piątek, 16 lutego 2018

Ujazdów nocą

Po raz kolejny musiałam stoczyć walkę sama z sobą, bo jedna część mnie mówiła: "zostań w domu, będzie ci ciepło, nie zmęczysz się, odpoczniesz", a druga kusiła: "jedź, poruszasz się trochę, podtrzymasz formę (he, he), spotkasz znajomych, no i masz opłacony start". Zupełnie niespodziewanie wygrało moje drugie ja i dzięki temu mogłam zobaczyć jak wygląda Ujazdów nocą. No dobra, z tym zobaczeniem to trochę przesadziłam, bo co można zobaczyć nocą, przy prószącym śniegu i do tego usiłując biegać. W sumie o tym, że za bardzo nie będzie biegania dowiedziałam się już na odcinku między samochodem, a bazą, bo dojście po śliskim chodniku wymagało nie lada sztuki. Ci co biegają na poważnie przyszli uzbrojeni w kolce, więc oni mogli sobie poszaleć. Biegali też wariaci, tacy jak Tomek, ale ja bardzo bałam się żeby nie uszkodzić sobie niczego przed Skorpionem, więc nastawiłam się na opcję: chodzenie. Wiadomo, że stary człowiek nie zrasta się tak szybko jak młody.
Start był oddalony od bazy o jakieś 500 metrów i dobrze, że wyszliśmy wcześniej, bo spokojnym marszem to jednak chwilę schodzi.

W oczekiwaniu na start

Trasa trochę zweryfikowała moje negatywne nastawienie do biegania, bo chyba ze trzy razy po trawniku jednak przebiegłam się, za to na każdych schodach niemal czołgałam się na czworakach. Przy PK 13/18 już myślałam, że będę musiała się poddać właśnie z powodu schodów, ale jakiś miły zawodnik zaczął mnie zachęcać do zejścia i przekonywać, że dam radę. Faktycznie - udało się, ale mój wyczyn musiał wyglądać iście kuriozalnie, szczególnie w porównaniu do osób swobodnie zbiegających z górki obok schodów. Cóż, może i jestem tchórz, ale za to tchórz w jednym kawałku, a nie połamany:-)
Tak więc maszerowałam sobie między punktami i nawet nie, że się nie spociłam - ja chwilami wręcz marzłam, bo ubrałam się jak na bieganie. Żeby tylko nie było z tego kataru!
Kilka pierwszych punktów organizatorzy umieścili na prywatnych posesjach (pewnie zaprzyjaźnionych osób) i to wprawiło mnie w totalną konsternację. Wychowano mnie w poszanowaniu cudzej własności, więc wdzieranie się komuś na podwórko uznałam za wielki nietakt, w związku z czym stałam na ulicy i czekałam aż nadbiegnie jakiś uczestnik żeby zobaczyć, co zrobi. Wszyscy bez oporów latali mieszkańcom pod oknami, przemknęłam się i ja, choć z dużym niesmakiem. Chyba zbyt staroświecka jestem na takie ekscesy.
Z PK 11 na PK 12 miałam dylemat - nadkładać z lewej, czy z prawej strony? Żadnych karkołomnych schodów nie znalazłam w najbliższej okolicy, a wdzierania się na skarpę na krechę nawet nie brałam pod uwagę. Ale widziałam śmiałków, co tylko śmigali. Tomek twierdzi, że też wbiegł na krechę.
W lekkie oszołomienie wprawiła mnie odległość  między PK 21 i PK 22, bo praktycznie trzeba było przelecieć całą szerokość mapy. Jako, że nie idę na łatwiznę, wybrałam wariant z największą ilością schodów po drodze, co skutecznie wydłużyło mój pobyt na trasie. Tym sposobem w pełni wykorzystałam wpisowe i mam chyba najlepszy przelicznik zł/km ze wszystkich:-) Wystartowałam jako druga w mojej kategorii, a dotarłam na metę ostatnia.
Tomek, który startował jakieś 17 minut po mnie, minął mnie już gdzieś w połowie trasy i kiedy ja w końcu dotarłam na metę, on już czekał w pozycji fotoreporterskiej.

Radość z bezpiecznego dotarcia na metę.

