Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Park Młociński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Park Młociński. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 czerwca 2025

Korona Mazowsza - do trzech razy sztuka

Tym razem Karol wszystkich uczestników lojalnie uprzedzał, że będzie dużo MP. Trochę późno, bo ja jak na razie mam 100% MP w Koronie Mazowsza 2025;-) Ale czas się zrehabilitować. 

Przybyłem na start jak zwykle przed „minutą zero”, a tu nietypowo – Karola brak w lesie, tylko na starcie już wydaje mapy! Jako że musiałem szybko wrócić po bieganiu do domu, nie ociągałem się, zmieniłem tylko ciuchy z pracowych na leśne i pobiegłem na start. 

Mapa dwustronna – prawie taka sztafeta jednoosobowa, ale bez rozbić i 34 PK na dystansie 5,3 km. Ruszyłem w las. Niby las miejski, ale chwilami dość dziki – powalone pnie, sporo zielonego. PK 1 na przedłużeniu górki – i pierwsze omijanie leżących, spróchniałych drzew i innych przeszkód. Tempo raczej spacerowe niż biegowe. PK 2, 3 niedaleko, po płaskim (no sam PK 3 na wydmie), więc ciężko coś zepsuć.
PK 4 także na wydmie, wokół zielono, więc postanawiam pobiec ile się da ścieżką – najpierw na północ, a potem skręcić w lewo. Odległości nieduże, więc biega się „na pamięć”. Odbijam ze ścieżki w lewo, w gęstwinę, a tu kolejna ścieżka, której na mapie nie mam. Może ludzie wydeptali? Jest górka, mulda i lampion. Ale nie ten numer! Może zaraz obok? Nie, tu nic nie ma. Szukam kodu lampionu na mapie – jest! Ale na drugiej stronie! Jestem nie na tej wydmie! Teraz tu już łatwizna znaleźć właściwy lampion, ale strata czasowa nie do nadrobienia.  
Zamiast PK 3 znalazłem PK26

Dalej idzie dobrze, ale wolno – nie rozpędzam się, by się nie pogubić, dokładnie sprawdzam kody lampionów. Mała wpadka przy PK 9 - najpierw znajduję lampion „z drugiej pętli” stojący na górce tuż obok – był bardziej widoczny. Zresztą na drugiej pętli także najpierw wpadam na PK 9 zamiast na PK 18 – ot, taka perfidia budowniczego, który na nabiegach zawsze najpierw dawał niewłaściwy lampion;-) 
 

Wydma jest zdradliwa, więc PK 20-24 staram robić się ścieżkami – może ciut nadkładam, ale nie ma wpadek na mikrorzeźbie. 

Przy PK 31 nie dostrzegam lampionu ukrytego w krzakach. Szukam go chwilę na sąsiedniej górce. Gdybym pobiegł główną drogą, a nie skracał przez krzaki, nie miałbym tego problemu! 

Ostatnie 3 PK w mieście. Przy PK 34 nie dostrzegam gdzie dokładnie jest lampion i niepotrzebnie okrążam skwerek. Meta.  

Idę sczytywać wyniki. Chwila niepewności i TAK – mam komplet! Pierwszy który ukończył chojraka z kompletem punktów. Uff wreszcie zrehabilitowałem się za dwa pierwsze etapy! 


 

 

wtorek, 28 czerwca 2022

Korona Mazowsza, czyli powrót do lasu.

Ale narobiło mi się zaległości! 
Po Szybkim Mózgu wróciliśmy do lasu, bo wreszcie udało się dotrzeć na Koronę Mazowsza. W sumie taki las nie las, bo nie dzikie ostępy, tylko swojski Park Młociński, ale zawsze. Ja to do tego stopnia nie doceniłam lasowatości parku, że wybrałam się w krótkich gaciach, czego potem szczerze żałowałam. Ale faktem jest, że biegaliśmy w tej najdzikszej części.
 
 Przygotowania do startu - clear, check.
 
