wtorek, 28 stycznia 2020

Parkrun z rekordem w rodzinie i wyluzowane WesolInO.

Na razie nie jeździmy na pięćdziesiątki, więc weekendy staramy się spędzać aktywnie i w praktyce ostatnio wygląda to tak: sobota - parkrun i FalInO albo WesolInO, niedziela - ZZK. Tak było i w ten weekend. Na parkrun pojechała z nami Agata, bo postanowiła zobaczyć jak to jest w wynikach mieć przy nazwisku BP, czyli rekord. W związku z tym musiała pobiec nieco szybciej niż poprzednio i... udało się! Ja nie chciałam być gorsza, więc też starałam się szybciej przebierać nogami i też poprawiłam swój wynik. Mi do rekordu zabrakło duuużo, ale i tak jest tendencja zwyżkowa. Na następnym parkrunie muszę zejść poniżej 30 minut. Niby żaden wyczyn, a jednak.

Jak z obrazka!

WesolInO tym razem było po południowej stronie ul. B.Czecha, a start spod cmentarza w Starej Miłośnie. Lubię biegać po tej stronie, bo blisko bazy i nie ma kiedy zmarznąć w drodze na start:-)
Mapę tego kawałka mam już tak obcykaną, że nawet w czasie biegu poznaję niektóre miejsca, a u mnie rzadko się to zdarza.  A jednak PK 1 zaskoczył mnie, bo jeszcze w tym miejscu chyba lampionu nie widziałam - tak po prostu na zakręcie ścieżki. Okolice dwójki i trójki kojarzyłam z grubsza, ale oczywiście pilnie wpatrywałam się w kompas, żeby trafić dokładnie w cel. Piątka była tożsama z dwójką, ale kiedy się przybiega z innego kierunku, to zupełnie jak całkiem nowy punkt. Przynajmniej ja tak mam. Reszta punktów była już bardziej na północ, w kawałku, który najbardziej lubię, bo blisko szosy, gdzie nie ma się jak zgubić - nawet ja nie daję rady.
Szóstka i siódemka weszły bez problemów, chociaż  za szóstką musiałam się kilka razy okręcić dookoła, żeby ją wypatrzyć w dołku. Ale trudno to nawet nazwać szukaniem. Do ósemki wreszcie była okazja pobiec drogami, ale że droga przecinała wydmę, to z tym bieganiem pod górkę było trochę ciężko. Ale starałam się. Za to z górki na pazurki!
W pierwszym odruchu z ósemki na dziewiątkę też chciałam pobiec drogami, ale po kilku metrach opamiętałam się i poleciałam na azymut. Po ścieżkach biegają cieniasy. Już prawie u celu, ku swojemu zdumieniu, zobaczyłam Tomka.  Jakoś się go nie spodziewałam. Oczywiście od razu porzuciłam azymut i podbiegłam spytać czy szuka tego samego punktu, co ja. Ano - szukał. Wspólnie poczesaliśmy teren (no bo ten porzucony azymut) i po chwili znaleźliśmy. W międzyczasie Tomek zdążył się pochwalić zgubieniem się na swoim poprzednim punkcie, czyli mojej ósemce. Nie mam pojęcia jak mu się to udało, ale widać zdolny jest. Do wszystkiego.
Na dziesiątkę wyszłam idealnie, ale odbiłam to sobie od razu na jedenastce, bo mnie ciut na północ zniosło. Oczywiście, że sobie raz dwa poradziłam. Przy tym lampionie byłam już wcześniej, bo to i siódemka, ale oczywiście od drugiej strony wszystko wyglądało inaczej. Na dwunastkę z tego wszystkiego pobiegłam drogami i to jeszcze naokoło zamiast skrócić, ale czasem człowiek jakąś  głupotę musi zrobić, żeby nie było nudno.
Dwunastka była za wydmą, więc trzynastkę organizatorzy złośliwie ustawili przed wydmą, czternastkę znowu za, a metę przed. No, to troszkę potrenowałam tych podbiegów i zbiegów i w sumie to tak jakbym przy okazji zaliczyła bieg górski.
Ostatnio wielką frajdę sprawia mi to bieganie na orientację. Jeszcze w zeszłym roku był to dla mnie spory stres, bo ciągle myślałam, że się zgubię, że mi lampiony pozbierają, że będę ostatnia, a teraz mi to wszystko zwisa i mam tylko i wyłącznie przyjemność. Jak to dobrze wyluzować.

A tak wyglądała mapa CK i mój przebieg:

Pobiegane.

niedziela, 26 stycznia 2020

Ochota na Szybki Mózg, czyli Szybki Mózg na Ochocie.

We środę zaczął się Szybki Mózg i wreszcie miałam okazję rozpakować i użyć mojego nowego, przecudnej urody, buffa. Czekał na to od jesieni, bo przecież nie mogłam go sprofanować jakąś inną, konkurencyjną imprezą. Parę osób z zazdrością pytało skąd mam takie cudo, a ja mam, bo sobie zasłużyłam:-))) O buffach to ja muszę w ogóle napisać osobna notkę, tymczasem proszę podziwiać:

Udał im się ten buff, nieprawdaż?

Wracając do zawodów - tym razem mieliśmy biegać na Ochocie. Obejrzałam sobie przed zawodami Ochotę na googlowych mapach - bloki, bloki i bloki. Jak się człowiek zgubi, to jednego od drugiego nie odróżnisz. Dodatkowo pogoda taka raczej mało wyjściowa - niby padało, niby nie i nie wiadomo było jak się ubrać. A najgorsze, że w ogóle nie było gdzie zaparkować. Zanim znaleźliśmy skraweczek chodnika musieliśmy zrobić trzy rundy honorowe po okolicy. W końcu jednak dotarliśmy do biura zawodów i nawet mieliśmy zapas czasu. Wyjątkowo też mieliśmy bliskie minuty startowe, bo najgorzej jak jedno ma na początku, a drugie na końcu.
Wystartowałam. Jedynka prosta, dwójka też, trójka bliziutko. Nooo, zaczęło się dobrze. Czwórka, piątka i szóstka wpadły bez problemu. Z szóstki na siódemkę trochę dalej, więc musiałam się jeszcze mocniej skoncentrować, żeby nie schrzanić. Udało się! Na kolejne punkty też leciałam jak  po sznurku, a jak mi się przypomniało, to nawet przyspieszałam i z truchtu przechodziłam do biegu. Skoncentrowana byłam maksymalna, bo jak tak dobrze szło, to zaczęłam liczyć na przyzwoity wynik, wyższy niż ostatnie kilka pozycji. Kiedy podbijałam PK 21 poczułam jakiś lekki dysonans. Odbiegłam już kawałeczek, ale jeszcze wróciłam sprawdzić kod. 123, czyli na pewno PK 21, czyli trzeba lecieć na 22. Jeszcze tylko PK 23 i meta. Szczęśliwa, że tak fajnie mi poszło, stanęłam w kolejce do sczytywania wyników, wzięłam swój wydruk, a tam... NKL. Brak PK 20! No to nie dziwne, że przy PK 21 coś mi nie pasowało:-(
Ja mam taki postulat do producentów czipów - czy nie dałoby się w nich zrobić malutkiego wyświetlacza, który pokazywałby kod ostatnio podbitego punktu? Przy perforatorach zawsze można sobie sprawdzić na karcie startowej gdzie się ostatnio było, a przy tej całej elektronice, to jak się człowiek na moment zdekoncentruje, to przepadło, można tylko zgadywać co się przed chwilą wzięło.
A może ta cała orientacja nie jest po prostu sportem dla sklerotyków....


