wtorek, 23 sierpnia 2022

Mierz siły na zamiary.

Przez miesiąc walczyłam z własnym organizmem o przetrwanie i kiedy w końcu wydawało mi się, że wygrałam, postanowiłam wrócić do lasu, czyli wreszcie wybrać się na jakieś zawody. Akurat wyboru większego nie miałam, ale trening PUKS w pełni zaspakajał moje niewygórowane potrzeby. Tak już byłam spragniona tego latania z mapą, że zapisałam się na średnią trasę, chociaż obiecywałam sobie, że zacznę asekuracyjnie od krótkiej. W końcu miesiąc spędzony na nicnierobieniu, z czego połowę w pozycji horyzontalnej coś tam z kondycją musiał popsuć.
 
Lepiej się oprzeć, żeby nie tracić sił.
 
W planach miałam spokojny spacer, ale jak tylko podbiłam start, odruchowo zaczęłam biec. No dobra - truchtać. 
 
Ruszam z kopyta:-)
 
Trochę bałam się, czy potrafię jeszcze nawigować, ale do jedynki trafiłam. Co prawda wydawało mi się, że trochę dziwnie stoi, ale kod się zgadzał, to co będę marudzić. Po obejrzeniu potem śladu gps okazało się, że to nie jedynka źle stała, tylko start był nie w tym miejscu, co na mapie.
Przy dwójce dogoniłam Hanię, która wystartowała sporą chwilę przede mną, ale miała jakieś problemy nawigacyjne. Od razu zaczęłam się ruszać szybciej, no bo taka okazja - przegonić Hanię... Ponownie zobaczyłam ją w okolicach czwórki i tak się zafiksowałam na niej, że pogubiłam się w liczeniu dróg i PK 4 zaczęłam szukać za daleko. Na szczęście teren kompletnie nie zgadzał mi się z mapą, więc szybko zorientowałam się w czy tkwi błąd. 
 
O jedną drogę za daleko.
 
Po tej nauczce od razu skupiłam się bardziej na mapie i kompasie, a mniej na rywalce i od razu poszło lepiej. Nawigacyjnie poszło lepiej, bo próba biegu drogą między PK 8 a PK 9 okazała się dla mnie zabójcza. Przy dziewiątce spotkałam Tomka i choć kolejny punkt mieliśmy ten sam, ja oczywiście zostałam z tylu. 
 
PK 9
 
Zaraz za dziewiątką, na drodze natknęłam się na rowerzystę, któremu chyba się nudziło, bo zaczął rozmowę i w efekcie tak mnie skołował, że zamiast w lewo, pobiegłam w prawo. Dobrze, że się po chwili zorientowałam i zawróciłam, ale mówię Wam: rowerzyści to samo zuo! 
 
Nie dałam się wywieść na manowce!
 
Do tej dziesiątki prowadziła wygodna droga, ale tak już opadłam z sił, że nawet nie próbowałam biec. Szłam sobie powolutku, ale skutecznie.
Do jedenastki szłam jeszcze wolniej i powoli zaczęłam zastanawiać się, czy aby na pewno dam radę. Do dwunastki jakoś dopełzłam, ale już odcinek między dwunastką, a trzynastką okazał się prawdziwą szkołą przetrwania. Nie żeby teren był trudny, czy jakieś problemy z nawigacją - skąd znowu? To tylko mój licznik energii spadł do zera i przed oczami zaczęli latać mi bracia Mroczkowie. Na tym krótkim odcinku siedziałam chyba na wszystkich zwalonych drzewach, a jak nie było takich, to i glebą się zadowalałam. Od trzynastki chciałam już tylko dotrzeć do betonowej drogi, tam paść i czekać aż ktoś zgarnie moje zwłoki. Taka jednak nie do końca byłam zdecydowana z tym umieraniem. No bo do mety zostały raptem dwa punkty, do tego z krótkimi przebiegami i oba tuż przy betonówce. Powoli kiełkowała we mnie nadzieja, że może jednak dam radę, a jak nie, to przecież w pobliżu mety ktoś mnie w końcu znajdzie. Szłam do tych punktów jak zombie - krok, odpoczynek, krok, odpoczynek, wzrok mętny, równowaga chwiejna. Ale dałam radę! Na metę "wbiegłam" tak:
 
Ale dotarłam i to się liczy.
 
No i sami widzicie jakie życie jest niesprawiedliwe - nie dość, że zawsze miałam nędzną kondycję, to teraz straciłam nawet te resztki. A tu za chwilę skończą się treningi i zaczną prawdziwe zawody. Może ktoś wie, czy w Warszawie lub okolicy jest jakiś sklep z kondycją. Wzięłabym parę kilo...

sobota, 20 sierpnia 2022

W roli trenera - czyli Sterani z PUKSem

Od dłuższego czasu próbuję namówić ludzi biegających z Zielonce (w ramach treningów realizowanych przez OKiS) na biegi na orientację. Wreszcie mi się udało. Namówiłem Mariusza. Padło na PUKsowy trening na mapie Sterani. 

