czwartek, 17 września 2020

Rajd Źródeł Chodelki, tylko po co?

Po dwutygodniowych zmaganiach z zapaleniem gardła miałam tylko tydzień na regenerację i udawanie, że buduję formę na rogaining. Formy to ja nie widziałam już chyba z półtora roku, zresztą w moim przypadku pojęcie formy to i tak praktycznie nie istnieje. Mimo wszystko dzień przed zawodami czułam, że mogę góry przenosić, a w te osiem godzin to cały świat przebiegnę. Na szczęście samopoczucie to jedno, a rozsądek to drugie i od razu ustaliliśmy z Tomkiem, że ruszamy razem, a jak padnę to on poleci na dalsze punkty, a ja będę pełznąć w stronę bazy, ewentualnie zbierając coś po drodze.
Tym razem postanowiliśmy wyspać się we własnym łóżku i na start pojechać rano. W końcu to tylko dwie godziny jazdy. W bazie niewielu znajomych, bo większość wybrała Mordownik, ale był Hubert i Staszek, więc Tomka aż podrywało do rywalizacji.
Mapy dostaliśmy prawie pół godziny przed startem, był więc czas na ustalenie wariantu, ale oczywiście do ostatniej chwili nie mogliśmy się zdecydować.

Udana próba złożenia mapy:-)

W końcu postanowiliśmy pobiec na zachód. Jako nieliczni za bramką skręciliśmy w prawo, bo większość wybrała wariant "na północ". Zupełnie nie wiem po co, Tomek koniecznie chciał na początek brać PK 11, zamiast od razu lecieć na 34 i dopiero widok coraz bardziej oddalającego się Staszka wybił mu z głowy tracenie czasu na taki marny punkt.
Do 34 biegło się wygodnie drogami i dopiero końcówkę skracaliśmy przez pola. Lampion zgodnie z opisem wisiał na ogrodzeniu hydroforni. Tomek co kilka kroków dopytywał się, czy mam siłę i jak się czuję i był wyraźnie zawiedziony, że wciąż chce mi się biec. Wiadomo - beze mnie poleciałby szybciej.
Do rozwidlenia rowu z PK 22 najpierw polnymi drogami, potem asfaltem i w końcu polami - łatwy punkt bez kombinowania i stosunkowo blisko od poprzedniego. Dałam radę. Gdybym szła sama na kolejny PK 42 oczywiście poleciałabym naokoło asfaltem, bo zawsze wybieram drogę najmniej optymalną i zupełnie nie wiem dlaczego tak robię. Jakoś z automatu to się dzieje. Na szczęście Tomek poprowadził nas logiczniej, krócej i bezasfaltowo - polnymi drogami. I bynajmniej wcale nie był to jakiś skomplikowany nawigacyjnie wariant, zwykła logika.
Z 42 na 52 czekał nas długi przelot asfaltem poza mapą, ale na odprawie organizator potwierdził, że faktycznie najlepiej tak biec i po drodze nie ma żadnych zmyłek. Po drodze zatrzymaliśmy się przy sklepie i zaserwowaliśmy sobie zimne piwo - smakowe i bezalkoholowe.

 Dobre, bo zimne!

No, nie posłużyło mi. Najpierw poczułam się jak balon i nawet iść było mi trudno, a potem mój żołądek poległ całkowicie. Po podbiciu PK 52 wiedziałam, że nadszedł koniec moich wyczynów. Ponieważ Tomek aż się rwał do dalszego biegu, bo przed nami były punkty o wysokiej wartości, nadeszła pora na rozdzielenie się. On pognał dalej, a ja przycupnęłam na przydrożnym słupku, bo nie byłam pewna czy mogę oddalić się od krzaczków, czy lepiej nie. Ponieważ nie mogłam tak siedzieć do końca świata, musiałam podjąć decyzję - co dalej? Z PK 71 i 80, na które planowaliśmy iść, od razu zrezygnowałam. PK 60 brałam pod uwagę - w końcu to tylko drobne zboczenie z asfaltu, którym planowałam dojść do PK 44.
Szłam tym asfaltem, szłam, szłam i szłam - do Chodeli, przez całe miasto, potem na północ (na Lublin jak informowały drogowskazy), po odkrytym terenie, a słońce grzało i grzało i końca wędrówki nie było widać. Co gorsza, przy każdym przyłożeniu kompasu do mapy, miałam wrażenie, że droga biegnie inaczej niż na mapie, bardziej na północ niż północny wschód. Noż kurna, jeśli ona faktycznie biegnie inaczej, to przecież nawet nie wiem czy ten PK 60 nie wyląduje mi czasem wręcz po prawej stronie drogi, a nie lewej... Rozglądanie się żeby wypatrzyć odpowiedni lasek (co to na jego skraju miał wisieć lampion) oczywiście nie miało najmniejszego sensu, bo mapa sprzed kilkudziesięciu lat  przedstawiała zupełnie inny krajobraz niż ten obecny.
- A na wuja mi w sumie ta sześćdziesiątka? - pomyślałam w końcu rozsądnie i pomaszerowałam dalej. Wydawało mi się, że przeszłam już ze sto kilometrów i jestem nie wiadomo gdzie, kiedy nagle ujrzałam tabliczkę z nazwą miejscowości: Trzciniec. Zaraz, zaraz - w Trzcińcu to chyba jakiś krzyż miał być.  No tak - PK 43. Umknęło mojej uwadze, że jeśli, jak sądziłam, zniosło mnie na lewo to nie mam prawa być w Trzcińcu, a skoro jestem, to jednak nie zniosło, a jak nie zniosło, to jestem nie na tym krańcu miejscowości, co poszukiwany krzyż. No zaćmiło mnie całkowicie i opętana punktem 43 szukałam krzyża. Nooo, dwa nawet znalazłam, tyle, że przy żadnym nie wisiał lampion. Może gdybym wyciągnęła obie mapy z koszulki i złożyła je razem, doszłabym w czym tkwi błąd, ale zwyczajnie mi się nie chciało. Nie ma, to nie ma - trudno. Ostatecznie przecież nie umrę bez tego punktu. Tylko co dalej? Samotne uklepywanie kolejnych asfaltów było po prostu nudne, postanowiłam więc kierować się w stronę bazy. W pierwszym przybliżeniu ruszyłam na południe z lekką odchyłką na wschód.  Ponieważ zakładałam, że jestem gdzieś przy PK 43, miałam nadzieję wylądować w okolicy PK 51. Jakież było moje zdziwienie, gdy po półgodzinnym spacerze przed oczami zobaczyłam tabliczkę:  Huta Borów. Nie zupełnie tu spodziewałam się być, ale przynajmniej byłam  zlokalizowana. Stanęłam przed strasznym dylematem - lecieć po 43 co to już wiedziałam gdzie jest, czy odpuścić. Sił już nie miałam prawie wcale, ale z drugiej strony nachodzić się tyle kilometrów i żadnego punktu nie zgarnąć, to trochę szkoda. Polazłam. Krok za krokiem, powolutku, jeszcze wolniej i w końcu - jest! Nooo, to był uczciwy krzyż, a nie takie byle co, które przy "poprzednim" Trzcińcu znalazłam.