środa, 22 stycznia 2020

Bieg Chomiczówki, czyli walka o przetrwanie

Po ubiegłorocznym Biegu Chomiczówki byliśmy pewni, że musimy to powtórzyć. Zapisaliśmy się już dawno i zostało tylko odliczanie dni do startu. W miarę tego odliczania mina coraz bardziej mi rzedła, wprost proporcjonalnie do spadku kondycji. Ostatnio na wszelakich biegach przeganiał mnie praktycznie każdy chętny i mimo najszczerszych chęci przyspieszenia, nie dawałam rady. Obrosłam tłuszczykiem, a i pesel znów się postarzał:-( Kilka dni przed zawodami byłam na sto procent przekonana, że nie dam rady przebiec takiego dystansu i nie ma po co jechać, bo na pewno będę musiała zejść z trasy, jeśli planuję przeżyć. Ponieważ jednak jestem chytrą babą, to jak zapłacone, to nie może się zmarnować, więc postanowiłam przynajmniej spróbować.
W tym roku zaparkowaliśmy dużo bliżej, bo znaliśmy już teren i jego możliwości, więc do szkoły gdzie były szatnie i depozyt mieliśmy stosunkowo blisko. Na parkingu Lidla dostaliśmy baloniki i książki, bo firma była jednym ze sponsorów.

Baloniki dla dzieci i lektura do poduszki.

Na Chomiczówkę przyjechaliśmy już koło ósmej, bo Tomek startował jeszcze w Biegu o Puchar Bielan, który zaczynał się godzinę przed biegiem głównym, a wiadomo, że trzeba się przygotować i fizycznie i psychicznie:-) Ja to przygotowywałam się głównie stojąc w kolejce do kibla, bo co wyszłam, to wracałam na koniec kolejki. Wiadomo - ze stresu, choć rozum mi cały czas mówił, że od mojego biegu nic, ale to zupełnie nic nie zależy i nie ma się czym przejmować.

Gotowa do startu.

W końcu nadszedł czas pierwszego biegu i ruszyliśmy na start - Tomek biec, ja wspierać moralnie i cykać fotki. Nacykałam, poczekałam aż ruszą i wróciłam do bazy, do kolejki oczywiście:-)
Wreszcie i na mój bieg przyszła pora. Na miejsce startu dotarłam akurat na rozgrzewkę, więc skrupulatnie wykonywałam wszystkie polecenia i po rozgrzewce już na nic nie miałam siły. Całe szczęście, że nie ruszaliśmy od razu, bo zanim ruszyli ci przed nami, zdążyłam złapać oddech.
Zaczęłam powoli. Potem zwolniłam. Kiedy poczułam, że nogi mam z ołowiu, zwolniłam jeszcze troszkę, ale nie przeszłam do marszu. Praktycznie od pierwszych metrów wyprzedzali mnie wszyscy. Jedyna moja nadzieja była w pani Janinie, która biegła w kategorii K-80 i w zasadzie tylko z nią miałam szansę wygrać. Na pierwszym długim nawrocie miałam okazję zobaczyć ile osób jest przede mną, a ile za mną. Nooo, nie było tak źle - między mną a karetką było jeszcze kilkanaście osób:-) Męczyłam się w tej ariergardzie gdzieś do czwartego kilometra, kiedy to nastąpił istny cud. Nagle przestały mnie boleć nogi, oddech się wyrównał i poczułam się lekka i zwinna. No to przyspieszyłam, ale nie celowo, tylko samo jakoś tak poszło. Jak na początku wszyscy mnie wyprzedzali, tak teraz ja zaczęłam wyprzedzać wszystkich. Po chwili dogoniłam zająca z czasem 1.40, którego planowałam się początkowo trzymać, ale który szybko mi umknął w siną dal. Dobra nasza. Mijałam kolejne osoby i kiedy nagle przed oczami, na plecach poprzedzającego mnie zawodnika przeczytałam 1.35 byłam zszokowana. Dogoniłam kolejnego zająca!
- Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze wygram ten bieg - pomyślałam, ale dublujący mnie biegacze szybko pozbawili mnie złudzeń. Śmigali koło mnie, że aż przeciąg się robił. Ale niech im będzie.
Mój zegarek co kilometr piskał informując mnie ile już mam za sobą, a ja przeliczałam czy daleko jeszcze. Kiedy obliczyłam, że jeszcze 500 metrów, zaczęłam z lekka (bardzo z lekka) przyspieszać, zresztą i mój zając przyspieszył. Kiedy mój zegarek radośnie odtrąbił 15 kilometrów, ja jeszcze nie miałam mety nawet w zasięgu wzroku. Moje morale gwałtownie runęło na bruk, oddech zaczął się rwać, tętno przyspieszyło, a wszystko od pasa w dół zaczęło boleć. Nie było wyjścia - musiałam zwolnić. 1.35 zaczęło się oddalać, a ja walczyłam już tylko o przetrwanie. Jeszcze na ostatnich kilkudziesięciu metrach dopingowana przez Tomka zdobyłam się na ostatni zryw i wyprzedziłam jedną zawodniczkę i wreszcie wpadłam na upragnioną metę. Ufffff.

Metaaaa!!!!!

Z medalem na szyi oczywiście od razu ustawiłam się do fotki, bo pamiątka musi być. Zwłaszcza po tak heroicznym wyczynie:-)


Kiedy już w domu porównaliśmy nasze obecne wyniki z tymi sprzed roku, ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że nie tylko nie pobiegłam gorzej, ale poprawiłam swój wynik o kilkanaście sekund. A byłam pewna, że tym razem w ogóle nie dotrwam do mety.

sobota, 18 stycznia 2020

Czym skutkuje brak obaw przed zgubieniem się, czyli FalInO runda 2.

