampion, ale na drodze staje nam rów z wodą. Wygląda na za szeroki do przeskoczenia. Z drugiej strony wody ktoś biega i pyta się czy mamy już PK 62, bo on go szuka od dłuższej chwili. W rowie widać wyraźnie ślady gdzie forsowali go poprzednicy. Nie zostaje nam nic innego jak znowu zmoczyć się do ud. Wychodzimy dokładnie na lampion.



12:58, na koncie 55 punktów prawie 30 km w nogach. Widzimy, że nie damy rady pobiec dalej niż do PK 75. Szybka kalkulacja i zmiana planów – zamiast PK 48 lecimy na PK 33 i PK 22, a do tego dwa literowe punkty obok. Dystans podobny, a zyskamy 7 punktów zamiast 4. Do PK 33 przedzieramy się przez las zarzucony wyciętymi gałęziami – coś przestrzeliliśmy lekko drogę. Wracamy na mapę Orto TS i szybko znajdujemy PK S. Teraz kolej na PK T i PK G. Na azymut. Świadomie znosi nas w prawo ale… zapominamy o tym. Trafiamy na górkę z drogą i polanką we właściwej odległości. Szukamy lampionu – nie ma! Zapominając o odchyłce w marszu na azymut szukamy po ukształtowaniu terenu w złym kierunku, bo na południe. Tak to jest gdy człowiek jest zmęczony. Tracimy 7 minut na przeczesywanie okolicznych górek, by dojść co jest nie tak i znaleźć właściwe wzniesienie. Morale siada. 14:19, dorobek 61 punktów, 35 km w nogach.
Powszechnie wiadomo, że zawsze najtrudniejszy do znalezienia jest punkt G.

Niektórzy mówią, że nie ma takiego punktu, ale ja wiem, że istnieje, tylko wymaga chwili poszukania! Tu musze złożyć reklamację do organizatora – ten poszukiwany przez wszystkich punkt literowy powinien być jakiś reprezentacyjny, a tu organizator zafundował nam jakiś mało kompletny porwany lampion. Wstyd! ;-)


