wtorek, 14 lutego 2017

Kwadratura bepeka.

Dobrze, że Maraton MnO był maratonem tylko z nazwy i nie zaserwowano nam dwóch etapów nocnych, bo po obfitym obiedzie nie chciało mi się iść nawet na jeden. Ale jak tu nie iść kiedy po dwóch dziennych etapach zajmuje się pierwsze miejsce i jest szansa wygrać całe zawody? No dobra, w takiej samej sytuacji było jeszcze kilka innych zespołów, ale tym bardziej trzeba było walczyć. Na start pojechaliśmy samochodem, już w wszystkimi gratami, bo po etapie mieliśmy od razu wracać.
Nasz etap to 16 kwadratów powycinanych ze zwykłej mapy, ortofoto, hipso i pokrycia terenu i jeszcze dla lepszego efektu niektóre kwadraty obrócono lub zamieniono miejscami. Dobrze, że autor zapomniał o lustrowaniu, bo tego najbardziej nie lubię.
Już na pierwszym kwadracie okazało się, że są stowarzysze, których tak nam brakowało na etapach dziennych:-) W związku z tym, aby namierzać się odległościami, pracowicie wyliczyliśmy z parokroków skalę mapy, żeby po chwili zorientować się, że skala jest podana jawnym tekstem. Ale przynajmniej poćwiczyliśmy przeliczanie i mogliśmy się skalibrować.
Darek rozpracował wycinek z PK 6 i 7 stwierdzając, że w naturze jest tak jak na mapie. Natury to ja w nocy nachalnie nie widziałam, ale ponieważ punkty stały, tam gdzie przewidział, więc musiał mieć rację. Dwójka, trójka i czwórka nie sprawiły problemów, a na jedynce mało się nie pokłóciliśmy, bo nastawiali tyle stowarzyszy, że ciężko było ustalić wspólny pogląd na to, który lampion jest tym właściwym. Każde obstawało przy swoim, ale ponieważ ja jestem mniej awanturująca się, więc wpisałam darkowy. Jak się okazało miał chłopak rację, a mnie okręciło przy obieganiu dołka totalnie. Piątka zamieniona była z dziesiątką, a na ósemce.... Na ósemce lampion stał parę metrów od zaznaczonego na mapie miejsca, ale w okolicy nie było widać innego. Już miałam go spisać, kiedy Darek ostro zaprotestował.  W innych miejscach też punkty bywały rozstawione tak sobie, ale  akurat teraz poczuł w sobie powołanie pedagogiczno-wychowawcze i oznajmił, że trzeba nauczyć organizatorów wieszania lampionów i koniecznie musimy w tym celu wbić bepeka. Trochę zgłupiałam, bo jak dla mnie te parę metrów nie robiło aż takiej różnicy, zwłaszcza, że innych dołków nie było w okolicy i wszyscy brali ten jedyny. Wbij bepeka i wbij bepeka. Na moją odpowiedzialność! No, tak był przekonywujący, że wbiłam. Wbiłam i od razu straciłam serce do dalszej zabawy. Nawet już nie patrzyłam w mapę tylko szłam, byle do mety. Nasza wygrana poszła się paść.... Jeszcze trochę chwilami miałam wątłą nadzieję, że może dla świętego spokoju uznają i BPK-a jak im Darek zacznie nawijać za uszami i molestować, ale większych złudzeń nie miałam.
Na mecie czekała już na nas super wyżerka, bo to podwójne świętowanie się odbywało i dla samej tej wyżerki warto było przyjechać. Objadłam się po czubek kokardy i wszystkie stracone przez cały dzień kalorie nadrobiłam z nawiązką. Nie szło się oprzeć. Piwo wzięłam już na drogę, bo nawet płyny przestały mi się mieścić.

W niedzielę rano z pewną nieśmiałością zajrzałam do internetów żeby zobaczyć wyniki.Zgodnie z moimi przewidywaniami zajęliśmy ostatnie miejsce na etapie i przedostatnie w całej imprezie.