Sterani to genialny teren – górki kopczyki, mech, w miarę mało zielonego łapiącego za nogi. Szczególnie po deszczu wygląda to bajkowo. Mapa ma jedną „wadę” – rysowana jeszcze starymi metodami, w żaden sposób nie chce się nanieść na rzeczywiste ukształtowanie terenu. Na szczęście przy małych odległościach pomiędzy lampionami (mapa jest używana w skali 1:5000) błąd nie jest taki duży, gorzej gdy trafia się dłuższy przebieg na azymut… 

Czwartkowe popołudnie, upał, słońce. Dojechałem na miejsce równo z Mariuszem. Zaczęliśmy od krótkiego instruktażu: „To jest mapa, to kompas…”. Wiem, wiem wiele nowych pojęć dla początkującego…. 

Nie ma co gadać – trzeba w las. Do startu kawałek. Można pokazać w terenie co oznacza zielone, a co białe;-) 

Ostatnie zerknięcie w mapę i ruszamy

Ruszamy. Mariusz przodem (jak by co, biega szybciej), ja za nim patrząc gdzie się zgubi. Jak to na treningu, długi dobieg na pierwszy PK omówiliśmy wcześniej: ścieżką do końca, potem albo ominąć, albo przez zielona, a potem na azymut spory kawałek. Mariusz ruszył z werwą. Trochę przystopował gdy skończyła się ścieżka, ale dalej śmiało ruszył przez krzaki i dalej na azymut. Znosiło go w prawo, ale nie korygowałem i wybiegliśmy na PK 16 zamiast na PK 1. Ale i tak całkiem dobrze poszło jak na pierwszy raz!

Dobieg do PK1 - jak na pierwszy raz na azymut całkiem dobrze!

Na mapie mało dróg, więc w praktyce biega się na azymut. Oczywiście na PK 2 także wg wskazań kompasu. I tu dałem ciała. Byłem pewien, że znowu zniosło nas w prawo, ale okazało się, że lampion sprytnie schował się w dołu, na który wybiegliśmy. Ja byłem pewien, że jesteśmy przy dołkach bardziej na południe, więc niepotrzebnie szukaliśmy lampionu na północy. Normalnie wstyd;-)

Tak to bywa gdy lampion jest ukryty na dnie dołka...

Do PK 4 było łatwo trafić – bądź co bądź, przy brzegu pola uprawnego. Gorzej było dotrzeć do PK 5 – na drodze stanęło ogrodzenie i zabudowania, których nie ma na mapie! Tu pierwszy test rozdzielenia się – Mariusz pobiegł samodzielnie omijając krzaki z prawej, a ja jak typowy orientalista - po kresce. Z pewnymi problemami, ale szczęśliwie Mariusz dotarł do PK 5.

Bieganie przez krzaki jest szybsze niż naokoło - dzięki temu zrobiłem zdjęcie przy PK5;-)


Kolejne rozdzielenie się po PK 7. Lampion PK 8 w praktyce był widoczny z PK 7. Mariusz prowadził tym razem za bardzo w lewo – w krzaki. Ja po cichutko podbiegłem do lampionu i czekałem aż dotrze. Mija minuta, dwie - Mariusza ani śladu. Inni podbijają PK, a Mariusza dalej nie ma. Wreszcie coś zaczęło szeleścić w krzakach na północ od lampionu i po chwili pojawia się wyczekiwana czerwona koszulka Mariusza.

Sesja zdjęciowa przy PK8

Dalej nawiguje Mariusz i dalej znosi nas w prawo. Na dłuższym przebiegu do PK 15 znosi nas do drogi na skraj lasu. Mariusz biega szybciej, więc mówię biegnij i nie oglądaj się na mnie. Mariusz wybiera przebieg naokoło drogą, ja skręcam w las na azymut. Wkrótce się spotykamy – choć różnymi wariantami obaj przebiegliśmy punkt – tu wyszła ta rozbieżność mapy z terenem, o której wcześniej pisałem (w moim przypadku – wariantu azymutowego). 

W okolicach PK 17 dogania nas Marcin. O dziwo, na PK 18 nie wbiega na lampion idealnie- szuka go na innym kopczyku. Do mety niedaleko – sugeruję Mariuszowi, by spróbował utrzymać się za Marcinem – wiem że to nie jest takie łatwe. Bierze go ambicja i próbuje go gonić. Gdzieś za PK 21 znikają mi z oczu. Z wyników widać, że trzy kolejne punkty zdołał utrzymać się z Marcinem i odpadł dopiero przy dobiegu do mety. W każdym razie pierwsze przetarcie w BnO zaliczone. Jak było widać po biegu, kilka strat w postaci podrapanych nóg w ramach chrztu Mariusz zaliczył. Ciekawe czy da się wyciągnąć na jakiś kolejny trening. Na razie ze znajomych na FB mnie nie skasował!

