wtorek, 24 listopada 2020

Sprintem na Bródnie

WOM trwa i trwa i w sobotę dla odmiany mieliśmy biegać sprintem. Strasznie się stresowałam, ale nie tym sprintem, tylko dojazdem. Tak się złożyło, że Tomek w tym dniu miał dentystę i miał dotrzeć później, w związku z czym musiałam samodzielnie dojechać. To znaczy z Agatą, ale ja za kierownicą. Ze mnie to taki mistrz kierownicy, co gubi się na najbliższym skrzyżowaniu, a zaparkowanie na powierzchni mniejszej niż hektar sprawia dramatyczną trudność. Wyjechałyśmy dużo przez czasem, żeby odpracować te gubienia się i parkowanie i jeszcze zdążyć na zawody. O dziwo, wszystko przebiegło bezproblemowo, skrzyżowanie (takie ze skręcaniem) było tylko jedno, a na miejscu znalazłam duży, pusty plac do zaparkowania. Do mojego startu była prawie godzina, do startu Agaty prawie dwie. Żebym to przewidziała, to wzięłybyśmy koce, poduszki, termos, kanapki, książki i jakoś milej spędziłybyśmy czas niż marznąc w samochodzie. Po półgodzinie siedzenia poszłam się rozgrzewać, a  Agata została. 
 
 
Niektórzy organizatorzy to mają rozmach...
 
Moja trasa miała mieć raptem kilometr z drobnym hakiem, a w mojej kategorii wiekowej było nas tylko dwie. Jaki piękny splot okoliczności - człowiek się nie zdąży zmęczyć i jeszcze na pudle wyląduje:-) Tak na serio to wolę trasy dłuższe i większą obsadę, żeby było z kim rywalizować, ale trzeba brać co dają. 
Jakoś specjalnie to nas nie rozstawili z Beatką i poleciałyśmy chwilkę jedna po drugiej - ona pierwsza, ja za nią. Już w pobliżu pierwszego punktu mignęły mi jej plecy, dzięki czemu wiedziałam gdzie się kierować - tam skąd odbiega.Trochę się zdziwiłam, że to już, ale sprint to sprint - nie ma dużych odległości. Na skalę mapy nie było kiedy popatrzeć i przyjęłam, że będzie gdzieś w okolicy 1:5000. Była 1:4000. Ta drobna różnica między oczekiwaniami, a rzeczywistością nawet mi specjalnie nie przeszkadzała w trafieniu, tylko ciągle dziwiłam się, że to już. Na dwójkę ciut mnie zniosło w prawo, ale miejsce było tak charakterystyczne, że nie dawało się nie trafić:-) Na kolejne punkty praktycznie leciałam już po prostych, zwłaszcza gdy z punktu było w krzakach widać następny lampion jak siódemkę z szóstki:-) Od siódemki wszystko już dawało się robić ścieżkami, więc i nawigacji było tyle co kot napłakał. Ale wiecie - zdolna jestem, to i tak udało mi się pobiec nie tam gdzie trzeba. Z dziesiątki zamiast skręcić w prawo, poleciałam prosto, ścieżką, którą przed chwila przybiegłam. A tak się coś do niej przywiązałam. Zastanowiło mnie tylko to, że Gosia spotkana na punkcie, pobiegła inaczej, a miała taką samą mapę. Oczywiście przekręciłam sobie mapę o 90 stopni i tak usiłowałam nawigować. Na szczęście szybko się zorientowałam i stratę próbowałam nadrobić szybkim tempem. Nawet zadziałało, bo dobieg do mety miałam naprawdę szybki.
 
Dynamicznie na mecie.
 
 Cóż - cała trasa zajęła mi ciut ponad dwanaście minut i czułam się mocno niedobiegana. Tomek i Agata jeszcze w ogóle nie wystartowali, więc przede mną było duuużo wolnego czasu. Machnęłam więc sobie dodatkowe dwa kilometry po terenie zawodów, a jakże - z mapą w garści żeby nie zginąć i jeszcze zdążyłam zrobić Agacie zdjęcie kiedy startowała. Chwilę później przybiegł Tomek, a później czekaliśmy na powrót Agaty, co wiadomo - zawsze trwa. 
 