 
Start, ale jakiś taki bez entuzjazmu:-)

Do czwartego punktu szło dobrze, głównie na azymut, ale jeszcze pamiętałam jak to się robi. Przy piątce coś nie pykło. Fragment z rozwidleniem alejek tuż przed punktem jakoś nie mógł mi się przełożyć na to, co widzę i przegapiłam jedno skrzyżowanie. Biegłam sobie spokojnie dalej, chociaż po pewnym czasie wydawało mi się, że jestem już dużo za daleko. Jak bardzo za daleko, okazało się, kiedy dotarłam do dziesiątki. No, ale przynajmniej wiedziałam, gdzie jestem:-) Zawróciłam. Jeśli ktoś myśli, że tak od razu znalazłam piątkę, no to niestety - nie. Z dziesiątki trafiłam na dwudziestkę dziewiątkę, wykierowana przez Piotrka, bo "tam jest jakiś lampion". Na szczęście do piątki było już bardzo blisko i w końcu udało się. Uffff....
 
 
W poszukiwaniu piątki.
 
Potem poszło już znacznie lepiej i nawet jak mnie trochę ściągnęło w którąś stronę (najczęściej na prawo), korygowałam na bieżąco. W okolicach PK 14 spotkałam Tomka, ale od razu każde pobiegło w swoją stronę. Pogadać to sobie możemy w domu.
 
Lecimy, lecimy dalej.
 
Kolejny poważniejszy problem pojawił się przy dwudziestce jedynce. Wyjątkowo ściągnęło mnie w lewo, przeszłam obok punktu widząc go z daleka i pomaszerowałam dalej. Dlaczego? Otóż ubzdurało mi się, że dwudziestka jedynka jest za ciekiem wodnym i z uporem godnym maniaka szukałam tego cieku, aż zawędrowałam na jedynkę. Tam dokładniej obejrzałam mapę i okazało się, że nie żaden ciek, tylko normalny południk nakładający się częściowo na alejkę. Ale jak człowiek sobie coś wbije do głowy, to przepadło.
 
Bo południki organizatorzy powinni jakoś znaczyć na podłożu.
 
Więcej wpadek już nie było. Udało się dotrzeć do mety bezproblemowo, jak zawsze z haniebnym czasem, ale co tam.Tomek z niecierpliwością wyglądał, czy wreszcie wracam, bo on swoją trasę, choć dłuższa, zaliczył dużo szybciej.
 
Ostatnie kroki na trasie.
 
O, tu źle pobiegłam...

Zwalimy to drzewo!
 
 
Mój przebieg.

czwartek, 14 stycznia 2021

ZPK, czyli zemsta na Parku Młocińskim.

Park Młociński sponiewierał mnie niedawno nocą, więc nie mogłam przepuścić okazji, żeby się na nim nie zemścić za dnia. W niedzielę całą trójką wybraliśmy się na BPK, co to go w ostatniej chwili Barbara zorganizowała, kiedy okazało się, że niedziela zieje pustką.
 
 Idziemy po mapy.
 
 
Najważniejsze - włączyć zegarek przed startem!

Pierwszy punkt był daleeeko od startu, ale w zamian mogliśmy dobiec do niego alejką niemal na samo miejsce. Dwójka już po lesie, na azymut, z rowem w połowie drogi, który bardzo ostrożnie przekroczyłam, bo grzybobranie na rowie jeszcze trochę czuję i przed rowami nabrałam dużego respektu. Ten rów zresztą przekraczaliśmy jeszcze kilkukrotnie, tak dla urozmaicenia trasy:-) 
W okolicach trójki spotkałam wszystkich startujących przede mną oraz tych, którzy mnie wyprzedzili. Bo trójki nigdzie nie było. Słupek ZPK miał stać na polance, ale w związku z wycinką polanki były co kawałek, a dla odmiany słupka nie było widać nigdzie. W końcu znalazł się - przywalony gałęziami i ledwo widoczny. Ci, którzy biegli z opcją BPK mieli łatwiej, bo nawet jeśli przypadkiem trafili w odpowiednie miejsce, ale nie zauważyli punktu, to telefon zapipał im, że to tu.