Jak radzicie? Zrobić Darkowi jesień średniowiecza, czy wybaczyć?

niedziela, 12 lutego 2017

2/3 z 3/4 Maratonu


Po raz drugi maraton w TZ-tach. Poprzednio to był spontan i gubiliśmy się w spontanicznie dobranej ekipie świeżynków TZ. Tym razem bardziej planowo z samą Panią Prezes, która ostatnio zabłysła wygraną w zawodach PP po .. dojeździe 150 km rowerem na te zawody! Czyli z jakimiś tam szansami na powalczenie (choć jak wiadomo w TZ i PP to czołowa dziesiątka przechodzi bezbłędnie trasę na mapie, której nie ma…).
Sam maraton w wersji „soft” tylko 3 etapy zamiast tradycyjnych 4. Więc co to za „maraton”?
Na zawody jechaliśmy z „duszą na ramieniu”, bo do tej pory autorzy tras zapowiedzeni w komunikacie miewali na tyle dziwaczne pomysły, że nawet ta 10-tka liderów PP wymiękała…
Etap pierwszy. Koty. Siedzą i machają ogonkami. Pierwszy rzut oka – wydaje się, że trzeba będzie latać nie wiadomo po co w koło. Coś się udało dopasować i koty z prawej strony kółka zaczęły znikać. Nie jest źle. Nawet moje niewprawne oko coś tam w stanie jest dopasować. Idziemy na pierwszy PK- jest. Zresztą jak to zimą - ścieżka wydeptana w śniegu. Kolejny PK z drugiej strony dziury już na kocie do dopasowania. Z naprzeciwka biegiem mija nas ekipa Orientopu. Strony im się pomyliły? I czemu biegiem. W międzyczasie odkrywamy o co chodzi – kolejne koty trafiają na swoje miejsca i wiemy, że jeden PK jest kilkadziesiąt metrów bliżej. Właściwie to mamy już wszystkie koty dopasowane, nawet z tym który nie łączy się z innymi – nanosimy je na schemat i klaruje się kolejność zaliczania punktów. Właściwie do ostatnich wycinków robi się etap bez historii. Czasami pojawia się biegający tu i tam Orientop albo ekipa krakowska, która co chwila pojawia się z dziwnej strony i znika biegnąc w jeszcze dziwniejszym kierunku, jakiś większy tramwaj na wydmach się przetacza. Punkty stoją. Stowarzyszy jak na lekarstwo – pewno nie chciało się autorowi stawiać, bo gdyby postawił, mógłby kilka zagwozdek zrobić. Zabawa zaczyna się dopiero przy ostatnich kotkach. PK 20 – jest lampion, ale części dróg z mapy brakuje, albo inaczej przebiegają. Ale miejsce w terenie, to co na mapie. Lekki tłum błąkających się bezradnie, ale bierzemy, bo pewnie autor chciał dobrze, a że drogę zajumali…  Potem z rozpędu zajumali PK 21. Kradzieje;-) I dalej decydujące ostatnie 2 PK.  Z kalkowania wyszło nam, że PK 1 i PK 16 są obok siebie. Idziemy gdzieś w kierunku tych miejsc. Jest pas młodników, ale coś droga chyba nie ta. Słyszymy jakieś „głosy” tak jakby z lewej – więc idziemy w lewo. Cos tam niby się zgadza, ale nie do końca. Znajdujemy niespodziewany koniec wydmy. Znaczy źle. Znowu jakieś głosy z drugiej strony. Chyba coraz gorzej z nami, skoro głosy słyszymy, ale idziemy w tym kierunku. O, jest kolejna wydma! Chyba ta właściwa. Jest lampion i się zgadza. I drugi brakujący! Do mety podbiegamy „ścigając” się z Orientopem. Oni wyszli znacząco przed nami, więc nie jest źle! Meta w kilkunastu chudych minutach. Wkrótce pojawiali się inni – i wszyscy w chudych minutach! Niby prosty etap, od startu było wiadomo gdzie iść i jak  dotrzeć na metę, ale sprawił troszkę problemów i fajnie!
Na ognisku próbuję upiec kiełbaskę. Wychodzi bardziej wędzenie i o mało nie tracę posiłku, gdy zdesperowany Pączek dorzuca stertę mokrych gałęzi do ognia próbując go zadusić. Gdy chcę już zrezygnować z „wędzenia” (oczy łzawią i te sprawy) coś się rozpala – wtykam szybko kiełbasę w ogień gdzie szybko skórka strzela i zjadam ją zanim znowu Pączek zacznie mnie zadymiać.