Już na mecie - zasłużone ciasteczko i analiza wyników

 




czwartek, 28 lipca 2022

Trasa na czas Zarazy

W środę upał niemiłosierny. Coś mnie zaczęła pobolewać głowa. Zuzia okazuje się, że w weekend była na koronaweselu – jej chłopak ma Covida, ja lecę do apteki, by kupić dla nas testy. W tym czasie w pracy oficjalne ogłoszenie o zachorowaniu. Do końca tygodnia idziemy na pracę zdalną. Wyjmuję test i zaużywam w pracy. Nic nie wykazuje. Wszyscy powoli ulatniają się na pracę zdalną – ja zostaję do końca, bo o 17:30 niedaleko pracy kolejny trening. 

Przebrany docieram do Rajszewa. Organizator właśnie wrócił ze stawiania lampionów i organizuje biuro. Jestem trzeci w kolejce, biorę mapę, coś tam popijam i niechętnie ruszam w las. 32 stopnie to stanowczo nie jest temperatura do biegania! 

Start ukryty gdzieś w trawie

Jedynki szukam o jedno zagłębienie za wcześnie. Zły prognostyk. PK 2 w krzakach, których miało nie być! Skoro PK 3 jest na zielonym na mapie to…. Lepiej dotrzeć tam drogą! Niestety, droga także powinna być oznaczona kolorem zielonym;-) Pierwsze trzy PK przeplatam się z biegaczem z psem. Zawsze myślałem, że pies pomaga (czytaj prowadzi po tropie tego, co stawiał punkty, wprost do lampionu), tu jednak to mi idzie stanowczo lepiej;-) 

Ruszam się jak mucha w smole. Głowa nap… znaczy pobolewa i jakoś tak mi sucho w ustach i ogólnie jakoś marnie. 

Przebieg do PK 9 przez całą mapę. Także przez biuro. Normalnie powinien być tu punkt wodopojowy przy takich warunkach pogodowych! Po takim meczącym przebiegu do PK 10 mam zawahanie i szukam lampionu nie na tym szczyciku co trzeba. 

Ogólnie brakuje sił i powstają wtopy przy PK 13 (znowu PK 13???), którego szukam za bardzo na północ, a potem przy PK 19, którego szukam za wcześnie (coś mi tam mignęło kolorowego przed oczami, ale to chyba z przemęczenia jak widać). 

Teren ciężki – wysokie trawy ukrywające gałęzie, pieńki, dołki, ostre słońce świecące ciągle w oczy. Próba przyspieszenia zaraz skutkuje próbą skręcenia kostki. Temperatura i samopoczucie także niesprzyjające – słowem wlokę się, a nie biegnę. 

Na PK 20 znowu przebiegamy obok biura – normalnie autor trasy się nad nami znęca – aż chce się zakończyć bieg w tym miejscu i nie męczyć się dalej! Ale dam radę, zostały tylko 3 punkty! (no cóż takie dalekobieżne, ale tylko trzy!) 

Docieram na metę wycieńczony, wprawdzie z kiepskim czasem, ale dumny, że dałem radę. 

Jakiś taki trochę niewyraźny jestem

W domu samopoczucie coraz gorsze – następny dzień zaczyna się gorączka i... pozytywny wynik testu na koronowirusa. No cóż, czeka mnie dobry tydzień zesłania i odpoczynku od biegania….


 

środa, 27 lipca 2022

Przystanek z rozpędu

Jak się biegało w sobotę, to trzeba i w niedzielę. Tak z rozpędu, by nie wyjść z wprawy. Tym razem… także z PUKSami, tyle, że w Legionowie, na mapie „Przystanek”. Swoją drogą często te nazwy map są bardzo abstrakcyjne. Tu Przystanek, tam jedna Niewiadoma, druga Niewiadoma i inne takie…. 

Renata dalej niedysponowana, więc samotnie. Miejsce startu takie „mniej typowe”. Wąska droga, trudno zaparkować, gęsty las, a start w środku krzaków. Na tym Przystanku fajne są takie powojskowe nasypy i rowy – pamiętam je z jakiegoś pierwszego w życiu treningu PUKsowego i nieustannie mnie zachwycają – tyle, że tym razem będą gdzieś daleko od startu.

Organizatorzy ze sławnym pudełkiem "KLUCZE"

Na start idę za kilkoma osobami. Ma być przy paśniku, gdzie urywa się ścieżka. Pierwsze wyzwanie to znaleźć ten paśnik. Po chwili udaje się. Reszta biegnie na wariant B, więc pipam i startuję. Lecę w największe krzaki. Co tam wiele mówić, mało tego „lecenia”, raczej mozolne przedzieranie się przez gęstwinę. Wreszcie wypełzam z krzaków, trafiam na rów, który ma mnie doprowadzić do lampionu. I doprowadza. 