Kusaki z Bepekiem

Na drugą część Kusaków pojechałam z zupełnie pustą głową. Obejrzałam mapę i... nic. Całkowity brak pomysłu co z nią zrobić. Po dłuuugim wpatrywaniu się w końcu udało mi się połączyć dwa wycinki i na tym koniec. Tomek połączył ze sobą dwa kolejne, a reszta nijak nie chciała nam się poskładać. Po ilości PK do zebrania od razu pomyśleliśmy, że muszą być punkty podwójne, a kto wie, czy i nie potrójne, ale jakoś nie potrafiliśmy wytypować, które to będą. Postanowiliśmy więc zacząć od tego co blisko startu, z nadzieją, że potem coś wymyślimy. Z PK D poszliśmy na wycinek, który na starcie udało mi się połączyć, a potem z powrotem na D, bo Tomek wypatrzył, że jednak był on podwójny. Z którym? - nawet nie pamiętam. Potem przestałam ogarniać jeszcze bardziej niż na starcie i poza kilkoma krótkimi przebłyskami inteligencji, całkowicie zdałam się na Tomka. Ogólnie to biegaliśmy tam i z powrotem, bo co chwilę okazywało się, że jakiś punkt jest wielokrotny, a lidarów nie udało nam się w ogóle rozpracować. To znaczy Tomek cały czas twierdził, że wie gdzie co jest, ale jakoś wyniki etapu przeczą temu - wszystkie trzy stowarzysze mieliśmy właśnie z lidarowych wycinków. Tradycyjnie polegliśmy na zadaniach, chociaż nie tak całkiem bo częściowo mieliśmy dobrze. A już na pewno drugie zadanie drugie, bo nie dostaliśmy punktów karnych, co dowodzi wyższości wina białego nad winem czerwonym:-)
Ogólnie to nałaziliśmy się strasznie, bo chodząc na czuja to tak wychodzi i jeszcze zarobiliśmy 29 lekkich minut. I wcale nie byliśmy rekordzistami, bo parę osób wpadło nawet w ciężkie. Tyle, że oni w końcu wyczesali właściwe punkty i nie mieli stowarzyszy.

Na mecie spodziewałam się znowu pączków i srodze się zawiodłam. Co prawda na pączki nawet nie powinnam patrzyć, a co dopiero jeść, ale i tak uważam, że pączusie są fajne. Chapnęłam więc kawałek ciasto na wzmocnienie, bo przecież zapisaliśmy się jeszcze na bepeka i wypadało pobiec. Nie żeby mi się jeszcze chciało po tym łażeniu biegać, ale wiedziałam, że Tomek nie odpuści,  a marznąć w oczekiwaniu na jego powrót nie chciało mi się jeszcze bardziej niż biegać.
Mapa przewidywała dystans ok. 5 kilometrów, co z uwagi na późną godzinę i przebyte wcześniej kilometry wywołało mój spontaniczny wewnętrzny sprzeciw. Rzuciłam hasło, że może pobiegniemy na kilka punktów, Tomek przytaknął i ... pobiegliśmy na całość. To była taka miła odmiana po Kusakach, bo wreszcie od pierwszego spojrzenia na mapę wiadomo było gdzie biec i nic nie trzeba było kombinować. Dwie rzeczy tylko sprawiały mi trudność - czytanie mapy w biegu (w marszu już mi trochę wychodzi) i zapamiętanie, na których punktach już byliśmy żeby nie lecieć dwa razy w to samo miejsce. Jak jest kolejność obowiązkowa, to jakoś łatwiej, przy screlaufie mam zawsze z tym problem. Na końcówce zaczęłam już wymiękać i wyraźnie zwolniłam, za to Tomek na dobiegu do mety zaczął ścigać się z Mariuszem. Ja tam sobie spokojnie doczłapałam w swoim tempie.
A mieliśmy od środy oszczędzać się na Skorpiona i nie przetrenowywać się.

środa, 14 lutego 2018

Orient 2018

W niedzielę na Orient mieliśmy jeszcze bliżej niż na sobotnie WesolInO, choć oba odbywały się w Wesołej. W sumie jak dla mnie to zawsze tak by mogło być, szczególnie, że już zaczynam ogarniać teren.
Przed zawodami MKInO ogłosiła wyniki konkursów wszelakiej maści za ubiegły rok, wręczono dyplomy, upominki i rozlosowano wejściówki na różne imprezy. I ja i Tomek załapaliśmy się na te wszystkie atrakcje, a jedna z rund naszych Rodzinnych MnO nawet zajęła pierwsze miejsce w kategorii imprez jednoetapowych.