PK 43

Na 51 mogłam pójść dość wygodnie drogami, przez wieś, ale ja oczywiście wybrałam wariant przez pola, łąki i chabazie, czyli pod linią wysokiego napięcia i dopiero potem drogą. Ale za to na jednej z plantacji malin spotkałam sympatyczne tambylczynie, którym musiałam dokładnie wyjaśnić o co w naszej zabawie chodzi i tylko nie wiedziałam co im odpowiedzieć na pytanie: a po co? Sama za cholerę nie wiem: po co??? PK 51 to źródełko przy skrzyżowaniu. Organizator na odprawie mówił, że ze źródełek można pić, więc nachyliłam się nad nim żeby zaczerpnąć wody, a tam... dwa szczurze ścierwa.  Jakoś mnie natychmiast przestało męczyć pragnienie. Tylko dłonie pomoczyłam chwilę w Chodelce, co obok płynęła, bo miałam już spuchnięte jak balony.
Sił już nie miałam prawie wcale i ciągnęło mnie do bazy, ale patrząc na zegarek tak optymistycznie sobie pomyślałam, że może uda się po drodze wziąć 40, 33, 32 i 10. No dobra, nie przeliczyłam ile to kilometrów. Na mapie wyglądało to wszystko tak blisko siebie. Kiedy doszłam do skrzyżowania, co to jedna droga leci na Wierzchowiska, a druga na Kłodnicę, oczywiście, że skręciłam na Kłodnicę.
- Co mi w sumie przyjdzie z tych PK 40, 33, 32? - pomyślałam. No bo w sumie - co?
Do Borzechowa myślałam, że już nie dojdę. Oprócz tego, że nie miałam sił, moje plecy przypomniały sobie o ukrytej gdzieś tam w nich dyskopatii i dalej zaczęły nawalać mnie po całości. Zaliczyłam każdy przystanek autobusowy, na którym była ławka (uff, na wszystkich była), więc moje tempo chwilami spadało do zera. A czas leciał. Gdzieś tam po drugiej stronie Chodelki był punkt 31, ale był mi już całkowicie obojętny. Tak tylko teoretycznie pomyślałam, że jest do wzięcia, na zasadzie stwierdzenia faktu.
Musiałam przedstawiać sobą dość żałosny widok, bo kilka samochodów zwolniło przy mnie, a zatroskani kierowcy pytali, czy gdzieś mnie podwieźć. Z bólem serca konsekwentnie odmawiałam, na szczęście nikt nie pytał dlaczego, bo głupio by mi było powiedzieć, że biorę udział w zawodach. Jakoś to nie korespondowało z moim wyglądem.
Ostatni punkt miał być na drodze, którą i tak miałam wracać do bazy, więc cieszyłam się, że chociaż ten jeden jeszcze zgarnę. Kawałek przed miejscem gdzie miałam zejść z asfaltu w polną drogę spotkałam rowerzystę, który radośnie oznajmił, że punktu nie znalazł. No ale jak to? Przecież musi być! Szłam noga za nogą i co jakiś czas zerkałam na drzewa po prawej i po lewej stronie. Kurła, no faktycznie nie ma! A pies z nim tańcował! Nie ma, to nie ma. Jak potem pokazał mi Tomek na filmie, punkt wisiał, nawet nie schowany, tyle, że najwyraźniej powyżej linii mojego wzroku, bo przecież nie miałam już siły głowy podnosić.
Rajd Chodelki upewnił mnie, że najwyższa pora na dłuższą regenerację, a potem wzięcie się za siebie - odtłuszczenie i wyhodowanie jakichś mięśni. Bo na razie to totalny dramat kondycyjny.
Przewlokłam się 40 kilometrów, zajęło mi to niemal cały limit czasu, przyniosłam tylko 23 punkty przeliczeniowe i jeszcze puchar dostałam. Normalnie śmiech na sali i żenada. I tak poza wszystkim, żeby sobie pobiegać po asfalcie cały dzień, to wcale nie musiałam jechać aż na rajd, pod domem też mam asfalt.

sobota, 29 sierpnia 2020

Łapiguz... za rok?

Zrobiłam poważny błąd. Pozwoliłam zapisać się na Łapuguza przed przeczytaniem ubiegłorocznej relacji, a potem było już za późno. No zapomniałam, po prostu zapomniałam, jak cholernie ciężko było poprzednio. Tomek najwyraźniej pamiętał moje zmagania z górkami, bo tym razem zapakował dla mnie kijki, szczególnie, że na Jadze Korze bardzo mi pomogły. No to od razu powiem – orientacja i kijki nie dają się połączyć – albo człowiek wie gdzie idzie, bo trzyma przed oczami mapę, ale iść nie może, bo nie ma się na czym wesprzeć (brak wolnych rąk do trzymania kijów), albo kroczy dziarsko wspomagając się kijami, ale za to nie ma pojęcia gdzie idzie, bo nawet jeśli mapę niesie w zębach, to nie ma jak na nią patrzeć. Czyli jedna wielka chała:-) Ponieważ w naszym przypadku najważniejsze było żebym się w ogóle przemieszczała, więc na Tomka spadło zadanie nawigowania. Co jakiś czas zerkałam na mapę, ale nie mogłam na bieżąco śledzić jak idziemy. Na początku strasznie mnie to frustrowało, ale kiedy zaczęłam walczyć o przetrwanie, stało się obojętne.
„Podjęli monotonną wędrówkę w górę. Kilka kroków, potem przerwa. Martin postanowił trzymać się schematu: pięć kroków pomiędzy każdą przerwą. (…) Szli teraz nieco szybciej. Martin robił osiem długich kroków, potem zatrzymywał się i liczył do trzydziestu. (…) Po chwili stracił poczucie czasu, koncentrował się wyłącznie na tych ośmiu trudnych krokach, przerwie, podczas której liczył do trzydziestu, i kolejnych ośmiu krokach.”
Martin z thrilleru „Everest” wspinał się na Mount Everest, a ja na pomniejsze sudeckie górki, ale w tempie i metodzie pokonywania trasy właściwie nie było żadnej różnicy. No dobra, ja szłam trochę wolniej. Od Martina miałam lepiej tylko pod jednym względem – u niego było tylko w górę, u mnie raz w górę, raz w dół, chwilami po równym.
Uczciwie powiem – z trasy pamiętam niewiele, właściwie to tylko start, bufet, tęczę i metę. Po tej pandemicznej przerwie, kiedy większość imprez poodwoływano, moja kondycja jest jak Pszczółka Maja – gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie…
Na dokładkę na mecie okazało się, że mam trzecie miejsce wśród kobiet (i to nie na trzy uczestniczki) i to jest strasznie głupie, bo zombie dowleczone siłą powinno w ogóle być zdyskwalifikowane. Ale gdyby były nagrody za największą wolę przetrwania, nooo to już inna rozmowa…
Na mecie podjęłam twarde postanowienie, że na górską pięćdziesiątkę to ja już nie idę, a potem pożegnałam się z organizatorami słowami: do zobaczenia za rok!
Pogięło mnie????


wtorek, 4 sierpnia 2020

Jaga-Kora 2020

Jaga-Kora w tym roku wypadła nam dokładnie w 28 rocznicę ślubu. Nie stałyby się tak, gdyby nie wirus, bo normalnie bieg miał się odbyć w maju. I tak wszystkie inne imprezy poodwoływane albo poprzekładane i nie wiadomo czy nowy termin nam z czymś koliduje, czy nie, więc zapada decyzja - jedziemy. Pani Jola, u której wynajmujemy pokój, trzyma dla nas kwaterę i tak lawiruje swoimi innym gośćmi, żebyśmy mieli swój pokój w czasie imprezy. Przyjeżdżamy już w czwartek, żeby się zaaklimatyzować i zrelaksować. W piątek zaliczamy drobny spacer na Mogiłę, a po drodze spotykamy znajomego harcerza - Damiana, a potem Bartka z ekipą. Świat jest mały, bardzo mały.

Dobrze zamieszkać tuż przy szlaku:-)

Wieczorem idziemy odebrać nasze pakiety startowe. Zastanawiamy się co będzie tegorocznym gadżetem i ja stawiam na maseczkę z logo Jagi-Kory. W końcu w regulaminie co akapit przypominają gdzie i kiedy trzeba się zamaskować, a wiadomo, że niektórzy zapomną wziąć, albo uznają to za zbędne, więc w sumie powinniśmy otrzymać maseczki od organizatora. Dostajemy numery startowe, żel, napój i tajemnicze drewniane pudełko. Maseczka w szkatułce??? Niestety, rozczarowuję się bardzo, bo w pudelku tylko bransoletka  jago-korowa i wizytówki-reklamy. Nie ma maseczki:-((( A ja już oczami wyobraźni widziałam jak śmigam w niej po Warszawie... I robię reklamę imprezie...

Co my tu mamy?