Do startu gotowy!

Las mało przebieżny – sporo krzaków i gałęzi leżących na ziemi – więc rowem, a potem drogą do kolejnego PK. Do PK 3 na krechę przez jakieś bagno. Środek lata, upały więc na szczęście bagno suche, zostały tylko pokrzywy i krzale. 

Koło PK 5 poznaję teren – kiedyś się tu gubiłem. Tym razem także coś mi się nie zgadzają drogi i lekko naokoło docieram do punktu. 

Podobnie jak w sobotę, twardo trenuję bieganie na azymut bez kręcenia pierścieniem kompasu. Idzie znośnie! 

PK 6 – tu zawsze się gubiłem, ale tym razem udaje się – bez skuchy! I odkąd pamiętam jest to obszar gdzie „od zawsze” leży masa gałęzi i biegać się nie daje. 

Do PK 7 ścigam się z zagraniczną konkurencją (tak, tak – trening międzynarodowy normalnie!) poziomu Elita. I co tu dużo pisać, mój azymut jest lepszy – pomimo 2 razy mniejszej prędkości biegu jestem pierwszy przy lampionie! Ale tylko na chwilę – konkurencja zaraz znika w sinej dali… 

PK 8 ma być koło paśnika. Sęk w tym, że paśnika nie ma. Znaczy jest, ale tylko na mapie. Dołka z lampionem nie widać. Wskazuje mi go litościwie grzybiarz – okazuje się, że o kilka kroków ode mnie, ale tak ukryty… 

Zamiast paśnika powinien być narysowany "Grzybiarz"

PK 9, 10,11,12… Do PK 13 postanawiam ciut podbiec drogami. Znajduję lampion, ale ma się on nijak do terenu. Mapa Przystanek jest specyficzna – nawet bardziej niż Niewiadoma – nie daje jej się zupełnie dopasować do terenu. Trzeba by jakoś nieliniowo dla fragmentów zmieniać skalę. Lampion na pewno stał nie tam, gdzie powinien (widomo trzynastka) – stąd do kolejnego PK ciut zbaczam. 

Pechowa 13-ka nie tam gdzie trzeba;-)

 Do PK 15 zaczynam biec na azymut a tu.. ściana krzaków. Skręcam i obiegam drogami. 

Na kolejnych lampionach PK 15, 16, 17 już byłem wcześniej, ale i tak udaje mi się coś zboczyć z dobrego kierunku na PK 17 – czyżby zmęczenie? 

Zostaje dłuuuugi przebieg do PK 18 (tożsamego z PK 1) i przedzieranie się krzakami na metę. 


 Wyszło coś ponad 8 km (nominalnie 7,1 km) i pozwoliło się całkiem miło zmęczyć. Na mecie coś tam o kolejnym treningu było już słychać…. Pracowite lato mnie czeka! 


 

Trening z Niewiadomą

Zawsze lubiłem treningi na Niewiadomej. Oczywiście chodzi o mapę „Niewiadoma”: kilka górek, dużo fajnego niezakrzaczonego sosnowego lasu, zielony mech… Taki trochę „bajkowy krajobraz”. 

Renatę z tej przyjemności wyłączyła jakaś angina, czy inna infekcja rzucająca się na gardło. 

Tam w oddali start

 
O właśnie na tym szlabanie

Sobota, sucho, gorąco – typowa letnia pogoda. Na starcie już trochę aut i nikogo oprócz organizatorów – znaczy wszyscy w lesie. Biorę mapę, pik (clear), pik (check) i pik (start). Co ja pisałem? Że mało krzaków? Chyba na wyrost! Od startu do PK 1 krzaki, aż nie chce się w nie zagłębiać. Obiegam naokoło – zawsze to trochę lepiej. Choć post factum widzę, że znacznie krócej i wygodniej było obiec z drugiej strony ścieżką, prawie pod sam lampion;-) 

A mogłem biec tą drogą po lewej...

Poprawiam się na kolejnych punktach. Las zaczyna być przebieżny i bajkowy. Jak trening to trening – próbuję biegać bez kręcenia tarczą na kompasie. Nawet wychodzi. No dobrze, przy PK 9 znosi mnie w lewo, ale i tak idzie dobrze jak na tę technikę nawigowania kompasem. Kolejna odchyłka przy długim przebiegu na PK 12 – pudłuję o „jedną dziurę” w lewo. Tu gdzieś zza krzaków wybiega Hania – a myślałem, że już nikogo w lesie nie spotkam! 

Przede mną PK 13 na samym północno-zachodnim skraju mapy. Na mapie – jeden jedyny dół gdzieś pod koniec wydmy. Jest koniec wydmy – jest dół – bez lampionu! Jest kolejny dół – bez lampionu! Cofam się – jest następny superdół (obniżenie) bez lampionu! Jestem skołowany. Niby granica młodnika wskazuje, że gdzieś tu powinien być lampion…. Zostaje odszukać ścieżki i od tej strony szukać lampionu. Jest wreszcie – niedbale rzucony na dno najmniejszego z przeszukanych dołów;-( 

Poszukiwania PK 13

 Dalej idzie bez problemów, no może poza przedzieraniem się po kresce przez największy gąszcz przed PK 17 (zamiast go obiec jak cywilizowany człowiek). 