Etap nr 2. Opis skomplikowany i wygląda groźnie. Ale cóż, trzeba iść. Pierwszy PK zawsze najtrudniejszy, ale o dziwo udaje się szybko dopasować drugi element układanki.  W pobliżu przemyka Kuba z TU w oddali majaczy Moja Druga Połowa. Wyraźnie idziemy tą samą trasą. Na drugim PK doganiamy Sławka i Wojtka z TU, którzy się rozdzielili i wyraźnie pogubili. Dopasowujemy kolejny fragment… każe nam bezsensownie wracać po śladach. I tu spotykamy Krakowiaków – coś nas prześladują na tej imprezie! Kilka PK dalej znowu spotykamy Wojtka i Sławka. Wyraźnie zagubionych. Pokazujemy im gdzie są. Rzeczywiście mają tę samą trasę tylko mapę o wiele pełniejszą niż TZ. Trochę to psuje zabawę. Element składający się z fragmentów drożni do dopasowania – raczej banalny. Przechodzimy do drugiej części etapu – coś w rodzaju LOP-ki i fragmenty do dopasowania we wskazanych miejscach. Tak 10-tka powiększona do piątki. Pierwszy punkt – pierwszy wybór. Właściwie pasuje tylko jeden wycinek. Do drugiego wycinka na azymut pomijając LOP-kę. I tu konsternacja – jakby nic nie pasowało. W terenie masa dziur w ziemi, a nic takiego na mapie nie ma. Okazało się, że dopiero idąc granica kultur (LOP-ką) widać dwie dziury zaznaczone na mapie. Tych, co dodatkowo znaleźliśmy, ani śladu na tej mapie. Zresztą powiększanie skali mapy przez proste „resize” wprowadza sporo niedokładności i można by się czepiać dokładności rozstawienia lampionów. Ale, że znowu zabrakło stowarzyszy, to zakładaliśmy dobre intencje autora.
Ta skala dała się we znaki przy PK 18 i 20. Na mapie zabrakło części tego co było w terenie i 18-stkę z pewną doza niepewności wpisywaliśmy. Ale na 20-tce okazało się, że wszystko OK. Właściwie wyszedł etap dość banalny, tak na poziomie niezbyt trudnego TU.

Na mecie Czekała już Moja Druga Połowa. Barbara w ramach wyrabiania norm poszła do bazy piechotą, a my zaczekaliśmy na Darka z jego autem.
W bazie Żona szybko zeszła, a my próbowaliśmy doprosić się o etap krajoznawczy. Bezskutecznie. Zaginęły. Jakoś wszystko dziwnie ginie w tym Skaryszewie!
Wkrótce zaczęły pojawiać się wyniki. W pierwszym etapie czynnikiem decydującym był czas. Nikt nie przeszedł „na czysto”. Gdybyśmy w drodze na PK 1/16 posłużyli się kompasem, byśmy wygrali. A tak - trzecie miejsce (co tu marudzić, wyrównałem swój rekord etapu PP z poprzedniego maratonu, gdzie miałem 3-cie miejsce na 3-cim etapie!). Niedługo pojawiły się wyniki etapu 2 – zgodnie z przewidywaniami większość przeszła „na czysto”. Wszystko miał rozstrzygnąć etap nocny, a wiadomo autor jest znany z zawiłych etapów…

