piątek, 3 kwietnia 2020

Popowo - nowy rekord długości trasy!

Po nieudanym ZawOrze Tomek w ramach pokuty pomalował pokój, a ja w zamian zrezygnowałam z zamiaru zabicia go. Znaczy Tomka, nie pokoju. W piątek wieczorem byliśmy już pogodzeni i planowaliśmy kolejne BnO. Postanowiliśmy zaliczyć w sobotę Popowo, a w niedzielę w zależności od stanu zmęczenia - albo kolejną orientację, albo zwykłe pobieganie koło domu. Żeby uniknąć kontaktu z wirusami postanowiliśmy w sobotę pojechać bladym świtkiem, kiedy spacerowicze jeszcze śpią. Wstaliśmy koło szóstej, ale zanim się zebraliśmy i dojechaliśmy była już ósma. Na spacerowiczów na szczęście to i tak było za wcześnie:-)
Ponieważ trasę wybieraliśmy sobie sami (scorelauf), to ja postanowiłam pobiec zgodnie z ruchem wskazówek zegara, a Tomek wręcz przeciwnie. No wiecie, żeby nie było zgromadzenia:-)
Pierwszy punkt (kod 62) wydawał się łatwy, więc ruszyłam jak po swoje. Biegło się fajnie, natrafiłam na serię dołków i niepokoiło mnie tylko jedno - moje miały być na płaskim, a ja cały czas byłam tuż przy górce. A kiedy dobiegłam do ścieżki, której nie powinno być w tym miejscu, to całkiem zwątpiłam. Postanowiłam wrócić na start i zacząć od nowa. Trochę obciachowo, ale co zrobić? Na szczęście wybiegłam na skrzyżowanie. które zidentyfikowałam na mapie i namierzywszy się od niego w końcu znalazłam punkt. Też mnie trochę zniosło (jak zawsze w prawo), ale wyczesałam.

 Walka z pierwszym punktem.

Do kolejnego punktu (56) pobiegłam drogami, ale na szczycie górki zamiast zrobić kilka kroków w prawo, zrobiłam kilkaset w lewo, aż dotarło do mnie, że górka się kończy, a punkt ma być na wierzchołku.
Coś nie najlepiej się ten bieg zaczął, ale w końcu przyjechałam tam dla relaksu, a nie dla ścigania się, więc niespecjalnie się przejmowałam. W końcu do wieczora tym razem było bardzo daleko:-)
Kolejne dwa PK (47 i 65) znalazłam bez problemu, żeby znowu utknąć przy kolejnym - 59.  Oczywiście znowu zniosło mnie w prawo, ale szybko skorygowałam, bo górka, u podnóża której miał być punkt, była widoczna z daleka. 48 weszło z marszu, a przy 64 zrobiłam niewielkie kółeczko, zanim zauważyłam, że mam szukać obniżeń, a nie górek. Ot, ślepota.
O tym, że z 61 będą problemy wiedziałam od razu, jak tylko popatrzyłam na mapę. Mapa z 1999 roku nie oddawała poprawnie ścieżek, więc liczenie, w którą z kolei mam skręcić mijało się z celem. Prawdę mówiąc nie miałam pomysłu jak zajść ten punkt, więc postanowiłam iść tak na oko. Natrafiłam na jeden kopczyk, potem drugi i trzeci. Mini lampioniku nie znalazłam, BPK też mi nie zapipczał, więc szukałam dalej. Zapipczało w jakimś totalnie abstrakcyjnym miejscu, gdzie w ogóle w zasięgu wzroku nie było żadnego nawet mikro kopczyka. Tomek twierdzi, że to raczej zapipczal mi zegarek informując o kolejnym kilometrze, a ślad pokazuje, że pierwszy ze znalezionych kopczyków był właściwy. W każdym razie po zapipczeniu odpuściłam i ruszyłam na kolejny punkt. Planowałam lecieć na 57 korzystając ze wszystkich dostępnych dróg. W pobliżu punktu, kiedy już miałam zejść w las, spotkałam Tomka. On był już na nawrocie, ja do najdalszego miejsca na mapie miałam jeszcze cztery punkty. Spotkaliśmy się dokładnie miedzy PK 57 a 53 , więc postanowiliśmy razem pobiec na 53, a potem każde do swojego kolejnego.

 W okolicy PK 53

Trzy kolejne punkty weszły gładko, chociaż 41 gdzie indziej miał znacznik, a gdzie indziej pikał BPK i chwilkę musiałam pobiegać po okolicy, bo w przypadku skorelaufu nie wiedziałam jak ręcznie wymusić na telefonie podbicie punktu. W końcu udało się i radośnie pobiegłam na 42, który wydawał się łatwy i bezproblemowy. Doleciałam ścieżką do skrzyżowania i namierzyłam się z niego. Punkt miał być jakieś 100 metrów dalej, czyli łatwizna. No, niestety - nie. Znowu zniosło mnie w prawo, a potem tak się zamotałam, że zamiast 42 zaczęłam szukać 41, co oczywiście nie miało żadnych szans powodzenia. Nawet kiedy już się opamiętałam, wcale nie tak od razu trafiłam na właściwe miejsce. Ten punkt to mnie trochę wkurzył, bo niby taki łatwy, a za cholerę nie szło trafić.

 Wędrówki krajoznawcze wokół 42.

 Wydawało się, że limit błądzeń mam już wyczerpany, no bo ile można? A jednak: Polak potrafi! Z 42 poleciałam na wschód do dużej drogi, ale zamiast skręcić w nią w lewo i po jakiś 250 metrach w prawo, ja skręciłam w prawo, od razu w lewo, a na widok roślinności typowo wodnej byłam pewna, że dotarłam we właściwe miejsce. W końcu na mapie biegowej żółte, a żółte w niebieski wzorek, to przecież prawie to samo, nie? Z uporem godnym lepszej sprawy kręciłam się przy bagienku z punktem 53, tylko od jego drugiej strony i jakoś nie widziałam w tym nic niestosownego. Kiedy w końcu, całkowitym przypadkiem, trafiłam na skrzyżowanie dwóch większych dróg ogarnęłam się, bo na mapie w pobliżu było tylko jedno takie miejsce. Całkiem głupio szukałam tego 43, aż mi samej ciężko uwierzyć.

 Tu już chyba trochę przegięłam.