Czekamy.
 
Tym razem żaden lampion się jej nie zgubił, na metę wbiegła, a nie wkroczyła i jeszcze na dodatek nie była ostatnia w swojej kategorii. I w sumie to uznaję za największy sukces w naszej rodzinie, a nie jakieś tam pierwsze miejsca moje i Tomka.



piątek, 20 listopada 2020

Sztafeta indywidualna

W niedzielę początkowo nie planowaliśmy biegać w dalszej części WOM, bo myśleliśmy, że startować mogą tylko sztafety, ale kiedy okazało się, że indywidualnie też można, to oczywiście nie mogliśmy przepuścić okazji. Agata tym razem odpuściła i nawet się jej nie dziwię:-)
Już na miejscu kilka osób chciało skaperować mnie do swoich sztafet, ale wolałam pobiec niezobowiązująco i bezstresowo.

Trzeba się rozeznać w sytuacji.

Ja wybrałam trasę A - krótszą, a Tomek oczywiście dłuższą - B. Startowaliśmy kiedy tylko pierwsze zmiany sztafet ruszyły w las. Okazało się, że po odbiciu startu trzeba było jeszcze spory kawałek dobiec do miejsca z mapami, a potem jeszcze ze dwa razy tyle do miejsca zaznaczonego na mapie trójkątem. Tym sposobem na starcie byłam już zziajana i totalnie wykończona.
Do jedynki postanowiłam nie ścinać, tylko pobiec drogami. Tak na dobry początek. Jeszcze nie dotarłam do punktu, a już dogonił mnie Tomek, który wystartował chwilę po mnie. Mi się tam w sumie niespecjalnie spieszyło, ale jednak drobna zadra zawsze jest. Na osłodę mam fajny filmik z tego miejsca:-)

 
Do piątki szło dobrze, choć pojawiły się przeszkody terenowe w postaci górek i obniżeń. No, nie powiem - wyglądało to ładnie, tylko było zabójcze przy mojej kondycji (w sumie jej braku). 
Szóstka to dołek pośrodku zielonego. Od razu wiedziałam, że nie będzie łatwo i wcale nie zdziwiłam się, kiedy zamiast dołka trafiłam na ścieżkę, której nie powinno być, a między drzewami zobaczyłam jakieś większe skrzyżowanie. Przynajmniej mogłam się zlokalizować i namierzyć od pewnego miejsca. Z siódemką w sumie wyszło podobnie - zamiast punktu - niezapowiadana ścieżka. Tradycyjnie zniosło mnie w prawo. Jeszcze przy ósemce miałam drobne wahnięcie, ale potem poszło już bezbłędnie. 
Pod względem technicznym największy problem miałam z dojściem do PK11 i 12, tam gdzie były rowy. Bo wiecie, ten półdupek to urwałam sobie właśnie przeskakując rów i teraz do rowów mam uraz, unikam ich, a jak już muszę, to bardzo, bardzo ostrożnie.
Na metę wbiegłam z poczuciem kompletnej porażki, ale to raczej przez porównanie z sobotnim bezproblemowym przebiegiem, bo jak mówią wyniki, uplasowałam się mniej więcej w połowie stawki biegających bezsztafetowo. 
A w końcu i tak najważniejsze, że pobiegane!


poniedziałek, 16 listopada 2020

To idzie młodość, młodość, młodość...

Młodość to stan ducha, a nie cyferki w metryce, co udowodnili organizatorzy Warszawskiej Olimpiady Młodzieży tworząc kategorie wiekowe od K/M10 do M90. Tak dla pewności wzięliśmy ze sobą jedną młodzież w postaci Agaty, żeby nie było, zresztą sama chciała jechać.
 
W drodze na start.
 