Jadąc na FalInO tłumaczyłam Tomkowi dlaczego nie boję się zgubić w Falenicy i Wesołej, czyli na FalInO i WesolInO:
- Bo tam jak się zgubię, to w końcu wyjdę na jakąś ulicę, którą znam i w razie czego wiem jak stamtąd wrócić do Zielonki. A jak się zgubię w obcym lesie, to nawet jak dojdę do cywilizacji, to i tak nie wiem, gdzie jestem i jak stamtąd wrócić do domu - perorowałam. I tym sposobem wywołałam wilka z lasu.
Wystartowałam i od razu zaczęłam źle. Zamiast do pierwszego punktu pobiec skrótem, o którym już poprzednio mówił mi Tomek, ja oczywiście pobiegłam naokoło. Nie była to jakaś duża strata, ale już na wstępie musiałam siebie zwyzywać od sklerotyczek i ślepot, bo na mapie widać było wejście na teren boiska, czy co tam było zarosłe trawą. Na szczęście do drugiego punktu pobiegłam już logicznie, korzystając nawet z dróg. Jakoś zaraz za dwójką spotkałam Tomka, który najwyraźniej leciał na moją trójkę, podpięłam się więc pod niego, bo nie bardzo rozumiałam jak lampion może wisieć na czyjejś posesji i jak się tam dostać, żeby nie być poszczutym psem. Dom okazał się opuszczony, a ogrodzenie niekompletne, ale gdybym była sama i tak miałabym opory przed wejściem tam. No, taka praworządna jestem - nie moje - nie wchodzę.
Po trójce plecy Tomka oglądałam z coraz większej odległości, ale w sumie i tak nie wiedziałam jaki punkt ma następny, więc specjalnie nie sugerowałam się jego poczynaniami. Moja czwórka była za wydmą, wykoncypowałam sobie, że najpierw dotrę do "piaskownicy" na szczycie, potem kawałek wydmą na południe, potem ścieżką na zachód i zaraz powinien być punkt. Niestety ścieżka na zachód gdzieś mi się rozmyła, a mi tak fajnie biegło się w dół, że doleciałam prawie do domów. To mnie dopiero otrzeźwiło, bo oznaczało, że jestem daleko za daleko. Za to trafiłam na charakterystyczne rozwidlenie ścieżki, z którego porządnie się namierzyłam i już bezproblemowo weszłam na punkt.
Do piątki azymut zniósł mnie kilka stopni w prawo i z uporem godnym lepszej sprawy szukałam lampionu między kopczykami, przy rowie, który widziałam i dziwiłam się, skąd też on się tu wziął. Jakoś nie dało mi to do myślenia i dość długą chwilę kręciłam się po tym samym terenie. Dopiero kiedy wyszłam na ścieżkę, której się nie spodziewałam, popatrzyłam dokładniej na mapę, zlokalizowałam się i poszłam gdzie trzeba.
Szóstka na szczęście była łatwa, po drogach i fakt, że lampionu szukałam najpierw za asfaltem, w sumie nie ma znaczenia. Grunt, że na dobrym przepuście:-) Siódemka wprawiła mnie w konsternację. Dobiegłam w miejsce, gdzie miał zacząć się asfalt (czy jakaś lepsza droga), a tam z daleka zobaczyłam wielką, zamkniętą bramę. Najwyraźniej znowu coś skopałam - pomyślałam i postanowiłam pokręcić się w okolicy żeby upewnić się, gdzie jestem. Wszystko wskazywało jednak, że punkt rzeczywiście musi być za bramą, tylko jak się tam dostać? Udało się przez dziurę w ogrodzeniu budowanego dopiero domu, co dawało nadzieję, że nikogo tam nie ma i nikt mnie nie przegoni. Wyszłam na upragnioną drogę, rozejrzałam się i po obu jej końcach zobaczyłam bramy. Jak nic jakieś zamknięte osiedle - pomyślałam i wycofałam się w las , tak jak weszłam, przez dziurę w ogrodzeniu. Przyjęłam założenie, że w miejscach ogrodzonych nie wiesza się lampionów. Wobec tego gdzie ja jestem i gdzie jest punkt????? Postanowiłam dojść do skrzyżowania ścieżki z prądem, ale zanim tam dotarłam zauważyłam jakiegoś orientalistę z pieskami, który najwyraźniej zmierzał w miejsce, z którego przed chwilą wróciłam. Ciekawa jak mu pójdzie, ruszyłam za nim. Okazało się, że przy bramie jest niezagrodzone wejście, a lampion wisi ze dwa metry od miejsca, do którego poprzednio dotarłam.

Ten punkt był nie fair, szczególnie, że wejście na ulicę zasłaniała różowa linia łącząca punkty.

Z zaciekawieniem patrzyłam jak też człowiek z psami wydobędzie się z osiedla, a on odważnie ruszył w stronę drugiej bramy. Ja za nim. Okazało się, że brama, której tak się bałam, była za skrzyżowaniem i wcale nie odgradzała mnie od wolności.
Ósemka znowu była na terenie opuszczonej posiadłości, ale weszłam tam odważnie, bo już się zorientowałam w zamyśle budowniczego mapy - po prostu chciał nam pokazać wszystkie pustostany w okolicy:-) Dziewiątkę zgarnęłam bez problemu, a potem ustawiłam azymut na dziesiątkę i ruszyłam, nawet biegiem. Dziesiątka powinna być za ulicą Podkowy, a ja biegłam i biegłam, a ulicy ani śladu. Zatrzymałam się skonsternowana, a jakieś dzieciaki kręcące się w okolicy zaczęły do mnie wołać:
- A jakiego punktu pani szuka?!
I w tym momencie mnie olśniło - azymut to nawet ustawiłam dobry, ale dlaczego zamiast czerwony koniec strzałki w kompasie skierować na północ, ja ustawiałam tam biały??? Czyli leciałam dokładnie w przeciwnym kierunku niż zamierzałam. Fuck... Cóż, zrobiłam w tył zwrot i pobiegłam tam, gdzie trzeba.

Nawigacyjna hańba

Przy dziesiątce spotkałam Janusza i na jedenastkę lecieliśmy w zasięgu swojego wzroku. Co ciekawe - i jego i mnie zniosło za bardzo na południe i musieliśmy korygować, kiedy otoczenie przestało się zgadzać.
Jedenastka, dwunastka i trzynastka, o dziwo, weszły bez problemów. Cuda zaczęły się dziać przy czternastce.  Wydawać by się mogło, że trudno o łatwiejszy punkt, tymczasem poległam na nim. Najpierw z rogu ogrodzenia ruszyłam w kierunku, który wydawał mi się właściwy. Nie uznałam za stosowne przy tak łatwym punkcie skonsultować się z kompasem. Próbowałam zorientować się  po kierunku ścieżek, ale przy takiej ich plątaninie szybko się pogubiłam. Dodatkowo musiałam uważać na biegaczy górskich żeby mnie nie stratowali i po chwili byłam już tak skołowana, że nie wiedziałam gdzie tego cholernego dołka szukać. Jak niepyszna wróciłam na róg ogrodzenia, ustawiłam azymut, ze zdziwieniem skonstatowałam, że to w tę stronę??????, rozejrzałam się, pacnęłam w czoło, że przecież oczywiście w tę i po kilkunastu metrach znalazłam lampion.


Jakim cudem udało mi się tu zgubić???

Piętnastka i szesnastka na szczęście były już tylko formalnością, a przed siedemnastką czekał już na mnie Tomek, mocno zaniepokojony moją długą nieobecnością. Praktycznie doprowadził mnie do siedemnastki, bo biegł przodem, żeby zrobić mi zdjęcie jak podbijam punkt.

PK 17

Do mety, po tych wszystkich przeżyciach, już nie miałam siły biec i ledwo się doczłapałam poganiana przez Tomka.