Lampion z klubowym kodem 44 (podwójny PK 2/9) prawda, że bajkowo?

 Wyschnięty na wiór, lekko podrapany, docieram do lampionu „Meta”. Przy sczytywaniu chipa autor trasy narzeka, że mapa jest niezbyt dokładna, bo kreślona dawno temu i łączona z dwóch kawałków. Rusza mnie sumienie i obiecuję przeliczyć nowe poziomnice z najnowszych dostępnych danych lidarowych. Ciekawe czy następny trening będzie już na ulepszonej mapie? 

Już na mecie - spocony i lekko podrapany;-)


 

wtorek, 26 lipca 2022

Wawel Cup - Etap 5, czyli jak pomylić północ z południem.

Wieczorem przed ostatnim etapem co chwilę sprawdzaliśmy czy są już listy startowe, bo przed pójściem spać chcieliśmy wiedzieć jak bardzo musimy się rano spieszyć z pakowaniem, żeby zdążyć na start. Ja rzutem na taśmę załapałam się na handicap, co w efekcie dało śmieszną sytuację, że miałam startować kilkanaście sekund przed Becią, która już miała "normalną" minutę startową.
Tym razem baza imprezy przeniosła się do Złotego Potoku nad staw Amerykan. No, pięknie tam, pięknie. Polecam zwizytować.
Dojście na start tradycyjnie nie było krótkie, ale tym razem nie przez krzaki, jak dzień wcześniej (organizatorzy doszli do siebie?) tylko normalnie ścieżkami i drogami.

Da się? Da!

Oczekiwanie na start umilaliśmy sobie robieniem głupich min i trzaskaniem selfików.

Tu jeszcze dość mądre miny:-)
 
Tym razem teren zawodów był odmienny niż w poprzednie dni, a przynajmniej jego pierwsza część -  zamiast skałek pojawiły się jary. Z jednej strony to może i nawet łatwiej, bo jary były duże i nie sposób było je przeoczyć, ale z drugiej: jary były duże:-) i trudne do pokonania, przynajmniej dla mnie. Żeby za bardzo nie błąkać się po odnogach jarów mocno pilnowałam azymutu i na jedynkę oraz dwójkę wyszłam idealnie. Szczególnie przy dwójce było to ważne, bo lampion nie stał na dnie jary, tylko na zboczu w gęstych krzakach, wiec nie był widoczny z daleka. Tak się ucieszyłam z bezbłędnego odnalezienia lampionu, że aż się rwałam do kolejnego punktu. Ustawiłam azymut i ruszyłam. Troszkę mnie zdziwiło, że wszystkie przyuważone osoby poszły w innym kierunku, ale bo to wiadomo z jakich tras są... Kiedy jednak krajobraz zaczął wydawać mi się podejrzanie znajomy (czy ja tu przed chwilą nie byłam?) zaniepokoiłam się nieco. I co się okazało? Pomyliłam północ z południem i szłam w dokładnie przeciwnym kierunku. A żeby to!! Zawróciłam, przedarłam się przez wściekle zakrzaczony i stromy jar, ale tak byłam zdenerwowana, że do trójki zamiast obejść odnogę kolejnego wąwozu, wlazłam w nią i szłam jej dnem, oczywiście bez żadnej ścieżki, czy innych udogodnień. Dobrze, że chociaż lampion znalazłam bez żadnych przygód, bo chyba by mnie coś trafiło.
Czwórka, piątka i szóstka były już uczciwie na skałkach, czy raczej większych kamieniach, chociaż jary jeszcze nie odpuściły całkiem. Poszło w miarę sprawnie. Siódemka była na nosku, czyli jak dla mnie na niczym, więc nie szukałam miejsca charakterystycznego, tylko stricte lampionu. O dziwo, nawet nie musiałam długo się błąkać, żeby go znaleźć.
Drogę do ósemki chciałam sobie ułatwić i skorzystać ze ścieżek, ale coś pogmatwałam z ich liczeniem i pilnowaniem kierunku i w ogóle nie dotarłam do tej, co planowałam. W związku z tym za ósemką zaczęłam rozglądać się za wcześnie, nic mi nie pasowało, ale jakaś siła ciągnęła mnie do przodu, więc szłam. Dopiero kiedy dotarłam do rowów, zorientowałam się gdzie tak mniej więcej jestem. Dobrze, że punkt był na jedynych skałkach w okolicy, więc wkrótce go wyczesałam.
Z ósemki poleciałam sobie do wodopoju, bo był na azymucie, więc stanowił dobry punkt orientacyjny, no i przy okazji można było się nawodnić. Kawałek przed dziewiątką zaczepiło mnie jakieś dziewczę, że szuka i szuka punktu (tego, co ja) i nigdzie go nie ma. Niewiele brakowało, a przekonała by mnie, że to już, ale byłam twarda (jak skała) i uporczywie twierdziłam, że jeszcze dalej. Niestety, dziewczę tak mi cały czas nawijało, gdzie ten punkt może być, że w końcu złamałam się i zaczęłam szukać zgodnie z jej sugestiami. Oczywiście punkt był tam, gdzie początkowo wskazywał mój azymut, ale zanim ponownie uwierzyłam w swój kompas, chwila zeszła na bezsensownym bieganiu w poprzek zbocza. A tyle razy sobie powtarzam, żeby nie sugerować się innymi zawodnikami...
Do dziesiątki i jedenastki biegły już tłumy, więc ja za nimi, a potem meta, gdzie Tomek mocno mi kibicował.