Jak przystało na stare małżeństwo rocznicę ślubu świętujemy razem, ale osobno - jak to w życiu:-) Tomek biegnie trasę 70 km, ja 40km. Ale przynajmniej na tej samej imprezie:-))
W sobotę Tomek startuje już o 7.30 więc w piątek idziemy wcześnie spać, zresztą nie ma co robić, bo nie ma się ani z kim integrować, ani wirus nie pozwala. Nie to co w zeszłym roku...
Rankiem odprowadzam Tomka na start, filmuję, robię zdjęcia, wreszcie ruszają, a ja wracam do pokoju. My mamy się zebrać dopiero o godzinie jedenastej.
Siedzę w pokoju (a właściwie to głównie w toalecie) i coraz bardziej popadam w nastrój: i po co mi to było, przecież nie dam rady, nie chcę, nigdzie nie pójdę, ja taka biedna samotna zostałam, nikt mnie nie kocha nikt mnie nie lubi, mamusiu zabierz mnie stąd! W międzyczasie szykuję plecak i wyposażenie. W końcu nadchodzi pora wyjścia i... wychodzę. Do autobusu, którym pojedziemy na start pakuje się tłum ludzi, ja jedna jak idiotka w maseczce. Po chwili podjeżdżają jeszcze dwa autobusy, ale już nie chce mi się przesiadać do luźniejszego. Odgradzam się mentalnie od tłumu, może pomoże. W Moszczańcu robię przegląd konkurencji - młode, zdrowe i piękne wszystko, no może kilku starszych facetów, ale facetów. Czyli jestem bez szans. Proszę stojącą najbliżej dziewczynę o zrobienie mi zdjęcia, ona stresuje się, że nie ma rękawiczek, ale faktycznie nie wiadomo co siedzi na moim telefonie, a ja nie wiem co siedzi na jej rękach. Jak mnie nie dobije wirus to zrobi to Polańska, więc mi w sumie wszystko jedno. Fotka dla potomności jest.

Wyglądam... profesjonalnie:-))))

Stoję skromnie gdzieś pod koniec tłumu, bo luźniej, w końcu odliczanie, pada strzał i ruszamy. Powoli kolejne osoby mnie wyprzedzają, aż w końcu już nie ma kto. Nie próbuję gnać na siłę, bo wiem jak by się to skończyło. Za to bardzo długo, dłużej niż rok wcześniej, utrzymuję kontakt wzrokowy z oddalającą się grupą. Praktycznie widzę ich aż do wejścia w las. W lesie odpalam kijki. Niedawno dowiedziałam się, że te "rękawiczki" od nich wcale nie są na stałe zespolone z kijami i można je bardzo łatwo i szybko wpiąć i wypiąć. Jakież to jest ułatwienie! Ile ja w zeszłym roku walczyłam z kijami, kiedy potrzebowałam wolnej ręki... Poza tym wiem już co w ogóle robić z kijami i nie wkładam ich sobie co chwilę między szprychy. W ubiegłym roku przez pierwsze pół trasy raczej mi utrudniały, niż ułatwiały marsz - teraz pomagają od razu. W lesie pierwsza konstatacja - nie ma błota! Ale jak to nie ma błota?? Przecież obiecywali! Z drugiej strony, jak oni to błoto zwieźli na maj, na pierwszy planowany termin, to przecież do sierpnia im wyschło. A tu kasa na błoto wydana, nowego nie będzie:-)
Na Kanasiówkę wchodzi mi się dużo łatwiej niż w zeszłym roku, idę wolno, ale nie zatrzymując się co parę kroków. Udaje mi się wyprzedzić kilku setkowiczów. Może nie jest to żaden wyczyn, ale pomaga mi świadomość, że za mną jeszcze ktoś idzie. Wszystkie moje poranne wątpliwości, żale i lamenty rozpływają się, czuję moc i zadowolenie. Jest super! Wreszcie kończy się pod górę i lecę granicą już mniej więcej po równym. Można trochę przyspieszyć. Potem robi się w dół i zbiegam do Jasiela. Kończy się las i słonko mocno daje się we znaki. Dobrze, że powietrze nie stoi w miejscu i chwilami lekko zawiewa. Przy drodze mijam cokoły bez krzyża. Jest pięknie. Z naprzeciwka idą dwie starsze panie i proszę je o zrobienie mi fotki. Pierwsza łapie mój telefon i stwierdziwszy, że nic nie widzi, zmienia okulary na inne, potem na kolejne i znowu na te pierwsze. A czas płynie. W końcu oddaje sprzęt koleżance. Uff, cyknie i polecę dalej. Ale gdzie tam - druga pani okazuje się być specjalistką od ustawień w telefonie i coś mi tam w nim grzebie, żeby zdjęcie nie wyszło za ciemne. Protestuję, że rozjaśnię sobie potem w komputerze, ale gdzie tam. A czas płynie. Głupio mi wyrywać telefon i uciekać, więc cierpliwie czekam. W końcu jest po wszystkim, dziękuję i gnam dalej usiłując nadrobić stratę.
Tyle starań, a ręka i tak ucięta:-)))

W tym roku pierwszy punkt odżywczy jest dopiero na 17-tym kilometrze, ale w sumie niczego mi wcześniej nie trzeba. Czekam na niego bardziej po to żeby łyknąć trochę izotoniku i wytrzepać śmieci z butów skoro i tak się na chwilkę zatrzymam. Przed wejściem na punkt dopadają mnie dyżurujące dzieci z butlą płynu dezynfekującego i psikają na ręce. Porządek i reżim sanitarny muszą być! :-)
Chwilę po mnie na punkt dociera ktoś z organizatorów (wtedy nie zwracam uwagi kto to) i raportuje:
- Na trasie jeszcze dwie osoby z siedemdziesiątki, jedna pani z czterdziestki (halo! już tu jestem!), kilka osób ze sto piątki i jedno zombie. Ledwo idzie, ale nie chce zejść z trasy.
Szybko zawiązuję buta, łykam napój i uciekam zanim i mnie zakwalifikują do kategorii: zombie:-))

Pierwszy punkt odżywczy.

Za 6 kilometrów w Woli Niżnej będzie kolejny punkt odżywczy oraz pomiar czasu. Tam muszę zdążyć w ciągu czterech godzin od startu. W ubiegłym roku dałam radę, chociaż z dość małym zapasem czasu. Wygląda na to, że i teraz nie powinno być problemu. Tylko ta niewielka górka między jednym, a drugim asfaltem... Jak ona mi poprzednio dała w kość! Sam asfalt też nie jest przyjemny. Po chwili czuję dyskomfort w stopach, ciepło bijące od czarnej nawierzchni też nie jest przyjemne. Nawet nie próbuję biec, ale z kijami idzie się dość szybko. Na asfalcie ucieka mi stopiątkowicz, z którym ścigałam się gdzieś od granicy. Raz ja z przodu, raz on, ale mimo, że on ma już za sobą 80 kilometrów, ostatecznie to ja muszę się poddać. Taki to ze mnie biegacz:-) Górka, której tak się bałam okazuje się w tym roku być jakoś mniejsza i wchodzę na nią bez przystanku, ale wiadomo - powolutku. Potem tylko zbieg do drogi, gdzie ruchem zawodników i samochodów kieruje straż pożarna i już wiata z posiłkiem i pomiar czasu. Z daleka słyszę głośny doping i choć nie mam sił, staram się dobiec, żeby to jakoś wyglądało. Wiem, że muszę coś zjeść bo od rana nic mi nie wchodziło i ścianki żołądka trawią już same siebie, ale udaje mi się wcisnąć tylko dwa kawałki pomarańczy.

Tyle pyszności przygotowane, a żołądek nie chce przyjąć:-(

 Znowu czekają mnie kolejne kilometry asfaltem - do Polan Surowicznych, do ważnego dla mnie i Tomka miejsca - to tam się poznaliśmy, w Chałupie Elektryków. W tym roku tylko przejdziemy obok chałupy, bo z powodu wirusa zamknięta dla turystów. Szkoda.
A potem nadchodzi najgorsze - Polańska. Boję się tej góry strasznie - ciągnie się i ciągnie, dla mnie jest stanowczo za wysoka, no i ten brak choćby skrawka cienia na długim podejściu. Zaczynam raźno, kijki pomagają, nawet na moment powiewa optymizmem, ale nie trwa to długo. Nogi przesuwają się coraz wolniej, coraz ciężej się oddycha, w głowie zaczyna pulsować. Najpierw mocno zwalniam, po chwili co kilka kroków muszę się zatrzymywać. Gdzieś tam wysoko nad sobą widzę kogoś z aparatem fotograficznym. Boszszsz, niech mi tylko nie robi zdjęć w tych dramatycznych pozach zwisu na kijkach! W końcu podchodzę bliżej. Szczerzę zęby w (jak mi się wydaje) uśmiechu, ale na zdjęciu pewnie będę wyglądała jak wściekły, warczący pies albo jakieś "ić stont". Ale wiadomo, że potem i tak każdy szuka swoich zdjęć we wszystkich dostępnych galeriach, więc nadstawiam tę umordowaną gębę. Będzie pamiątka, a może i przestroga w chwili decyzji o zapisywaniu się w przyszłym roku:-)

Jak będzie zdjęcie Pani Basi, to dołożę.