Meta.

Zaraz po FalInO ruszyliśmy do Galerii Bemowo odebrać pakiety startowe na niedzielny Bieg Chomiczówki. Gdzieś w połowie drogi Tomek zadał mi podchwytliwe pytanie:
- A dowód osobisty masz?
Pakiety wydawane są za okazaniem dowodu, a mój spokojnie leżakował sobie w domu. Wracać się nie miało sensu, postanowiłam więc robić z siebie idiotkę w razie czego i dziwić się, że przecież jak to dowód???? Może tomkowy wystarczy? Na wszelki wypadek od razu (zamiast dowodu) podsunęłam osobie wydającej pakiety mój telefon z sms-em od organizatorów informujący o moim numerze startowym. Wydawało się, że to wystarczy, bo pani bez słowa sprzeciwu zaczęła kompletować mój pakiet, ale jednak w koncu padło sakramentalne:
- Dowód osobisty poproszę.
Tomek zaczął od razu zaręczać, że na pewno jestem Renatą, jego osobistą żoną, ja zaczęłam zaręczać, że telefon nie jest kradziony, a w nim przecież ten sms, ale najsilniejszym argumentem okazał się mój identyfikator parkrunowy, bo faktycznie żona raz jest ta, raz inna, telefon z sms-em można skombinować, ale parkrun to rzecz święta. Teraz spróbuję tym parkrunem wziąć jakiś kredyt albo wylegitymować się policji, w końcu dowód to przy takim identyfikatorze kompletny przeżytek.



 Cała trasa

Mordercza skarpa?

Podobno liczba 66 to kwintesencja artyzmu, wolności i swobody duchowej. Jadąc na 66. OrtInO zastanawialiśmy się jak ta wolność duchowa się objawi u budowniczego(ej) trasy TZ. Miejsce startu znaliśmy z jakiejś wcześniejszej imprezy – o ile pamiętam był to jeden z pierwszych Oswojów Smoka. O dziwo, udało się zaparkować tuż obok startu – imprezy w centrum zawsze są ciężkie do ogarnięcia od strony znalezienia miejsca parkingowego – a tu taka niespodzianka;-)

Start było widać z daleka z powodu światełek krążących wokół jednego miejsca w ciemnym parku. Aby nie zwlekać pobraliśmy mapę. Dostaliśmy jakieś takie kropki. Trochę czytania opisu i wyszło, że 1/3 wycinków jest na terenie parku ze startem. Park miał na oko jakiś hektar, kilka alejek, więc przeczesanie każdego drzewa i krzaczka nie wydawało się niewykonalne – czyli nie jest źle (choć wycinki są obrócone i zlustrowane)! Druga 1/3 wycinków była w planie mapy i tylko dwa z nich zamienione miejscami - to także do ogarnięcia. Zostały wycinki czerwone, które trzeba było dopasować do tych w planie mapy. Tu zaczęły się schodki. Jeden wycinek (I,Y) – wiedziałem gdzie jest w terenie – tam była pamiętna „mordercza skarpa”. Kolejny (K,L) dało się dopasować w miarę łatwo. Jeszcze wycinek z PK A obejmował park ze startem, więc sam się wpasował gdzie trzeb. Zostały dwa wycinki, które jakoś do niczego nie pasowały (T,Q i C,F). Ale nie było co stać - był na nich dość charakterystyczny teren, więc liczyliśmy, że gdzieś na trasie się znajdzie.
Startujemy!
Na początek poszedł wycinak A, ale aby nie iść po parku na próżno, dopasowaliśmy 3 punkty parkowe. Gdzieś w zasięgu wzroku kręcił się Marcin K. – wiadomo, skoro on bierze lampion, to jest to ten dobry – mieliśmy te same typy co on, żeby nie było że ściągamy:-)

Nie braliśmy w parku wszystkiego, bo prawdę mówiąc, nie mieliśmy pojęcia, gdzie są pozostałe 3 wycinki, tylko poszliśmy na kolejny wycinek w planie mapy – chyba jedyny miejski (czyli na skarpie). Gdzieś na horyzoncie mignął Marcin, więc wiedzieliśmy, że idziemy w dobrą stronę. Znaleźliśmy PK B i przed nami stanął problem jak przedrzeć się na drugą stronę ul. Puławskiej. Niby ulicę było widać, ale odgradzał nas od niej płot z zamkniętymi bramkami i zaczął do nas zbliżać się groźnie wyglądający ochroniarz. Dziwne to jakieś – niby ogrodzone osiedle, ale tylko od jednej strony! Aby zdezorientować ochroniarza zgasiłem czołówkę i udawaliśmy autochtonów. Chyba dał się nabrać. Za chwilę natknęliśmy się na Maćka idącego z przeciwnej strony. Wyglądał na lekko spłoszonego. Dopytywał się czy my jesteśmy na jakimś zamkniętym osiedlu i czy jest z niego jakieś wyjście. On miał lepiej, bo przed nim było jakieś wyjście, a nas czekało forsowanie zamkniętej furtki, przez którą Maciek prześlizgnął się korzystając z nieuwagi jakiegoś mieszkańca. Znaleźliśmy furtkę, naciskamy przycisk i nic. Ale po kliku sekundach (ochrona? a może jakaś sztuczna inteligencja) ulitowała się nad nami i bzyknął rygiel odblokowujący furtkę. Udało się! Po podbiciu PK Ł, na kolejny wycinek z PK H i N poszliśmy bezpiecznie i… naokoło. Przy PK N spotkaliśmy jakieś tramwaje. Tu dołączał się jeden z czerwonych wycinków, odbiliśmy więc, by podbić na nim punkty (dokładniej to wróciliśmy się – gdybyśmy nie szli naokoło….). Po podbiciu PK K i L poszliśmy dalej, gdy kapnęliśmy się, że to był punkt podwójny! Dopasował się nam jeden z 2 niedopasowanych do tej pory wycinków! Uff.
PK Q

Po zaliczeniu czego trzeba wróciliśmy do jeziorek w parku Arkadia (nawet nie wiedzieliśmy, że się tak nazywa – na nazwę naprowadziło nas zadanie związane z areałem tego parku). Przy PK H znowu natknęliśmy się na Marcina. Albo nam idzie tak dobrze, albo jemu coś słabo – bo powinien być już dawno na mecie;-)