Zawody mieliśmy blisko domu, bo w Starej Miłośnie i liczyliśmy na to, że uwiniemy się raz, dwa i szybko będziemy z powrotem. Tymczasem.... Z naszej trójki ja startowałam jako pierwsza - już w trzeciej minucie, dwadzieścia kilka minut po mnie Agata, a dużo, dużo później Tomek. No, nieźle nas rozstawili... Ale też w ostatniej chwili pozgłaszało się sporo osób i liczna chętnych do startu nieco oszołomiła organizatorów i sztuką było ułożyć sensowną listę startową.
W mojej kategorii wiekowej najsilniejszą zawodniczką była Joanna, ale z resztą dziewczyn mogłam konkurować. Żeby tylko się nie zgubić! Bardzo, bardzo starałam się dać z siebie wszystko i więcej dałam w nawigacji niż biegu. Z nawigacją to jest tak, że raz się uda, raz nie i tym razem się udało, a z bieganiem to u mnie coraz gorzej. Mnie to już nawet spacer potrafi dobrze wymęczyć:-( Na dokładkę do kompletu bolących kolana i półdupka dołączył palec u nogi, którym przygrzmociłam w kant regału. Ale co tam, na zawody przecież trzeba jechać.
Jak widać na poniższym zdjęciu leciałam niemal po liniach, pominąwszy te drobne fragmenty, kiedy znosiło mnie w lewo lub w prawo, albo musiałam omijać jakieś chaszcze. No dobra, przyznam - jestem dumna i blada...
 

...szczególnie, że docelowo wywalczyłam drugie miejsce, medal i dyplom.
 
 Ładny medal, taki... młodzieżowy:-)
 
Kiedy wróciłam na metę, Tomek wciąż czekał na swój start, a Agata była na trasie. Potem Tomek wystartował, wrócił, odebrał medal za pierwsze miejsce w swojej kategorii, a Agata wciąż była na trasie. Cierpliwie wypatrywaliśmy jej stojąc na mecie.
 
Stęsknieni rodzice wypatrują córki:-)

Od startu minęła godzina, potem kolejna, a Agaty wciąż nie było widać. Postanowiliśmy podejść na ostatni punkt i tam wypatrywać. Nic, zero Agaty. Ja już oczami wyobraźni widziałam ją połamaną, utopioną w bagnie (chociaż suche były), pożartą przez dziki, łosie i nosorożce i bezskutecznie wzywającą pomocy, bo żadne z nas nie miało przy sobie telefonu. W końcu Tomek poleciał po swój do samochodu, bo dziecko (dorosłe, czy nie) trzeba ratować. Ufff, udało się dodzwonić. Na pytanie czy się zgubiła, radośnie odpowiedziała:
 - Ja się nie zgubiłam, to punkt się zgubił!
O, i takie podejście mi się podoba:-)
Organizatorzy powoli zaczęli zwijać bazę, zdjęto taśmy wyznaczające dobieg i ekipa ruszyła w las, żeby pozbierać lampiony. My wciąż czekaliśmy aż Agata odpuściwszy część trasy w końcu wróci. I wreszcie:
 
  Dostojnie wkracza na metę.

No i proszę jaki to był emocjonujący dzień:-)  I jak raz, dwa się uwinęliśmy:-)).