PK 22 to formalność – wystawia go zresztą jakiś rowerzysta. Czas na PK  75. Jest wyraźnie za jakimiś mokradłami. Z drogi te mokradła wyglądają groźnie. Lecimy asfaltem i patrzymy, czy gdzieś da się skrócić. Nie daje się. W pobliżu punktu tłumy – nic dziwnego – niewiele ponad godzina do limitu czasu, a do bazy ponad 5 km – co przy prędkości „marszowej” jest bezpiecznym dystansem.
Jak każdy PK wyżej punktowany, nie jest on osiągalny suchą stopą. A już mieliśmy suche obuwie!
Koło PK spotykamy jakąś parkę – czyli damską konkurencję dla Barbary. Taką wyraźnie szybciej biegającą – w modelu: „mężczyzna niesie wszystko, a kobieta ma za nim nadążać”.  Wyraźnie model taki działa, bo przemieszczali się szybciej niż my. Zaproponowałem Barbarze, że jej poniosę mapę, ale nie chciała oddać. Pewnie dlatego nie dało się jakoś przyspieszyć!
Sytuacja na PK 75: 15:01, 70 punktów, 39 km. Lecimy w kierunku bazy zakładając dwa PK literowe z orto. Po drodze sklep i zimna cola ratująca życie. Przegania nas konkurencyjny mix. Wyraźnie mają podobny wariant, bo odbijają w prawo. Teren wygląda na przebierny, więc lecimy za nimi, choć planowaliśmy podbiegać drogami, bo to zawsze szybciej, szczególnie gdy już człowiek nie ma siły wysoko podnosić nóg. Wyraźnie oglądają się za siebie i próbują nam uciec. Jakoś nie czujemy potrzeby ścigania się z nimi, zresztą gdy kobieta biega na lekko to wiadomo, że szybciej. :-)
Dobiegamy do cieku. Jesteśmy już prawie na orto. Widać na mapie róg zabudowań pobliskiej „farmy” i charakterystyczny zakręt cieku. Ciek w głębokim błotnistym rowie, woda brązowa, bystra i chyba głęboka, aż odstrasza od pokonywania wpław. Na szczęście kilkadziesiąt metrów dalej jest kładka. I charakterystyczny lasek z orto – do PK P rzut beretem i prosta droga. Po chwili jesteśmy – tu także kłębi się tłum. Drogę do ostatniego literowego PK przegradza nam znany już błotnisty i rwący ciek. Rzut oka na mapę – ten ciek zakręca i nadrabiając ze 200 m przejdziemy wygodnie drogą. Lecimy wydeptaną ścieżka do drogi i wszystko się zgadza. Z PK D wybiega Janusz O. co wskazuje nam wygodne dojście przecinką. W rewanżu wskazujemy mu wygodne dojście do PK P drogą.
15:40, mamy uzbierane 72 punkty i 43 km w nogach, do limitu czasu 40 minut, do bazy ze dwa kilometry. Przy podejściu na górkę, czy próbie przeskoku przez jakąś gałąź zaczynają mnie łapać skurcze zwłaszcza w lewej łydce. Wychodzi ze mnie brak kondycji. Barbara udaje twardą, ale widzę, że przy moim świńskim i coraz wolniejszym truchcie zostaje z tyłu. Docieramy do asfaltu, w oddali widać tablicę z napisem „Dąbrówka”. Mamy 35 minut i całkiem niedaleko PK 21. Damy radę! Ustawiamy azymut i w las. Ile się da na azymut. Jest rów, wkrótce mamy PK 21 czyli 74 punkty. Rok temu DyMnO wygrał Krzysiek Lisak z dorobkiem 87 punktów, a 74 dawało 3-cie miejsce. Znaczy wstydu chyba nie przyniesiemy! 22 minuty do limitu – masa czasu. Znowu azymut na widoczną w oddali szkołę. Przy szkole spotykamy mixową konkurencję i ogólnie całe tabuny ludzi zmierzających na metę. Ostatni zryw i efektowny dobieg do mety. Biegnę na prawej nodze, bo przy próbie przyspieszenia, lewą łydkę łapie skurcz.