Do tej pory sądziliśmy, że owiany tajemnicą wycinek C,F przedstawia brzeg lasu, ale gdyby ta ciemna plama była stawem? Obeszliśmy oba stawy w tę i we wtę - nie zgadzało się niestety;-( Podbiliśmy więc PK Y i zaczęliśmy wspinaczkę w stylu alpejskim na skarpę, by znaleźć PK Y. Nie wiem co nami kierowało – pewno frustracja z niedopasowania ostatniego wycinka – bo logiczniej było iść dołem do PK S i po drodze rozglądać się, by może coś dopasować, a tak zaliczyliśmy wspinaczkę po pionowej skarpie. I oczywiście po podbiciu PK Y zajście pionową skarpą i wędrówka dalej wzdłuż jeziorek do ostatniego wycinka w planie mapy. Gdzieś tak zaczęło mi świtać, że właściwie może coś by pasowało tu na końcu parku. I rzeczywiście, było drzewo z lampionem na brzegu stawu i widać było półwysep wchodzący w wodę i jeszcze jakiś mokry ciek za ścieżką. Podbiliśmy. I tu pojawił się Marcin zdziwiony, że coś tu podbijamy. I tu następuje moment chwały (fanfary) – uświadomiliśmy Marcina, że jest to PK F! Po chwili oglądania terenu przyznał nam rację! W ramach odwdzięczenia podał nam powierzchnię parku – nam do tej pory nie udało się znaleźć tablicy z tą wartością. Ale po przejściu 10 kroków… okazało się, że jest tablica potwierdzająca ten areał;-) Sami ją znaleźliśmy jakby co:-)

Teraz wdrapanie się na skarpę (kulturalnie schodkami), PK S, D i dochodzimy do ostatniego poza startowym skwerem PK X. Miejsce jest ewidentne, lampionu nie ma. Jest za to znowu Marcin, który mówi, że już 10 minut tu czesze i lampionu brak. Już chcemy komisyjnie wpisać BPK, a tu nagle Marcin dostrzega wpis na mapie uczyniony małymi literkami „PKX: Ile gatunków zwierząt?”. Kolejny uff;-)

Zostały nam jeszcze 3 PK przy starcie. Niedopasowane. Marcin podpowiada, że E to G. Rzeczywiście! Człowiek ślepnie na starość. Brakuje jeszcze 2 PK. Marcin jeszcze podpowiada , że PK W to chyba BP K, bo go nie znalazł. Hmm. Idziemy w park dopasować coś z brakujących wycinków. Nagle dostrzegamy łuk, który przypomina łuk na wycinku A. Jest na nim PK W. Ale jego podobno nie ma…. Trzeba to potwierdzić. Idziemy patrzymy… i jest – minilampion na latarni. Łatwy do przeoczenia! Jesteśmy z siebie dumni. Brakuje jeszcze jednego PK i został jeden wycinek, który do niczego nie pasuje. Przeszukujemy wszystkie żywopłoty (bo taki charakterystyczny jest na wycinku) i wysokie drzewa typu świerk. Jeden świerk w pobliżu PK G by pasował, ale brak na nim lampionu. Co tu dużo pisać, błąkamy się po tym parku zbyt długo. W akcie desperacji idziemy w jedyny nie spenetrowany dokładnie kawałek parku tuż koło startu, bo są tam jakieś krzaki i… eureka! Jest! Mamy komplet. Tyle że minutę w ciężkich;-( Po chwili na metę wpadają Ewa i Darek – im udało się minutę przed ciężkimi;-(
Meta, a w tle nasze "kropeczki"!

No cóż, nie wygramy, ale chociaż nasz ślad ułożył się w ładnego psa z otwartą paszczą;-)

PS. Była w historii jeszcze jedna Mordercza Skarpa :-)

piątek, 17 stycznia 2020

Szkółka czyli... trening

Po sobotnim WesolInO tak byłam skąpana w endorfinach, że jak nałogowiec nie mogłam doczekać się powtórki. Na szczęście już następnego dnia była okazja pobiegać z mapą. Tym razem wybraliśmy się na ZZK czyli Zimowe Zawody Kontrolne, a mówiąc po ludzku - taki trening. Pogoda znacznie sie poprawiła i mieliśmy piekny, słoneczny dzień. Idealne warunki na bieganie.
Start był przy szkółce leśnej w Skierdach i mapa nazywała się Szkółka Skierdy. Tomek całą drogę przekonywał mnie, że już tam kiedyś biegaliśmy, ale dopiero kiedy na własne oczy zobaczyłam miejsce startu - uwierzyłam, czy raczej przypomniałam sobie. Złych skojarzeń z miejscem nie miałam, więc byłam pełna optymizmu. Las jest tam o tyle fajny, że cały w regularnych i dobrze utrzymanych przecinkach i mapa wygląda jak szachownica. Czyli zawsze wyjdzie się na jakaś drogę w razie czego.
Można by myśleć, że od razu skorzystam z tego dobrodziejstwa dróg, ale przecież nie można iść na łatwiznę, bo po drogach to każdy głupi potrafi, no nie? Tak więc na pierwszy punkt ruszyłam na azymut, bo po co drogą jak można przez najgęstsze krzaki. Nie wiem o czym myślałam po drodze, ale chyba nie o mapie, bo punktu zaczęłam szukać mniej więcej w połowie odległości. Trochę dziwiło mnie, że wszyscy lecą za drogę bez zatrzymywania się, ale zawsze mogli być z innej trasy. Dopiero po dłuższej chwili i przeczesaniu kawałka terenu dopatrzyłam się na mapie, że punkt to jest jednak za drogą, a nie przed nią. Taka drobna różnica.
Dalej poszło już lepiej. Dwójka i trójka wpadły bez problemu, a tak były położone względem siebie, że wyszło na moje - tylko na azymut miało sens, a drogi to sobie można... Dopiero na czwórkę skorzystałam z tego drogowego dobrodziejstwa, pod koniec skracając na przełaj, żeby nie latać naokoło. Piątka miała być w dołku przy ścieżce, tylko skąd wziąć ścieżkę? Niby wypatrzyłam jakieś przerzedzenie drzew, ale czy to ścieżka? Podobny dylemat miała inna biegaczka i razem zaczęłyśmy szukać lampionu. Nie znalazłyśmy, więc uznałyśmy, że to jednak nie była ścieżka. Właściwe miejsce było kawałek dalej, ale ścieżka wyglądała dokładnie tak, jak ta poprzednia, czyli nie wyglądała. Ale grunt, że był dołek i lampion.
W drodze na szóstkę tak się stresowałam tym, że spotkana przy piątce koleżanka biegnie za mną i jaki wstyd będzie jak się zgubię, że z tego stresu oczywiście pobłądziłam. Punkt miał być przy trzeciej drodze na wyznaczonym azymucie, ale pogubiłam się w tym liczeniu i zaczęłam szukać już przy drugiej. I kto by pomyślał, że w liceum kończyłam klasę matematyczno-fizyczną... Prawdę mówiąc, nawet gdybym dobrze liczyła te drogi, to i tak wylądowałabym w jakimś dziwnym miejscu, bo azymut to wzięłam jakiś mocno przekoszony. Ponieważ punktu nigdzie nie było, a koleżanka przekonała mnie, że szukamy za wcześnie, pobiegłyśmy dalej niespodziewanie wychodząc na przecinkę. Przez ten niedokładny azymut oczywiście. Na przecince to już przynajmniej wiedziałam, że sobie poradzę. Wzięłam już dokładniejszy pomiar ze skrzyżowania i w końcu znalazłam dołek w obniżeniu, a w nim lampion.
Siódemka na szczęście była łatwiutka i drogowa, więc pomknęłam szybko starając się uciec przed stresującą mnie konkurencją:-) Konkurencja dopadła mnie przy punkcie, a w drodze na ósemkę przegoniła, bo kondycyjnie to przy niej jestem cienias. To znaczy przy każdym jestem cienias w sumie.
Począwszy od szóstki biegałam już w zasadzie tylko po drogach, bo chyba się inwencja autorowi trasy skończyła i punkty były tuż przy głównych przecinkach. Ale nie żebym narzekała. Jeszcze tylko z dziewiątki na dziesiątkę zaszalałam z azymutem przez okropne chaszcze i tyle mojego. Dziesiątka była ostatnim punktem i od niej tylko dobieg do mety.
Na mecie zorientowałam się, że kluczyki od samochodu biegają z Tomkiem, nie mam zatem dostępu do kurtki i wody. Herbata serwowana przez organizatorów akurat wyszła i woda musiała się dopiero zagotować. Można było za to zjeść kiełbaskę z grilla i ciastka, a ja jak na złość dzień wcześniej zaczęłam się odchudzać. Normalnie - masakra. Przełknęłam więc ślinę, odwróciłam się plecami do tych pokus i... wróciłam do lasu pobiegać. W sumie to było po trzykroć korzystne, bo po pierwsze nie marzłam, po drugie spalałam dodatkowe kalorie, po trzecie produkowałam sobie kolejne endorfiny. I tym sposobem mimo przeciwności losu wyszłam na swoje:-) Po niecałych dwóch kilometrach spotkałam Tomka biegnącego do mety. Na mecie odwiodłam go od pomysłu obżerania się kiełbaskami (co ma mieć lepiej niż ja?), ale od ciastek już nie dałam rady - zeżarł na moich oczach sadysta. Przy samochodzie jeszcze uczciwie porozciągaliśmy się (bo akurat się nam przypomniało) i już można było wracać.
Mimo, że biegałam i nawigowałam jak ostatnia lebiega to był to bardzo fajny weekend (i sobotnie i niedzielne bieganie) i tak mi podładował akumulatory, że ho, ho. Powinno starczyć do FalInO:-)