środa, 4 listopada 2020

WOR - finał w Skaryszaku

 W ostatnim etapie Warsaw Orient Races postanowiłam zaszaleć i zapisałam się na trasę dla profesjonalistów. No przecież nie z racji profesjonalizmu, tylko żeby się nabiegać na zapas, bo kto to wie kiedy następny raz. Czasy takie nieprzewidywalne... Co prawda nadal boli mnie kolano (po fizjoterapii) oraz odwłok (po grzybobraniu), ale stwierdziłam, że muszę dać radę, najwyżej spacerkiem pójdę. 
Biegać mieliśmy w Parku Skaryszewskim i Tomek od razu mnie przestrzegał, żebym z nawyku nie zaczęła biegać po pętli jak na parkrunie, tylko według mapy, z punktu na punkt:-) W sumie podobno przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka.
Wydawało mi się, że Park Skaryszewski to już znam dość dobrze i raczej nie brałam pod uwagę zgubienia się, ale na wszelki wypadek już na starcie patrzyłam w którą stronę wszyscy biegną, żeby przynajmniej dobrze zacząć. Jedynka i dwójka weszły gładko, ale już trójka stanęła okoniem. Tak się rozpędziłam, że przebiegłam obok lampionu, w ogóle nie zwracając na niego uwagi, a kiedy wreszcie wyhamowałam, stanęłam bezradnie z totalną pustką w głowie. Regularne zaćmienie. Pewnie, że tak mniej więcej wiedziałam gdzie jestem, tylko nic mi to nie pomagało. Zatoczyłam koło, żeby głupio nie stać w miejscu i zupełnie przypadkiem zauważyłam pod drzewkiem w oddali coś pomarańczowego. Byłam uratowana, ale przed samą sobą było mi łyso, że tak się wygłupiłam. 
Czwórka zaskoczyła mnie totalnie. Gdyby nie Tomek, który akurat w tym samym momencie dobiegł w okolice punktu, w życiu bym nie wpadła na pomysł, żeby szukać lampionu w grocie kamiennego źródełka. Dla mnie włażenie w takie miejsce to po prostu dewastacja zabytkowego parku  i jeszcze do teraz wszystko się we mnie buntuje na wspomnienie mojego haniebnego czynu, bo oczywiście punkt podbiłam. No sorry, nie wszędzie trzeba włazić, nawet w BnO.
Piątka i szóstka były łatwe, a siódemki usiłowałam szukać ciut za daleko. Ale w sumie dramatu nie było. Ósemka prościutka, a na dziewiątkę w ramach relaksu od myślenia pobiegłam za Michałem, ale nie żebym nie umiała trafić. Tak wyszło po prostu.
Do trzynastki szło idealnie, a z czternastką to dałam czadu. W pierwszej chwili pomyślałam, że dobiegnę alejką do placyku, potem w kolejną alejkę, ścieżka i lampion. No, ale nagle mi się odwidziało. Bo co? Ja nie potrafię takiego kawałeczka przebiec "na oko"? W znanym parku? Tak bliziutko? No to się okazało, że nie potrafię:-( O, jak bardzo nie potrafię... O tak:


Jak już w końcu znalazłam co trzeba, to na piętnastkę też pobiegłam dość abstrakcyjnie, sporym łukiem zamiast ciąć po prostej. Dobrze, że brzeg jeziora dość trudno jest przeoczyć. Szesnastka i siedemnastka , o dziwo, weszły dobrze, w sumie osiemnastka też, choć mogłam pobiec do niej optymalniej. Ale niech tam.
Przez te osiemnaście punktów w końcu nabrałam doświadczenia i rozkręciłam się i resztę trasy przebyłam już bezproblemowo. Oczywiście mogłam wybrać lepsze warianty przebiegu, ale w sumie to drobiazgi. Czasu zajęło mi to ho, ho jak dużo, no ale z góry zakładałam, że robię wersję bardziej spacerową niż wyczynową. Relaks to relaks! No dobra, tym sposobem straciłam szansę na jeden z tych przepięknych medali, co to je organizator przygotował, ale jak to w życiu - można marzyć o wszystkim, ale nie wszystko można dostać. Nie mam za złe - ani sobie, ani nikomu. I tak miło spędzony czas jest bezcenny.



wtorek, 13 października 2020

Na ślepo - czyli Warsaw Orient Race E7

Czy nosisz okulary? Czy biegałeś w okularach w deszczu po ciemku? Właściwie to w BnO po nocy, szczególnie w deszczu, powinien być stosowany handicap. Przykładowo – wszyscy zakładają okulary (jak nie masz wady to zerówki) i start;-). Ciekawe jakie wtedy byłyby wyniki;-) 

Pamiętam Wawel Cup krakowski, gdzie gwałtowna burza tak zalała mi okulary, że po prostu się zgubiłem. Dzisiaj było podobnie. Może nie burza, ale ciągłe opady i noc. 