Ślimak ślimaczy sie po elipsie, a z ogniem krucho... czyli Maraton MnO (cz.1)

Na Maraton do Skaryszewa postanowiliśmy jechać w sobotę rano, a po zawodach od razu wrócić do domu. Kiedy rano, przed piątą, zadzwonił budzik, za nic nie mogłam przypomnieć sobie czym umotywowaliśmy taką decyzję. A jeszcze kiedy Tomek odczytał dane z termometru zza okna, sytuacja zrobiła się co najmniej absurdalna. Każdy normalny człowiek przekręciłby się na drugi bok i już. Koniec dyskusji. Nie powiem, przeszła mi przez głowę taka myśl, ale trochę się bałam ją wyartykułować, więc nie pozostało mi nic innego jak wstać. Z umówionego miejsca pobraliśmy jeszcze Panią Prezes (łubudubu) i już godzinę od wyjechania z Zielonki zaczęliśmy oddalać się od Warszawy. Po drodze usiłowałam trochę drzemać, ale co samochód osiągał trzecią prędkość kosmiczną i odrywał się od ziemi (czyli jakieś 130 km./godz. w tym egzemplarzu) budziło mnie przeciążenie wgniatające w fotel. Do bani takie spanie.
Na miejscu okazało się, że mojego partnera jeszcze nie ma, a start został przyspieszony o jakąś godzinę. Udało się do Darka dodzwonić dopiero tuż przed odjazdem autokaru - był dopiero w Radomiu i nie pozostawało mu nic innego, jak jechać od razu na start. Na szczęście mieliśmy trzydziestą minutę startową, czy coś koło tego.
Etap pierwszy okazał się  na poziomie (moim) - wszystko pięknie się składało, elementy wspólne wycinków i ścieżek wyraźnie rzucały się w oczy, nie trzeba było kombinować, czesać, czy szukać ratunku u napotkanych zawodników - wystarczyło liczyć mijane ścieżki. Jak ja od razu polubiłam budowniczego...:-)
Już na pierwszym fragmencie mapy dogoniliśmy Kubę, który wracał po przegapiony punkt podwójny i dalej poszliśmy razem, bo nawet przy szczerych chęciach na takiej trasie trudno iść różnymi wariantami, więc nie tworzyliśmy fikcji. No i zawsze można podpatrzeć u konkurencji techniki wyszukiwania punktów, czy czytania mapy:-)
Limit czasu na ten etap mieliśmy 120 minut, ale już po godzinie zameldowaliśmy się na mecie. To znaczy meta była dopiero w stadium zalążka i od razu padło pytanie - co tak wcześnie?? O zapowiadanej kiełbasie z ogniska w ogóle nie było jeszcze mowy, ba - samo ognisko prezentowało się żałośnie - kilka patyczków, które za nic nie chciały się palić. Wokół krążył zjeżony Pączek groźnie potrząsający siekierą słysząc jakikolwiek komentarz dotyczący ognia.