Mijam panią fotograf, która pociesza mnie, że już niedaleko i wspinam się dalej. W końcu nadchodzi moment, kiedy wiem, że nie zrobię już ani kroku więcej i muszę, absolutnie muszę usiąść na chwilę, a najlepiej się położyć. Tylko jak? W tym palącym słońcu? Przecież sobie zaszkodzę. No właśnie - gorzej umrzeć, czy sobie zaszkodzić? Wychodzi, że jednak gorzej sobie zaszkodzić i idę dalej, aż do skraju lasu gdzie jest cień. Wreszcie siadam w pierwszym centymetrze cienia, bo nie mam siły przesunąć się dalej. Pora taka trochę obiadowa, więc wyciągam co tam mam i co wiem, że nie wróci od razu i uzupełniam kalorie. I wtedy pojawia się ON - zamykający stawkę. W pierwszym odruchu cieszę się, że jeśli padnę na dalszym podejściu, to będzie miał kto przekazać moje szczątki rodzinie, ale zaraz przychodzi refleksja - zaraz, zaraz, to przecież oznacza, że jestem najostatniejsza ze swojej trasy i automatycznie staję się uczestnikiem specjalnej troski!
Zaczynamy gadać, Paweł sonduje jak trudno będzie miał ze mną. Ja wiem, że dojdę do mety z nim, czy bez niego, bo jestem zawzięta baba, ale nic nie mówię, bo zawsze może się zdarzyć ten pierwszy raz kiedy właśnie nie dojdę i wtedy chała. Jeszcze zanim ruszymy dalej, proszę o cyknięcie fotki z "bykiem", bo zawsze to dłużej odpoczynku. Sprytnie, co? :-)

Buhaj w czasie zawodów był nieczynny.

W końcu ruszamy, bo czasu coraz mniej, a mi naprawdę zależy na zmieszczeniu się w limicie. Paweł najpierw opowiada o co oporniejszych przypadkach podupadłych zawodników z poprzednich edycji, potem omawiamy kwestie rowerowe (jego działka), imprezy na orientację (dla odmiany moja), rodzaje i sposoby przyjmowania leków na nadciśnienie (tu obydwoje jesteśmy specjalistami), koronawirusa (tu każdy jest ekspertem) i jeszcze zanim pakiet tematów się skończył, jesteśmy na szczycie Polańskiej. I proszę jak świetnie odwrócił moją uwagę od trudów wspinaczki:-) Kiedy robi się w dół składam kijki i biegnę, żeby prześcignąć czas. Paweł dyskretnie zostaje z tyłu i nie narzuca się ze swoją osobą, dając mi poczucie samodzielności, ale kiedy zaczyna się kolejne podejście - na Jawornik - znowu wspiera rozmową.
Wreszcie docieramy na ostatni punkt żywieniowy, gdzie jestem zainteresowana wyłącznie wodą i już prawie czuję się jak na mecie. Bo co to jest te 5 kilometrów jakie jeszcze zostały? Zwłaszcza, że już tylko w dół. Trochę rozczarowana jestem, że w tym roku organizatorzy nie postawili lustra przed metą i boję się, że na metę wbiegnę rozczochrana, albo co gorsza z rozmazanym makijażem:-))) Nie było też na trasie innych, tradycyjnych niespodzianek:-( No hallo! Wirus i tu wsadził swoje macki???
Kończy się stromy zbieg i zaczyna asfalt. Już naprawdę niedaleko. Niestety, po kilkuset metrach asfaltu muszę przejść do marszu, bo nie daję rady, a muszę zachować resztkę sił na finisz. Przecież nie mogę się wczołgać na metę! W końcu jest park zdrojowy, znowu przyspieszam i wreszcie widzę upragniony cel i Tomka czekającego z kamerką w garści. Jeszcze przyspieszam, nie zatrzymuję się po przekroczeni linii mety tylko pędzę do najbliższej ławki. Zdecydowanie muszę usiąść!

Meta!!!! (Zdjęcie z galerii Stefanki)

 Dopiero po chwili odpoczynku idę odebrać swój medal. Dostaję do rąk drewniany prostopadłościan i usiłuję go otworzyć, no bo w środku medal. A tu niespodzianka - nic się nie otwiera, a to co trzymamw ręku jest właśnie medalem. Za to podobno idealnie się mieści do szkatułki, którą dostaliśmy w pakiecie startowym - taki komplet.

Nietypowy medal.

Na koniec jeszcze pamiątkowa fotka z moimi bohaterami:

Tomek, ja i Paweł.

Jestem szczęśliwa. Podejrzewam, że jestem dużo bardziej szczęśliwsza z samego faktu ukończenia biegu i zmieszczenia się w limicie niż zwycięzca mojej trasy z zajęcia pierwszego miejsca. Dla niego stawanie na podium to rutyna i żadne wielkie ceregiele, dla mnie to zwycięstwo ducha nad materią. Że już nie wspomnę o tym, że jak zapłaciłam za 7,5 godziny zabawy, to nie ma powodu, żeby kończyć już po trzech:-)
Wieczorem, po kąpieli, wreszcie idziemy do restauracji Piccolo uczcić naszą rocznicę. Najpierw wcinamy po porcji ciasta, a po chwili uprzytamniamy sobie, że ciepły posiłek, który dostaliśmy na mecie to już mamy całkiem strawiony i właściwie to jesteśmy głodni. Bierzemy więc zestawy obiadowe i uzupełniamy utracone kalorie. Na koniec jeszcze zastanawiam się nad kolejnym ciastkiem, ale to już by była przesada. Z szampana rezygnujemy, bo na mecie wypiliśmy po przydziałowym piwie i wciąż jeszcze kręci nam się w głowach. No, może bardziej z wysiłku, ale kręci się i to wystarczy.

Może mało wykwintne danie jak na obiad rocznicowy, ale braliśmy co było.

Mimo całej frajdy z zawodów zastanawiam się, czy w przyszłym roku jednak nie pobiec już na krótszą trasę. No, chyba, że nastąpi jakiś cud kondycyjny. Albo zaćmienie umysłu przy zapisach. Zobaczymy... Ale pewne jest, że będziemy!

czwartek, 30 lipca 2020

Warszawska Mila - kiedy dojściówka jest tej samej długości co trasa....

Ponieważ Warszawska Mila to zawody dwudniowe, to w niedzielę nie było to czy tamto, boli, nie boli, zmęczenie czy nie - jechać na zawody trzeba. W niedzielę było chyba jeszcze cieplej niż poprzedniego dnia, umierałam nawet leżąc i sama myśl o wykonywaniu jakichkolwiek ruchów, nie mówiąc już o bieganiu, wywoływała u mnie palpitacje serca. No, ale z drugiej strony głupio nie pojechać. Oprócz upału organizatorzy zafundowali nam dwukilometrowe dojście na start, czyli prawie tyle, ile miała mieć moja trasa. No ludzie, po takiej dojściówce to przecież nie będę w stanie nawet wyczołgać się na trasę. Ponieważ Tomek miał startować coś ponad czterdzieści minut po mnie, wykombinowałam, że w drodze na zawody podrzuci mnie na start samochodem, a sam pojedzie do bazy i zaliczy sobie to dojście. Kombinowałam, kombinowałam i przekombinowałam - z domu wyszliśmy godzinę za wcześnie, bo źle popatrzyłam na zegarek i w efekcie nie było sensu wysadzać mnie przy starcie. Trudno - albo przeżyję, albo nie. O dziwo, dojściówkę przeżyłam. Co prawda na starcie słaniałam się na nogach i po dojściu musiałam na chwilę usiąść, ale mogło być gorzej. Komary znowu żarły i znowu czas oczekiwania na swoją kolej spędziliśmy wykonując dziwne ruchy rękami.