Renata oczywiście zdezerterowała. Bo mokro, ciemno i nieprzyjemnie. Właściwie to ją rozumiem…Ja się nie dałem. Na start poszliśmy razem z Michałem (Agnieszka poszła w ślady Renaty, tyle, że została z laptopem w aucie na parkingu i Michał miał motywację, by szybko z biegu wrócić;-) Wiadomo jak to jest, gdy kobieta czeka w zaparowanym samochodzie, a mąż spóźnia się biegając gdzieś po deszczu;-) A jak jeszcze bateria w laptopie padnie… 

Biuro zawodów - wszyscy grzecznie w maseczkach

Wracając do rzeczy, znaczy do biegu, tak troszkę poetycko: „targani huraganowymi porywami wiatru i smagani zimnymi strumieniami deszczu udaliśmy się na strat”. Bardziej banalnie: „brodząc po kostki w kałużach i klnąc pod nosem przeszliśmy te 20 m na start”. Kolejki dużej nie było. Michał ruszył od razu, ja przepuściłem jednego „rozebranego” do krótkich spodenek i krótkiej koszulki (bo by bardziej zmarzł na starcie) i ruszyłem na trasę. Tak bez rozgrzewki. 

Kolejek na starcie nie było...
Jedynka dość daleko, ale teren znajomy z ostatniego Street-O, więc jakoś szło. Dwójka, trójka, czwórka. W miarę dawało się biec, a deszcz nie zapadał całkiem okularów, to nawet wiedziałem gdzie biegnę;-) PK 5 był podchwytliwy – na górze schodów i dodatkowo schowany za PK 21, ale nie dałem się nabrać;-) Ale na PK 6 dałem się nabrać i obiegłem wszystko naokoło;-( 

Po PK 8 przegonił mnie Mateusz – ale on ma prawo mnie przeganiać (uprzedzając fakty zajął trzecie miejsce) – starałem się dotrzymywać mu kroku (czyli nie tracić z zasięgu wzroku). 

Na przebiegu do PK 12 przechodnie (wyraźnie zorientowani o co chodzi w BnO) dopingowali , a nawet wskazywali drogę. Koło PK 13 dopadłem Michała. Kolejne punkty przeplataliśmy się aż do PK 17, gdzie byłem przed nim. Niestety, deszcz padał coraz bardziej. W efekcie widoczność przez zapadane okulary na metr, a i mapę ciężko dojrzeć. Zakręciło mnie i pobiegłem na PK 18 w złą stronę. Minuta w plecy;-( I niestety cały dalszy bieg już w zwolnionym tempie. Ciężko biegać, gdy nie widzisz co jest pod nogami;-( I tu właśnie przydałby się ten handicap. 

Już po sczytaniu chipa rozpadało się na całego, a wiatr chciał porwać namiot obsługi i zawodników

 Co tu dużo mówić – powinno być ze dwie minuty szybciej, a tak.. wyszło jak zwykle;-) 


 

Szybki Mózg nad Wisłą.

Jak powszechnie wiadomo, po etapie piątym zawsze następuje trzeci i tak też stało się w przypadku Szybkiego Mózgu. Biegać mieliśmy na Bulwarach Wiślanych, więc zapowiadało się całkiem fajnie. Tomek startował gdzieś koło 11-tej minuty, a ja dopiero jakieś 20 minut po nim. Udało mi się jednak wcisnąć wcześniej, za kogoś, kto nie zjawił się na starcie w swojej minucie.

 
W oczekiwaniu na start. (Fot. A. Krochmal)
 