Przybywały kolejne zespoły, ale ponieważ pogoda była pięknie słoneczna (choć nienachalnie upalna), okoliczności przyrody romantyczne i urzekające, więc nikt nie marudził z powodu oczekiwania na kiełbaski.
Na kolejny etap nie opłacało się nam wychodzić zbyt szybko, bo z następnej mety miał nas odwozić do bazy autokar, ale dopiero po powrocie większości zawodników. Umówiliśmy się z Kubą, że drugi etap też zaliczymy po tramwajarsku i ruszyliśmy na trasę w odstępie paru minut.
Drugi etap już nie był tak prosty jak pierwszy, ale jak się ostatecznie okazało, do przejścia. Zastopowało nas już na pierwszej elipsie, bo musieliśmy wybrać jeden wycinek z dziesięciu, a pasowały ze trzy. I jeszcze mapy nie można było ciąć:-( Na szczęście Darek ma jakąś tam wyobraźnię i wykoncypował, która elipsa jest właściwa. Ja zaczęłam się rozkręcać dopiero od czwartego wycinka, ale u mnie normalne, że mam długą rozbiegówkę. Z każdym kolejnym wycinkiem było łatwiej, bo wybór coraz mniejszy, a doświadczenie coraz większe. Dla zmylenia ekip idących za nami zajęliśmy się  produkcją fałszywych śladów, wiodących w różne dziwne kierunki. Rozchodziliśmy się w trzy strony albo udeptywaliśmy śnieg przy stowarzyszach. Stowarzyszy swoją drogą na obu etapach było jak na lekarstwo, no chyba, że my tak od razu bezbłędnie trafialiśmy na właściwe punkty.
Na koniec musieliśmy wymyślić odpowiedzi na trzy zadania, z których najtrudniejsze było: podaj nazwiska trzech prezesów KInO Skróty. Musieliśmy wykonać telefon do przyjaciela, bo moje internety nie chciały nam odpowiedzieć. Za to nie mieliśmy problemów z czterema imprezami cyklicznymi, w czym wydatnie pomogły nam 2x2 w każdej porze roku:-)
Przez większość trasy, tuż za nami, kryjąc się po krzakach, a chwilami całkiem jawnie podążał Tomek, a za nim Pani Prezes. Zupełnie niepotrzebnie, bo przecież mieliśmy już przyzwoitkę w postaci Kuby, zresztą bo to raz szliśmy razem i nic z tego nie wyniknęło.  Co prawda w Radomiu, kiedy dzwoniliśmy popędzać Darka, ponoć odgrażał się, że udusi Tomka, a mi zrobi 500+, ale wtedy jeszcze Tomek o tym nie wiedział. Jakie to musi być ciężkie zadanie iść dwoma trasami (TU i TZ) na raz... I, że też Barbara się na takie coś godzi?
Na metę znowu przyszliśmy na początku stawki i zapowiadało się długie czekanie. Poziom niecierpliwości u Darku gwałtownie wzrósł i pogonił go do samochodu zaparkowanego trzy kilometry dalej. Poziom niecierpliwości Barbary wzrósł jeszcze bardziej, bo postanowiła iść piechotą do samej bazy - jakieś sześć kilometrów. Chociaż ją motywuje też specjalny zegarek, który co chwilę każe jej się ruszać, bo jak nie... Nawet wolę nie wiedzieć, co on jej wtedy robi, ale chyba coś strasznego skoro wolała nie czekać ani na autokar, ani na Darka z samochodem. My z Tomkiem poczekaliśmy i zajechaliśmy do bazy luksusowo i przed wszystkimi. A, że do obiadu była jeszcze masa czasu wzięłam sobie i padłam w ramach regeneracji przed etapem nocnym.
c. d. n.