 Te poboczne punkty, to z trasy Tomka.

środa, 15 stycznia 2020

Parkrun i cud na WesolInO

Po noworocznej sześciodniówce zrobiliśmy sobie kilka dni przerwy (bo też i w najbliższej okolicy nie było żadnych imprez) i kolejny weekend postanowiliśmy zacząć z przytupem - w sobotę najpierw parkrun, a potem WesolInO.
Na parkrun udało nam się wyciągnąć Agatę i był to jej debiut  w bieganiu zorganizowanym.  Jej udział miał być dla mnie świetną zasłoną dymną odwracającą uwagę od mojego marnego (jak przewidywałam) wyniku.

 Przed startem. (Za zdjęcie dziękuję Agnieszce)

 Zaczęłyśmy razem - najpierw powoli - jak żółw ociężale, ruszyła - maszyna - po szynach - ospale. Przez spory kawałek tak sobie truchtałyśmy, aż w końcu Agata przeszła do marszu, a ja poleciałam dalej. Po trzech kilometrach nawet ogarnęłam się w sobie i ciut przyspieszyłam i choć wynik faktycznie wyszedł marny, to jednak nieco lepszy od poprzedniej próby, kiedy to pobiłam już wszelkie swoje rekordy w długości pokonywania 5 km. Tak za bardzo to się nie wysilałam zresztą, żeby zachować siły na bieganie z mapą.
Na WesolIno pojechaliśmy już tylko we dwójkę z Tomkiem. Pogoda w międzyczasie zrobiła się z lekka wilgotna, aczkolwiek nie padało tak regularnie. Zmieniłam więc warstwę wierzchnią na mniej przemakającą, co dawało mi gwarancję zapocenia się na śmierć w razie szybkiego biegu.  No i jak to dobrze, że biegam powoli:-))
Start tym razem był w innym miejscu niż start biegaczy górskich i musieliśmy dość daleko dojść z bazy. Ale przynajmniej mieliśmy od razu rozgrzewkę. Moja trasa miała mieć niecałe sześć kilometrów. Teren milion razy już obiegany, co oczywiście w moim przypadku nic nie wnosi, no może tyle, że nie boję się zgubić.
Pierwszy punkt dostępny niemal ze ścieżki, więc bezstresowo, tak na dobry początek. Do dwójki między zabudowaniami, a potem ze skrzyżowania na azymut - idealnie na punkt. Jak widać z przebiegu (a i Tomek posprawdzał na lidarach) trójka stała w złym dołku, ale najwidoczniej bliski był mi tok myślenia osoby wieszającej lampiony, bo trafiłam bez problemu:-) Do czwórki na wszelki wypadek namierzałam się trzyetapowo - do skrzyżowania, do wykrotu i dopiero dołek. Zadziałało. Piątka była bardzo blisko i myślałam, że ją z daleka zobaczę, ale lampionów z dna dołka nie widać i oczywiście najpierw trafiłam do dołka stowarzyszonego. Za to do szóstki poleciałam jak po sznurku. Przy szóstce teren już się zaczął fałdować, a do siódemki trzeba było przeciąć wydmę. Starałam się nawet biec pod górkę i prawie mi się udało. Ale zmachałam się tak, jakbym wbiegła. Więc uważam, że zaliczone. Tak mi dobrze szlo nawigacyjnie, że w końcu straciłam czujność, zdekoncentrowałam się i przed ósemką zniosło mnie na zachód, na skrzyżowanie, tylko nie wiedziałam na które. Na szczęście czasy wpadania w panikę przy zgubieniu się dawno mam już za sobą, więc po prostu przeleciałam się kawałek drogą patrząc jaki ma przebieg, gdzie z czym się krzyżuje, gdzie zakręca. A może ze zmęczenia tak się zakręciłam, bo od siódemki znowu trzeba było wrócić na drugą stronę wydmy. A zgadnijcie gdzie była dziewiątka!? Oczywiście znowu za wydmą. I proszę - żadne biegi górskie mi niepotrzebne, wystarczy sama orientacja, żeby się zarżnąć. Na dziewiątkę wyszłam prawie idealnie i nie wiem co mnie podkusiło, żeby zamiast podejść do najbliższego dołka (z lampionem) zacząć przeszukiwać te dalsze. Zaćmienie umysłowe normalnie. Dziesiątka i jedenastka weszły bez problemu, a w drodze na dwunastkę coś zaczęłam omijać (za cholerę nie pamiętam co, a na mapie nic do omijania nie ma). Trochę mnie znosiło, ale że punkt był między dwoma posesjami, więc wiedziałam, że i tak trafię, bo miejsce zbyt charakterystyczne żeby je zgubić. Trzynastka chyba przeniosła się do sąsiedniego dołka, ale i tak ją zdybałam. Do czternastki, przez wydmę, już nie miałam sił biec, ale za to idąc spokojnie mogłam się dobrze namierzyć i wyszłam na nią idealnie. W połowie drogi do piętnastki zmieniła mi się koncepcja i zeszłam z azymutu, żeby dojść do drogi prowadzącej do zabudowań. Prawdę mówiąc zupełnie nie wiem po co zrobiłam taki manewr, bo wcale ani szybciej, ani łatwiej nie było. Chyba tylko dla urozmaicenia sobie trasy. A potem już tylko meta, metunia, meciątko. Na mecie czekał już Tomek, który swoją dłuższą trasę jakoś pokonał szybciej niż ja swoją krótszą i wstrzeliłam się w moment, kiedy opowiadał komuś o przekoszonej północy na mapie. Kurcze, zupełnie o tym zapomniałam. Więc jakim cudem trafiłam na wszystkie punkty, a na niektóre do tego idealnie??? Cud, normalnie cud.
A poniżej dowód, że nic, ale to nic nie naściemniałam:-)