Na mecie Przemek i Mateusz oglądają mapy.  Biegnąc do mety liczyliśmy zdobyte punkty i wyszło nam 76. Przemek ma... 75! Szok czyżbyśmy z nim wygrali? Niestety, liczenie w biegu było niedokładne i wyszło tylko 74. Ale i tak nie jest źle – pomimo braków kondycyjnych nie jesteśmy na szarym końcu. Barbara trafia „tradycyjnie” na 2 stopień podium. Ze znajomych – Przemek tuż za podium M40 (tzn. ja tuż tuż za podium M40), Mateusz na podium open (widomo Mateusz potrafi – tylko raz go pokonaliśmy na Złocie dla Zuchwałych), a kto wygrał było wiadomo właściwie przed startem – pewnie tylko Krzysiek Lisak byłby w stanie zagrozić panującemu mistrzowi, ale jak się okazało on pobiegł (i oczywiście zdeklasował rywali) na TP 25. Chrumkająca Ciemność dobrze radząca sobie na tradycyjnych 50-tkach tym razem „umoczyła” – tzn. poszła nietypowo na koniec świata czyli PK 92 brodząc po okolicznych zalanych łąkach.
Dziewczyny na trasie TP 25 … no, dotarły do mety, ale do czasu naszego wyjazdu (koło godziny 20 – bo czekaliśmy by odebrać Barbary nagrodę) jakoś nie pojawiły się w miarę kompletne wyniki tej trasy, ani nawet żadne zasady jak traktowani są spóźnialscy. Z ogłaszaniem wyników i dekoracją były ogólnie jakieś wpadki organizacyjne – zmęczona ekipa wyraźnie się pogubiła, ale może kiedyś wyniki ogłoszą. Obiecuję przed następną 50-tką potrenować i zająć lepsze miejsce! Tym bardziej, że wreszcie nabędę „profesjonalne” buty do biegania, co przełoży się na znacznie lepsze czasy;-)

sobota, 13 maja 2017

czwartek, 11 maja 2017

Z mapą na spacer po raz drugi

Wczoraj odkryłam (w przymierzalni), że potrzebuję duuużo ruchu i dużo ćwiczeń. No to już nie miałam żadnej wymówki przed "spacerem z mapą". Nawet pomimo tego, że padał deszcz. I było zimno. I nieprzyjemnie. Poza tym trzeba budować kondycję na Dymno. No dobra - wiem, że dwie przebieżki (ZPK i spacer) nic nie pomogą, ale przynajmniej nikt mi nie powie, że nie próbowałam.
Tak jak poprzednio ja byłam zapisana na trasę normalną, a Tomek nienormalną. Ponieważ nie było minut startowych tylko tradycyjna kolejka do startu, sprytnie stanęłam na czele stawki i wystartowałam jako pierwsza w swojej kategorii. Tym sposobem miałam nadzieję graniczącą z pewnością, że nie przybiegnę ostatnia i nikt mi nie zbierze lampionów zanim skończę, jak mi to robią na Warszawa Nocą.
Nawigacyjnie poszło dobrze poza jedną drobną wpadką. Z PK 12 wbiegłam (czytaj: ledwo wlazłam) po schodach i zamiast w prawo, pobiegłam w to drugie prawo. No tak czasem mam, że mi się strony mylą. Od razu przestało mi się podobać, bo co innego widziałam na mapie, a co innego w terenie. Tak mnie ta rozbieżność zdezorientowała, że chwilę trwało zanim ogarnęłam co jest grane.
Drugim newralgicznym momentem był przebieg przez stację metra. Przed zawodami Tomek ciągle mi powtarzał:
- Nie przechodź za bramki!
Tego się trzymałam, szczególnie, że nie miałam biletu. Udało się i spod ziemi wynurzyłam się we właściwym i przewidywanym miejscu. Ufff.
W całych zawodach najgorsze jednak było to, że ciągle biegliśmy pod górę. Niby nachylenie niewielkie, ale mój organizm od razu ogłosił alarm i szykował się do strajku. Swoją drogą to zastanawiające jak organizatorom udało się zbudować tak trasę, że ciągle pod górkę, a jak dobiegliśmy do mety niewiele oddalonej od startu, to wcale nie byliśmy wyżej. Cuda jakieś.
A tak w ogóle to myślę sobie, że oprócz kategorii wiekowej, w obrębie każdej z nich powinny być jeszcze podkategorie wagowe, jak w boksie. Bo jednak jest różnica czy człowiek na metę dotaszczy 50 kg, 70, czy 80. Co o tym myślicie?
Ostatni odcinek, od PK 16 do mety, oczywiście biegnący pod górę (wiem, mogłam wybrać inny wariant powrotu) ledwo już człapałam. Kiedy wreszcie dotarłam do lampionu i puszki miałam ochotę je ucałować ze szczęścia, że to już koniec.  Ale muszę przyznać, że widziałam osoby w gorszym stanie - na przykład Paweł, Ania, Adam. Niewiele brakowało, a dosłownie daliby z siebie wszystko. Ja do aż takich poświęceń chyba nie jestem zdolna.