PK 3
Z potwierdzaniem punktów to w ogóle były nierówne szanse - jedni biegli na pipanie i nawet nie musieli za bardzo zbliżać się do słupków, inni na zegarek, więc wystarczyło dobiec i nawet nie zatrzymywać się, a najgorzej mieli ci, którzy pracowicie podbijali dziurkaczem karty startowe. Nie żeby ktoś narzekał (a przynajmniej mi nic o tym nie wiadomo), bo raczej większość biegnie dla fajnego spędzenia czasu, a nie po laury pierwszego miejsca, więc tak tylko jako ciekawostkę podaję.
Od trójki zaczęło robić się coraz trudniej - mało przebieżny, zakrzaczony las z różnymi zdradliwymi przeszkodami pod nogami oraz wzniesienia i obniżenia dawały trochę popalić. Ja akurat miałam do wybiegania pewien smutny problem, więc im było gorzej, tym dla mnie lepiej, bo skupiałam się na biegu i przez chwilę nie myślałam o tym, co mnie gnębiło.
Do szóstki nawigacyjnie szło bezproblemowo, chociaż z tym nawigowaniem to tak było trochę naciągane - biegła nas cała gromada i mapy pilnowali chyba tylko liderzy. Co jakiś czas odpadałam od grupy, jeśli pobiegli szybciej, a ja nie mogłam nadążyć, ale kiedy tylko zacięli się na czymś - doganiałam ich. W drodze na siódemkę zaliczyłam trzynastkę, ale przede mną ktoś zrobił dokładnie to samo. Widocznie sama się narzucała.
Z dziesiątki na jedenastkę, a potem dwunastkę była chwila oddechu, bo niemal pod same punkty można było dobiec główną alejką, więc wygodnie i w miarę szybko.
Z czternastki na piętnastkę był długi przelot, ale za to ścieżką, a przed siedemnastką czekał już Tomek i poganiał mobilizował mnie aż do samej mety, żebym nie zostawała w tyle. Nie było to łatwe, bo byłam już wykończona, ale tradycyjnie na ostatnich metrach dałam z siebie wszystko. 
 
Kto pierwszy podbije?

 
 Takie tam przepychanki na mecie.
 
Potem czekaliśmy na Agatę, która co prawda miała krótszą trasę, bo wybrała opcję scorelauf, a nie klasyk jak my, ale ona pokonuje dystans rekreacyjnie i statecznie. I jeszcze ostatnie pięć punktów odpuściła.! Zbulwersowało nas to, ale co zrobić. Najważniejsze, że byliśmy i miło spędziliśmy czas.
 
Meta nie zając - nie ucieknie.
 

Pobiegane!

piątek, 1 stycznia 2021

Traumatyczny Dystans Stołeczny 3

W zimny, deszczowy i ciemny wieczór nikt by mnie nie wygnał do lasu, no nie ma takiej opcji. Ale tym małym wrednym małpom jednak się udało. Nadmiarowe kalorie wypędziły mnie z domu i zmusiły do biegania. No dobra, jestem ostatnio w ciągu i niczym alkoholik wódkę, tak ja wciągam słodycze, których się jakoś dużo nagromadziło w domu, ale bez przesady. Żeby aż do tego stopnia??
Do ostatniej chwili łudziłam się, że może chociaż przestanie padać, ale gdzie tam, mniej lub bardziej, ale wciąż pokapywało. Ubrałam kurtkę przeciwdeszczową i bohatersko postanowiłam stawić czoła przeciwnościom losu. 
 
Serio? Musze wysiadać?
 