Do ręki dostałam ogromną mapę, nie powiem - w przyjemnej skali, tyle tylko, że moje punkty były zgrupowane po prawej stronie, a lewa całkowicie się marnowała. Wygodne toto nie było, ale co zrobić.
Zanim ruszyłam na pierwszy punkt, wypatrzyłam gdzie znikają wszyscy startujący przede mną zawodnicy, więc od razu wiedziałam, że trzeba zbiec  na dół, nad Wisłę. Nie nad samą jak się okazało po obejrzeniu mapy, tylko do krzaczka na bulwarze. 
Punkty 2, 3 i 4 były za Mostem Świętokrzyskim - łatwe i bezproblemowe. Piątka stała blisko jedynki, a na szóstkę zamiast lecieć po prostej trawnikiem, przeleciałam sobie alejkami przez metę, bo kto bogatemu zabroni? Siódemka i ósemka były na przystartowym skwerku, a dziewiątka przy ASP. 
Po podbiciu dziewiątki musiałam podjąć decyzję, czy do dziesiątki biec od lewej, czy od prawej strony. Przez chwilę stałam i niczym kaczuszka kiwałam się krok w jedną stronę, krok w drugą, aż w końcu podjęłam decyzję - lecę od wschodniej strony, przez jedenastkę. Przy okazji właśnie tę jedenastkę sobie obczaiłam i potem tylko myk, myk po nią.
Po jedenastce skończyło się lekko, łatwo i przyjemnie i trzeba było zacząć porządnie główkować którędy pobiec, żeby trafić do dwunastki na samym końcu mapy, za górami, za lasami, a szczególnie za wiaduktami - tym od pociągu i tym od mostu. Udało się, chociaż samego punktu zaczęłam szukać ze trzy metry za wcześnie, w krzaczorach. Tymczasem przy samym lampionie ktoś się wyglebił i głośne przekleństwo naprowadziło mnie na właściwe miejsce.
Trzynastka i czternastka (tak, jak i dwunastka) wisiały sobie w Parku Porazińskiej i nie sprawiły żadnych trudności. Piętnastka łatwa, choć daleko i znowu po drugiej stronie wiaduktu, ale do tej pory to już te wiadukty obcykałam - co kawałek były legalne przejścia pod nimi. A przy szesnastce - zgłupiałam. Mniej więcej wiedziałam gdzie jest punkt, ale jak tam się dostać?? Trzypoziomowy wiadukt nad Wisłostradą na mapie wyglądał na konstrukcję nie do przejścia, bo wszędzie było różowo od zakazanych przejść. Wzięłam sprawę na logikę - zakreśla się z reguły to co niebezpieczne, więc jak jest legalne przejście, to idę. W efekcie tej logiki wyszłam na przystanek tramwajowy i nie wyglądało, żeby punkt miał być właśnie tam. Wróciłam poziom niżej, gdzie już z obłędem w oczach błąkała się inna zawodniczka. Wspólnym wysiłkiem udało nam się znaleźć właściwe przejście i dopaść lampionu. Ufff... 
Na siedemnastkę bezmyślnie pobiegłam za koleżanką od szesnastki i biegło się nam nawet fajnie, tylko nie w tym kierunku co trzeba. Na szczęście w miarę szybko się ogarnęłam i zrobiłam w tył zwrot. A potem to już tylko bieg wzdłuż Wisły i po drodze PK 18, 19, 20 stojące niemal w rządki i już meta.
Jak zawsze wynik niezbyt oszałamiający, ale zabawa przednia. I o to w końcu chodzi!

piątek, 9 października 2020

O! Street-O!

To do kompletu Street-O nr 22. Wawrzyszew -gdzie niedługo będzie(?) Warsaw Orient Race. Tradycyjnie bez Renaty (jak można mieć awersję do Street-O???). Stacja metra Warzyszew. W pakiecie mapa, naklejka i mordoklejka. 