 Od ruszenia na trasę mijały już dwie godziny, a ja byłam tuż za nawrotem i przede mną jeszcze 11 punktów. Jak to dobrze, że wyruszyliśmy tak wcześnie - dawało to szanse na powrót na metę przed zmrokiem. Chociaż po dotychczasowych doświadczeniach wcale nie miałam stuprocentowej pewności:-)
Los na szczęście sam uznał, że już przegiął i postanowił na chwilę spauzować, dzięki czemu kolejne siedem punktów zdobyłam bez żadnych problemów.
Przed punktem 55 dostałam sms-a od Tomka, że już jest na mecie i będzie czekał na mnie przy 51. Kiedy mu odpisałam, że dopiero zbliżam się do 55 postanowił czekać na PK 63, ale kazałam mu wrócić do samochodu, bo co chłopina ma pół dnia siedzieć w lesie, a potem spotkać wkur....ą żonę.
Przy PK 44 natrafiłam na łosia. Był już z lekka nadgryziony zębem czasu, a pewnie i innymi zębami. Ponieważ widok nie był zbyt estetyczny, to z punktu wolę dać taką fotkę:

 PK 44 - bajorko z padliną.

 Ponieważ już zbyt długo szło mi za dobrze, w końcu musiało się popsuć i padło na punkt 60. Znowu niby prościutki, ale ja minęłam go o kilka metrów i poszłam szukać tam, gdzie go na pewno nie było. Ale też dołków w okolicy był urodzaj, więc było w czym przebierać. Kiedy mi się wreszcie znudziło, po prostu wyszłam na drogę, dobiegłam do ścieżki prowadzącej na punkt i zgarnęłam go bez problemu.

 Uczciwie obejrzałam wszystkie dołki w okolicy - nie powiem, całkiem ładne.

To już na szczęście było moje ostatnie błądzenie, ale za to potem znowu były górki, a ja miałam już dość wszystkiego, padałam na pysk, a na trasie byłam już trzecią godzinę. Jak na mecie popatrzyłam na zegarek, to nie mogłam uwierzyć własnym oczom - prawie osiemnaście kilometrów. Chyba pobiłam wszelkie rekordy na tej trasie!
I to się nazywa uczciwe wybieganie!

środa, 1 kwietnia 2020

Zaw-Or czy 10 x Solo?

Ten Coronovirus spowodował, że ZAW-OR (tak dla ścisłości - druga impreza InO, na której byliśmy, więc mamy sentyment) zamieniła się z ZAW-OR na Solo. ZAW-OR solo tak się to nazywa. Czyli BnO korespondencyjne. Co ciekawe, w lesie koło mojej pracy. W lesie, w którym nigdy nie byłem.

Udało mi się wyciągnąć Renatę – mieliśmy tak mniej więcej 1,5 godziny do nocy. Trasa D czyli 8,4 km po kresce – raczej skończę po ciemku, ale Renata w wersji C 6, 3 km powinna się wyrobić do zachodu słońca (o ile się nie pogubi). Do tego BePeK czyli telefon pikający, gdy znajdziemy właściwe miejsce. Powinno się udać;-)

Oczywiście na start lekko pobłądziliśmy, ale to normalne dla orientalistów – my nie ufamy nawigacji! Na starcie ze dwa auta, ktoś rusza w las (pod stromą górę). W aucie jakaś znajoma twarz (po kilku dniach skojarzyłem – znajoma z Jagi-Kory). Renata leci pierwsza. Ja kilka minut za nią. Właściwie biegnę za jakąś obcą biegaczką – nie wiem, czy zaworową czy inną – bo teren fajny do biegania- wydmy i to całkiem wysokie (dla porządku w bezpiecznej odległości kilku metrów). Dobiegam w okolice PK 1 i znajduję dołek bez lampionu. Mają być znaczniki trójpolowe. W mojej wyobraźni to lampiony przestrzenne – także mają trzy pola! Po chwili analizy wydaje mi się, że jestem ciut za daleko. Z oddali macha Renata, że ma lampion. Podbiegam – jest ( po analizie śladu stwierdzam, że lampion stał w innym miejscu niż na mapie, ale mapa nie oddawała tu dobrze terenu). Ciężko się wpisuje kod na kartę startową z kompasem na kciuku… Oj widzę, że będzie to długi bieg!

Na PK 2 na azymut, po kresce – pięknie przebieżny las, bieg w kierunku zachodzącego słońca – dlatego kocham Biegi na Orientacje – właśnie dla takich chwil. Punkt znowu pierwsza znajduje Renata, ale byłem tuż koło niego. Może jednak wyrobię się za dnia?

Gdzieś przy PK2

Na PK 3 także dobrze, może nie po kresce, ale trafiam na miejsce charakterystyczne, gdzie do lampionu doprowadza mnie rów. Jest dobrze! Wybiegając z PK 3 widzę jeszcze Renatę. PK 4 także wchodzi dobrze – ciągle bieganie po kresce. PK 5 chwilkę szukam właściwego dołka, ale ciągle mam szansę wyrobić się za dnia! Na PK 6 muszę przebiec przez wydmę. Staram się podbiegać, ale wolno idzie – kwarantanna sprzyja bieganiu, więc w tym tygodniu mam już sporo kilometrów w nogach! PK 7 na spokojnie i ruszam na PK 8. Tu niestety – niedokładne spojrzenie na mapę (czas zmienić okulary) – szukam PK w rowie na górce, zamiast w dole – wizja powrotu za dnia się oddala. W drodze na PK 9 przebieg drogą przy zabudowaniach – muszę omijać w bezpiecznej odległości spacerowiczów, a potem kolejny podbieg. Nogi nie chcą nieść. Do tej pory całe bieganie na azymut – biegnę na PK 9. Dobiegam do linii energetycznej, tyle że ta linia jest w innym kierunku niż na mapie Powinno być jakieś rozwidlenie linii – jest skrzyżowanie. Biegnę w kierunku górki, ale kompas wskazuje, że zmierzam w złą stronę. Dodatkowo muszę umykać w krzaki przed spacerowiczami z psem (a wystarczyło by zeszli na prawą stronę drogi). Nijak teren nie zgadza mi się z mapą (choć górki fajne) – po dłuższej chwili postanawiam zawrócić – aż znajduję miejsce które identyfikuję na mapie. Jakieś 10 minut błądzenia.
PK9 szukałem poza mapą...
 Teraz to już łatwizna - biegnę na PK 10. PK 11 - nogi już słabo niosą. PK 12 – przedzieranie się przez bruzdy wyorane w nasadzeniach jest bardzo męczące. Widzę zabudowania. Powinna być ścieżka i polanka. Jest ścieżka, jest polanka, brak znacznika. Kombinuję. Lampionu dalej nie ma;-( Niby tylko pięć minut, ale tam na trasie wydaje mi się że pół godziny, zanim odkrywam, że to zabudowania, których nie ma na mapie… Mam PK 12. Do PK 13 teren coraz mniej przebieżny – ścięte gałęzie utrudniają poruszanie się. Do PK 14 obiegam drogami i oczywiście skręcam jedną ścieżkę za wcześnie. Niby nie tracę za dużo czasu, ale subiektywnie znowu pół godziny w plecy;-( Tu właśnie zastaje mnie nominalny zachód słońca. Jeszcze mapę widać bez latarki, ale robi się coraz ciemniej. W przebiegu PK 15-16 spotykam jakiegoś biegacza .Pozdrawiamy się z daleka. Zapalam latarkę, by widzieć mapę. PK 17 - znowu podbieg na wydmę. To już niestety marszem;-( Do PK 18 ostatniego drogą i przed jakimś czymś (przecinką?) w lewo na górkę. Rozglądam się uważnie, liczę odchodzące ścieżki, górki, odbijam w lewo do widocznej górki. Brak dołka i znacznika. Krążę. Szukam – dołków na górce masa, znaczników jak nie było, tak i nie ma. Dobiegam do drogi poprzecznej i się namierzam – znowu klops;-( Subiektywnie krążę jakieś 45 minut. Obiektywnie niecałe 10 zanim się orientuję, że jestem za daleko. Wracam i znajduję ostatni punkt! Uff.