Pokluczyć po Witolinie


Smok nr 2 zameldował się na Witolinie. Aż musiałem sprawdzić w Wikipedii co to ten Witolin. Okazało, się że to niewielki wycinek tego, co znam jako Gocławek, czy Grochów. No cóż, człowiek ciągle się uczy!
Jak to zwykle ostatnio na imprezach robionych przez Darka M., dopisał mróz. I to całkiem spory. Darek to ma zdrowie – tak ciągle marznąć na startomecie…
Na starcie stowarzyszyłem się z pozostałymi klubowiczami i poszliśmy na trasę we trójkę. Basia najszybciej wkładała klucze w dziurki, ja opiekowałem się kartą i zaznaczałem na mapie co już zaliczyliśmy, a Paweł starał się nas doprowadzić na kolejny punkt. Jak to w Smoku było trochę zabawy liczbami, a właściwie PIN-ami, które mówiły jakie punkty trzeba brać. Kilka fajnych lampionów musieliśmy pominąć, ale cóż, takie zasady narzucił smok. Mapa oparta na pocieniowanym lidarze ujawniła zaskakująco dużą ilość górek na terenie osiedla. Przy panujących warunkach śniegowych wspięcie się na niektóre z nich bez strat własnych było całkiem niełatwym zadaniem! Pewnym wyzwaniem było dopasowanie dziurek do kluczy, szczególnie, że jedna z dziurek do dwóch kluczy pasowała. Dodatkowo perfidny smok dobrał te kluczyki tak, że okazywało się iż trzeba się wracać w rejony już wcześniej odwiedzone. No, chyba że ktoś był czujny i zawczasu wszystko sobie złożył. Nam udało się trasę pokonać w miarę „bez kluczenia”, ale co chwila spotykaliśmy Mariusza S., który jako „miejscowy” powinien mieć fory, a latał po całym terenie bez ładu i składu.
Na trasie wzbudziliśmy pewne zainteresowanie mieszkańców - widać w tych rejonach człowiek z czołówką i mapą buszujący po zaroślach nie jest czymś często spotykanym. Jednak jedna z grupek mieszkańców wykazała się znajomością tematu – okazało się, że trafiliśmy na zespół, który swego czasu zajmował mistrzowskie lokaty w zawodach na orientację! Takich wojskowych, gdzie PK były sklepy monopolowe, a punktacja dodatnia i można powiedzieć bardziej „płynna”.
Udało nam się znaleźć wszystkie wymagane PK długo przed końcem czasu i dotrzeć na metę jako pierwsi. Tu zakosztowaliśmy dobrze zmrożone ciasto (jeszcze dawało się rozgryźć , ale ciekawe jak konsumowali je ostatni uczestnicy) i po chwili, gdy zaczął podszczypywać nas mróz, rozeszliśmy się do domów z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

czwartek, 9 lutego 2017

Z górki na… 4 litery, a pod górkę na czworaka!


4 etap Warszawy Nocą. Forty Kortyńskiego. Kawałek pustego terenu z wyraźnym kilkumetrowym wałem ziemnym i fosą. Latem - ładna trawka, zimą biała górka zamieniona w tor saneczkowy lub wręcz lodowy.

Do bazy dotarłem odpowiednio wcześniej – bo start wspólny. Odbieram chipa, sprawdzam kieszenie – jest dobry kompas, rękawiczki, czapka. Czegoś mi jednak brakuje. Ciekawe czego – zastanawiam się. Patrzę wokoło po innych uczestnikach: czapka – mam, rękawiczki mam, buff- mam, a to coś co mają oni na czapkach i co błyska białym światłem? Czołówka! Zapomniałem!!! No tak, bez latarki raczej ciężko będzie. Ale zostaje „telefon do przyjaciela”, tuż obok mieszkają nasze klubowiczki, które częściowo zresztą na bieg się wybierają. Udaje mi się załatwić czołówkę. Uff. Można więc spokojnie oddać się towarzyskiej konwersacji z całą masą znajomych przygotowujących się do startu.
Start niestety tym razem nie jest ogrzewany. Mamy przemieścić się po panującym na zewnątrz mrozie dobre 600 m aż na koniec fortu. Zuchwali – czyli ja startują tradycyjnie o 19:10. Część „profesjonalnych” znajomych leci już o 19 – postanawiamy ich odprowadzić na start odpowiednio wcześnie, bo a nuż się zgubią i wstyd będzie?