Clear, check, start. Do punktu pierwszego postanowiłam zapoznawczo pobiec alejką, a potem ścieżką. Pomysł dobry, tylko po ciemku jakoś nie mogłam namierzyć szerokiej alei i przez chwilę biegłam obok niej dziwiąc się, że jakaś taka błotnista. Po chwili zorientowałam się, że lampkę mam włączoną na najmniejsze świecenie. Przekręciłam więc pokrętło, mignęło i... zgasło. Niestety, drugi bieg nie chciał załapać. Świeciło tylko gdy trzymałam ręką pokrętło, jak puszczałam - ciemniało. Chociaż z drugiej strony, w krótkich momentach kiedy świeciło, przed oczami miałam mleczną mgłę, bo oświetlona mżawka dawała taki niespodziewany efekt. I tak to walcząc z lampką zamiast namierzyć się na PK 2, ustawiłam azymut na PK 18. Chyba podświadomie chciałam już wracać na metę. Po chwili coś mi się otoczenie przestało zgadzać. Nie żeby było widać to otoczenie, ale miałam odczucie, że coś jest nie tak. Popatrzyłam dokładniej na mapę i kompas i załapałam o co chodzi. Tylko jak trafić na PK 2, kiedy nie wiadomo gdzie się dokładnie jest? Po kierunku ścieżki wywnioskowałam, na której jestem, ale czy bliżej początku, czy raczej końca to już nie miałam pojęcia. Tak sobie więc truchtałam, a bardziej nawet szlam i rozpaczliwie rozglądałam się za jakimś światełkiem, które naprowadzi mnie na punkt. Jakikolwiek. I wyobraźcie sobie - światełko się pojawiło i naprowadziło mnie dokładnie na dwójkę.
Na trójkę już bardzo starannie ustawiałam azymut, wciąż przy tym walcząc z upartą lampką. Biec nawet nie próbowałam, tylko powoli dreptałam sobie w założonym kierunku. Udało się, nawet bez większych problemów. Bez problemów nawigacyjnych, bo inne owszem - teren rzucał mi kłody pod nogi i kilka razy cudem odratowałam się od upadku. 
Czwórka i piątka ku mojemu zdziwieniu weszły dość łatwo, ale nie ukrywam, że bacznie obserwowałam przemieszczające się po lesie światełka. W drodze na szóstkę trochę mnie zniosło i po raz kolejny zaliczyłam dwójkę. Ale w sumie to ta dwójka była prawie, prawie na azymucie:-) Do siódemki poszłam niemal po kresce, za to do ósemki po sporym łuku, a na koniec mało nie zwaliłam się do obniżenia, w którym stał punkt i to jeszcze żeby chociaż bezpośrednio na lampion, to nie - zniosło mnie w prawo. Dziewiątka litościwie była łatwa, pod warunkiem, że udało się bezstratnie dotrzeć do drogi nad Wisłą. Nie dość, że straszne krzaczory, to jeszcze mnóstwo powalonych drzew, no i marna widoczność. Na szczęście do drogi nie było daleko. Większość trasy do dziesiątki dawało się pokonać drogami, tylko na koniec pozostawał niewielki kawałek na azymut. No i ten kawałek mnie pokonał. Azymut mi się przekrzywił, punkt minęłam i poszłam dalej za tłumem. Nie wiem gdzie chciał dojść ten cały tłum, ale Małgosia na pewno chciała w to samo miejsce co i ja. Kiedy jednak ruszyła bardziej na północ, uznałam, że to jednak przesada i zostałam na miejscu. Skoro nie dało się azymutem, postanowiłam szukać po ukształtowaniu terenu. No i co z tego, że ciemno i nic nie widać? Punkt miał stać w wypustku obniżenia, więc postanowiłam włazić w każdą napotkaną dziurę, metoda macania czy stawiam nogi poniżej, czy powyżej poziomu. Metoda może i karkołomna, ale zdała egzamin i punkt wyczesałam. I co z tego, że zajęło mi to masę czasu? Czy mi się gdzieś spieszyło?
Do jedenastki szłam całkiem dobrze i w jakimś zaćmieniu umysłowym byłam pewna, że tak charakterystycznego miejsca to przecież nie przeoczę. Zupełnie zapomniałam, że przecież prawie nic nie widzę dalej niż na wyciągniecie ręki. Jeszcze dodatkowo kiedy z krzaków wyłonił się Piotrek z mojej trasy, byłam przekonana, że jestem w dobrym miejscu i zaraz zza krzaka wyskoczy lampion. No, nie wyskoczył. Oboje wiedzieliśmy, że to gdzieś tu, tylko gdzie??? Doszliśmy do ścieżki biegnącej już za punktem i tam ktoś chyba krzyknął gdzie jest lampion, a może poleciałam za światłem lampek, które nagle skumulowało się w jednym miejscu.
Na dwunastkę trafiłam idealnie, idąc po linii prostej - normalnie jak za dnia. Z tej radości, że mi tak dobrze poszło zupełnie się rozkojarzyłam i zamiast na trzynastkę, poszłam w dokładnie przeciwnym kierunku. Oczywiście cały czas byłam przekonana, że idę tam gdzie trzeba. Kiedy za ścieżką, która zresztą wydała mi się dziwnie mała, nie znalazłam lampionu, byłam kompletnie skonsternowana. No przecież powinien tu być! I tu nastąpił mój dogłębny upadek - musiałam zapytać zawodników z trasy Amator "gdzie ja jestem?" Obciach totalny, wstyd i hańba. Dobrze, że było ciemno, to może mnie nie zapamiętali i nie będą wytykać palcami. Nie wiem jakim cudem trafiłam z powrotem na dwunastkę i z niej namierzyłam się już poprawnie. No, prawie. Czternastki nie mogłam znaleźć, ale prawdę mówiąc było mi już obojętne. Wyszłam niemal do ulicy żeby mieć się skąd namierzyć, a ponieważ nie chciało mi się iść do skrzyżowania ścieżek, to namierzyłam się tak na oko. O dziwo - trafiłam. Piętnastkę zobaczyłam już z daleka, bo odblaskowy lampion dawał po oczach, ale nadrobiłam to na szesnastce - zniosło mnie w prawo i przeleciałam za daleko. Miałam już tak dość, że bezczelnie podpięłam się pod innych zawodników i nawet nie patrząc w mapę poszłam za nimi. Co prawda mogli mnie wyprowadzić na punkt z innej trasy, ale założyłam, że Kasia biega na tej co i ja. Siedemnastka była blisko budynku, więc wiedziałam, że wcześniej, czy później ją znajdę i tak się stało. Ponieważ z reguły gubiłam się na co drugim punkcie, więc osiemnastka musiała wywieść mnie na manowce. Znowu trochę biegłam za Kasią, ale i ona chyba miała tam drobny problem, więc odpuściłam śledzenie jej i zajęłam się bardziej patrzeniem w mapę. Patrzyłam, patrzyłam i w końcu wypatrzyłam. A że trochę naokoło? A kto bogatemu zabroni?
Na metę udało się trafić od pierwszego kopa, tyle, że po krzakach zamiast drogami. Nie pomyślałam o tym, że można sobie życie ułatwić. 
 