PK18 - a było tak blisko...

Teraz do mety i do Renaty, która pewnie czeka po zaliczeniu swojej trasy w całości. Oczywiście obok ścieżki, po wertepach, bo nie idziemy na łatwiznę.

I wiecie co zastaję w samochodzie? Wkurzoną Renatę która zaliczyła 6 z 14 PK zanim zapadła noc. Ech będę chyba miał ciężki powrót do domu….

Tymczasem z drugiej strony....

Odkąd tylko pojawiły się trasy Zaw-Or-owe Tomek dostał amoku: jechać i jechać. Ja wolałam zostawić to sobie na weekend, żeby mieć odpowiednią ilość czasu, ale bo to przekonasz… Wyjechaliśmy późno, zgubiliśmy się na dojeździe i kiedy w końcu ruszaliśmy na trasę, było już grubo po szesnastej. Od razu byłam wkurzona, a wiadomo, w takim stanie ciężko się myśli. Do tego motaliśmy się z ustaleniem miejsca startu, a pierwszy punkt był pod górę. Od razu dałam się wyprzedzić Tomkowi i szłam jak ta lebiega za nim, chociaż kompas pokazywał mi inny kierunek. Jak już uszłam strasznie daleko, a Tomka widziałam ze sporej odległości, stwierdziłam, że nie wiem gdzie jestem i najlepiej wrócić na start i zacząć zgodnie z kompasem. Zeszłam więc z grzbietu i… dosłownie po kilkunastu metrach wlazłam na punkt. Zła byłam na Tomka za całokształt, ale aż taka wredna nie byłam, żeby go nie zawołać, bo widziałam, że czesał w innym miejscu. Na dwójkę było wreszcie w dół, więc jakoś nadążałam za Tomkiem i znowu miałam szczęście, że wbiegłam wprost na lampion.

W biegu wszystko się rozmazuje!
Potem Tomek poleciał przodem, a ja zamiast szukać kolejnego punktu, zajęłam się szukaniem ustronnego i jak najmniej przebieżnego fragmentu lasu. Dopiero potem mogłam wrócić do właściwych czynności. Na drodze w pobliżu trójki znowu spotkałam Tomka, który już odbiegał od punktu, ale przynajmniej wiedziałam, że jestem w dobrym miejscu. Do czwórki poszło jak po sznurku, a na piątkę jakoś mnie zniosło w prawo. Okop, owszem – znalazłam, ale nie ten co trzeba. Chwilę mi zeszło zanim znalazłam właściwy, ale udało się. Ponieważ byłam na trasie C, po piątce miałam od razu PK 12 – daleko, szczególnie, że postanowiłam biec naokoło drogami. Ale za to przynajmniej łatwo i bez błądzenia. Z dwunastki znowu zniosło mnie w prawo. To się ostatnio coś za często zdarza i nie mam pojęcia dlaczego. Zawsze w prawo. Trzynastki za nic nie mogłam znaleźć. Co się nałaziłam po wszystkich okolicznych dołkach, poza właściwymi, to aż mi nogi w d..ę weszły. Nawet namierzenie się od skrzyżowania odległego od punktu o jakieś sto metrów nie pomogło – znowu ściągnęło mnie w prawo. Jakaś czarna dziura normalnie.

Czarna dziura w okolicach PK 13
 W dodatku zaczynała się szarówka i powoli przestawałam widzieć dokładnie mapę. Za to jak zorientowałam się, że jestem dopiero w połowie trasy i do tego w najdalszym miejscu mapy, to lekko spanikowałam. Latarki nie miałam, bo i tak boję się sama nocą latać po lesie, więc nie brałam, a do mety daleeeko. Wyszło mi jednak, że jakoś da radę wrócić drogami i ścieżkami – trochę nadkładając, ale nie wchodząc między drzewa. Nawet jeśli bardzo się ściemni, dam radę dotrzeć. Ze strachu leciałam ile sił w nogach i na parking dotarłam jeszcze przed zmrokiem. Ufff. Oczywiście Tomka nie było, ale też i nie spodziewałam się go jeszcze. Za to kiedy zrobiło się całkiem ciemno walczyłam ze sobą czy martwić się o niego, czy raczej zamordować go zaraz jak tylko przybiegnie. Z upływem czasu coraz bardziej skłaniałam się do drugiej opcji – nie dość, że przez jego upór , żeby jechać po południu nie mogłam zrobić całej trasy, to jeszcze kilka godzin siedziałam w samochodzie jak ten głupi kołek. Koniec końców okazało się, że cienias ze mnie, bo w końcu jednak nie zamordowałam, choć się należało. Ale i tak tego Zaw-Or-a nigdy mu nie wybaczę!

czwartek, 26 marca 2020

Schodzimy do podziemia - odsłona II

Wiem, wiem - #zostań w domu, ale nasze zdrowie psychiczne wymaga czasem wyjścia i pobiegania. Podziemie Nawigacyjne i TNCZ oferuje więcej możliwości niż normalnie. Co jak co, ale praca zdalna okazuje się bardziej męcząca niż normalna. Człowiek siedzi przy ekranie, ślepi, klika, telefonuje i nie ma czasu, jak w biurze, iść z kimś pogadać, na kawkę, czy do kuchni.