niedziela, 12 stycznia 2020

Trzej Królowie Nawigacji

Takim oto ślicznym obrazkiem Igor zachęcał do wzięcia udziału w historycznym (bo pierwszym) treningu trójkrólowym organizowanym przez Team 360. Nas to nawet nie trzeba było specjalnie zachęcać, bo aż rwaliśmy się do tego biegania.


Tak nam się ułożyło, że od początku roku w jeden dzień maszerujemy, w drugi biegamy i akurat szóstego przypadało bieganie.
W Zagórzu było już kilka imprez i choć w ogóle nie kojarzyłam terenu, to jakaś taka dość wyluzowana byłam. Może po FalInO tak mi wiało optymizmem:-)

 Taka tam pamiątkowa fotka przed startem:-)

Wystartowaliśmy jako jedni z pierwszych, Tomek na najdłuższej trasie, ja na średniej. Punkt pierwszy był blisko startu, na "cycku", co to nigdy nie wiem czy to mulda, czy jakoś inaczej. W każdym razie szukałam jakiegoś odkształcenia terenu. Ufff, poszło dobrze, odkształcał się. Dwójka o tyle prosta, że za mokradłami, więc wystarczyło obserwować roślinność. Roślinność i innych biegaczy, bo nagle na trasie zrobiło się dość tłoczno.  Od razu zaczęłam napominać sama siebie:
- Nie leć za innymi! Mogą nie być z twojej trasy!
No to nie leciałam za nimi, tylko pilnie patrzyłam w mapę i na kompas. O dziwo, trójka weszła bez problemu, choć trafienie idealnie na zakręt ścieżki wydawało mi się dość karkołomne. A jednak... Pięć kolejnych punktów było w dołkach i nie rzucały się z daleka w oczy Do wszystkich leciałam na azymut, bo chyba inaczej to się nawet nie dawało. A przynajmniej ja nie widziałam sensu. Od trójki teren był coraz bardziej pofałdowany i w miarę jak coraz bardziej sapałam i zwalniałam, miałam wrażenie, że na moich oczach dochodzi do wypiętrzenia nowych gór.
Trochę sobie biegłam, trochę sobie szłam, aż w końcu trochę się zgubiłam. Ale to wszystko przez Michała i jedną kobitkę, którzy byli z mojej trasy, przegonili mnie i z ósemki na dziewiątkę ruszyli  drogami. I tak mnie ten pomysł biegania po drogach zainteresował, że zamiast patrzyć w mapę, gapiłam się na nich, leciałam bezmyślnie za nimi, a kiedy zniknęli mi z oczu, nie bardzo wiedziałam w którym dokładnie miejscu jestem. Na dokładkę punkt znowu miał stać na "cycku", czyli nie wiedziałam czego mam wypatrywać. Chyba zniosło mnie za bardzo na zachód, ale niestety nie mam zapisanego śladu, bo zapomniałam włączyć rejestrację trasy i w sumie to nie wiem dokładnie gdzie się błąkałam. Skończyły mi się pomysły gdzie jeszcze szukać, ale akurat nadeszła Sylwia z Krzysztofem i ewidentnie też rozglądali się za punktem. Niestety, nie za tym samym.
- Kochana, to na tamtej górce - pokazała gdzieś w przestrzeń Sylwia, kiedy już dogadaliśmy się jakich punktów kto szuka.  No to poszłam na najbliższą górkę, ale tam nic, ale to nic nie było. Co prawda wydawało mi się, że moja górka powinna być przed drogą, ale w końcu górka to górka. Z opresji wybawił mnie Janusz, pokazując gdzie dokładnie jestem. A jak człowiek wie gdzie jest, to i wszędzie trafi.
Dziesiątka i jedenastka były na karpach, więc przynajmniej wiadomo za czym patrzeć, a i na ogół sterczy to trochę w górę i widać z daleka. Dwunastka była prawie na ścieżce, więc nie sposób przegapić, a trzynastka była tym samym miejscem co piątka, ale ja oczywiście czułam się jak bym była tam pierwszy raz w życiu i nawet żadnego deja vu nie miałam. Końcówka była już prosta do tego stopnia, że z czternastki było widać lampion piętnastkowy. No, może nie z samej czternastki, ale wystarczyło przebiec parę metrów.
Na metę, o dziwo, dotarłam przed Tomkiem, ale niewiele. Tyle, że zdążyłam wziąć z samochodu komórkę i cyknąć kilka nieostrych i poruszonych fotek.

Tak szybko finiszował, że aż rozmyźgany wyszedł.

Ciut ponad czterokilometrowa trasa zajęła mi aż sześćdziesiąt sześć minut, co nie najlepiej świadczy o mojej kondycji. No i ten nieszczęsny PK 9. Po kilku latach biegania to już naprawdę trochę obciachowo tak się gubić. I nie ma się co pocieszać, że jeszcze kilkanaście osób przybiegło z gorszym czasem. Za to chyba po raz pierwszy w tym roku pamiętałam o rozciąganiu się po biegu i tego pozytywu się trzymajmy:-)

Drzewa nie udało się przepchnąć. Stoi jak stało.

sobota, 11 stycznia 2020

O! jak Orient

Można powiedzieć, że tradycyjnie Orient jest pierwszą imprezą TMWiM w nowym roku. Od kilku lat był zawsze dwuetapowy, jednak ten rok zapowiada się nietypowo – Orient ma tylko jeden etap, ale za to rozbudowane (czytaj: długie) trasy BnO. BnO ściągnęło na start sporo biegaczy, a ogólnie sześciodniówka zaczynająca się od pierwszego stycznia w tym roku cieszy się sporą frekwencją. Pewnie swoje dołożyła pogoda – raczej jesienna lub wiosenna i zdecydowanie nie zimowa. Na start przyjechaliśmy punktualnie, ale musieliśmy poczekać chwilę nim organizatorzy ogarną się z uruchomieniem wszystkiego. Udało się wreszcie doczekać startu. Dostaliśmy mapę pełną wyglądającą raczej na poziom TT niż TZ. No cóż i tak bywa. Nie zawsze organizator ma czas przyłożyć się do imprezy, co dobrze znamy z własnego doświadczenia. Choć może wolałbym choć troszkę więcej wyzwania intelektualnego – zawsze milej polec na czymś wymagającym, niż przegrać o pojedyncze punkty na wróżeniu azymutu z fusów;-)