Meta!!!
 
Po biegu spokojnie czekaliśmy na ogólne zakończenie imprezy i dekorację zwycięzców, szczególnie że byłam pewna swojego trzeciego miejsca w kategorii wiekowej.  Może nie było to szczytowe osiągnięcie przy pięcioosobowej obsadzie, ale lepszy rydz, niż nic.

Trzecie miejsce w kategorii W55.

No, i to by było na tyle (jak mawiał prof. Jan Tadeusz Stanisławski). 
 
Jeszcze tylko mam jedno pytanie - co za wredna małpa na pożegnanie sprzedała mi wirusa, czy inną bakterię, która po powrocie do domu powaliła mnie do łóżka??  No, kto się nie bał i to zrobił???

niedziela, 24 lipca 2022

Wawel Cup - Etap 4, czyli nie ma się co spieszyć.

Po ekscytującym, trzecim dniu zawodów byłam kompletnie wykończona i następnego ranka wcale nie chciało mi się wstawać, a tym bardziej ganiać po lesie. Oczywiście nie zamierzałam rezygnować z zawodów, ale mój entuzjazm jakby lekko oklapł. 
Mieliśmy wczesne godziny startowe, a ponieważ niezbyt od siebie oddalone, mogliśmy razem iść na start oddalony prawie o kilometr. 
 
Gotowi do wymarszu.
Wyznakowana wstążkami trasa dojściowa z lekka nas zszokowała. Prowadziła przez największe chaszcze - ot, tak na wprost, mimo, że jak się potem okazało, można było spokojnie dojść drogą. Zastanawialiśmy się, czy organizatorzy aby czasem nie przesadzili poprzedniego dnia na imprezie, która odbywała się bezpośrednio po biegach na pustyni, no bo jakie inne szaleństwo mogło ich opanować?



Start na szczęście był już zorganizowany standardowo, tylko dobieg do lampionu startowego był króciutki. W sumie to był tak krótki, że nawet nie wybiegałam z boksu, tylko szłam powoli, szukając na mapie trójkącika. Potem jeszcze postałam chwilkę wybierając wariant i w końcu statecznym krokiem wkroczyłam w las. 
 
Spokojny start.

I jeszcze spokojniejszy proces decyzyjny.
 
Ponieważ z siłami było krucho, a przewaga rywalek nade mną była i tak nie do zniwelowania, więc praktycznie nie miałam po co się spieszyć. Szłam więc sobie relaksacyjnym tempem, ale za to miałam czas dokładnie się namierzać i pilnować azymutu. Jedynka weszła idealnie, ale przy dwójce najpierw trafiłam na sąsiedni kamień i dopiero po sprawdzeniu, że rzeczywiście nie ma przy nim lampionu, ruszyłam do właściwego. Tu lampion był tak dobrze ukryty wśród roślinności, że gdyby nie towarzysząca mi w poszukiwaniach inna zawodniczka, to chyba bym go przeoczyła.
Na kolejne punkty wychodziłam już idealnie, tylko siódemki początkowo szukałam zamiast w jaskini, to pomiędzy skałami. Tak to jest jak człowiek nie dojrzy na mapie znaczków i idzie na domysł. 
 
Gdzieś na trasie. (Fot. J. Kijak)

Do dziewiątki i dziesiątki to nawet trochę biegłam, bo punkty stały w pobliżu ścieżek, a iść ścieżkami zamiast biec, to jednak nawet jak dla mnie przesada. A potem już tylko meta i oczywiście jak najszybszy dobieg, bo czemu nie?
 
Konsultacje na mecie.
 
Ponieważ w okolicach drogi dojazdowej do bazy i przy bazie odbywała się orientacja precyzyjna, więc wjazd i wyjazd z bazy możliwy był tylko w określonych godzinach. Tym sposobem musieliśmy godzinę czekać na możliwość wyjechania. Jak sobie umilałam ten czas? A tak:

Może i nie powinnam, ale jak się powstrzymać?