Tym razem pojechaliśmy do Rajszewa – byliśmy tam którejś zimy – teren nieduży, zgubić się nie daje i w dodatku BePeK, który pika jak trzeba, gdy odnajdziemy wirtualny lampion.

Pojechaliśmy na czuja, czyli bez nawigacji. Parking po prawej, trochę tłoczno, ale stajemy. Jakiś mały ten parking – jak byliśmy zimą, był jakby większy. Nawigacja w dłoń i sprawdzamy – jesteśmy o jeden parking za wcześnie! Zapalamy silnik i zaczynamy wycofywać, gdy nagle pojawia się Paproch z mapą. Hmmm… Uchylamy okno i krzyczymy na obowiązkowe 4 metry o co chodzi i czy to dobry parking. Paproch odkrzykuje, że dobry, bo ten właściwy jest zamknięty i rozkopany. Rzeczywiście, w zasięgu wzroku widać koparki, wywrotki i spychacze – wyraźnie budowana jest ścieżka rowerowa wzdłuż drogi. Wracamy na miejsce parkingowe, pakujemy się i idziemy na start te kilkaset metrów (pod górę, aby nie było).

Dochodzimy do startu

Pogoda fajna – słoneczko, tylko wieje chłodnym wiatrem. Ale pod górę udaje się utrzymać ciepło. Znajdujemy start przy szlabanie, włączamy telefony i ruszamy. Renata przodem. Ja chwilę później, bo mi telefon coś nie mieści się w uchwyt naramienny.

Renata ruszyła
 Jeszcze dla pełnego hardcoru zmieniam czułość potwierdzania PK na najmniejszy dystans - 5m. Wreszcie ruszam. Jakoś tak teren coś inaczej wygląda niż na mapie, ale co tam, mapa stara. Lecę na azymut, po lewej w oddali płot, a PK powinien być na górce. Jakiejś niedużej. Jest górka, wbiegam i nic. Ani faworki ani piknięcia. Rozglądam się… może to następna górka na południe? Na pewno ta. Biegnę na sąsiednie wzniesienie. Znowu nic - ani faworka, ani piknięcia. Fajnie się zaczyna. W zasięgu wzroku jeszcze trzecia górka – trzeba spróbować (wydawało mi się, że na niej już byłem). Wbiegam i jest PiPi. Ale faworka nie widzę. Grunt, że piknęło!

PK 3 i PK 4 to na szczęście formalność, choć na PK 2 jestem przy faworku, a telefon nie pika. Ale faworek potwierdza, że jestem w dobrym miejscu, więc podbijam manualnie. Okazało się, że mapa jest tak sobie dokładna i ustawienie czułości na 5m jest błędem – dużo PK będę musiał zaliczać manualnie. PK 4 znowu na górce. Wbiegam i ani faworki ani piknięcia. Nauczony doświadczeniem czeszę sąsiednie górki, ale bez efektu. Wracam na górkę, na której byłem na początku i nagle PiPi, ale faworka brak (a podobno wszystkie były!) PK 4 w malowniczym obniżeniu – faworka nie widzę, ale znowu pika – dobra nasza. PK 6 ma być niedaleko – ustawiam azymut i… znajduję PK 15!

Majstersztyk;-)

Dobrze, że na faworkach są numery lampionów! Nie wiem jak na dystansie 200m zniosło mnie o około 45 stopni w lewo, ale widać potrafię;-). PK 7 na szczęście wchodzi dobrze;-) Przy PK 8 widzę Renatę (myślałem, że dogonię/przegonię ją na drugim, trzecim PK, a dogoniłem dopiero na ósmym! Buszowała gdzieś na prawo od mojej trasy, więc zbaczam w jej kierunku. Mówi, że szuka już dobrą chwilę ósemki. Sprowadzam ją na dobrą drogę, którą wskazywał mój kompas i szybko znajdujemy faworkę. Cykam jej fotkę na PK 9 i wyrywam do przodu.

Renata na PK 9

Teraz się fajnie biegnie po mikrorzeźbie i trudno się zgubić, choć przed PK 12 dostrzegam jeszcze ze dwa inne charakterystyczne drzewa;-)

Dobrze idzie aż do PK 17. Na PK 18 znowu znosi mnie w lewo i szukam lampionu na innej mniejszej górce. Jest PK podwójny - 5/18 i tym razem faworka znajduję – dowiesił ktoś w międzyczasie, czy co? Biegnąc na PK 19, koło jedynki widzę z daleka Anię Olbrycht – machamy sobie wesoło – jaki ten świat jest mały!

Od PK 19 zaczyna się młodnikowy hardcore. Nie dość, że młodnik, to akurat po trzebieży i ścięte drzewka leżą pod nogami. Zero biegania! Największym wyzwaniem okazuje się przebieg (czy pełzanie można nazwać przebiegiem?) pomiędzy PK 22 i 23.

Tak wyglądał PK 23
Wybiegając z PK 23 na drogę znowu mijam Renatę, która zmierza dopiero do PK 20. Ona „lubi” takie przebiegi w młodnikach;-). Jeszcze PK 24 do którego dopełzam cały lepiąc się od sosnowej żywicy i dobieg do mety….. po ściętych tym razem odrostach liściastych. Nie wiem co lepsze;-) Uff… meta odpikana.