Po wszystkich tych okolicznościowych atrakcjach mogliśmy w końcu ruszyć na trasę. Na pierwszy ogień poszły "Olimpijskie zmagania" w postaci  kół olimpijskich, które choć z niepełną treścią to nawet mniej więcej dały się złożyć ze sobą. Częściowo kierując się mapą, a częściowo znajomością terenu, po którym już wiele razy biegaliśmy, raz dwa pozbieraliśmy co było do pozbierania, nawet z PK 10, który leżał na poziomnicy i musieliśmy tę poziomnicę rękami odgrzebywać spod śniegu:-) Problematyczny okazał się PK 5, który nie stał tam, gdzie się wszyscy tego spodziewali i w efekcie komisyjnie uznaliśmy, że nie pozostaje nic innego jak wbicie BPK.

 Obrady komisji.

Mimo to etap jestem skłonna zakwalifikować do lekkich, łatwych i przyjemnych.
Mapa drugiego etapu prezentowała się już groźniej, głównie z powodu lidarowych wycinków. Na ogarnięcie lidarów to ja wciąż potrzebuję dużo czasu, a limity jakoś tego nie przewidują. Na szczęście Tomek rozgryza je znacznie szybciej. W sumie etap byłby nie taki najgorszy gdyby nie kolejny wysyp punktów na poziomnicach i niedokładne rozstawienie w terenie. Ale daliśmy radę.


Podczas całej trasy jeden jedyny raz dałam Tomkowi kartę startową do ręki, żeby spisał numer ze słupa potrzebny do PK 4 i co? I oczywiście się pomylił i wpisał nie ten co trzeba Potem kombinował jak by to zmienić i jak nic będziemy mieli co najmniej opis.

Próba zatuszowania błędu:-)

Po etapach chodzonych mieliśmy w planach jeszcze BnO, ale pobiegł tylko Tomek, bo ja zapomniałam wziąć softshella, a w grubej kurtce ciężko się biega. Niby mogłam pójść turystycznie na  krótką trasę i przespacerować się, ale jakoś mi się odechciało. Zresztą swoją normę ruchu już wyrobiłam, to po co przeginać. Trzeba oszczędzać nogi, bo kalendarz imprez bogaty aż do przesady.

niedziela, 11 lutego 2018

WesolInO - runda 4

W sobotę znowu mieliśmy imprezę blisko domu. Pojechaliśmy pobiegać na WesolInO.
 Źle zaczęłam już od punktu pierwszego. Nie żeby był trudny, ale uległam sugestii. Nie wiem dlaczego założyłam, że parka biegnąca przede mną też leci na ten sam punkt co ja i bezmyślnie pobiegłam za nimi. Dobrze, że wyrobiłam sobie nawyk sprawdzania kodów i to uratowało mnie od wbicia punktu z męskiej trasy. Ta pomyłka zmobilizowała mnie do ogarnięcia się i na PK 2, 3 i 4 trafiłam jak po sznurku. PK 5 nie mogłam znaleźć - górka była, dołki były (nawet więcej niż na mapie), wykrot był, a lampionu ani śladu. Zupełnie jak na FalInO - nawet ten sam numer punktu. Od razu pomyślałam, że może tak jak tam, zapomnieli rozstawić, ale dla pewności pokrążyłam chwilę po okolicy. Do poszukiwań dołączyła jeszcze jedna zawodniczka, ale nic nie znalazłyśmy. Postanowiłam biec na szóstkę - jeśli trafię azymutem, to znaczy, że piątki nie było i nie ma dyskusji.