Jak się idzie lub podbiega te prawie 10 stopni mrozu nawet nie dają się specjalnie we znaki. Gorzej gdy przychodzi czekać na nasz start. Wszyscy dzielnie przebiegają nogami, podskakują lub podbiegają w miejscu. A wszystko na rzęsiście oświetlonym boisku w połowie ogrodzonym siatką. Siatka, poza odgradzaniem startujących od oczekujących, pełni ważną rolę dystrybutora map.
Czas mija, nadchodzi 19:10. Odliczanie i start. Łapię mapę. Znowu „obrus” formatu A3. Udaje mi się zorientować , iż mam lecieć na wprost, przez wał ziemny i fosę do budynków na brzegu fortu. Na wał są schodki – ciut z boku może, ale niewiele – widząc innych ześlizgujących się w tył z wału wybieram te schodki. Jestem na górze. Teraz zbieg do fosy, więc trochę większe przewyższenie. Wokół słyszę okrzyki, słyszę radosny śmiech i widzę sporą część towarzystwa leżącą na śniegu lub próbującą utrzymać równowagę na stromym zboczu, zjeżdżającą w różnych pozycjach i w różnych kierunkach z wału – stanowczo dobrze się bawiącą! Mi o dziwo udaje się zbiec szybciej niż ślizgające się nogi, czyli w pozycji pionowej. Wydostanie się z fosy już częściowo na czterech łapach, ale także się udało. Wbiegam pomiędzy budynki. Kolejka do pierwszego PK. Oglądam na spokojnie mapę – dużo PK i wiele wielokrotnych. Aż ciężko dojrzeć który opis do którego punktu. Niestety, powoduje to szczególnie na początku długie kręcenie mapą i szukanie gdzie autor zapodział następny PK. Nieprzyzwyczajony do nieswojej czołówki nie mogę jej dobrze ustawić i mało nie rozdeptuję Bogu ducha winnego przechodnia (no cóż, gapienie się w nocy w mapę w czasie biegu tak się kończy). Na początku pracowicie odwracam mapę i sprawdzam numery lampionów. Dalej jest łatwiej – gdy trzeci raz podbija się ten sam lampion i przebiegi robią się ciut dłuższe, ale nie na tyle by się zasapać. Także przeluźnia się przede mną, bo jest kilka wariantów trasy i nie lecimy jedną grupą. Pod koniec znowu PK na wale. Tzn. myślałem, że na dole więc zbiegłem o jednen raz za daleko. Musiałem potem wdrapywać się niepotrzebnie na górę. Potem zjazd do fosy. Na tyle stromy, że nogi uciekły – zjechałem na czterech literach. Nawet całkiem szybko! Przy ostatnich PK widzę konkurencję z którą zwykle walczę i zwykle przegrywam – tym razem są o jeden czy dwa PK za mną. Przyspieszam. Gdyby nie samochód przy końcu, wyprzedziłbym na dobiegu do mety jednego zawodnika, ale zabrakło kilka metrów:-(
Teraz zgrać wyniki z chipa. Nie jest źle 2 na 3! Konkurencja (ta co na końcówce widziałem) ma gorszy czas i… BPKi! Nawet z profesjonalistą, który się zmienił kategorię wygrałem! Jak widać nasze Stowrzyszone treningi dają wyniki!



wtorek, 7 lutego 2017

Ostatni przed feriami?