Na mecie
Chwilka odpoczynku i wracam po Renatę na PK 23 – zrobię jej kilka zdjęć z trasy;-)

W drodze na PK 24

Finisz
Trasa podziemna zaliczona, choć nie ma co się szczycić z błędów nawigacyjnych – bez lampionów jest jednak zdecydowanie trudniej. (o tu są wyniki jakby ktoś szukał) Po naniesieniu śladu na mapę wiem czemu mnie znosiło – po prostu północ na mapie jest przekoszona i te przebiegi gdzie nie było nic charakterystycznego tylko igła kompasu – tam znosiło mnie o kąt przekoszenia mapy. No cóż, może jestem za dokładny w ustalaniu północy?

piątek, 20 marca 2020

TNCZ - Groszówka

Jak już otrząsnęłam się z tej okropnej sennej imprezy, co to Tomka chciałam z domu wyrzucić, postanowiliśmy rzeczywiście przetestować to BnO w czasach zarazy. W domu, bo w domu, ale jednak pracujemy, więc mieliśmy wolne tylko popołudnia. Na szczęście, jak na zamówienie, Igor wrzucił w internety trasy na mapie Groszówka, czyli rzut beretem od nas. Michał natychmiast przygotował na podstawie tras BPK, więc uzbrojeni w telefony ruszyliśmy w las. Tomek ambitnie wbił mi w telefon najdłuższą trasę, ale ja tam nie miałam większych złudzeń, że zrobię całą. Szczególnie, że wyruszyliśmy z domu dość późno i nie wzięliśmy czołówek. Zresztą nawet jakbyśmy wzięli, to i tak bałabym się sama biegać po ciemku.
Przygotowaliśmy telefony, mapy, rozejrzeliśmy się czy żadna zaraza nie nadchodzi i szpula z samochodu. Ja wyleciałam pierwsza. Do pierwszego punktu biegłam ulicami, ale zupełnie pustymi, więc teren bezpieczny:-) Przy jedynce dogonił mnie Tomek i na dwójkę pobiegłam za nim. To znaczy on pobiegł, a ja powoli przedzierałam się przez gęsty fragment lasu coraz bardziej tracąc go z pola widzenia. Do trójki na azymut. Znalazłam dołek, słupek, karteczkę z jakąś liczbą, tylko wstążki nie było. Ponieważ Tomek mówił mi wcześniej, że będą chyba kody, więc uznałam, że karteczka to kod, a że akurat zegarem odpipał mi pierwszy kilometr, uznałam odgłos za potwierdzenie punktu i ruszyłam na czwórkę.  Czwórki nigdzie nie było, za to spotkałam znowu Tomka biegnącego w dziwnym kierunku. Po chwili bezowocnych poszukiwań postanowiłam wrócić do ścieżki i namierzyć się od niej. Zawróciłam i po chwili coś mi się zaczerwieniło w krzakach. Podeszłam, a tam... PK 4. Tyle tylko, że za nic nie chciał się odbić. Wyjęłam telefon, żeby ręcznie podbić punkt, i co widzę? Niepodbita trójka! No żesz w mordę jeża! Nie pozostało nic innego jak wrócić na trójkę, znaleźć tym razem właściwy dołek i wrócić na czwórkę. Strasznie mnie to zirytowało, ale co było robić.

Wędrówka między PK 3 i PK 4

Na szczęście dalej nawigacyjnie szło już lepiej i przemieszczałam się niemal po prostych. No właśnie - przemieszczałam się, a nie biegłam. Z  każdym kolejnym punktem byłam coraz bardziej zdegustowana tym lasem, bo albo gęstwina, albo gałęzie pod nogami, albo teren nierówny i łatwo wpaść w dziurę, a jak już przebieżnie, to na ogół pod górę. Ja wiem - złej baletnicy itd., ale tam naprawdę tak było. Najgorsze były punkty 10 i 11, jednocześnie najśmieszniejsze. Na mapie jako świetne punkty orientacyjne zaznaczone były karpy (przy PK 10 - dwie, przy PK 11  - cztery), tyle że w terenie były... same karpy, urozmaicone ściętymi drzewami. Ani przejść, ani zorientować się gdzie się jest. Zupełnie nie wiem jakim cudem znalazłam oba punkty i to bez błądzenia. Niezłego farta miałam.
Na dwunastkę to już ledwo dolazłam, bo nie dość, że przedzieranie się przez tę wycinkę dało mi w kość, to jeszcze musiałam pokonać wydmę w poprzek. Wtedy podjęłam ostateczną decyzję, że biorę jeszcze trzynastkę i wracam do samochodu. Łatwo powiedzieć, gorzej zrobić, jak się nie może trafić na ostatni punkt. Tak po prawdzie przeszłam jakieś 10 metrów od niego, ale patrzyłam w inną stronę, więc czerwień wstążki nie rzuciła mi się w oczy. Na szczęście niedaleko od punktu było ogrodzenie, od którego mogłam się namierzyć i w końcu miałam zaplanowany komplet. Ponieważ po lesie za bardzo sobie nie pobiegałam, to przynajmniej do parkingu postanowiłam polecieć ile fabryka dała. No... niewiele dała.
Przy samochodzie zorientowałam się, że kluczyki biegają razem z Tomkiem i na pewno zaliczą całą długą trasę. Tymczasem chciało mi się pić i zaczynałam stygnąć. O ile na pierwsze nie mogłam nic poradzić, to na drugie owszem - biegać dalej. Tak więc w oczekiwaniu na powrót Tomka zaliczyłam, skipy A, skipy C, sprint, ucieczkę w las przed spacerowiczami pełnymi koronawirusów, podbieg, marsz i czołganie się (to po próbie połączenia sprintu z podbiegiem). W końcu zajęłam się rozciąganiem starych kości i przy tej czynności zastał mnie Tomek, co oczywiście natychmiast uwiecznił.

I nóżka w górę!

Okazało się, że północna część trasy była jeszcze gorsza niż południowa, o czym zresztą Igor ostrzegał, więc dobrze, że odpuściłam. Tomek zaś ma niezapomniane przeżycia z przedzierania się przez groszówkową jesień średniowiecza:-)

O, tu było najgorzej!

Na weekend szykujemy się na jakąś konkretniejszą traskę i mam nadzieję, że już w fajniejszych okolicznościach przyrody.

wtorek, 17 marca 2020

Koronawirus na orientację.