 Po zawodach okazało się, że piątka owszem była, ale źle postawiona i ci co szukali w szerszym zakresie - znaleźli ją. Ja tam uważam, że wcale nie miałam takiego obowiązku, bo punkt ma stać tam, gdzie jest zaznaczony na mapie. Ponieważ szóstka wyszła mi idealnie z azymutu, więc nie miałam żadnych wyrzutów sumienia, że nie znalazłam piątki i pobiegłam na kolejne punkty.
Siódemkę i ósemkę znalazłam bezproblemowo lecąc na azymut i nie zawracając sobie głowy drogami. Nie wykluczam, że przedzieranie się przez las trochę mnie spowolniło, ale ostatecznie nigdzie mi się przecież nie spieszyło - sobota była:-)
 Na dziewiątkę dla odmiany chciałam cywilizowanie po ścieżkach, to oczywiście pogubiłam się i musiałam kawałek wracać. A nawet nie tyle pogubiłam, co przegapiłam ścieżkę, w którą chciałam skręcić. Ale to był błąd łatwy do naprawienia.
Na dziesiątkę za Chiny Ludowe nie mogłam trafić. Jakiegoś totalnego zaćmienia doznałam i w pewnym momencie już kompletnie nie wiedziałam gdzie jestem. To znaczy tak z grubsza wiedziałam (aż tak źle nie było), ale z grubsza raczej nie pozwala trafić precyzyjnie na punkt. W efekcie ratowałam się inostradą, czyli ścieżką wydeptaną przez wcześniejszych biegaczy. Doprowadziła mnie ona na punkt, kod się zgadzał, ale nic poza tym - otoczenie totalnie inne niż być powinno i co zrobisz? Pomyślałam sobie, że to kolejny punkt źle rozstawiony i wbiłam. Okazało się, że przy stawianiu lampionów komuś dwa z nich zamieniły się wzajemnie miejscami i nawet na starcie była o tym informacja, w postaci kartki naklejonej na szybę samochodu. Kto dopytał o co chodzi - wiedział, kto nie dopytał - nie wiedział. No i jeszcze trzeba było o tym nie zapomnieć. 


 Z dziesiątki na jedenastkę pobiegłam jakoś dziwnie zakosami i zupełnie nie wiem dlaczego, bo było blisko i łatwo. Na dwunastkę chciałam lecieć na azymut, ale zamiast z jedenastki ustawiłam go z dziesiątki - totalne zaćmienie! Oczywiście to nie mogło się udać:-( Widziałam jak konkurencja biegnie w zupełnie innym kierunku i nawet to mnie nie zastanowiło. W końcu zorientowałam się, że coś jest nie halo i nawet doszłam do tego na której ścieżce jestem, ale w którym jej kawałku - nie miałam pojęcia. Na szczęście kawałek dalej zauważyłam Beatę, podbiegłam do niej i wydobyłam zeznania, gdzie jesteśmy. No, teraz to mogłam lecieć po dwunastkę.


Trzynastka była już banalna i nawet na metę udało mi się dotrzeć. A na mecie, o dziwo, nie zastałam Tomka. W końcu odpytałam organizatorów, czy aby taki jeszcze się błąka po lesie i okazało się, że wrócił, ale postanowił potruchtać trochę. Jako, że nie miałam zamiaru być gorsza, też ruszyłam na trasę, którą robią uczestnicy Wesołych Biegów Górskich, bo i tak od jakiegoś czasu chodziło mi to po głowie. Trasa zaczynała się od dłuuuugieeeego podbiegu, ale dałam radę i pokonałam go biegiem. Gdzieś za pierwszym zakrętem dogonił mnie Tomek, który po jednej pętelce biegu dowiedział się, że właśnie niedawno ruszyłam na trasę i tym sposobem załapał się na drugą pętelkę. Ponieważ był już zmęczony po pierwszej, mogliśmy biec w jednym tempie i nie odstawałam, a nawet było mi ciut łatwiej. Wszystkie mordercze podbiegi udało mi się przebyć nie przechodząc do marszu i na metę wpadłam dumna i blada.

 Po dobiegnięciu. Napis: START to tylko zmyłka:-)

 Po biegu obowiązkowe rozciąganie się, ale nie za długie, bo zaczęliśmy stygnąć:

Strasznie wysoki był ten szlaban i mało mi nogi nie urwało.

O ile z drugiego biegu jestem dumna, to o BnO wolałabym zapomnieć, bo słabiutko mi to wyszło. Ciekawa byłam czy dostanę NKL za tę piątkę i dziesiątkę, ale organizatorzy najwyraźniej wzięli odpowiedzialność za swoje błędy i sklasyfikowali mnie. No, chyba, że to jakieś przeoczenie. Ale w sumie czy to ma jakieś znaczenie?