Meta! Metunia!
 
Tomek, który już dawno skończył swoją (dłuższą) trasę był wyraźnie zaniepokojony moją przedłużającą się nieobecnością i aż odetchnął z ulgą na mój widok. Nie dziwię mu się, gdyby jeszcze musiał iść mnie szukać...
Na metę dotarłam godzinę po najlepszym zawodniku mojej trasy, a osoba bezpośrednio poprzedzająca mnie w klasyfikacji miała nade mną dwadzieścia minut przewagi. Tak, mam najostatniejsze miejsce jeśli nie liczyć tych, którzy pominęli jakieś punkty. I bardzo, bardzo się cieszę, że udało mi się pokonać cała trasę, mimo tylu przeciwności losu. W sumie to była super zabawa:-)

Graficzny obraz mojej klęski.

piątek, 3 lipca 2020

Korona Mazowsza czyli lampionowe szaleństwo na skrawku lasu

Ostatnia impreza z cyklu Korona Mazowsza okazała się z lekka zwariowana. W małym kawałku Parku Młocińskiego, na dość krótkich trasach, organizatorom udało się upchnąć miliony punktów kontrolnych - może nie w sensie ilości samych lampionów (choć tych też było bez liku), ale trasy z licznymi motylkami wymagały nawet  kilkudziesięciu potwierdzeń pobytów na PK. Rekordowy był "Chojrak" - aż 50 PK, co przy pojemnościach większości czipów zaczynało stanowić problem. Moja trasa - "Wkręcony" - na długości 4,5 km miała 34 PK.
Żeby jeszcze bardziej uatrakcyjnić imprezę, organizatorzy wymyślili konkurs polegający na typowaniu zwycięzcy każdej z 22 zestawionych przez nich par. Ponieważ załapałam się na jedną z tych par, Tomek śmiał się, że muszę wygrać, bo postawił na mnie fortunę. Kurcze, emocje niczym w Monte Carlo:-)))

Przedstartowe spotkania

No to start! Na jedynkę najpierw planowałam pobiec na azymut, ale w ostatniej chwili zmieniłam decyzję i jednak wybrałam ścieżki. Biegłam rozglądając się za odgałęzieniami w prawo, coraz dłużej, a tu nic. Za to po jakimś czasie natrafiłam na leśną mogiłkę, czy coś w tym rodzaju. Zaczęłam szukać jej na mapie. No tak... Nie dość, że byłam hektar za jedynką, to jeszcze nawet nie na linii łączącej z nią start. Wbiegłam w pierwsze rozgałęzienie ścieżki zupełnie tego nieświadoma, a na kompas nie chciało mi się patrzeć, no bo po co na ścieżce. Kolejna nauczka. Skoro wiedziałam gdzie jestem, udało się opanować sytuację i w końcu trafiłam na punkt.