środa, 10 maja 2017

Na gwoździa


Na poniedziałek miałam dwie równie kuszące alternatywy spędzenia wieczoru - trening ZPK i prasowanie pościeli. Prawdę mówiąc ta druga była mi bliższa, ale Darek szukał kogoś do towarzystwa na trasę, więc nie mogłam pozostać obojętna na jego potrzebę.
Mapę przygotowywał Tomek i oczywiście nie poprzestał na wybraniu punktów, tylko jeszcze musiał wszystko zlustrować. A tego to my nie lubimy. Bardzo nie lubimy. Ostatnio na takiej mapie walczyłam z azymutami i postanowiłam dalej pociągnąć temat. Darek nie ma na tym tle obsesji i woli pewniejsze sposoby, od razu więc wyjął z plecaka garść gwoździ i zaordynował:
- Idziemy na gwoździa!
Metoda na gwoździa jest prosta i skuteczna - robi się dziurki w miejscach PK, przekłada mapę na drugą stronę i wyznacza azymut w tradycyjny sposób. Tak więc Darek dziurkował mapę, ja po swojemu dopełniałam do 360 stopni lub zamieniałam północ z południem i patrzyłam co z tego wyniknie. Trochę dziwnie było, bo raz nam się zgadzały azymuty, raz nie i takie to trochę losowe było. Tym niemniej jakoś posuwaliśmy się do przodu zgarniając kolejne punkty.
Zaczęliśmy od PK 49 i dobrze żarło aż do PK 63. Niby byliśmy w dobrym miejscu, a słupka ani widu, ani słychu. I co się okazało? Po słupku została tylko dziura w ziemi i można było sobie szukać i szukać. Klepnęliśmy więc dziurę i poszli dalej. Na PK 65 utknęliśmy na dobre.
Ale to na pewno wina Tomka bo akurat zadzwonił z pytaniem gdzie jesteśmy i zdekoncentrował nas. Po półgodzinnych poszukiwaniach postanowiliśmy wrócić do zabudowań i namierzyć się od razu na PK 66, a 65 i 68 odpuścić sobie. Ja to nawet byłam gotowa od razu iść na metę, zwłaszcza że zrobiło się późno, a tu następnego dnia trzeba wstać świtkiem do roboty. Ale idąc na metę i tak mijalibyśmy w bliskiej odległości tę resztę punktów, no to już zgodziłam się je pozbierać. Tomek nadsyłał rozpaczliwe sms-y z pytaniem czy żyjemy, bo sam dawno zaliczył swoją trasę i nudził się czekając na nas. Nie pogodzisz biegaczy z maszerami, zupełnie inne czasy wychodzą.
W końcu jednak dotarliśmy na metę i dobrze, że do domu było blisko, bo udało się przed dwudziestą drugą wrócić. Dla mnie dwudziesta druga w dzień roboczy, to ostatnia przyzwoita godzina.
Jak sobie w domu obejrzałam ślad naszego przejścia (bo wreszcie udało się dogadać z moim telefonem żeby rejestrował) to byliśmy całkiem blisko tego PK 65 i gdybyśmy jeszcze z godzinkę poświęcili na jego szukanie, na pewno byłby nasz:-)

