Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nieporęt-Zegrze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nieporęt-Zegrze. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 maja 2024

Grand Prix Mazowsza im. Andrzeja Krochmala - etap pierwszy.

Na Grand Prix to wiadomo, że chcieliśmy się wybrać, a już na imprezę upamiętniającą Andrzeja, to wręcz czuliśmy się wewnętrznie zobligowani, więc rączo się zapisałam i dopiero po kilku dniach dotarło do mnie, że w sobotę to odbywają się dwa biegi i w obu uczestniczę. Ale, oj tam. Najwyżej się zarżnę - pomyślałam.
Impreza była poważnej rangi, o czym świadczyły kible na starcie. Bo na imprezach mniej poważnych są tylko krzaki. Aha, jeszcze były minuty startowe i boksy. Tych naszych minut to nie mogłam spamiętać i wciąż musiałam sprawdzać w rozpisce.
 
 To którą to ja mam w końcu minutę?

Z bazy zawodów na start było 1700 metrów, czyli ponad połowa mojego dystansu. Za to chociaż raz miałam przed bieganiem rozgrzewkę inną niż ciepły nawiew w samochodzie.

Idziemy na start.
 
Niektórzy orientaliści polegli już na dojściówce, bo przegapili skręt, ale my nie daliśmy się na to nabrać. 
Okazało się też, że start usytuowany jest na pustyni, o czym nie było mowy w komunikacie technicznym. Bieganie po piachu nie jest łatwe, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz.

 Piach dookoła.
 
Tomek startował pół godziny przede mną, więc potem musiałam przeczekiwać skwar wśród rachitycznych drzewek, czekając na swoją kolej. Z boksu do lampionu startowego było 220 metrów po piachu, więc praktycznie na starcie byłam już wykończona i do tego nie pomyślałam o wzięciu wody na trasę, a żar lał się z góry strumieniami. Pustynia, normalnie pustynia.
No ale dobra, sprawa jest poważna, więc nie ma co narzekać tylko spiąć się w sobie i lecieć, choćby powoli.
Spięłam się. Ludzie, jak ja się spięłam. Leciałam po kreskach niczym natchniona, ale ostatecznie obsługi kompasu i nawigacji uczyłam się od Andrzeja, więc nie mogłam inaczej. 
Niestety - nic nie może przecież wiecznie trwać, co zesłał los, trzeba będzie stracić.... No i straciłam kreskę po dziewiątce. Nie dość, że zaczęło mnie ciut ściągać w lewo (w lewo! nie jak zawsze w prawo!), to jeszcze w pobliżu dziesiątki zauważyłam innych zawodników i tak się nimi zasugerowałam, że trafiłam na lampion nie z mojej trasy. A tyle razy sobie powtarzam: Umiesz liczyć? Licz na siebie! Kiedy po chwili błądzenia spotkałam Małgosię, miałam co najmniej ambiwalentne uczucia. Z jednej strony - mogłam liczyć na jej pomoc (bo to dobra kobieta jest), z drugiej - dogoniła mnie, a startowała po mnie, więc nie ma co marzyć o miejscu przed nią. Oj, bolało, bolało. Gosia wybrała lepszą strategię - namierzała się na dołki, a ja na wykroty. Dołki jak są, to są. Wykroty są albo jest ich więcej niż na mapie, a najczęściej jest ich dużo, dużo więcej i tym samym nie stanowią żadnego wartościowego punktu odniesienia.
 
 Dołek przy wykrotach.

Z dziesiątki spylałam ile sił w nogach (więc w sumie niewiele), żeby tylko być jak najdalej od konkurencji. Na jedenastce czekał Tomek, żeby cyknąć fotkę poniżej, a potem on pognał na metę, a ja jeszcze na PK 12 na górce.
 
Przedostatni punkt.

Na metę dotarłam co prawda przed Małgosią, ale ostatecznie to ona okazała się lepsza. No, nie ma mocnych na tę kobitę!
 
Zobaczcie jaki bałagan na mecie!
 
Po tym końcowym wyścigu padłam i nawet mapę i kompas musiał mi Tomek potrzymać, bo były dla mnie za ciężkie. Podniosła mnie dopiero myśl, że trzeba się szybko zbierać do domu, żeby w przerwie między etapami coś zjeść i chwilę odpocząć.
 
Dałam z siebie wszystko.


Cały przebieg.
 

środa, 5 października 2022

Warszawska Olimpiada Młodzieży, czyli kto mi sabotował trasę.

Do Warszawskiej Olimpiady Młodzieży podeszłam z pełnym namaszczeniem, to znaczy przed wyjściem z domu posmarowałam wszystkie bolące miejsca maścią przeciwbólową, co miało mi pomóc wystartować i dotrzeć bezboleśnie do mety.
Pogoda zapowiadała się niepewna, rano usłyszałam deszcz bębniący w szybę, więc czym prędzej nakryłam głowę i udawałam, że mnie nie ma. Niestety, do dziewiątej przestało padać i nie miałam żadnej wymówki, żeby zostać w łóżku.
 