Na jedynkę troszkę naokoło:-)

Dwójkę znowu wzięłam trochę zza winkla, ale już bez okrążania jej tak wielkim łukiem jak jedynkę. Dalej poszło już lepiej. Na szczęście lampiony nie były pochowane, a tłum ludzi zawsze na jakiś mógł naprowadzić (lepszy, czy gorszy, ale przynajmniej można się wtedy umiejscowić). Z bieganiem tylko było słabo, bo raz, że gorąco, dwa - małe odległości między lampionami nie dawały się rozpędzić, a i czujność jest mi łatwiej zachować w marszu. Poza tym teren też nie zachęcał do wyczynów. Już w pierwszej połowie trasy noga wpadła mi w jakąś dziurę, a ponieważ ta sama co na poprzedniej imprezie, więc mocniej to odczułam i do wieczora czułam potem kolano.
Kryzys nawigacyjny nadszedł po dziewiątce. Ustawiłam kompas, ruszyłam niemal po kresce i nagle coś mi odbiło. W prawo mi odbiło, jak zwykle:-) Po jakimś czasie skorygowałam co prawda, ale za późno i dziesiątkę minęłam w pewnej odległości. Przy ilości lampionów w lesie wiadomo było, że wcześniej, czy później na jakiś się natknę i trafiłam na dwójkę/szóstkę. Nie powiem - trochę się zdziwiłam. Znowu ustawiłam kompas i ambitnie ruszyłam w stronę dziesiątki. To znaczy wydawało mi się, że w stronę dziesiątki, bo w rzeczywistości szłam na siódemkę. Nawet całkiem logicznie - z szóstki na siódemkę i chyba tym się kierowałam namierzając się. Ale wtopa... Na siódemce kolejny raz mocno się zdziwiłam i już myślałam, że dziesiątka to jakiś punkt-widmo, ale po trzeciej próbie udało się w końcu ją znaleźć. Gdybym mniej ufała kompasowi, a więcej własnym oczom, szybciej zorientowałabym się, że coś nie gra, szczególnie kiedy pojawiały się przede mną drogi, których nie powinno być na mojej trasie. Jakieś totalne zaćmienie umysłowe. Przy tej dziesiątce to już zaczęłam rozpaczać nad ruiną finansową Tomka, co to wszystkie pieniądze postawił na niewłaściwego konia i co my teraz zrobimy...

Okołodziesiątkowe wędrówki zajęły mi prawie 8 minut!

Reszta trasy przebiegła jako tako. Z siedemnastki zrobiłam sobie indywidualnego motylka, bo trafiłam tam trzy razy - zaliczając siedemnastkę oraz miedzy PK 20 a 21 i między 27 a 28. Siedemnastka musiała mieć w sobie jakiś niezwykły magnetyzm.
Przez całą trasę bałam się też jednego - że zapomnę z jakiego punktu na jaki biegnę (no zdarza mi się), pominę któryś i będzie NKL-ka. Skrupulatnie sprawdzałam na każdym punkcie numerki i usiłowałam zapamiętać albo numer punktu, albo kod. Udało się! Nie pominęłam niczego! Moja rywalka z pary nie miała tyle szczęścia i zgubiła jeden punkt. Tylko to uratowało mi tyłek, bo inaczej przegrałabym z kretesem o prawie 25 minut! Co prawda byłyśmy na różnych trasach (ja na dłuższej), ale takie były zasady konkursu.
Ufff, co to były za emocje:-))))
Szkoda tylko, że to była już ostatnia impreza z tego cyklu. Liczę na to, że Organizatorom podobało się nie mniej niż mi i też będą chcieli więcej. Halo! czy Organizatorzy mnie słyszą??!!

Cały przebieg, żeby ktoś nie myślał, że po kresce to nie potrafię:-)