Zamaskowane biuro zawodów

 Na początek te dwa: mapa i naklejka. Czas - start! Na mapie punktów dużo. Niestety większość „małowartych”. W górę, czy w dół? Obie strony wyglądają podobnie pod względem wartości punktów. Dobra, niech będzie góra. Ruszam. Zaczynam od 3G. Pytanie „ile lat?”. Ale gdzie tu lata? Mural i jak wół 68 dni. Chwila konsternacji wpisuję PBK z adnotacja 68 dni. Dalej w górę wpada jakaś piątka. Na mapie nie ma bardziej wartościowych punktów. Wybiegam z parku w ślepy zaułek, muszę się wracać. PK 3F szukam o dwadzieścia metrów za daleko. Coś marnie idzie. Przebiegam przez jakiś zgrupowanie nordic walkerów robiących grupową rozgrzewkę. PK 2H – pytanie o szczeble drabiny – drabiny brak i tam gdzie kropka, jest bilboard reklamowy Leroy Merlin. Pewnie na nim była drabina, a teraz jest szlifierka kątowa. 26 minuta kolejna - piątka 5A – taki punkt oddalony od wszystkiego. Połowa czasu pozostałe piątki są po drugiej stronie linii metra. Nie tracę czasu na nadrabianie drogi i szukanie jakiś trójek i jedynek i lecę na 4C. Długi przelot wzdłuż ogródków działkowych. Kończy się siatka, jest ścieżka w lewo w las. Skręcam. Robi się węziej i nierówno. Łup – leżę. Wszystko całe, można dalej. Ale ścieżka się skończyła! Przebijam się wzdłuż ogrodzenia starając się przeżyć. A miało być szybko i bezproblemowo! Odbijam 4C i przebiegam nad metrem. Kolejna piątka, na mapie zostały jeszcze trzy. Za PK 4B mijam Beatę truchtającą z naprzeciwka. PK 5C „Ile czerwonych kół?” Dużo za dużo! Liczę ze trzy razy i wyciągam średnią;-)

PK 1O miało być przedszkole, a jest.. żłobek. Ale co tam, także dla dzieci – biorę;-). Na drodze do PK 4G spotykam biegnącego z naprzeciwka Przemka. Szybko tymi nogami przebiera skórkowany;-) 

PK 1K podchwytliwy – najpierw wpisuję lekarza. Ale nie tylko ja szukam, ktoś mi za plecami także przeczesuje teren w poszukiwaniu rzemieślnika. 

PK 4H ma być na lewo od „ścieżki”. Ścieżka to przejście, czy taras pomiędzy pawilonami handlowymi. „Ścieżka” kończy się schodami, czyli gdzieś na ścianie po lewej jak zbiegnę w dół. Jakiś kebab, czy co. Nie ma żadnego kebabu. Obchodzę z tej i z tamtej. Nie ma kebabu, więc jest BPK. Nie lubię niedokładnych map;-) Na odreagowanie biegnę do kościoła do PK 5G. Naprzeciwko PK 1A, ale w świetle latarki naprawdę ciężko doliczyć się głów ze skrzydełkami. Mi wychodzą dwie, ale nie wiem czy dobrze. Drewniany mostek za 4 punkty i ostatnia piątka 5F. 57 minuta – czas wracać. 2 minuty tracę na znalezienie napisu z PK 2B, czyli uzysk zerowy. Wartościowy 4D w Domu Kultury- zerkam przez szybę i kalkuluję z wystawy ile to jest 2020 – 1980, gdy wychodzi uczynna pracownica kultury i z daleka krzyczy „40 lat” i podpowiada, że wisi taki dupny napis nad wejściem. Ale po ciemku kto by patrzył na nieoświetlone dachy? Dziękuję i lecę dalej. Przebiegam prze 1E – chwilę literuję napis z trawy o długości 30 metrów (widzę, że inni także szukają napisu… stojąc na nim). Ostatni PK 3E i meta. Na mecie zbiorowe bicie autorki za pierwszy punkt ( ten od lat co ich było 68 dni), za co w odwecie dostaję ostatnią rzecz z pakietu startowego - „mordoklejkę” – pewno bym nie bił dalej autora;-). 

Karta startowa oddana
 

Wiecie za co lubię Street-O? Za nieprzewidywalność i zabawę z potwierdzaniem – nie sztuka dobiec na właściwe miejsce – sztuka to znaleźć to, o co autorowi chodziło:-) 


 

O! GPS!

Właściwie to lubię GPS. Konkretniej BePeKa, czy jak to zwał. W dowolnym czasie (no prawie dowolnym) lata człowiek z mapą i czeka aż coś mu piknie. Lepsze to niż latanie z mapą typowe w TNCZ, gdy szukamy czegoś, czego często nie ma. A tak - pik - namiastka prawdziwego podbicia punktu i pewność, że go się podbiło.