wtorek, 9 maja 2017

Rodzinne MnO

Jeśli ktoś pomyślał, że po Niepoślipce zalegliśmy do góry brzuchami i oddali się słodkiemu nieróbstwu, to otóż - nie! Tydzień później miały się odbyć Rodzinne MnO i trzeba było ostro wziąć się do roboty. Chcieliśmy czymś zaskoczyć naszych uczestników, więc zamiast iść na łatwiznę i zrobić typowe mapy, oczywiście szukaliśmy udziwnień. Tomek wspiął się na wyżyny pomysłowości i wykoncypował mapę na wiatraczku, ja już trochę poszłam na łatwiznę i zdjęcia do trasy postanowiłam umieścić na chorągiewce. Żeby sobie dzieci mogły powiewać.
Mapy zrobiliśmy, Tomek swoje zalaminował, poskładaliśmy je w wiatraczki, do chorągiewek dokleiliśmy patyczki, nabyliśmy wyżywienie i tylko jedno nas niepokoiło. Zawsze, ale to zawsze najliczniejsze zgłoszenia napływały już po zamknięciu listy i wydrukowaniu map, a tym razem nastała niepokojąca cisza. Co prawda zgłosiło się koło pięćdziesięciu osób, ale jakoś dziwnie było bez ciągłych telefonów i maili. Najwyraźniej reszta chętnych przestraszyła się pogody i odpuścili. Bo też i pogoda nie była zachęcająca i do ostatniej chwili niepewna. Bałam się nawet czy ci zapisani przybędą, ale tak czy siak imprezę planowaliśmy przeprowadzić najlepiej jak potrafimy.
W niedzielę rano zrobiliśmy wzorcówki i pojechaliśmy rozwiesić lampiony. Część PK była zdjęciowa, więc tego rozkładania nie było jakoś strasznie dużo, nawet biorąc pod uwagę dwie trasy. Potem wróciliśmy do domu po wszystkie niezbędne rzeczy i już w drodze do bazy złapała nas telefonicznie Barbara, że pod szkołą stoi tłum żądny wyjścia na trasę, a nas nie ma. Było tak mniej więcej pół godziny do planowanego startu. Dodaliśmy więc gazu i z fasonem zajechali pod szkołę. Szkoła zamknięta. Jeden z bardziej obeznanych uczestników wyjaśnił, że w weekendy wchodzi się od tyłu, więc tam poszłam dobijać się do dyżurującego woźnego. Pan okazał się przesympatyczny i udzielił nam wszelkiej daleko idącej pomocy. Przy pomocy Barbary i Darka oraz chętnych uczestników w try miga zorganizowaliśmy sekretariat zawodów i mogłam zacząć urzędowanie.

Zawsze przy takich imprezach mam dylemat - robić oficjałkę z przemową ludzkim głosem, czy od razu puszczać na trasę tłum przytupujący z niecierpliwości. Pod względem takich decyzji organizacyjnych to jestem d..a wołowa, a moje zdolności panowania nad grupą są zerowe. Na ogół więc wychodzę z założenia, że jakoś to będzie i jak do tej pory faktycznie zawsze jakoś to było.
Ponieważ lekko kropiło, a w perspektywie były większe opady i każdy chciał wyjść przed deszczem, więc ja szybko odnotowywałam przybyłych, a Tomek szybko wypuszczał na trasę. To jest jednak fantastyczne, że tyle rodzin i to z naprawdę małymi dziećmi nie przestraszyło się pogody i przyszło na marsz.
Sporo osób nabrało się na tomkową koncepcję mapy z punktami podwójnymi i praktycznie kilkukrotnie musieli przejść trasę. Było jednak kilka sprytnych zespołów, które najpierw mapę poskładały do kupy, a potem tylko sprawnie zebrali co trzeba. Na mojej trasie nie było żadnych zagwozdek poza stowarzyszonymi zdjęciami. Znowu po kilka zespołów przeszło na zero w każdej kategorii i naprawdę chyba w tej edycji dojdziemy do kuriozum TF/TZ:-) Zdolnych ludzi mamy w Zielonce, a co?
Kiedy już zwijaliśmy się do powrotu, na start wpadł jeszcze jeden zapóźniony zespół chcący wystartować. Wcześniej nie dali rady z racji obowiązków, ale nie widzieliśmy powodów żeby pozbawiać ich rozrywki. Dostali kartę startową, czas wyjścia z zegarka, a czas powrotu mieli wpisać sami i przesłać zdjęcie wypełnionej karty. U nas zawsze frontem do klienta:-)
Za miesiąc druga runda i znowu musimy błysnąć pomysłowością w temacie map. Ktoś coś? Jakieś pomysły? Genialne rozwiązania? A może ktoś chętny do pomocy?
Poważne oferty prosimy składać w komentarzach lub mailowo.