Od pierwszych dni narodowej kwarantanny działa podziemie nawigacyjne (jak uroczo określił to Igor) i wbrew początkowym obawom, jest gdzie pobiegać na orientację, a nawet powiedziałabym, że możliwości z dnia na dzień są większe niż w normalnej sytuacji:-)

https://www.facebook.com/groups/1559431677541313/

Niby biegamy sobie po lesie pod domem, ale orientacja, to orientacja. Tomek zarządził więc, że jedziemy przetestować koronowirusową trasę. Miało być kameralnie - tylko my dwoje, bo trasa wisi cały czas i nie ma stałej godziny biegania. Tymczasem na miejscu okazało się, że jednak impreza zaplanowana jest z całym rozmachem. Kiedy dojeżdżaliśmy właśnie do biegu liniowego startowała młodzież szkolna  tłumnie dopingowana przez kolegów, znajomych, rodziny. Orientaliści gromadzili się  w szkole, na sali gimnastycznej. Całość imprezy zabezpieczała Straż Pożarna.
Ja od razu kategorycznie zaprotestowałam przeciwko udziałowi w tym zgromadzeniu, ale Tomek uparł się, że jak już przyjechaliśmy, to chce pobiegać. On poszedł na odprawę przed biegiem, ja zakotwiczyłam w okolicach kibla, bo ze stresu mój żołądek zamienił się w wirówko-rozdrabniarko-mikser, co spowodowało wiadome konsekwencje. W końcu pobiegli, a ja nie mając jak wrócić do domu, czekałam na koniec imprezy, włócząc się po opustoszałym w końcu terenie szkoły. Kiedy wreszcie po ponad godzinie Tomek wrócił cały szczęśliwy, zakomunikowałam mu:
- Jak się nie umyjesz i nie przebierzesz, to nie wracam z tobą!
Drobnym problemem był brak ubrania na zmianę, ale twardo wyegzekwowałam zdjęcie i schowanie do szczelnego worka niemal całej garderoby zostawiając elementy niezbędne do zachowania przyzwoitości. Umycie się w umywalce też okazało się zadaniem niemal ekwilibrystycznym, ale nie odpuściłam. W samochodzie przezornie usiadłam z tylu, po przekątnej. Przez całą drogę powrotną zastanawiałam się jak najdelikatniej powiedzieć Tomkowi, że nie będzie mógł wejść do domu przez co najmniej dwa tygodnie i musi sobie jakoś sam poradzić - znaleźć lokum (pod mostem?), zorganizować sobie zaopatrzenie i wszystko co potrzebne do przetrwania. No bo przecież nie mogłam pozwolić żeby pozarażał nas wszystkich. W końcu podjechaliśmy pod dom i nastąpił ten najtrudniejszy moment....
I nie wyobrażacie sobie jak bardzo byłam szczęśliwa, kiedy obudziłam się we własnym łóżku i nie musiałam wyrzucać Tomka z domu.
Tak że uważajcie z tymi imprezami....

niedziela, 15 marca 2020

Ostatnie pobieganie...

Tak się długo zbieram do opisania tego ZZK, bo mam wrażenie, że potem to już tylko zamknąć bloga i koniec, kropka, pl. I, że gdybym wiedziała, że to ostatnie takie bieganie w najbliższym czasie, to zupełnie inaczej bym to zrobiła. Wcale nie spieszyłabym się ze startem, nie leciałabym byle prędzej, ba - nawet może i specjalnie bym się zgubiła, żeby przeżyć jakiś dreszczyk emocji.
Do Legionowa przyjechaliśmy prawie pół godziny przed minutą zero, ale ponieważ trasa była już rozstawiona, mogliśmy niemal od razu wystartować.

 Clear, check i staaart!

Pierwszy punkt był prawie na przeciwległym końcu mapy, daleko od startu i zastanawialiśmy się z Tomkiem jak najlepiej zacząć. W końcu ja postanowiłam pobiec naokoło drogami, on - na azymut, po prostej. Tak sobie biegłam tą drogą i wyszło mi, że muszę pół mapy oblecieć i w sumie to tak średnio się kalkuluje. Kiedy więc doleciałam do poprzecznej ścieżki, skręciłam w nią, a kiedy kawałek dalej się skończyła, pobiegłam na azymut. Po drodze odwiedziła PK 7, a w okolicy jedynki z daleka zobaczyłam Tomka. W sumie to trochę naprowadził mnie na punkt, bo znowu ściągało mnie w prawo. Dwójka była blisko i jeszcze widziałam przed sobą Tomka, ale w drodze na trójkę odpadłam. Nie żeby Tomek był mi do czegoś potrzebny, ale według tego jak długo widzę jego plecy, mogłam szacować swój czas:-) Jak już te plecy całkiem zniknęły mi z oczu, mogłam skupić się na mapie i od razu zaczęłam lepiej nawigować. Na kolejne punkty trafiałam bez najmniejszych problemów, pominąwszy problemy kondycyjne. Niby jakiś wielkich gór nie było, ale te niewielkie wzniesienia i tak dawały mi w kość. Szczególnie, że twardo usiłowałam na nie wbiegać, a nie wchodzić. Za piętnastką poratowałam dobrą radą Bartka, który trochę się zapędził w poszukiwaniu dziesiątki i szukał nie na tych dołkach, co trzeba. Z piętnastki na szesnastkę znowu był długaśny przebieg i znowu zniosło mnie mocno na prawo. Uratował mnie paśnik, na który się natknęłam i który był zaznaczony na mapie. Od paśnika pobiegłam do drogi i od niej atakowałam PK 16. Przy ostatnim lampionie czekał Tomek, chociaż spodziewałam się go już gdzieś koło osiemnastki. Ja taka szybka, czy on taka maruda? Na mecie oczywiście drobna sesja zdjęciowa, a potem rezygnacja z kiełbasek i ciastek i odwrót do domu.


A gdybym wiedziała, że to ostatnia impreza to zeżarłabym i jedno i drugie i wcale, ale to wcale nie miałabym wyrzutów sumienia.

środa, 11 marca 2020

Parkrun i bezdroża w Wesołej

W drodze na parkrun Tomek wypytywał mnie jaką strategię planuję na bieg. No to raz, dwa wymyśliłam, że pierwszy kilometr truchtam powoli, drugi lekko przyspieszam, trzeci lecę szybko, czwarty ciut wolniej, no bo już się zmęczę, a ostatni  na full jeśli dam radę.W sumie całkiem niezła strategia, więc postanowiłam ją zastosować. I wiecie co? Udało się. Poszło lepiej niż tydzień wcześniej. Nie, rekordu nie pobiłam (i pewnie już się nawet do niego nie zbliżę), ale zawsze coś.
Ponieważ w sobotę wypadał prawie 8 marca, więc na mecie każda pani otrzymywała tulipana, ale musiała go przechwycić w locie, chyba, że nie biegła szybko. Mi się udało i nawet mam fotkę z przechwytu, ale Tomek mówi, że wyglądam na nim jak chytra baba z Radomia, więc nie pokażę, trudno. Ale mogę pokazać fotę z ramką. O, taką:

Fota w ramce.