sobota, 10 lutego 2018

Tłusta kocia miauka

Tłusty czwartek – wiadomo, że wtedy pączki wychodzą boczkami. Dokładnie boczkami, skokowo zwiększając wagę człowieka i skutecznie niwelując efekty katuszy takich jak drakońska dieta czy wyciskanie siódmych potów na siłowni. Aby zachować ostatki przyzwoitości zostaje iść na Kusaki.
Kusaki jak to kusaki – mapy tworzone w stanie przesycenia „tłustymi” potrawami zwykle przyprawiają o kolorowy zawrót głowy. Tym razem autor jak zwykle się postarał i zaserwował nam „Czarnyj kat Kus czyli na kocią miaukę” - cokolwiek to znaczy. Niby nic skomplikowanego, brak luster i schemat, ale na tyle  niepełna treść, że jednak łatwo nie było. Jak wiadomo, w takich przypadkach najtrudniej jest przebrnąć przez opis, napisany językiem dziwnie niezrozumiałym, choć niby po polsku.
Na starcie udało nam się coś tam dopasować, ale aby użyć schematu przyszło nam do głowy w połowie drogi do pierwszego PK. Udało się wpaść na PK 9 i oczywiście zapomnieliśmy o zadaniu związanym z tym PK.  Potem poszliśmy szukać PK 10 (oczywiście naokoło parkingu). No cóż, mapa tu była dosyć abstrakcyjna i przypadkiem wpadłem na lampion ukryty w koszu na śmieci;-)
Potem nastała chwila miotania się. Próbowaliśmy dopasować PK 8, ale nie było drzewa. Udało się wpaść, że jesteśmy na kawałku PK 6 i PK 5, potem znaleźliśmy szkołę z PK 17 (podwójnego).
Tu dopadła nas Ewa i dalej poszliśmy razem w kierunku PK 22/4. Nie wiem jak ona to robi, ale chodzi tempem w jakim ja biegam!
Dotrzymywaliśmy jej kroku do ulicy Kinowej, ale dalej znikła nam z radaru.  Nie powiem abyśmy szli optymalnie, ale dobiliśmy do wymaganej liczby PK. Zostały jeszcze zadania. Trzeba było wrócić się na PK 9 i szukać „Stacji” na azymucie 328. Azymut jak nic wyprowadzał nas w okolice PK 10. Znowu obeszliśmy parking i zastanawialiśmy się, czy szukać stacji na placu zabaw, czy na domu. Bo wiadomo - stacje mogą być różne. Jakaś lokomotywa na placu zabaw miałaby sens. Także jakaś stacja transformatorowa czy uzdatniania wody ukryta w okolicznej górce. Niestety, nic takiego nie było. Na azymucie wreszcie znalazłem jakąś skrzynkę telekomunikacyjną z liczbami. Znając zawód autora mapy skrzynka mi się spodobała, bo można ją potraktować jako stację przekaźnikową/telekomunikacyjną, tym bardziej, że miała ona jakieś numerki do spisania. Został nam powrót na metę i ostatnie zadanie. Akurat PK 10 spełniał warunki zadania, więc pracowicie liczyłem kroki na metę. Wiadomo, nie szliśmy po linii prostej, więc trzeba było wynik odpowiednio oszacować. Tu nastąpiła rozbieżność zdań, więc na karcie pojawiły się dwie wersje odpowiedzi z podaniem ich autorów;-) I jeszcze azymut. Szkoda, że nie doczytałem, że chodziło o azymut ze startu na PK, a nie odwrotnie – czyli jak zwykle przy azymutach dałem d…. Ciekawe czy mi kiedyś wreszcie wyjdzie jakiś azymut bezbłędnie!
Aha, na mecie jeszcze szybki pączek, bo jednak chodząc nieoptymalnie troszkę nadreptaliśmy i  do domu.

piątek, 9 lutego 2018

Jak jest zima, to musi być ZiMnO

A jak ZiMnO, to wiadomo, że z Jedynką, a jak Jedynka, to wiadomo, że damy radę, bo raczej trudnych map nie robią. Przynajmniej tak się nastawialiśmy. Tymczasem mapa zawierała tylko schemat dróg, ale nie wszystkich, żeby nie było za łatwo, jakieś ogrodzenie, kilka drzewek - jednym słowem: niewiele. Do tego trzeba było dopasować 9 wycinków, które też nie obfitowały w treść. No ale co? My nie damy rady? Już na starcie dopasowaliśmy 7 z nich, a lidary nigdzie nam nie pasowały. Uznaliśmy, że znajdziemy je w terenie. Albo nie znajdziemy:-)

 Ruszyliśmy w las.

Zaczęliśmy od PK 3, bo był najbliżej startu, a potem zgarnęliśmy z dopasowanych wycinków PK A i PK C. Całkowitym przypadkiem, kierowani ciekawością - co to za nasyp na mapie i po co jest zaznaczony? - natrafiliśmy na lidarowy PK B. Jak to ciekawość popłaca!
Niemal od startu co chwilę widzieliśmy gdzieś w pobliżu Chrumkającą Ciemność i śmialiśmy się, że z niewiadomych powodów śledzą nas. Spotykaliśmy się, rozchodzili w swoje strony, a za chwile znowu spotykali. W końcu okazało się, że i my i oni jesteśmy na trasie TZ. A cały czas podejrzewaliśmy ich o TU :-)

Od tego spotkania przez kilka punktów poszliśmy razem.