W drodze powrotnej obejrzeliśmy sobie jeszcze raz Okrężnik, przy którym biegaliśmy Model Event, ale ruin zamku jakoś się nie dopatrzyliśmy. Co nie zmienia postaci rzeczy, że jest na co popatrzeć.
 
Okrężnik i ja.

wtorek, 19 lipca 2022

Wawel Cup - Desert Dessert, czyli coś w finale nie pykło.

Ponieważ między biegiem normalnym a biegami dodatkowymi było za mało czasu żeby jechać na kwaterę, więc już po obiedzie pojechaliśmy na Pustynię Siedlecką. Organizatorzy byli jeszcze w kompletnej rozsypce i dopiero zaczynali się organizować. W międzyczasie solidnie popadało, troszkę ubijając piasek i miałam lekką nadzieję, że będzie trochę łatwiej biegać niż po suchym.

Przyglądamy się przygotowaniom.
 
Najpierw miały odbyć się kwalifikacje, żeby wyłonić najszybsze szóstki zawodników każdej kategorii, którzy wezmą udział w finale A. Akurat w naszej kategorii nie miało to większego sensu, bo były nas całe trzy sztuki, ale jak wszyscy, to wszyscy. Nawet śmiałyśmy się, że może zamiast tracić siły, to po prostu umówimy się, która zajmie które miejsce i po sprawie:-)
Start był interwałowy - ja w pierwszej minucie, w drugiej Hania, w trzeciej Ula.
 
Start do eliminacji.

Cała pustynia była poobstawiana lampionami, więc trzeba było uważnie śledzić mapę i kierunek, żeby trafić na właściwy. Z jedynką poszło dobrze. Poszukałam dwójki na mapie i aż mi się kolana ugięły - dwójka stała niemal na szczycie wydmy
Serio? Muszę tam wejść?
 
Nawet nie próbowałam biec, zresztą niewielu było takich śmiałków. To była prawdziwa droga przez mękę. Pomimo mokrego piasku po wierzchu, nogi i tak zapadały się i co chwilę osuwałam się w dół. Kiedy podbiłam punkt miałam ochotę już tylko usiąść i nigdzie dalej się nie ruszać. Zmobilizował mnie widok Hani, no bo w końcu bezpośrednia konkurencja. Do trójki na szczęście trzeba było zbiec z wydmy, co było ciut łatwiejsze, a potem był kawałek lasu. Szóstki ani ja, ani Hania nie mogłyśmy znaleźć. Hania szukała wszędzie - na dole i na górze, ja przechadzałam się leniwie po szczycie wydmy. Moje lenistwo zostało nagrodzone i wypatrzyłam lampion w kępce krzaków. Chyba gdzieś tuż za dziewiątką zauważyłam przed sobą Ulę. Startowała ostatnia z nas, ale gnała jakby ją sto diabłów goniło. Usiłowałam dorównać jej kroku, ale już przed jedenastką odpadłam. A potem zostawałam coraz bardziej w tyle... W sumie nie miało to żadnego znaczenia - Finał i tak miałam w kieszeni.
Ula na mecie odgrażała się, że w finale nie biegnie, bo nie ma już siły, ale kiedy odpoczęła, od razu zmieniła zdanie.
 
Trzy gracje.
 
Po odebraniu numerów startowych przewidzianych na finał, czekałyśmy na start. Tym razem start był masowy, a my zostałyśmy ustawione w ostatnim rzędzie. No ale jak to? Najpierw nam mówią, że my takie Super Masters, z naciskiem na Super, a potem nas na koniec? Ale to podobno dla naszego bezpieczeństwa, żeby nas młodzież nie zadeptała, jak wszyscy ruszą. Może to i miało sen patrząc jak startujemy:-)

Oj, boli w krzyżu.

Pomalutku ruszamy.
 