Po biegu od razu ewakuowaliśmy się, no bo WesolInO. A na WesolInO znowu trasa C była bez dróg. Tym razem postanowiłam zaryzykować i podjąć wyzwanie. Zresztą przypomniałam sobie, że po tym terenie już biegałam na mapie bez dróg i właściwie to było nawet łatwiej niż z drogami. Jeszcze w piątek wieczorem próbowałam nauczyć się tych dróg na pamięć, żeby mniej więcej wiedzieć jak lecą, ale z moją sklerozą to nie miało szansy się udać. A potem okazało się, że drogi to w zasadzie do niczego nie są potrzebne, bo i bez nich leciałam z punktu na punkt bezproblemowo. No dobra, przy pierwszym trochę za głęboko i za wcześnie weszłam w las, ale od razu się zorientowałam, więc nawet nie można uznać tego za jakieś tam błądzenie.
Punkty tradycyjnie położone były naprzemiennie po przeciwległych stronach wydmy, żebyśmy mogli sobie poćwiczyć podbiegi i zbiegi. Ze zbiegami to nawet mi szło, gorzej z podbiegami, ale starałam się ze wszystkich sił. W każdym razie zmęczyłam się uczciwie i nie mam sobie nic do zarzucenia:-)
A tak sobie radziłam bez dróg:


czwartek, 5 marca 2020

ZZK w Chotomowie.

Coraz bardziej kocham Zimowe Zawody Kontrolne, a tu jak na złość zima się kończy. W niedzielę byliśmy na przedostatnim spotkaniu, w Chotomowie.  Ambitnie zapisałam się na najdłuższą trasę, ale taką w pełni pełną, czyli z drogami i bez niespodzianek.
Zaczęłam od sczytania czipa, bo po bieganiu w Twierdzy Modlin byłam tak rozemocjonowana, że w ogóle nie myślałam o takim drobiazgu i dopiero kiedy w domu chciałam przeanalizować swój bieg okazało się, że nie mam wyników. Na szczęście dało się to nadrobić:-)
Przed ruszeniem na trasę dokładnie obejrzałam mapę, żeby odpowiednio nastawić się psychicznie. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to okropnie długi przebieg z jedynki na dwójkę, oraz bogactwo rzeźby.
Jedynka (jak to zwykle) była lajtowa, aczkolwiek zauważyłam, że z lekka ściąga mnie w prawo. Miejsce jednak było tak charakterystyczne, że rozsądniej było kierować się oczami niż kompasem. Dwójki trochę się bałam, bo na tak długim przelocie można narobić bardzo dużo błędów, a jak się skumulują, to człowiek nagle znajduje się w czarnej d... i nie wie co robić. Większość osób poleciała na azymut, ale ja postanowiłam dobiec do drogi i potem się jej trzymać. Nawet jeśli coś tam nadłożyłam, to skórka była warta wyprawki, bo na miejsce trafiłam bezproblemowo i bezstresowo.. Stres to miałam jak zobaczyłam gdzie wisi lampion. To znaczy, górka może i nie była jakoś dramatycznie wysoka, ale za to dość stroma, taka skondensowana w swojej górkowatości.

 PK 2/13

Trójki szukałam już prawie przy siódemce, bo zamiast patrzeć na kierunek, w jakim mam lecieć, to ja sobie wygodnie podążałam ścieżką, a że ścieżka skręciła nie tam gdzie trzeba... Taki drobiazg. Na szczęście szybko się ogarnęłam  i zawróciłam.
Aż do dziewiątki szło bezbłędnie, a dziesiątki musiałam chwilę szukać. Dziesiątka była tożsama z siódemką, ale przy ataku z innej strony, jakoś wszystko wyglądało inaczej i nic mi nie pomógł fakt, że dopiero co tam byłam.
Na jedenastkę i dwunastkę znowu znosiło mnie w prawo, ale widząc, że inni lecą bardziej w lewo, zaczęłam zwracać większą uwagę na ukształtowanie terenu niż  na kompas.
Trzynastka to znowu ta sama górka co dwójka i kolejna wspinaczka na szczyt. To znaczy - dla mnie wspinaczka, bo byli tacy, co hyc, hyc i już na górze:-)
Reszta trasy bez nawigacyjnych niespodzianek, ale za to między PK 16, a PK 17 na mapie mieliśmy na niebiesko zaznaczone bagienko. Trochę liczyłam na to, że będzie wyschnięte, ale nawet gdyby nie było i tak planowałam przedrzeć się po prostej, bez żadnego obchodzenia. Na szczęście było sucho i tylko trochę niewygodnie ze względu na roślinność. Przy PK 17 czekał Tomek, bo znudziło mu się na mecie. Dzięki temu mam fotki z trasy:

PK 17

PK 18

I efektowny dobieg do mety.

Zamiast 7,4 km udało mi się nabiegać ponad 9 i czułam je w nogach, plecach i całym człowieku. Ale to takie fajne zmęczenie i teraz nie mogę doczekać się kolejnej, niestety chyba już ostatniej tej "zimy", rundy.
A wiecie co jest najfajniejsze w tym całym ZZK? Nie ma żadnych rankingów, dzięki czemu nigdy nie jestem ostatnia:-))))


Tak biegłam/szłam. Nie miał kto podpisać punktów:-(

niedziela, 1 marca 2020

Ech te dołki....

Falenica zawsze kojarzy mi się z dzieciństwem. Zawsze czekam na punkty gdzieś koło domu, w miejscach gdzie się za młodu bawiłem. Były już kiedyś lampiony w dołku, gdzie budowaliśmy ziemiankę, był lampion w dołku, gdzie graliśmy na gitarach… Ciekawe gdzie będzie na tym FallInO?

Janek zapowiedział trasę ponad 8 km, czyli jakieś 10 km w praktyce. Jak nic pobiegniemy gdzieś do Pomnika Lotników – choć z drugiej strony mapa BnO tak daleko nie sięga. Zobaczymy.