Nie ma zmiłuj, trzeba jechać na zawody.
 
Kiedy przyjechaliśmy na start, nawet chwilami słonko wyglądało zza chmur. Wyjątkowo, chyba pierwszy raz w życiu, mieliśmy z Tomkiem taką samą minutę startową, co bardzo ułatwiało zorganizowanie się do biegu.  
 
Po raz pierwszy razem w boksie startowym.
 
Oczywiście już na etapie dobiegu do lampionu startowego zostałam z tyłu i tyle tego wspólnego startu. Do lampionu startowego był dość długi dobieg, a sam lampion ukryty za zakrętem i nawet nie dawało się podpatrzeć, gdzie pobiegła konkurencja. Miałam straszny dylemat - biec od razu na azymut, czy kawałek drogą i dopiero potem wbijać się w las? Stwierdziwszy, że na pewno z drogi zeszłabym nie w tym miejscu co trzeba, postanowiłam od razu kierować się kompasem. Pierwsze napotkane dołki ominęłam, bo były małe, ale tuż za nimi zaczęły się większe. Uczciwie przeszukałam połowę z nich zanim zorientowałam się, że "moje" mają być dopiero za rowem. Za rowem dołków było po kokardę i oglądając każdy z nich, powoli oddalałam się od właściwego, aż dotarłam do ścieżki. Taak, zdecydowanie byłam w złym miejscu. Zawróciłam. Kiedy w oddali mignęła mi sylwetka Małgosi, która startowała dwie minuty po mnie, wiedziałam, że jest źle, ale też i wiedziałam gdzie lecieć szukać punktu:-) Słusznie zaufałam Gosi i po chwili miałam jedynkę.

Ciut za dużo tych dołków.

Pierwsze koty za płoty. Miałam nadzieję, że z dwójką pójdzie już łatwiej i faktycznie tak było, bo już czwarty przeszukany dołek okazał się tym właściwym.
Do trójki postanowiłam pobiec drogami, bo coś mi się wydawało, że azymut jakoś nie bardzo działa. Z dużego skrzyżowania chciałam wpasować się w ścieżkę zaczynającą się przy granicy kultur, tylko nie udało mi się w nią wstrzelić. Nie pozostało nic innego jak lecieć dalej i kierować się rzeźbą, co na szczęście w tym przypadku było łatwe i jednoznaczne. Dodatkowo, dla ułatwienia, punkt stał przy zakręcie rowu, więc tym razem nie musiałam czesać i od razu podbiłam co trzeba.

PK 3 w miarę dobrze.
 
Czwórka za górką, w lesie o obniżonej przebieżności, na mikro góreczce, którą ja oczywiście odczytałam jako dół, więc szukałam nie tego, co trzeba. Do tego jeszcze przemieszczanie się utrudniały bruzdy, a przeskakiwanie z jednej na drugą wywołało gwałtowny sprzeciw moich pleców i w zasadzie od tej chwili bieganie miałam z głowy, bo mogłam tylko iść, co najwyżej truchtać, ale tylko po równym.
Przed piątką ratowałam jakąś młodą zawodniczkę, której koleżanka zniknęła z pola widzenia, a mapa nie za bardzo dawała odpowiedź na standardowe pytanie: gdzie ja jestem? Przy piątce spotkałam Joannę i razem rozglądałyśmy się za lampionem. I tak znalazł ktoś inny, ale litościwie kierował wszystkich we właściwe miejsce. Do szóstki śledziłam Asię, dzięki czemu nie zgubiłam się, ale potem wybrałam inny wariant niż ona i już mi poszło trochę gorzej, aczkolwiek też skutecznie.
Od dziewiątki było już łatwo, zresztą gęsto od ludzi, a przed jedenastką czekał Tomek. W sumie to lubię jak tak czeka przed końcowymi punktami i metą, bo na mój widok biegnie na punkt, żeby sfilmować podbijanie lampionu, a ja dzięki temu wiem, gdzie tego lampionu szukać. Na metę wtruchtałam dostojnie, bo plecy wciąż odmawiały współpracy, więc o efektownym finiszu nie było mowy. Zresztą co by dał ten finisz po tak słabej trasie.

Dobieg do mety w obiektywie Andrzeja.
 
 
I meta.
 
To, że na trasie poruszałam się powoli, to jedno, ale bezsensowne błąkanie się między punktami uważałam za karygodne. Szłam gdzie kompas wskazywał, a wychodziłam ciągle na manowce. Dopiero Tomek uświadomił mi, że mam ruski kompas i w związku sytuacją polityczną, na pewno specjalnie jest zdalnie zakłócany. To ma sens! I przy tym będę się upierać jak by co.


Mój przebieg.