Do PK 1 długo nic się nie działo tylko szliśmy, szliśmy i szliśmy, na wszelki wypadek czujnie rozglądając się czy nie natrafimy na drugiego lidara. Ale nie. Za to wyjaśniło się co to za tajemnicze kółeczko kryje się przy PK H. Jak się okazało po opublikowaniu wyników, stał tam stowarzysz, którego po długich konsultacjach, obliczeniach, wymiarowaniach i sprawdzaniach wpisaliśmy na kartę startową, Podobnie zresztą jak większość uczestników.

Nasz jedyny stowarzysz.

Do PK D stała spora kolejka:

To tylko część kolejki.
 
A na PK 2 na spragnionych czekała puszka:

Pusta puszka niestety:-(

 Do mety było coraz bliżej, a my wciąż nie mieliśmy zlokalizowanego wycinka z PK I. Trochę zaczynało nas to stresować, no bo jak to tak? Bez punktu wrócić na metę? Nie uchodzi! W końcu już w pobliżu mety wypatrzyliśmy coś, co albo było strzelnicą, albo na strzelnicę wyglądało i doskonale wpasowywało się w nasz lidar. I nawet lampion wisiał, tam gdzie się spodziewaliśmy. No to go zgarnęliśmy i polecieliśmy jeszcze po ostatni PK 4. 

 PK I jest nasz!
 
A potem pomaszerowaliśmy szybciutko na metę żeby zmieścić się w limicie czasu, a poza tym ZiMnO, więc żeby się rozgrzać. W wynikach wychodzi, że łapiemy się na trzecie miejsce. I tylko po co był nam ten stowarzysz???

poniedziałek, 5 lutego 2018

FallInO w kółko

Nie tylko Renata  biegała w kółko! Ja na PK12 o klubowym kodzie 44 postanowiłem zrobić sobie selfie.

Selfie nawet wyszło, ale zaparowały mi okulary i.... ruszyłem w przeciwną stronę niż powinienem, potem zawróciłem i po chwili stwierdziłem ze biegnę nie tam gdzie trzeba!. Dodam, że była okolica na której się wychowałem, ale jak widać to nie pomogło!

FalInO

W sobotę pojechaliśmy pobiegać na FalInO, bo najbardziej lubimy to, co już znamy. A falenicką wydmę znamy na wylot, a przynajmniej powinniśmy znać po tylu etapach FalInO, jakie tam zaliczyliśmy. Ja zapisałam się na najdłuższą kobiecą trasę, Tomek na najdłuższą męską, ale w sumie  co to za odległości, marne jakieś 5 - 6 km.
Pierwszy punkt miałam już na bramce wejściowej na teren szkoły, więc prawie się nie liczył, drugi zaś po sąsiedzku - na plebani, ale zaszłam go od tyłu nadkładając drogi, bo jakoś niestosowne wydawało mi się wdzieranie na prywatną posesję. Punkt trzeci stał niby już w lesie, ale przy samym asfalcie i wciąż miałam niedosyt, bo nastawiłam się na bieganie leśne. W końcu jednak doczekałam się i lasu. A w lesie, już na PK 5 zaczęły się problemy - bo niby wszystko się zgadzało, skrzyżowania ścieżek były, górka była, dołek był, tylko lampionu brakowało. Absolutnie niemożliwym wydawało mi się, że mogłam się zgubić, ale z drugiej strony nie bardzo było gdzie skitrać lampion tak, żeby nie dało się go zauważyć. Po chwili czesania do moich poszukiwań dołączył biegacz z trasy męskiej i w końcu komisyjnie uznaliśmy, że lampionu po prostu nie ma tam, gdzie powinien stać. Ustaliwszy zeznania, każde pobiegło na swój kolejny punkt. 
Cały czas  biegałam na azymut, bo jakoś nie ufam ilości ścieżek na mapie (w terenie zawsze inaczej to wygląda), a azymut to rzecz święta i niezmienna, no chyba, że się trafi na jakieś anomalie. Anomalii na szczęście nie było i leciałam z punktu na punkt jak po sznurku. Moim największym osiągnięciem na trasie było pokonanie wydmy biegiem, co jeszcze w zeszłym roku było dla mnie kompletnie nieosiągalne i groziło zawałem.
Wszystko szło pięknie aż do PK 13. Z 13 na 14 nie dało się lecieć po prostej, bo trzeba było ominąć budynek. Pbiegłam więc na jego tyły i zamiast w prawo, skręciłam w lewo - jakieś kompletne zaćmienie. Oczywiście po chwili wszystko przestało się zgadzać z mapą i stanęłam zdziwiona - co jest grane? W końcu miotając się po okolicy wróciłam do trzynastki i zrobiłam kolejne podejście na czternastkę, ale tym razem myśląc gdzie idę. Piętnastka była blisko czternastki, już przy samej szkole. Schowałam więc mapę do kieszeni i pobiegłam na pamięć. Na śmierć zapomniałam, że mam już zaawansowaną sklerozę i bieganie na pamięć jest co najmniej ryzykowne. Oczywiście, że poleciałam w totalnie abstrakcyjnym kierunku, raczej oddalając się od punktu niż zbliżając się do niego.  W końcu zorientowałam się, że głupio biegnę i ... do punktu ruszyłam jeszcze głupiej, bo okrążając całą szkołę z przyległościami, zamiast przebiec przez jej teren.. Tym sposobem znowu uplasowałam się na jakimś nędznym miejscu pod koniec stawki, ale co pobiegałam, to moje. Nawet żałowałam, że nie zdecydowałam się na trasę męską, bo zawsze to trochę więcej przyjemności. 
Chyba następnym razem tak zrobię.