Dostaliśmy mapę i pobiegliśmy. Tak dla jasności – tradycyjnie po Parkrunie, gdzie zacząłem umierać po trzecim kilometrze. Jeszcze nie udało mi się pobić życiówki z zeszłego roku, ale zaczyna się regularność zwiastująca, że niedługo się to uda;-)

Takie rzeczy to tylko na Parkrunie;-)

Pierwszy PK gdzieś tam za zabudowaniami koło startu FBG. Oczywiście pobiegłem nieoptymalną ścieżką, ale i tak wyprzedziłem zawodnika z trasy B, który startował w tej samej lub nawet wcześniejszej minucie. PK 2 za wydmą FBG. Nawet bezproblemowo udało mi się przedrzeć przez szpaler Biegaczy Górskich – biegali jakoś tak niemrawo;-). Przy odbiegu z PK 2 zaliczony pierwszy orzeł (jak się próbuje patrzeć na mapę w czasie biegania, to widomo ;-) PK 3 na przepuście przy cmentarzu. Dobiegam samotnie, bo zgubiłem zupełnie zawodnika, co go wyprzedziłam przy PK 1. Dobiegam i nie ma lampionu. Wczołguję się do przepustu, na wszelki wypadek sprawdzam z drugiej strony drogi – lampionu brak. Przybiega jakaś dziewczyna i także szuka, ale lampionu nie ma. Ponad minuta straty na szukanie tego, czego nie ma. Lecę dalej. Tym razem skrótem, co go nie obczaiłem na jednej z poprzednich edycji. Strasznie długi przebieg. Na wydmie za ul. Podkowy miga mi Ula w bajecznie kolorowym stroju biegowym. Potem gdzieś ginie i nagle pojawia mi się za plecami gdy dobiegam do młodnika pod Łysą. Musiała pobiec jakoś dziwnie naokoło. Mam PK 4. Pod PK 5 można podbiec ścieżką i tylko końcówkę na azymut. Przyspieszam. PK 5 ma być gdzieś przy młodniku. Ścieżka się kończy, widzę młodnik, więc biegnę na azymut, a właściwie na oko. Za młodnikiem ma być dołek i lampion. Tyle, że nie ma ani dołka, ani lampionu. Pojawia się zaś ścieżka na szczycie wydmy. Okrążam młodnik – jakaś grupka śniadaniuje na stoliku wbitym w ziemię. Zerkam zdezorientowany na mapę… może to nie ten młodnik? Rozglądam się – coś tam dalej widać gęściejszego i jakaś taka „polanka”, a PK 5 miał być na końcu podłużnej polanki. Biegnę tam. Widzą tylko starszego Paprocha gnającego w poprzek. Staję i patrzę na mapę – może oni biegną do PK 13? To byłbym za daleko na południe. Wracam, ale coś mi się nie zgadza. Dostrzegam jeszcze jedne zarośla, ruszam w ich kierunku… i widzę przed sobą strzelnicę. Dobra – wiem gdzie jestem. I olśnienie – ten młodnik ma być po drugiej stronie wydmy. Zawracam. Po chwili z naprzeciwka nadbiega Ula, którą odsadziłem przed poprzednim PK – ona już jest po PK 5, a ja dopiero do niego biegnę;-( Dobre 6 minut w plecy;-(

Teraz zaczyna się hardcore – PK 6 – teren gdzie wariuje kompas (tak, tu są anomalie i można się fajnie zakręcić patrząc na igłę kompasu), a sam lampion na jakimś mało widocznym dołku w praktycznie płaskim terenie. Dodatkowo teren jest pokryty ściętymi gałęziami i odrostami. Zostaje próbować lecieć na wskazania niedokładnego kompasu. Dołek po chwili znajduję, ale nie w tym miejscu co się go spodziewałem. Późniejsza analiza śladu potwierdza moje obiekcje – lampion był nie w tym dołku co trzeba;-( Przede mną PK 7. Także niełatwy do znalezienia. Na azymucie znajduję serię dużych dołów. Odmierzam się od ostatniego, mam gdzieś po prawej mieć plamkę zieleni, a szukam jakiegoś fragmentu ogrodzenia. Nie znajduję, lampionu także nie widzę. Widzą dalej ścieżkę, którą jedzie rowerzysta – muszę być za daleko. Wracam i dostrzegam lampion – stanowczo za daleko od miejsca gdzie go szukałem. I oczywiście żadnego ogrodzenia nie widać. Znowu późniejsza analiza śladu mówi, że mógłbym go szukać długo, bo na mapie był zaznaczony w innym miejscu.

Na czerwono miejsca gdzie wisiały lampiony

Dobra, lecimy dalej, choć oba te punkty to po 2-3 minuty straty. Na PK 8 pasuje biec po prostej przez teren odkryty. Tyle, że teren odkryty okazuje się młodnikiem, takim ze 2-3 metry wysokości, więc zupełnie nieprzebieżnym. Trzeba okrążać. W nogach po Parkrunie i sześciu km FallInO zaczyna brakować siły. Pod wydmę do PK 9 podchodzę, a nie podbiegam. Dobrze, że dalej jest z górki;-) Ale przynajmniej zaczyna iść dobrze z trafianiem na punkty. Na PK 15, koło ul. Narcyzowej wyprzedza mnie jakiś szybkobiegacz – biegnie tak na oko dwa razy szybciej niż ja!

PK 16 tuż obok mojego domu – do mety jeszcze 4 punkty. PK 17 w dołu, gdzie mieliśmy swoją bazę w dzieciństwie (ale dołek się zmienił, las wyrósł, ledwo można poznać). Przy PK 17 dogania mnie konkurencja. Ale taka biegnąca ostatkiem sił. Pod górę chodzi, biegnie niemrawo – jednak ciut szybciej niż ja. PK 20 znowu stoi nie w tym dołku co powinien, ale tu mapa od zawsze jest mało aktualna. Uff, nareszcie dobieg do mety, choć z powodu wpadek i problemów z lokalizacją PK wynik niezbyt rewelacyjny;-( Tym razem lepiej poszło Renacie – czekała na mnie już na mecie, gdy dobiegłem.

Nie ma o czym pisać...

Wczoraj byliśmy na parkrunie i na FalInO, a ja nie mam o czym pisać. Tak to jest jak za dobrze pójdzie. Na parkrunie postanowiłam nie wysilać się, żeby starczyło sił na dłuższą niż zwykle orientację, więc zaczęłam spokojnie, a skoro nie zużyłam się od razu, mogłam potem przyspieszyć Wynik poniżej 29 minut w pełni mnie usatysfakcjonował.

 Parkrun - przed startem.

 Na FalInO wzięłam mapę, pobiegłam, nie zgubiłam się, podbiłam wszystko, wróciłam w przyzwoitym czasie i... już.
Za to Tomek... Oooo, on miał różne przygody. Zaraz się pochwali. Zaglądajcie.

Rozciąganie pośladka:-)