Do pierwszego PK ruszyliśmy za Marcinem Szajko, bądź co bądź wygrywcą TMWiM za poprzedni rok. PK 1 był oczywisty. Kolejny PK 2 i przy okazji wyskalowanie mapy. Tu niestety lampion wisiał niedokładnie, tak na granicy dopuszczalnego błędu, ale że nie było innego… Przy lampionie dogonił nas Tomek Gronau, z którym przez kilka następnych PK się przeplataliśmy. Kolejny PK 4 na wysokiej górze. Trudne podejście, brak tlenu i zaparowane okulary spowodowały, że wzięliśmy stowarzysza – lampion w najwyższym miejscu zamiast taki bardziej na wschód. Ot, źle popatrzyliśmy na mapę;-(
Łapiemy stowrzysza na PK4

Kolejne punkty 8,7,14,16 i 18 bez żadnej historii. Na pełnej i dokładnej mapie – cieniowaniu z lidara ciężko zabłądzić. Choć nam udało się to na PK 17. Szliśmy trochę na azymut, trochę po rzeźbie i znaleźliśmy dołek, ale bez lampionu. Coś się nie zgadzało. Dopiero namierzenie się od skrzyżowania ścieżek pozwoliło trafić gdzie trzeba – idąc grzbietem nie mierzyliśmy odległości i nie dostrzegliśmy na mapie, że jest jeden skręcający grzbiecik wcześniej.

PK17 udało się wreszcie znaleźć
Ale udało się i poszliśmy dalej na PK 15 - dla bezpieczeństwa lekko naokoło, ale wyraźnymi drogami. Tu spotkaliśmy biegaczy wybiegających z „zakazanego lasu” (ostoja zwierzyny – wstęp wzbroniony, czyli słusznie ominęliśmy teren zakazany), a potem Beatę idącą z naprzeciwka, która zadała nam dość dziwne pytanie: co to jest „tabliczka”? Zgodnie odpowiedzieliśmy „coś płaskiego, raczej prostokątne i z jakimś napisem”. Okazało się, że problem tabliczek dotyczy LOP-ki, która jest dopiero przed nami. Podobno na LOP-ce nie ma żadnych tabliczek, tylko jakieś kartki obwiązane wokół drzewa i coś co niekoniecznie spełnia definicję tabliczki. Nic, zobaczymy jak dojdziemy. Spotkanie z Beatą trochę nas rozkojarzyło odnośnie liczenia kroków – pojawiła się ścieżka niewidoczna na lidarze i nie byliśmy pewni, czy właściwe obniżenie terenu jest po prawej czy lewej stronie ścieżki. Chwilka zastanowienia i decyzja – z wydruku wygląda to na najgłębsza dziurę – czyli ta po lewej;-)

PK 9 na azymut idealnie. Idąc na PK 10 na azymut trafiliśmy na wspomnianą wcześniej LOP-kę. Kilka zespołów biegało i liczyło głośno zastanawiając się co to jest tabliczka. My także nie wiedzieliśmy co autor miał na myśli i na wszelki wypadek opisaliśmy stan faktyczny, czyli trzy drewniane tabliczki/drogowskazy + 3 kartki.

Liczenie tabliczek na LOPCe
Dalej wróciliśmy na azymut do PK 10. Tu natknęliśmy się na Zuzę z Maćkiem, którzy mieli PK po drugiej stronie dziury w ziemi niż my. Przez PK 11 dotarliśmy do PK 12. Tu lekkie zdziwienie – brak lampionu. Sporo biegaczy i wisi lampion biegowy. Na mapie nie ma informacji, że będą lampiony biegowe. Chwilka upewnienia się że na pewno jesteśmy we właściwej dziurze i bierzemy co jest. Ciągle na azymut do PK 13. Po drodze ratuję jakąś zagubioną biegaczkę, wskazując gdzie jest. Przed nami kolejne obniżenie z lampionem biegowym. Ale na mapie i w terenie obniżeń cała masa. Ta chwila dekoncentracji i ratowania innych spowodowała, że nie jesteśmy pewni dziury. Na wszelki wypadek idę namierzyć się do drogi – stąd łatwo policzyć obniżenia i okazuje się, iż przeczucie nie myliło - trafiamy na lampion płaski. Nurtuje mnie ciągle poprzedni PK czy na pewno ten lampion biegowy był właściwy? Ale na mapie nie ma żadnych innych dziur w okolicy.
PK5?
 Zostają punkty 6, 5, 3 i do mety.
PK3
 Od PK 3 mierzymy jeszcze raz skalę mapy do charakterystycznego dołka przy ścieżce. Skomplikowane obliczenia matematyczne i mamy odległość i za chwilę także zmierzony na oko azymut. Zostaje dojść do mety.

Wstępnie planowane było dodatkowo BnO, ale nasze chodzenie na azymut pokazało nam, że teren ma sporo krzaków i bieganie nie musi być przyjemnością – szczególnie, że następnego dnia w planach mamy bieganie w Zagórzu.

czwartek, 9 stycznia 2020

FalInO

Lubię biegać w Falenicy, bo to jedno z niewielu miejsc, gdzie nie boję się, że zabłądzę i nigdy się nie odnajdę. Tak - wreszcie zaczęło się FalInO i w sobotę przed południem ruszyliśmy w "nasz" las. Zanim ruszyliśmy, musieliśmy jeszcze zaparkować, co okazało się mocno utrudnione, bo wszystkie ulice były zastawione, ale po objechaniu całego terenu, w końcu się udało.
Pierwsze dwa punkty miałam na podwórku szkolnym, więc łatwizna. Już przy drugim po piętach deptała mi Zuza, która wystartowała tuż po mnie. Na trójkę musiałyśmy biec innymi wariantami, bo nie widziałam jej ani przed sobą, ani za sobą i spotkałyśmy się gdzieś w okolicy punktu. A potem cały czas tak się przeplatałyśmy i tylko trochę mnie dziwiło czemu ona tak uparcie trzyma się ścieżek. Las był przebieżny i to co traciłam na szybkości, nadrabiałam lecąc na skróty. Dopiero gdzieś w połowie trasy okazało się, że Zuza zapomniała kompasu i leci bez. Noo, to wiele wyjaśnia:-)
Nawigacyjnie, jak zresztą na ogół na FalInO, było łatwo, a najbardziej na tej imprezie podoba mi się to, że lampiony nie są chowane, tylko z daleka dają po oczach. Tak więc nie zgubiłam się, nie miałam problemów ze znalezieniem punktów i mogłabym odtrąbić sukces, gdyby nie moje tempo. Takie bardziej żałosne. Pod górę wręcz marszowe. Moja kondycja, która zresztą nigdy nie była zbyt nachalna, obecnie zaginęła w mrokach niepamięci. Tym bardziej zdziwiłam się, kiedy zobaczyłam wyniki - byłam gdzieś w połowie stawki, a nie na szarym końcu. To może jeszcze jest jeszcze dla mnie jakaś nadzieja...


Moja trasa