Finał rozgrywany był systemem One Man Relay, czyli dwustronna mapa, gdzie ostatni punkt pierwszej strony był jednocześnie startem drugiej. Tym razem litościwie darowano nam najwyższą wydmę i więcej biegaliśmy po płaskich fragmentach. Teoretycznie każda z nas powinna mieć nieco inną trasę, ale z każdym punktem utwierdzałam się w przekonaniu, że o ile Ula biega gdzie indziej, to my z Hanią wciąż depczemy sobie po piętach. Do czwórki szło mi świetnie, ale potem zamiast na piątkę, pobiegłam na szóstkę i już straciłam parę sekund. Z dziewiątki odbiegłam w złym kierunku i doszły kolejne sekundy straty, a już pod koniec pierwszej strony mapy zaczęłam słabnąć i zostawać w tyle. Niestety,  zmęczenie przełożyło się na zdolności intelektualne i sprawa się rypła. Kiedy dobiegłam do ostatniego punktu pierwszej mapy, zamiast odwrócić ją na drugą stronę i tam szukać trójkąta startowego, ja oczywiście szukałam go na mapie pierwszej. Tym sposobem dobiegłam niemal do startu całej imprezy zanim zorientowałam się, że coś nie gra. Przez chwilę stałam kompletnie oszołomiona i zupełnie nie wiedziałam, co z tym fantem zrobić. Kiedy w końcu ogarnęłam jaką głupotę popełniłam, to aż mi się zachciało płakać na myśl, że muszę wrócić do poprzedniego punktu i dopiero stamtąd biec w dalszą trasę. A czas uciekał... Kompletnie mnie to rozbiło i nawet przez chwilę miałam ochotę zrezygnować i zejść z trasy. No, ale jednak trochę szkoda. Wróciłam wiec na ostatni punkt, odwróciłam mapę, znalazłam trójkącik i ruszyłam na drugą część. Niespecjalnie się spieszyłam, ale dzięki temu dokładniej nawigowałam i jakoś szło do przodu. Po jakimś czasie zauważyłam, że spotykam coraz mniej osób, co i nie dziwne, bo większość pewnie była już na mecie. Byłam już tak zapóźniona, że wstydziłam się w ogóle wracać na metę. Nie dało się jednak tego ani odwlec, ani uniknąć. Co było robić - wróciłam, a po sczytaniu czipa okazało się, że przekroczyłam limit czasu o jakieś 3 minuty.

Zbieg do mety.
 
Byłam zawiedziona,bo sądziłam, że nie będę w ogóle z tego powodu klasyfikowana, ale organizatorzy to ludzkie paniska i litościwie dali mi to trzecie miejsce i poczucie, że nie męczyłam się na darmo.

Takie trochę niezasłużone pudło.
 

piątek, 15 lipca 2022

Wawel Cup - Etap 3, czyli kiedy skończy ci się mapa.

W trzeci dzień zawodów to dopiero miały być atrakcje - nie dość, że etap poranny, to potem biegi dodatkowe po pustyni. No i w związku z tym miałam straszny dylemat: czy na etapie zwykłym dawać z siebie wszystko, czy raczej oszczędzać siły na popołudniowe atrakcje? Dodatkowo na start trzeba było podejść niemal kilometr (a według danych z numeru startowego, to nawet dwa, co na szczęście okazało się pomyłką), więc było nad czym myśleć.
 
Tak myślę, że aż marszczę czoło.

Start.

Oczywiście poleciałam bez żadnego planu, bo przecież "jakoś to będzie". Zaczęło się całkiem dobrze - na jedynkę wyszłam bezbłędnie i jeszcze dogoniłam tam Becię. Kolejne punkty wchodziły jak po maśle, szłam do nich po kresce i w końcu nabrałam przekonania, że to mój dzień i ho, ho jaki ja to wynik osiągnę. I tak z bananem na twarzy i śpiewającą duszą dotarłam w okolice siódemki. Z lampionem rozminęłam się o jedną skałkę, czyli kilka - kilkanaście metrów. Niesiona nadzieją dobrego wyniku w ogóle nie zauważyłam, że nie zgadzają mi się odległości i punktu szukałam coraz dalej i dalej. W końcu nadszedł moment, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że nie dość, że nie trafiłam we właściwe miejsce, to jeszcze w ogóle nie wiem gdzie jestem i w którą stronę iść. W żaden sposób nie byłam w stanie dopasować tego, co widzę, do tego, co mam na mapie. Nawet nie było to specjalnie dziwne, bo od dawna byłam już poza mapą. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nikogo nie spotykałam i nawet nie mogłam dowiedzieć się, gdzie jestem:-( W końcu na horyzoncie pokazał mi się upragniony człowiek. Byłam zdesperowana dopaść go i nie wypuścić, dopóki wszystkiego nie zezna. Na szczęście zeznań nie musiałam wydobywać siłą i już po chwili mknęłam w mniej więcej dobrym kierunku. Po drodze oczywiście jeszcze trochę zboczyłam z kursu, żeby nie było za łatwo, ale tu już miał mnie kto ratować z opresji. Małgosia niemal palcem pokazała mi lampion i jeszcze doprowadziła do niego.

20 minut poszukiwań.

Niestety, mój entuzjazm całkowicie opadł i straciłam motywację do dalszego biegu. Lazłam więc sobie krok za krokiem i co z tego, że kolejne cztery punkty znalazłam bezproblemowo... Przy dziesiątce Andrzej usiłował zmotywować mnie do biegu, więc dla przyzwoitości coś tam się poruszałam. Tylko finisz zrobiłam taki jak trzeba, ale u mnie to już odruch.

Przy PK 10. (Fot.: A. Krochmal)
 
Cóż, po tym etapie Tomek nie kupił mi już kolejnych butów, ale za to pojechaliśmy do Złotego Potoku na pyszny obiad i lody. W końcu trzeba było się jakoś wzmocnić przed pustynnym bieganiem.