sobota, 6 maja 2017

Nocna nuda i już koniec

Po etapach dziennych było już z górki. Takie drobiazgi jak nierozstawiona zejściówka kiedy pierwsi zawodnicy wyszli na nią pominę milczeniem, bo to w sumie drobiazg. Sprawdzanie kart szło dość sprawnie, uczestnicy nie zawracali głowy, bo padli po etapach dziennych, a większość uczestników trasy TP w ogóle zwinęła manatki i wróciła do domów. W zasadzie żeby nie brak snu, to byłabym całkiem zrelaksowana.
Na etapy nocne wywoziliśmy w teren TU i TZ oraz jednego uczestnika TT, który nie dosłuchał, że startuje z bazy i zaplątał się do busika. Miał farta, bo z kolei Bartek, który dojechał tylko na etap nocny nie miał co zrobić z samochodem i w kwestiach komunikacyjnych panowie doszli do konsensusu.
Mieliśmy pięknie rozpisane minuty startowe, ale to jednym pasowało wyjść dużo wcześniej, to kolei inni nie chcieli długo czekać na minutę zerową i w efekcie jak zaczęłam ich wszystkich wypuszczać na trasę, to raz dwa zostaliśmy z Tomkiem sami. Raptem pół godzinki (no, może z małym hakiem) i mogliśmy wrócić do bazy.
Z lasu wrócili wszyscy zdrowi i cali, jedynie trochę przemoczeni, zwłaszcza ci, którzy usiłowali sobie skrócić drogę. Żadnych, ale to żadnych atrakcji. Nawet nie ma o czym napisać:-)
A rano wiadomo - wypisywanie dyplomów, przydział nagród, oficjałka z wręczaniem komu co się należało. A na sam koniec jazda na miotle i szmacie, co szczególnie dobrze wychodziło Krzysztofowi i Tomkowi.










Imprezę zakończyliśmy spacerem po lesie, przy okazji zbierając lampiony.
Do zobaczenia na kolejnej Niepoślipce!

c. d. n. n.

piątek, 5 maja 2017

Etapy dzienne i plecenie trzy po trzy

Z piątku na sobotę noc była dla nas wyjątkowo krótka, bo już od szóstej byliśmy na nogach. Usiłowaliśmy posuwać sprawy do przodu, ale przede wszystkim niecierpliwie czekaliśmy na przyjazd Darka i Ani. Darek zjawił się niczym Św. Mikołaj przynosząc torby z zamówionymi podarunkami i od razu został zaprzęgnięty do roboty. Doceniwszy powagę zaistniałej sytuacji bohatersko zrezygnował z udziału w zawodach jako uczestnik, wziął torbę lampionów i poszedł w las się powiesić. Poświęcił się dla dobra ogółu. Doceńcie to!
Zaczęli się też zjawiać kolejni amatorzy podwodnego InO i na stałe już zasiadłam w sekretariacie. Byłam tak niewyspana i skołowana całą trudną sytuacją, że oczywiście połowy ważnych informacji nie odnotowałam - kto z kim w jakim zespole; kto zapłacił za mało, kto za dużo; na jaki etap idzie, na jaki nie idzie i inne takie. Ale ostatecznie żadne z tych zaniechań nie stało się przeszkodą dla nikogo  do wyjścia w trasę.
Podczas gdy ja miotałam się w sekretariacie, Tomek spakował klamoty i pojechał rozłożyć start. W miarę wychodzenia kolejnych ekip zaczęło robić się spokojniej i nawet miałam czas napić się herbaty. Czekałam na kilka spóźnionych zespołów, które zapisały się, nie odwołały udziału i nie dojechały na czas. Towarzystwa dotrzymywała mi kontuzjowana członkini jednej z ekip, która tylko duchowo mogła wspierać swoich.
Po pewnym czasie dotarła Ania, Darek wrócił z rozkładania końcówki etapów dziennych i dotarły ostatnie zespoły. Wyglądało, że sytuacja jest opanowana. Do tego stopnia, że chwilę siedziałam sobie bezczynnie.
Kiedy pierwsi zawodnicy dotarli na śródmecie  i po odpoczynku ruszyli na drugi etap, zadzwonił Tomek, że pora uruchomić końcową metę. Ponieważ Ania z Darkiem zbierali się na rozkładanie etapów nocnych i zejściówki, opiekę nad bazą przekazałam kontuzjowanej niedoszłej zawodniczce i pojechałam po zegar startowy na śródmecie. Nie wiem skąd nam się to wzięło, ale nasza robocza nazwa śródmecia to międzymordzie. Ładnie, prawda? Na międzymordziu zastałam umiarkowany ruch - jeden zespół zbierał się do wyjścia, jeden się pożywiał, jeden oddawał właśnie kartę startowa, a jeden było widać na horyzoncie. Czyli wszystko w normie. Chapnęłam kawałek ciasta, wzięłam batonika na drogę, bo od świtu nic w gębie nie miałam, spakowałam zegar i wycofałam się na z góry upatrzone pozycje. Na planowanej mecie jeszcze oczywiście nikogo nie było i przez jakiś czas mogłam sobie drzemać w samochodzie. A potem zaczęły się powroty i licytacja kto się gdzie bardziej utopił, a tezeci wyliczali wszystkie bepeki. Faktycznie było ich kilka, bo nocne rozstawianie trasy w tak ekstremalnej formie jak to się odbyło, nie sprzyja precyzji wieszania lampionów. I tak dobrze, że w ogóle w lesie coś wisiało.
Obiad był po drugiej strony ulicy, w "Gościńcu Goździejewskim" i wszyscy po oddaniu karty startowej szli czekać na posiłek w ciepłym i suchym pomieszczeniu. Wszyscy oprócz mnie. Czułam jak ścianki mojego żołądka trą o siebie i trawią się wzajemnie. W końcu z międzymordzia wrócił Tomek i zaświtała mi jakaś nadzieja. Musiałam jeszcze tylko poczekać aż on zje i znajdzie kogoś do wysłania na metę. Oczywiście padło na Darka:-) Ten to ma z nami...
Tu muszę wtrącić trochę kryptoreklamy, a właściwie regularnej reklamy - w Gościńcu karmią bardzo dobrze, podają egzotyczną kawę z żołędzi pachnącą piernikiem i świętami, na ścianach wiszą różne ciekawe rzeczy (nie powiem jakie - sami przyjedźcie zobaczyć) i do tego często odbywają się tam różne akcje kulturalne, typu koncerty, warsztaty, spotkania. Dla nas zorganizowano kurs wyplatania koszyków z papierowej wikliny i niektórzy z zapałem pletli trzy po trzy. Jak ktoś ma cierpliwość, to może cuda wyczarować. Zaczęłam i ja pleść, ale Tomek odwołał mnie do roboty, bo trzeba było wracać liczyć wyniki i przygotowywać się do etapów nocnych.