Na dojściówce przez  drogę byliśmy przeprowadzani przez organizatorów i straż pożarną.

Tym razem organizatorzy dopracowali start i każdy dokładnie wiedział kiedy ruszyć. Mi to nawet Konrad pokazał palcem na mapie gdzie jest trójkąt, bo ślepota nie mogłam znaleźć. Taka byłam nieogarnięta na tym starcie, że zapomniałam włączyć zapisywanie trasy i nie zobaczycie co wyczyniałam przed punktem pierwszym.

Numerek musi się zgadzać.

Tradycyjnie bezsensownie ruszyłam na azymut zamiast najpierw ścieżką, a potem rowem. Uszłam już kawał drogi (teren zdecydowanie nie pozwalał na bieganie) kiedy nagle ubzdurałam sobie, że na starcie ustawiłam kompas odwrotnie (czyli północ na południe) i teraz maszeruję w złym kierunku. Spanikowana wróciłam prawie na start, ustawiłam kompas od nowa i... ruszyłam dokładnie w tę samą stronę. Oczywiście, że od początku miałam wszystko w porządku. Mimo powtórnej penetracji lasu, jedynki nie mogłam znaleźć. Mapa nijak nie odwzorowywała chaosu dołków, rowków, obniżeń, kopców, ewentualnie ja inaczej interpretowałam znaki na mapie. W pewnym momencie zauważyłam, że jakaś dziewczyna ewidentnie zmierza do mnie, więc ruszyłam jej na spotkanie w nadziei na zdobycie jakichś wskazówek. Ona miała dokładnie tę samą nadzieję. Powiedziała, że kawałek dalej stoi lampion o kodzie 31 i czy mogę jej pokazać na mapie gdzie to jest. Akurat mogłam, bo to była moja dwójka. Nooo, nieźle mnie zniosło. Pokazywałam palcem na mapie który to punkt i w pewnym momencie jak się obie zerwałyśmy do biegu, każda w innym kierunku, byle dalej, niemal na oślep. Bo widzicie, w lesie nie można było zatrzymywać się ani na sekundę. Groziło to pożarciem żywcem przez stada wygłodniałym komarów, które ogromną chmarą od razu pokryły nasze ciała. Dobrze, że zdążyłam jeszcze ustawić sobie azymut i jakoś doleciałam do tej jedynki. Do dwójki wcale nie wracałam po śladach, bo przecież leciałam z niej w panice nie patrząc na otoczenie i musiałam namierzać się kompasem. Po dwójce miałam już dość tego etapu i marzyłam o powrocie do domu. Do trójki namierzałam się z dwójki dwa razy zanim ją znalazłam, a do czwórki poszłam za tłumem, który nagle się pojawił. Teren po którym łaziliśmy był wyjątkowo nieprzyjazny, jak dla mnie wręcz obrzydliwy. Brrrrr... nigdy więcej nie chcę tam trafić! Jeszcze piątka i szóstka stały w tych niesprzyjających okolicznościach przyrody, a potem las stawał się coraz bardziej przebieżny. Do siódemki musiałam przejść przez wydmę, potem z powrotem, do kolejnego punktu, wdrapać się na tę samą wydmę, ale w jej najwyższym miejscu i w tym momencie byłam już nieżywa. A do mety kawał drogi. W drugiej części trasy nie miałam problemów nawigacyjnych, ale ledwo trzymałam się na nogach i szłam głównie siłą woli. Od dziesiątki odeszłam w głupią stronę, bo zamiast do drogi, to ja oczywiście po krzakach prosto na głęboki rów przy asfalcie. Upał chyba do cna wyżarł mi mózg.

PK 10

Oprzytomniałam przy jedenastce i już nie pchałam się w ciemnozielone, tylko mocno naokoło drogami poszłam do dwunastki. Tak prawdę mówiąc to od azymutu powstrzymało mnie nie tyle to ciemnozielone, ile komary wylatujące chmarą z każdego potrąconego krzaka. Na drogach nie ma tego problemu.
W końcu zaliczyłam ostatni punkt i został jeszcze tylko dobieg do mety. Na ogół w tym momencie wracają mi siły i lecę ile fabryka dała, ale tym razem człapałam sobie powoli pod górkę, a nawet kiedy było już w dół, nie rozpędzałam się. W końcu musiałam zostawić sobie trochę sił na powrót do bazy. W bazie jeszcze dałam radę się sczytać i dojść do samochodu, po czym zaległam w nim w formie trupa i było mi wszystko jedno. W takim stanie znalazł mnie Tomek i czym prędzej odwiózł do domu. Dobrze, że mieliśmy blisko. Dopiero zimna kąpiel i porządny obiad postawiły mnie z powrotem na nogi.
Ale oczywiście, że to były super zawody i bardzo dobrze się bawiłam. Nawet jeśli z relacji nie bardzo wynika:-))) I za rok chcę to koniecznie powtórzyć!

Mapa mojej kategorii.

Warszawska Mila - kiedy robisz za pokarm dla komarów.

Na Warszawskiej Mili jeszcze dotąd nigdy nie byliśmy - zawsze nam z czymś kolidowało i mimo, że dużo dobrego słyszeliśmy o imprezie, jakoś nie udało się wziąć udziału. Kiedy w sobotę przyjechaliśmy do bazy zawodów byłam zdumiona ilością uczestników praktycznie z całego kraju - taki Wawel Cup w miniaturze. Ja myślałam, że to będzie niewielka imprezka, w jakich co tydzień bierzemy udział w okolicy, a tu proszę - balanga na całego. A to pewnie i tak był tylko ułamek normalnych możliwości, no bo epidemia i wszystko jest trochę inaczej niż zazwyczaj.
Po zaliczeniu wszystkich atrakcji w bazie, z szukaniem skrawka łąki do zaparkowania na czele, udaliśmy się na start oddalony spory kawałek od bazy.

  Za parkowanie się płaci.

Już z daleka zauważyliśmy jakiś dziwny zbiorowy taniec wykonywany przez zawodników. Tradycja Warszawskiej Mili? Kiedy doszliśmy na miejsce wszystko stało się jasne - komary cięły na potęgę i każdy opędzał się jak mógł. Żadne pryskania nie pomagały, żarły równo. Nie mogłam doczekać się startu żeby wreszcie od nich uciec. W końcu weszłam do boksu - clear, check, mapa w dłoń i... nie wiadomo - biec, czy jeszcze nie. Jeden współstartujący wołał, że nie, dopiero jak zapipczy, organizator stwierdził, że już wystartowaliśmy, więc zerwałam się do biegu, ale dosięgło mnie wołanie, że jednak nie. Wołał organizator, więc wróciłam do boksu. W końcu pipnęło i ruszyliśmy. Jak się potem okazało przetrzymano nas w boksie całą minutę po oficjalnym starcie.

Wreszcie wybiegamy.