Dodajmy do tego mapę znaną ze Street-O i mamy… GPS-O.

Na starcie (fot A. Krochmal)

Na GPS-O dotarłem po raz pierwszy. Zawsze coś nie odpowiadało, termin, lokalizacja…. Tym razem blisko, bez deszczu i w czasie, gdy mogłem. Renata nie przepada za mapami typu Street-O, gdzie królują kreski, więc ostatecznie „stanowczo odmówiła” mówiąc dyplomatycznie;-) Michał zapowiadał pod regulaminem, że zaliczenie wszystkich punktów to jakieś 8 km. Krótka kalkulacja, że przy limicie 30 minut jest to kilkanaście minut spóźnienia. I że się opłaca spóźnić. Z takim przeświadczeniem udałem się na start. Pobrałem mapę, włączyłem telefon, wetknąłem słuchawki do uszu, by słyszeć pikanie (telefon do kieszeni, by nie przeszkadzał) i poszedłem nasłuchiwać startu. Start zapipczał i pobiegłem żwawym truchtem gdzieś tam w prawo. O dziwo, dawało się ułożyć jakieś sensowne przebiegi pomiędzy punktami. Popatrzyłem sobie na numery PK i troszkę dziwiłem się, że takie mało wartościowe PK są gdzieś na samych obrzeżach mapy. Ale co tam, skoro brać wszystkie, to i tak muszę je zaliczyć;-)

Chyba moja marszruta była dość egzotyczna, bo na początku spotykałem jakąś konkurencję wyraźnie omijającą te najdalsze punkty (np. PK 1). Szło całkiem nieźle. Na pipczenie czekałem chwilę, tylko na PK 1 i PK 32, którego szukałem kilka metrów za blisko (GPS Orienteering mam ustawiony na minimalną tolerancję punktu, by nie było). Właściwie ostatni raz konkurencję widziałem po dziesięciu minutach biegu i byłem zupełnie sam w ciemnościach właśnie zapadłej nocy (jak to poetycko zabrzmiało, ale lubię właśnie takie całkowicie samodzielne bieganie po nocy).

Gdy zbliżał się limit czasu (30 minut) została mi jeszcze jakaś 1/4 dystansu, a może mniej. Punkty z numerami 7, 8 zapowiadały duży uzysku punktów przeliczeniowych, więc powinno być dobrze – kalkulowałem i cieszyłem się, że punkty małowartościowe podbiłem na początku. 

45 minuta od startu, podbijam PK 28 (teraz wiem, że mógłbym go podbić wcześniej i oszczędziłbym kilka metrów), źle się okręcam (nie mam kompasu) i zamiast na PK 24 lecę na PK 31, gdzie już wcześniej byłem. Gdzieś przy punkcie dopada mnie deja vu – widzę, że ulica się kończy (a nie powinna) i odnajduję się w miejscu, gdzie mnie być nie powinno. Chwila konsternacji i odwrót po własnych śladach. Jak pokazują wyniki ponad dwie minuty w plecy:-( 

Na mecie nie ma już nikogo (no tak, 22 minuty spóźnienia). Wracam do auta i sprawdzam wyniki – jestem na 2 miejscu ze stratą 30 punktów do zwycięzcy. Patrzę na te wyniki i coś mi się nie zgadza. Odkładam telefon, zatrudniam palce do liczenia i po chwili … wiem! Wszystkie PK miały tę samą wagę – 20 pp! A ja głupi myślałem, że waga jak w rogainigu zależy od numeru punktu:-)! 

Zwycięzca ma 520 pp, ja 490 (po uwzględnieniu kar czasowych). Ja jako jedyny mam wszystkie PK i spóźnienie 22 minuty i 6 sekund. Porównując czas przebiegu z PK 28 na PK 24 widzę, że straciłem tam ponad dwie minuty, czyli 30 pp. Czyli miałbym taki sam dorobek punktowy jak zwycięzca, gdyby nie ten głupi błąd;-(. No cóż nie zawsze się wygrywa, odkuję się następnym razem;-)