c. d. n.

środa, 3 maja 2017

Nierówna walka ze wszystkim

Podobno jak się wali, to wszystko naraz. Oczywiście było tak i tym razem. Przygotowywanie map szło z opóźnieniami – teren odrysowałem, byliśmy na rekonesansie i… dopadła mnie praca. Dopadła na tyle, że nie było czasu narysować map, sprawdzić ich, a nawet przygotować lampionów i przypisać ich do PK. To wszystko robione na ostatnią chwilę, bo w piątek musieliśmy wydrukować mapy. Miałem jechać na sprawdzanie map w teren we wtorek- ale nie było co sprawdzać i nie było kiedy, miałem jechać w środę – dalej nie było co sprawdzać i nie było kiedy, a za oknem leje deszcz. Pojechałem w czwartek – mając na papierze zarys drugich etapów TP/TT i TU. Deszcz może nie lał tylko kropił. Udało mi się zameldować w szkole i u leśniczych terenów, a następnie poszedłem „utopić się” do lasu. Dokładnie utopić się, bo od czasu mojej ostatniej bytności w lesie sporo napadało. Eksplorowałem „nowe tereny” znane tylko z mapy, gdzie dominowały rozlewiska.
 Okazało się, że przecinka którą chciałem puścić trasę TP/TT jest w większości zalana. Na początku nie była, ale dalej pojawiły się coraz większe rozlewiska, aż do miejsca gdzie bez woderów lub łodzi podwodnej ani rusz. Szkoda, bo odpadło całkiem logiczne przejście i kilka fajnych charakterystycznych PK. W zamian znalazłem zalany paśnik, kamienie i kilka innych miejsc, gdzie dawało się dotrzeć w miarę suchą noga. Niestety, przejście na linii północ-południe zapewniała tylko jedna droga, a reszta to odbicia w bok na kształt litery E. Wróciłem do domu , narysowałem mapy i poszedłem się wyspać.
W piątek planowaliśmy jechać wcześnie rozkładać lampiony. Ale niestety znowu praca pokrzyżowała plany. W drugiej wersji mieliśmy jechać w południe, ale wydruk map, ogarnięcie wszystkiego przedłużało się. W efekcie dotarliśmy do Pustelnika na godzinę 18 – kiedy mieliśmy przejąć szkołę. Tu powitał nas już pierwszy „punktualny” uczestnik. Chwilę rozpakowania i poszedłem w las. Tzn. zostałem wywieziony pod leśniczówkę. Godzina 18:30. Według prognozy pogody miało nie padać ale co chwila z nieba coś kapało. Niezbyt intensywnie, ale zawsze. W jednej ręce torba z lampionami, w drugiej teczka z dwoma mapami i kartami wzorcowymi do wpisywania kodów z lampionów (4 trasy). Tu zaczęło się mścić nasze „profesjonalne” podejście – zgodnie z zaleceniami tereny 3 tras były rozdzielne, tak by mapy jednych nie pomagały drugim. W efekcie do przejścia 6 tras po 4 km. Coś tam skracałem, ale optymalnej drogi do tego wszystkiego nie było. Miotałem się tu i tam wieszając lampiony, co chwila w deszczu wyciągając karty wzorcowe aby maznąć tam odpowiednią kredką, a wszystko przy siąpiącym deszczu i wydrukach z drukarki atramentowej, które zaczynały się rozpływać. W połowie pierwszych etapów musiałem zapalić czołówkę i tempo rozstawiania lampionów spadło. Co chwila wchodziłem w jakieś zalane tereny – po ciemku nie ma oglądu sytuacji – nie widać suchych i niezarośniętych przejść i musiałem skakać z kępki na kępkę walcząc z ciemnością i padającym deszczem i ciągle mierzyć parokroki. Mapy coraz bardziej rozmakały, sklejały się z kartami wzorcowymi. Przy PK 8 TU E1 okazało się, że coś drogi nie zgadzają się z mapą. Jak znaleźć granice kultur po ciemku, skacząc z kępki na kępkę gdzie powinien stać PK 7? (przy zbieraniu okazało się, że niezbyt dobrze powiesiłem lampion). Do PK 3 szedłem zalaną drogą i nie mogłem wrócić suchą nogą na główną drogę nr 66. Punkt D dla TP/TT E1 dał mi się we znaki – od wschodu brodziłem do niego po mokradłach, a okazało się, że od zachodu jest komfortowe dojście. PK 13 dla TU E1 był za wezbraną wodą – nie powiesiłem. I tak dotarłem do śródmecia. Przestałem mierzyć czas, ale powoli zaczęła dzwonić co chwila moja Druga Połowa zaniepokojona moją długą nieobecnością. A ja jestem dopiero w połowie! No dobra, za połową czyli bliżej niż dalej do końca (w linii prostej). Właściwie to od śródmecia w oddali widać było światła Gościńca Goździejewskiego – wydawało się, że to tak blisko. Tylko te odbicia w bok. Najpierw rozstawiłem punkty E2 TT/TP co było dość proste- wiadomo przy drodze. No, chwilę szukałem jakiś gałęzi co by przyczepić lampiony przy kamieniu i zalanym paśniku – tak trochę bliżej drogi, żeby nie wchodzić w wodę. A potem wycieczka po trasach TU/TZ. Tu już tak łatwo nie było. Przy PK 15 TZ E2 się utopiłem. Może to i dobrze, bo przestałem zwracać uwagę czy idę po mokrym czy po suchym. W terenie powojskowych okopów co chwila traciłem orientację – w nocy nawet z pełną mapą nie jest tam łatwo. W efekcie jeden PK i jego stowarzysz postawiłem nie na  tym wale. Zaczęły mi się kończyć lampiony – stawiałem coraz mniej z zaplanowanych stowarzyszy. Ostatnia wydma i już dobrze po północy. Przeoczyłem jeden PK i musiałem się wracać. Potem feralny PK 6 dla TZ E2 – niby odmierzałem odległość, ale postawiłem go za wcześnie – na miejscu planowanego stowarzysza. Jak już się pomyliłem, źle odmierzyłem się na następny PK 10 – niby kończyły się tu jakieś zarośla, ale jak się okazało nie te, a w świetle latarki, w padającym deszczu  nie było widać innej granicy kultur. Błędy się kumulowały.  Na PK C TU 2 drogę przegrodziły mi płoty nienaniesione na mapę. Nie mogłem znaleźć charakterystycznej drogi, górek – w efekcie zgubiłem istotną część od zszywacza i postanowiłem anulować ten PK podejrzewając, że jest za płotem. Przy zbieraniu lampionów okazało się, że i droga była i właściwa górka, a ja szukałem ze dwieście metrów za wcześnie. Ale wtedy miałem już wszystkiego dość. Widziałem, że na kartach wzorcowych wpisywałem kody dla PK jeszcze nie rozstawionych czyli błąd za błędem. I co chwila telefon z bazy czy jeszcze żyję… Ale chyba skoro chodzę i wieszam lampiony to żyję, no nie?
Ostatnie lampiony koło mety. Głownie dla TP/TT. Okazało się, że droga którą przechodziłem w czwartek jest zalana. Kolejny PK do anulowania. Zresztą co można robić zepsutym zszywaczem? Kilka lampionów udało się przyczepić, ale zszywacz całkowicie odmówił posłuszeństwa. Zostało mi wyjąć komórkę i zadzwonić z upragnionym komunikatem „przyjedź po mnie”. Te brakujące lampiony koło mety rozwiesi się po starcie za dnia – zajmie to z 15 minut. Czyli na trasy mogą starować – spojrzałem na zegarek – na jakieś 6 godzin – bo wskazywał on dobrze po 2 w nocy.
Czemu to auto tak długo jedzie? Dobra, wreszcie jest. Ale nie dane mi było od razu położyć się spać – trzeba rozłożyć mapy , karty wzorcowe i buty do suszenia, zrobić erraty do map, i ogólnie zainstalować cały sprzęt do obsługi bazy. Zresztą wrażenie, że kilka lampionów źle rozwiesiłem i powracająca myśl  „jak uda się rozwiesić wszystko na etapy nocne” nie dawały mi zasnąć do rana. Zresztą może uczestnicy zgubią się gdzieś na trasie i nikt nie dotrze na nocny etap?

c. d. n.