Już na pierwszy punkt pobiegłam kretyńsko - zamiast wygodnie ścieżką, wiele nie nadkładając, oczywiście nie wiedząc dlaczego ruszyłam na azymut. To znaczy wiedząc dlaczego - azymut mam już po prostu we krwi. Wbiegłam (a raczej weszłam) w las, a tam bruzdy po uszy. Po kilkunastu krokach już zaliczyłam glebę. Pozbierałam się szybko, ale już wiedziałam, że biegania to raczej nie będzie. Zresztą na bieganie i tak było za gorąco. Do dwójki też leciałam na azymut, ale tu się już inaczej nie dało, za to trójkę zaliczyłam niemal wyłącznie ścieżkami. Kolejna ścieżka doprowadziła mnie niemal pod samą czwórkę, tylko końcówkę trzeba było sobie wybruzdować. Do piątki znowu na azymut i jak pokazuje mój ślad gps biegłam (szłam) niemal idealnie po kresce. I jak tu nie kochać azymuta? :-) Gdzieś w okolicach piątki spotkałam Małgosię K. i tak niby razem, niby osobno szłyśmy aż do siódemki. Startowałyśmy w innych kategoriach, ale mapy miałyśmy chyba identyczne. Ósemka i dziewiątka weszły gładko.
Z dziewiątki na dziesiątkę można było ciąć na azymut albo obiec drogami - dalej, ale wygodniej. Miałam już dość lasu i komarów, więc wybrałam drogi. Najpierw kawałek na zachód, potem wzdłuż asfaltu na północ do poprzecznej drogi. Już miałam w nią skręcić, a tam sunie po niej wielka maszyna - taka, co to przodem pożera drzewa, a z tyłu wypluwa stoły, szafy, a może trociny (nie wiem, bo była przodem do mnie). Potwór olbrzymi i przemieszcza się w moim kierunku. Co było robić - czmychnęłam na zbocze do równoległej ścieżki biegnącej grzbietem. Nagle kątem oka zauważyłam, że piekielna machina zmienia kierunek i podobnie jak ja wspina się na zbocze. Jak nic chce mnie dogonić i przemielić! Aaaaaaa!!!!! Ratunku!!!! Końcówka trasy, więc sił już miałam mało, ale wydobyłam z siebie ich resztkę i przyspieszyłam. Ufff, udało się uciec.
Jedenastka była przy dużym leśnym dukcie, bez żadnego nawigowania i 120 metrów dobiegu do mety. Do tej mety to już sobie planowałam dotruchtać, ale tyle osób mnie przeganiało, że spięłam się w sobie i poleciałam co sił w nogach. No i pokarało mnie. Podbiłam metę i nagle nie wiedziałam - od razu umrzeć, czy najpierw sobie rzygnąć? Siadłam na ziemi i usiłowałam podjąć decyzję, a raz mi było bliżej do jednego, raz do drugiego. W końcu jakoś się pozbierałam i powolutku poszłam do bazy. Jeszcze tylko sczytanie czipa, rozciągnięcie nóg i można było usiąść i spokojnie czekać na Tomka. A on nie wracał i nie wracał. Wyszłam mu nawet kawałek naprzeciw w stronę mety, ale od razu dowiedziały się o tym komary i musiałam się szybko ewakuować. W bazie komary były już najedzone i nie atakowały. W końcu Tomek wrócił i mogliśmy jechać do domu na obiad.

Rozciąganie - obowiązkowe!

A tak wygląda mój przebieg:

Prawda, że całkiem przyzwoicie?

środa, 29 lipca 2020

Mistrzostwa Mazowsza - sprint na Ursynowie.

Nocną część MM odpuściłam, ale dziennej już nie zamierzałam. Nawet Agata zdeklarowała się jechać, a Tomek zrobił jej psikusa i zapisał ją na najdłuższą trasę:-)
Biegać mieliśmy na Ursynowie, czyli śmiganie między blokami. Lubię.


Czipa trzeba dostosować do chudych paluszków Agaty

Znowu było strasznie gorąco, ale (o dziwo) jakoś nie zwalało mnie to z nóg, a przynajmniej nie tak bardzo jak zawsze. Nasze starty były trochę rozstrzelone w czasie - najpierw ja, potem Agata, a Tomek dużo później. W boksie startowym powtarzałam sobie, żeby wziąć dobrą mapę i włączyć zapisywanie trasy. Udało się!

Poooszłaaa!!!

Trasa była krótka i łatwa, a połączenie kategorii wiekowych dawało mi szansę na zwycięstwo, bo moją jedyną rywalką była Małgosia - nie dość, że starsza, to z aparatem ruchowym po przejściach. Za to ona jest bardziej doświadczona i na takich trasach się nie gubi, a ja owszem - potrafię.
Tym razem jednak wszystko poszło dobrze, a nawet bardzo dobrze - z punktu na punkt leciałam jak po sznurku i cały czas biegłam, chociaż pod koniec nogi nie nadążały za chęciami.
Z dziewiątki na dziesiątkę mogłam pobiec krótszą drogą i w sumie sama nie wiem po co  zasuwałam naokoło.  Może jeszcze z dwójki na trójkę lepiej było obiec blok z drugiej strony? Nie wiem. Ale ogólnie jestem zadowolona.

Mój przebieg.

W piętnaście minut było już po wszystkim i nawet Tomek nie zdążył uruchomić aparatu, więc zdjęcie z mety mam pozowane.

No i co, że pozowane?

Na Agatę musiałam poczekać dość długą chwilę, bo nie dość, że była na najdłuższej trasie, to niespecjalnie przejmowała się faktem, że bierze udział w biegu na orientację i większość trasy przeszła. Ale za to miała czas, żeby się namierzać precyzyjnie:-) Tomek nie doczekał jej finiszu, bo musiał iść na start.

W końcu jest, dotarła!

Po powrocie Agaty szybko poleciałyśmy do bazy i jeszcze zdążyłam sfotografować plecy Tomka w boksie startowym, kiedy wybierał: na jaką by tu dzisiaj trasę pobiec....
Ta mapa będzie dobra.

A potem długo, bardzo długo czekałyśmy na jego powrót. No dobra - raptem 17 minut, ale trwało jak dwie godziny.

A to nie pozowane.

Na koniec pamiątkowa rodzinna fotka.

8 Grillowanie Kosmatych InOków - niedziela z etapem podwójnym.

Na niedzielę został nam jeszcze etap podwójny, więc staraliśmy się jak najszybciej wyruszyć, bo to nigdy nic nie wiadomo. I tak dobrze, że potrójny mieliśmy już za sobą.

Idziemy na start

Zaczęliśmy od "Na pięcie wysokie napięcie" i już sam tytuł wskazywał autora mapy:-) Mimo to szybko poskładaliśmy wycinki i zaczęliśmy wypatrywać pierwszego punktu. Ja prowadziłam i szłam pewna swojego, no bo w końcu idąc wzdłuż asfaltu trudno się zgubić. Po jakimś czasie okazało się, że idziemy całkiem innym asfaltem niż przypuszczałam, ale kapliczki i strumyki przecież też przy nim były i mi się wszystko zgadzało. Tylko Tomek marudził, że zakręty są w inną stronę niż na mapie. I jakoś tak strasznie długo szliśmy tym asfaltem... Dawno minęliśmy miejsce, gdzie według wstępnych prognoz powinniśmy wejść na drugi wycinek, a my wciąż szliśmy i szliśmy... Ewidentnie coś nie grało. Pytania do punktów też się nie zgadzały, ale ponieważ w poprzednich etapach też tak było i to z winy autora mapy, więc nic nas początkowo nie tknęło. W końcu jednakowoż musieliśmy uznać, że coś robimy źle i poważnie zastanowić się - co dalej? W efekcie musieliśmy wrócić niemal pod start i praktycznie zacząć zabawę od nowa:-( Aż mi się wszystkiego odechciało - tyle kilometrów na próżno, na zmarnowanie...

Powtórne podejście do punktu - teraz się wszystko zgadza!

W końcu załatwiliśmy wszystkie sprawy asfaltowe i weszliśmy w teren, na którym gubiliśmy się poprzedniego dnia. Tym razem poszło nam znacznie lepiej i udało się znaleźć wszystkie punkty, ale też idąc od tej strony było jakby łatwiej. Oczywiście nie mam co sobie przypisywać jakichś zasług, bo w zasadzie starałam się przede wszystkim nie przeszkadzać Tomkowi. I tak prawdę mówiąc to poza drzewami w lesie, to niewiele pamiętam z tego etapu. Grunt, że dotarliśmy na metę i mogliśmy przejść do kolejnego.
Podobno przed podróżą trzeba posiedzieć, więc my przed drugim etapem przycupnęliśmy na przystanku autobusowym, obok ekipy toruńskiej. Ale co tak siedzieć bezczynnie? Żeby zabić nudę wycięliśmy sobie wycinki etapu drugiego, żeby je złożyć ze sobą. Całe DWA wycinki! W końcu po dwóch dniach i dwóch nocach łażenia byliśmy już zmęczeni i nawet złożenie dwóch fragmentów obciążone było ryzykiem pomyłki.

Tomek przy pracy.