Ostatnie metry przed metą.

sobota, 3 lutego 2018

Polowanie na Smoka z aferą w tle.

Darek to jednak jest dobry kolega. Oswoja Smoka zorganizował nam blisko domu, żebym znowu nie miała problemów z dotarciem i trafieniem na start. Co prawda niewiele brakowało, a w ogóle nie dotarlibyśmy, bo Tomek na amen utknął w korku wracając z pracy. Na szczęście kiedy przyjechaliśmy w końcu do Wesołej, Darek jeszcze wypuszczał na trasę i nawet nie wyszliśmy ostatni.
Mapa okazała się wielką płachtą formatu A3, ale za to wszystko było na niej dobrze widać. Najwyraźniej Darek pamiętał, że po ciemku  z małymi obrazkami mam problemy! No, mówię - super kolega! Do tego wszystkiego mapa była w pełni pełna i nie poszatkowana na wycinki. No dobra, miejsca, gdzie były rozmieszczone punkty kontrolne były pozakrywane małymi tarczami strzelniczymi, ale te tarcze były malutkie.  Cała trudność zasadzała się w tym, aby z kilku lampionów ustawionych blisko siebie, wybrać ten właściwy. Oczywiście nie wiedząc jakie miejsce charakterystyczne jest tym poszukiwanym. Trzeba było dokładnie odmierzać odległości i azymuty z innych pobliskich obiektów do środka tarczy, gdzie wisiał ten właściwy lampion. Za celne trafienie dostawało się 10 PP, za stowarzysza - w zależności od jego odległości od centrum tarczy - odpowiednio 7, 5 i 3 PP.  Bardzo mi się spodobał ten pomysł, bo każdy miał szansę bezproblemowo przebyć całą trasę i zebrać przynajmniej stowarzysze, jeśli słabo nawiguje, albo punkty właściwe - jeśli dobrze. Przy innych mapach zdarza się, że niektórzy (na przykład ja) w ogóle nie wiedzą gdzie iść i mają problem z oddaleniem się ze startu.
Zaczęliśmy od PK 2 i ustalenia skali mapy. Wyszło nam, że 1 cm to 50 dwukroków i tego usiłowaliśmy się trzymać. W miejscu, gdzie spodziewaliśmy się dwójki stało z pińćset lampionów, jeden obok drugiego i w ogóle nie można się było zdecydować, który jest najlepszy. Ja sobie upatrzyłam jeden, Tomek drugi i wiedliśmy spór o to, czyj lampion ładniejszy. Tomek, jak przystało na dżentelmena, ustąpił kobiecie i to był błąd, bo wyniki wstępne twierdzą, że wzięliśmy stowarzysza. Tyle tylko, że ten sam punkt potwierdziła większość uczestników, więc myślę, że coś z umiejscowieniem lampionu jednak było nie halo.
Ogólnie trasa była lekka, łatwa i przyjemna i tak nam się fajnie chodziło, że wcale nie spieszyliśmy się na metę i nawet wykorzystaliśmy część minut dodatkowych. Ale ostatecznie, jak się płaci, to trzeba czas wykorzystywać do maksimum.
Na trasie było nas koło trzydziestu osób, ale w lesie widzieliśmy tyle światełek, jakby jakieś dzikie tłumy łaziły. W drugiej części trasy kilkakrotnie spotkaliśmy olbrzymi tramwaj.