Niepoślipka - dzień pierwszy

W czwartek przed Niepoślipką Tomek pojechał jeszcze ostatni raz rozejrzeć się w terenie. Wrócił mokry, ubłocony i z ponurą wiadomością -  zalało teren zawodów, a szczególnie trasę TP i trzeba ją gruntownie przebudować. Pracowaliśmy więc nad mapami z czwartku na piątek i w piątek do popołudnia, czyli w czasie kiedy zgodnie z planem mapy miały być dawno wydrukowane, a my siedzieć w lesie z lampionami i wzorcówkami żeby rozłożyć trasy. O wzorcówkach to nawet w ogóle szkoda wspominać, bo zostały tylko mglistą ideą.
Kiedy w końcu poprawione mapy się wydrukowały, mogliśmy ruszyć do Pustelnika. Zamiast koło 14-tej, 15-tej dotarliśmy na 18-tą, a w bazie czekał już pierwszy uczestnik. W tej sytuacji ja musiałam zostać w szkole, założyć sekretariat, obanerować teren i wykonać wszelkie czynności gospodarcze. No i czekać na kolejnych zawodników. Tomek spakował te kilkaset lampionów przewidzianych do rozwieszenia i ruszył w teren.Wiadomo było, że nie zdążymy już do sklepu po nagrody i ostatnie zakupy, ale mieliśmy w odwodzie jeszcze Darka W., który oferował swoją pomoc. Wykonałam więc przysłowiowy telefon do przyjaciela, a nawet kilka telefonów, w miarę przypominania sobie co nam jest jeszcze potrzebne. Darek ze stoickim spokojem spełniał każdą moją zachciankę i obiecał dowieźć zamówiony towar w sobotę bladym świtem.
Bazę ogarnęłam z pomocą Krzysztofa, a potem pojawiały się kolejne osoby -  SKKT, Sprytne Kuny, Gumowe Łosie i parę innych osób - jednym słowem: zrobiło się wesoło. Wesoło było jednak tylko przez pierwszych kilka godzin, potem zaczął zakradać się niepokój o los Tomka. Na zewnątrz zrobiło się ciemno, deszcz siąpił, kropił, padał, a on w lesie. Miałam czekać na telefon i po skończonym wieszaniu lampionów odebrać go z Kątów Goździejewskich, ale nie dzwonił i nie dzwonił. Dzwoniłam więc ja i za każdym razem dowiadywałam się, że jeszcze godzinkę - długo schodzi, bo oprócz wieszania, na bieżąco robi wzorcówkę. Oczekująca na powrót Tomka grupa wsparcia powoli zmniejszała się, kiedy kolejne osoby wymiękały i szły spać, a ja niczym Penelopa czekałam i czekałam. Po drugiej w nocy czekaliśmy już chyba tylko we cztery osoby: Ania, Klaudia, Piotr i ja. A Tomek wciąż swoje - jeszcze godzinka najwyżej. Ta godzinka ciągnęła się od północy i końca nie było widać. Jedynym pocieszeniem było, że odbiera telefon, czyli żyje. Z niewyspania chyliłam się już ku upadkowi, powieki podpierałam palcami, żeby nie zasnąć i wreszcie po trzeciej usłyszałam wyczekiwane słowa:
- Przyjedź po mnie, bo mi się zszywacz zepsuł i nie mam jak rozwieszać.
Wyczekiwana była co prawda tylko pierwsza część wypowiedzi, ale najważniejsze było, że wraca. Udało mi się nie zasnąć za kierownicą i objechać tam i z powrotem. Grupa wsparcia twardo trwała na posterunku.
Łudziłam się, że po powrocie od razu pójdziemy spać, ale gdzie tam. Okazało się, że kolejne fragmenty tras utopiły się i w mapach znowu trzeba zrobić korekty i wydrukować erraty. Poprawiliśmy jeszcze komunikat techniczny,  przygotowali zalążki wzorcówek, wydrukowali bloczki obiadowe, a potem zastanowiliśmy się czy w ogóle warto się kłaść. Zwłaszcza, że część trasy wciąż nie była rozwieszona.  Mnie zmęczenie jednak pokonało i padłam w trybie natychmiastowym, Tomek do rana martwił się trasami. Ale przynajmniej leżał w suchym i ciepłym miejscu.
I tak minął dzień pierwszy Niepoślipki.

c. d. n.

poniedziałek, 1 maja 2017

Niepoślipka

 No to popłynęliśmy:


Niepoślipka puściła nas z torbami:


Relacja już wkrótce, jak dojdziemy do siebie....