Na pierwszym wycinku nie było widać nic, a przynajmniej nic konkretnego - był gdzieniegdzie  czarny, trochę w szare cętki, a przeważało białe. W tej abstrakcji mieliśmy znaleźć aż osiem PK. Pierwszy z punktów stał na skrzyżowaniu asfaltu ze ścieżką, więc tu akurat nie było problemu, ale wstrzelenie się w kolejne punkty wydawało się sprawą beznadziejną. Za pierwszym podejściem doszliśmy do miejsca gdzie las czesała już konkurencja, ale ani my, ani oni nic nie znaleźli. Nawet teren mało się zgadzał. Postanowiliśmy więc wycofać się do asfaltu i zajść pole bitwy od dupy strony. Ja po chwili kręcenia się w lesie nie miałam pojęcia gdzie jestem, ale w końcu zaczęliśmy natrafiać na jakieś lampiony. No to przynajmniej byliśmy na terenie zawodów. Na mapie chyba nie było połowy ścieżek, ale Tomek w końcu zaczął się mniej więcej orientować gdzie co jest. W sumie nie dziwne, bo obleciał cały las kilkakrotnie we wszystkie strony. Ja starałam się być bardziej stacjonarna. W końcu ten upiorny wycinek skończył się, wyszliśmy na normalną mapę, a nawet zahaczyliśmy o cywilizacje, czyli kilka budynków między jednym lasem, a drugim. Na drugiej mapie spotkaliśmy ekipę radomską idącą etap w przeciwnym kierunku.

Fiona - ważny filar zespołu.

Ten drugi wycinek to w zasadzie była taka dojściówka do bazy, bo punkty były łatwe, wszystkie przy drodze, a i teren był już znajomy. Problem mieliśmy tylko z PK 163, który wyjątkowo nie był przy drodze, a w dołku, kawałek od skrzyżowania. Czy był to nie wiem, bo nie udało się go znaleźć, ale powinien być. Ponieważ jednak na mapie mieliśmy punktów nadmiarowo, więc nie szukaliśmy jakoś specjalnie uparcie.
Na przedostatnim punkcie odświeżyliśmy się w strumyku żeby na mecie jakoś wyglądać porządnie, a Tomek sprawdzał czy kamera wciąż jest wodoszczelna:-)

Chlapu, chlapu...

Wreszcie szczęśliwie dotarliśmy do bazy, oddaliśmy karty startowe i udział w zawodach mogliśmy uznać za zakończony, bo na BnO już nie mieliśmy ani siły, a ni czasu.

Oddajemy karty startowe.

Od razu po powrocie powtórzyliśmy manewr z poprzedniego dnia - kiełbaski na grilla, a my pod prysznic w zaprzyjaźnionym domku. Po obiedzie pakowanie dobytku i... żegnaj przygodo!
Tomek zaliczył wszystkie dziesięć etapów i przysługuje mu KICHA, mi zabrakło jednego etapu. Może w przyszłym roku się uda...

wtorek, 28 lipca 2020

Nocne Masakry chodzą parami;-)

Rok temu w Otwocku udało mi się wygrać Mistrzostwa Mazowsza w nocnym BnO w M50. Tym razem należałoby osiągnąć podobny wynik. W czwartek – dwa dni przed Mistrzostwami – Igor przygotował „Podksiężycowy trening” w Wesołej. Oczywiście trzeba było tu wystartować, by sprawdzić czy jeszcze potrafię biegać po nocy. Renata – jak można było przewidzieć – stanowczo odmówiła biegania po nocy. Zarówno na treningu jak i na mistrzostwach pewno miałaby zapewnione zwycięstwo, a w tych drugich wręcz złoty medal, gdyby tylko zaliczyła wszystkie punkty. Ja tam miałem zapewnione czwarte miejsce. Ale… wróćmy do treningu.

Trening w Wesołej - czekamy na ciemność (fot Team360)

W czwartek pojechałem do Wesołej. Zwiedziłem wszystkie okoliczne wjazdy, bo oczywiście zapomniałem jak znaleźć miejsce startu samochodem. Biegowo pewno bym trafił bez problemu. Na starcie już sporo ludzi. Tyle, że ani widu księżyca i nocy. Pierwotnie start miał być o 20:30, ale Igor szybko zorientował się, że to nie będzie jeszcze wtedy trening nocny. Szybko zweryfikował się mówiąc o godzinie 21:00. Na miejscu okazało się, że o 21:00 wcale ciemno nie jest. Czekaliśmy z niecierpliwością na sygnał startu. Co niektórzy ruszali już na trasę nie czekając aż się ściemni. Powoli konsumowały nas komary. Wreszcie pomyślałem "czas ruszać, bo nas noc zastanie" i odbiłem puszkę start.

Pierwszy PK zdobyłem jeszcze bez latarki. Tyle że punkty bez lampionów, tylko z odblaskami, a wiadomo - krótkowidz o zmroku nic nie widzi, zarówno z jak i bez latarki… więc zdobyty trochę na ślepo. Przy pierwszych 2 punktach grupa "początkujących" – zastanawiająca się przy punkcie, blokująca dobieg i odbieg. Na szczęście gdzieś koło 3-ciego PK zapadła już noc właściwa.

Lubię biegać samotnie nocą. Światełka, odgłosy zawsze mnie rozpraszają. A tak mogę się skupić i dokładnie trafić tam gdzie chcę. Chyba po PK 5 straciłem z oczu wszelaką pogoń i zostałem sam w lesie, tak jak lubię. PK 6 pamiętam z WesolInO – kilka razy nie mogłem trafić na te dołki, ale tym razem wyszedłem idealnie. Zaraz przebieg koło startu – koniec pierwszej pętelki. Bo trasa C składała się z 3 "pętelek" i w sumie dwa razy przebiegałem w okolicach startu.

Martwiły mnie trochę PK 11 i PK 12 dołki "na niczym" z którymi zawsze miewałem kłopoty za dnia. O dziwo, w nocy wszystko poszło dobrze. Chwilę szukałem PK 14, to przez gęste krzaki w okolicy.

Pod koniec trasy zaczęły mnie doganiać inne światełka. Troszkę czasu zmitrężyłem na PK 14, a potem nie mogłem znaleźć PK 18, więc miały prawo. Ale nie dałem się i pierwszy wpadałem na metę z grupy zawodników z trasy C. Jak się okazało do najlepszego miałem raptem 6:44 minut straty, a do Marcina K … tylko niewiele ponad pół minuty!!!


Po takim treningu w sobotę stanąłem na starcie pełen nadziei. Start dokładnie tam, gdzie był Mazowiecki Track w Aleksandrowie, na „czerwonej drodze”.

Biuro sobotnich zawodów
Start masowy, czyli to czego nie lubię. Dostaliśmy imienne mapy z wypasionym opisem na odwrocie:


Start przez dobrze zakrzaczoną łąką, którą pamiętam z finiszu na Tracku. Pamiętam że dalej w lesie były niezłe chaszcze. 3,2,1 wystartowaliśmy. Na końcu łąki korek. Wytaśmowana ścieżka miała 30 cm szerokości, po bokach kłujące zarośla, więc nic nie da się zrobić. Zostaje wlec się krok za krokiem za jakimiś dziećmi. Wreszcie baner: start. Pasowałoby na azymut, ale wokół niezłe krzaki. Zostaje ścieżka w prawo lub w lewo. Wybieram tę w prawo, bo chyba na niej mniej ludzi. Niby troszkę naokoło, ale gdy krzaki się kończą, ruszam na azymut. Wokół wesoły pokrzykujący tłum światełek. Po dłuższej chwili trafiam na PK 1 (waidomo pierwszy PK dość daleko od startu). Jak pokazują międzyczasy byłem pierwszy z mojej trasy. Trasa z motylkami - nawet przy 4 uczestnikach autorzy zrobili rozbicia już po pierwszym PK. Na PK 2 biegłem samodzielnie, ciut naokoło, ale trafiłem. Wiadomo, w mapę należy się wstrzelić. PK3, PK 4 - wszystko dobrze. PK 5 - rząd dużych dołów. Na azymut. Biegnę – jest dół, nie ma lampionu. Powinny być trzy doły w rzędzie i stawiam, że jestem bardziej po prawe, więc szukam w lewo. Dołu brak;-( To szukam w prawo. Po chwili bezowocnych poszukiwań i zastanawiania się, postanawiam biec naokoło, przez wyraźne skrzyżowanie dróg. W efekcie ponad 7 minut, gdy rywalom zajęło to niewiele ponad 2 minuty. Czyli 5 minut w plecy;-( A wszystko przez kurzą ślepotę – był jeszcze czwarty dół, na który trafiłem, wyłamujący się z szeregu.