Jedno ze spotkań.

A tak się cieszyłam po ostatnim punkcie, kiedy zbliżaliśmy się już na metę:

W tle widać szkołę, przy której był start/meta.

A na mecie czekała policja, afera i Chrumkająca Ciemność, która dopiero co została uwolniona z aresztu. Okazało się, że jakiejś kobiecie skradziono telefon i operator wykrył, że telefon przemieszcza się po lesie (a jak po lesie, to pewnie z biegaczami, czyli naszą grupą) aż w końcu dotarł na metę.  Kiedy na mecie Michałowi zadzwonił jego własny telefon, był to dobry pretekst do "aresztowania" go. Szybko jednak wyjaśniło się, że Michał jest niewinny i my zobaczyliśmy go już na wolności, aczkolwiek wciąż z lekka oszołomionego. 
I przez te powolne leśne spacery taka piękna afera nas ominęła...

piątek, 2 lutego 2018

Żyrafy wychodzą z szafy.

No i znowu nie załapałam, że Street -O to bieg, a nie marsz:-( Kiedy Tomek zobaczył mnie gotową do wyjścia, uprzejmie się zdziwił moim strojem, a ja zdziwiłam się jego zdziwieniem. Poszliśmy więc na kompromis - kurtkę puchową zamieniłam na softshell, ale ciepłe gacie pod spodniami zostawiłam. W końcu pamiętałam, że poprzednim razem biegliśmy głównie wtedy, kiedy wiedzieliśmy gdzie biec, a resztę czasu spędziliśmy stojąc i patrząc w mapę.
Tym razem mapa wydała się jakby przyjaźniejsza, a może po prostu już wiedzieliśmy na czym polega zabawa. Postanowiliśmy zacząć od 2G i od razu wiedzieliśmy gdzie biec. Ruszyłam niczym rącza łania, tyle, że po chwili zasapałam się i zlałam potem. Ciepłe gacie jednak okazały się błędem. Dobrze, że przynajmniej rękawiczek nie ubrałam, tylko trzymałam je w kieszeni. Uff.
Najbardziej ze wszystkiego to podobały mi się pytania, na które trzeba było znaleźć odpowiedź na punkcie kontrolnym - na przykład: "Na czym stoi śmietnik?", czy "Po ile są pączki?" Tradycyjnie miałam problem z pytaniami "Ile schodów", bo zawsze mam dylemat jak liczyć platformy - jako stopień, czy nie? Ponieważ mamy z Tomkiem inne poglądy na tę jakże ważką kwestię, każde z nas podawało inny wynik, a na mecie tłumaczyłam Karolinie, jak ja rozumiem pojęcie schodów.
Najlepszy jednak był PK 9A. W opisie punktu widniało: "Budka ochroniarska. Wybierz (tu był podany numer). Powiedz: hasło, a otrzymasz odpowiedź. Wpisz ją." Tomek od razu skierował się do domofonu, wstukał kod, zażądał hasła i dowiedział się, że trzeba wpisać 12 słoni. Powiem Wam, że w życiu bym na to nie wpadła. To już prędzej usiłowałabym wydusić hasło od tych ochroniarzy. Ale to może dlatego, że nie miewam do czynienia z domofonami, a jeśli już to takimi bezpośrednio przy klatce schodowej, a nie hektar od budynku. Nooo, zrobił na mnie wrażenie ten pomysł z hasłem. Brawo Karolina!
Ponieważ biegacz ze mnie marny, a do tego te ciepłe  spowalniające gacie, więc i uzysk punktów mieliśmy taki sobie i w efekcie uplasowaliśmy się w połowie stawki. Ale rzutem na taśmę w pierwszej połowie:-) Na metę dowlokłam się ostatkiem sił i w ostatniej minucie. I gdyby mnie Tomek nie dopingował, to pewnie w ogóle zostałabym na ostatnich schodach przy Sobieskiego.