PK 6 w miarę, PK 7 znosi mnie w lewo – typowo. Ale miejsce charakterystyczne, daje się skorygować, choć ze stratą czasową. PK 8 i 9 idealnie. Do PK 10 na azymut. Pojawiają się jacyś ludzie. Biegnę za innymi, gdzieś powinien być lampion. Nie widzę. Jedna droga poprzeczna, przed drogą ten lampion być powinien, tyle że tej drogi brak. Biegnę i biegnę – wreszcie jest droga, ale stanowczo za daleko. Staję zdezorientowany. Dobiegam do skrzyżowania – chyba wiem gdzie jestem. Wracam drogami trochę naokoło, by potwierdzić, że wiem, gdzie jestem. Mam wreszcie PK 10 – zajęło mi to ponad 11 minut, gdy innym trochę ponad 4. Kolejne 5 minut straty. Jak pokazują międzyczasy na tym etapie jestem trzeci ze sporą stratą do lidera. Co ciekawe, ślad GPS mówi że… przebiegłem przez lampion z PK 10 i go nie podbiłem. Tam było kilka osób, wszyscy świecili i odblask na PK był niewidoczny. Dlatego nie lubię biegać nocą w tłumie;-(

Kolejna wpadka to PK 12. Dołek w krzakach. Musiałem kilka razy koło niego przechodzić i nie dostrzegłem. Ale plątała się tam sporo grupa ludzi. Zdegustowany pobiegłem dalej. A wisienką zwiększającą skalę mojej porażki był przedostatni PK. Znowu jakieś światełka i znowu kilka ładnych minut poszukiwań czegoś, co było bardzo blisko.

Na pierwsze miejsce raczej nie miałem szans – brak SIACa i ślepota raczej nie dawały mi szans wygrania z Piotrem – chyba, że on popełniłby jakiś błąd. Tego nie zrobił. Wygrać z Andrzejem miałbym szansę – biegowo jestem lepszy, ale on jest dokładniejszy i wiadomo - doświadczenie robi swoje. Najgorzej, że trzecie miejsce utraciłem na tym feralnym przedostatnim PK;-( Ale co tam, za rok się odkuję;-)

sobota, 25 lipca 2020

8 Grillowanie Kosmatych InOków - noc druga: A niech to piorun!

Po samotnym etapie Tomek wrócił zmarnowany zarówno fizycznie i psychicznie i nawet przez moment miałam nadzieję, że nie będzie chciał iść na nocny, ale gdzie tam. Jego nic nie zmoże. Na szczęście ja zdążyłam wypocząć, wyspać się na zapas, nabrać wigoru i w sumie to nawet ten nocny spacer nie wydawał mi się jakoś bardzo odrażający. A nawet wręcz.
Postanowiliśmy wystartować jak tylko zaczną puszczać na trasę, bo im szybciej zaczniemy, tym szybciej skończymy. Przynajmniej teoretycznie. Gdybyśmy wrócili o przyzwoitej porze, organizatorzy nie spali by jeszcze i można by się wedrzeć do łazienki w ich domku i wykąpać się. Taki chytry plan mieliśmy.
 Po pobraniu map i oficjalnym wystartowaniu oddaliliśmy się na ławeczkę pod latarnią i oddaliśmy się ulubionemu zajęciu - wycinankom łowickim.

 Te różowe pioruny dały nam w kość.

W sumie to tylko dwa wycinki były do dopasowania, ale wyjątkowo oporne. Wreszcie po chyba kilkunastu minutach udało mi się jeden dopasować, ale z drugim za nic nie mogliśmy sobie poradzić. W międzyczasie przy naszej ławeczce pojawili się Asia z Jackiem. Odruchowo sprzedaliśmy im umiejscowienie pierwszego wycinka, bo co prawda konkurencja, ale przecież o złote gacie się nie ścigaliśmy. Drugi wycinek usiłowaliśmy rozpracować już we czwórkę, ale gdzie tam. Nawet zaczęłam podejrzewać, że albo łączy się białym polem, albo jest z zupełnie innej bajki i na mapie znalazł się przypadkiem. W końcu postanowiliśmy ruszyć na trasę, bo na tej ławeczce moglibyśmy chyba spędzić resztę życia i nic nie dopasować.
Zaczęliśmy od PK 141, a potem ruszyliśmy na 142. Na mapie wyglądało to banalnie. Niestety - ścieżki narysowane na mapie miały się nijak do tych w terenie i punkt wzięliśmy tak na oko - jedyny jaki był w okolicy. Pozostałe ekipy, które licznie pojawiły się w okolicy też miały wątpliwości, czy to ten, czy nie. 143 przynajmniej weszło gładko i tu nikt nie wątpił, że to właściwy lampion. Przez całą drogę usiłowaliśmy dopasować ten drugi wycinek. We trójkę - ja, Asia i Tomek wyrywaliśmy sobie w rąk skraweczek mapy, gapiliśmy się na niego, przytykali do mapy głównej w różnych, coraz to dziwniejszych miejscach i... nic. Nawet wydarłam sobie z drugiej mapy kolejny wycinek, bo pierwszym zawładnęła Asia, a im więcej osób kombinuje, tym większa szansa na sukces. Ale nic.
Po zaliczeniu PK 143 ruszyliśmy na pierwszy wycinek mając nadzieję, że dopasowałam go w dobrym miejscu. Od 143 poszliśmy ścieżką, która prowadziła w dobrym kierunku, ale czy była to ta, na która patrzyliśmy na mapie - nie wiadomo. Po jakimś czasie uznaliśmy, że pora zejść z niej i kierować się na północ. Z ilości osób podążających w tę samą stronę wnioskowaliśmy, że idziemy dobrze, tyle tylko, że lampionu nie mogliśmy znaleźć. Rozsypaliśmy się w szeroką tyralierę i każdy szukał gdzie mógł. W tym zamieszaniu Asia z Jackiem odłączyli się od nas i najpierw zaliczyli PK 155 na górce, a potem poszukiwany 156, my zaś w odwrotnej kolejności. Ponieważ nasze losy najwyraźniej na ten etap były ze sobą połączone, w drodze na kolejny punkt znowu się spotkaliśmy.
Szliśmy dalej na dość oczywiste 157, 145, 146, 158 cały czas nerwowo usiłując znaleźć miejsce dla drugiego wycinka. Po niektóre lampiony szybki wypad robili Tomek z Jackiem, a my z Asią kombinowałyśmy z mapą. I wciąż nic. Kompletnie nic.
Odległości między kolejnymi punktami robiły się coraz dłuższe, ale za to drogami, a mi najbardziej podobało się przejście wzdłuż ogromnego ogrodzonego pola. Na tych długich przebiegach zaczęłam robić się senna i tak trochę oklapłam. Już tylko szłam za wszystkimi i nawet nie oglądałam kultowego wycinka, co to się o niego prawie na początku biliśmy. I wtedy nastąpił cud - Tomek oznajmił, że dopasował. Ponieważ takie hasło padało już kilkakrotnie i jakoś nie miało pokrycia w rzeczywistości, więc specjalnie się nie przejęłam. A jednak. Tym razem chyba się udało. Co prawda drogi z wycinka i z mapy głównej niespecjalnie się pokrywały, ale jakby wyrzucić część z nich... wtedy - owszem. Uznaliśmy, że autorka etapu tak właśnie postąpiła. O dziwo, w przewidywanych miejscach wycinka wisiały lampiony, więc faktycznie tak musiało być. Wydaje mi się, że do tej pory standardem było informowanie o wycięciu dróg, ale teraz może jest inaczej. Co, skąd i kiedy jeszcze po drodze braliśmy - nie pamiętam.
Od ostatniego punktu zrobiliśmy sobie wyścig do mety z Asią i Jackiem, ale oni okazali się szybsi. Chyba motywowało ich to, że goniły ich ciężkie minuty. My w ciężkich byliśmy od dawna po uszy i jedna w tę czy w tamtą nie robiła na nas wrażenia. Najważniejsze, że szczęśliwie dotarliśmy do mety, a pora pozwalała jeszcze na kąpiel w cudzej łazience.