Uwieńczeniem ostatniego wyczerpującego weekendu był nasz tradycyjny Stowarzyszony Trening na ZPK-ach o wdzięcznym numerku #8. Miał to z założenia być trening wypoczynkowy. Już od pewnego czasu do ZPK-ów dochodzą lampiony, tak że wkrótce pewnie słupka na trasie się nie uświadczy i trzeba będzie zmieniać nazwę;-) Teraz doszedł tylko jeden lampion, który miałem dowiesić.
Wyjechałem z pewnym zapasem czasu z domu, niestety nieprzewidziany korek spowodował, że do lasu w Międzylesiu dotarłem po 18-stej. Lampion miał zawisnąć „w samym środku trasy”, więc zostało mi go rozwiesić samochodowo. Na szczęście w pobliżu przebiega „ulica”. Wprawdzie nazwana na planie Warszawy, ale w praktyce to zwykła droga leśna. Wiadomo – zima to najlepszy czas na wycinkę drzew, więc droga rozjeżdżona przez ciężki sprzęt, obstawiona sągami wyciętych metrówek. Koleiny takie, że bałem się co chwila zawiśnięcia na nich podwoziem, gdzieś w samym środku ciemnego lasu. Ale udało się. Dotarłem w pobliże miejsca gdzie lampion miał zawisnąć, znalazłem odpowiednie drzewo i PK o numerze 400 zawisł. Teraz pędem na start, pod szkołę. Tu już mnie ścigają telefony „gdzie jesteś”. Dobrze, że byłem już na parkingu;-)
Frekwencja umiarkowana – można powiedzieć stała ekipa. Zapowiedzianych 7 osób, z tego większość podbiegających. Tradycyjnie pierwszy poszedł Mariusz, potem drugi Mariusz, następnie w las podreptała Chrumkająca Ciemność. Ja z Anią M. czekaliśmy na samą dyrekcję, która planowo miała się opóźnić.
Wreszcie ruszyliśmy. „Kierownicę” oddaliśmy w ręce (a właściwie nogi) Ani – niech się uczy i nadaje tempo. Tempo wyszło idealne do spalania tkanki tłuszczowej czyli Slow Jogging. Chwilami wydawało mi się, że marszem byłoby szybciej. Tak, że aż postanowiłem sprawdzić, ale niestety marszem zacząłem wyprzedzać towarzystwo, więc powróciłem do biegu. 
Przy klubowym PK 44 oczywiście nie mogło zabraknąć klubowego selfie! Takich okazji nigdy nie przepuszczamy. Choć tym razem wycelować komórką tak by zmieścił się słupek i my nie było łatwo!
Nie niepokojeni przez innych uczestników dotarliśmy na tyły CZD do PK 7. Tu Ania odmówiła dalszego truchtania wykręcając się skręconą kostką. Niech jej będzie. Dostała kluczyki i poszła w kierunku auta.
Nasz dwójka pobiegła dalej. Od razu przyspieszyliśmy i „na azymut” wbiegliśmy w największe w okolicy krzaki. Do tej pory Ania nawigowała po drogach, więc zawsze jakaś odmiana. Trafiliśmy na jakieś drogi wyjeżdżone przez ciężki sprzęt, a wreszcie na główną drogę przebiegającą przez las. Tu za tą drogą miał być lampion o kodzie 400, ten który wieszałem. Tu nastąpił pewien konflikt odnośnie kierunku gdzie ten lampion ma być. A grzeczności postanowiłem ustąpić kobiecie, więc pobiegliśmy w lewo. Jak łatwo się domyśleć, nie był to ten właściwy kierunek! Ale nie są to zawody, tylko trening, więc nie robiliśmy z tego tragedii. Jako ostatni zespół na trasie zabraliśmy ze sobą ów lampion i pobiegliśmy dalej. Tu spotkaliśmy wreszcie pierwszą latarkę. Mariusz S. bezskutecznie szukał słupka z numerem 42, który to ze zmęczenia „położył się” obok dołka w którym powinien stać. Ciekawe komu ten słupek przeszkadzał?
Dalej już znanymi nam z kilku zawodów ścieżkami do mety. Przy ostatnich punktach znowu zamigały nam jakieś latarki innych uczestników. Okazało się, że na metę przybyliśmy wszyscy w odstępie pojedynczych minut. Nikt się spektakularnie nie zgubił, wszyscy zadowoleni – takie odprężające treningi także trzeba czasem robić. Ale następny, ten z numerkiem #9 pewnie będzie bardziej zakręcony. Termin jeszcze do ustalenia, ale już zapraszamy!


poniedziałek, 6 lutego 2017

Wszyscy kochamy Nutellę

Niedziela – Renata dalej się kuruje, a ja mam zaplanowany test sprawnego kompasu w lasach Otwockich, na zawodach ABC OK Sport. Niedziela to podobno Międzynarodowy dzień Nutelli. Aby zasłużyć na porządny słoik czekoladowo-orzechowego kremu samo bieganie to zbyt mało. Postanowiliśmy dodać do tego TRInO. Na ogłoszenie odpowiedziała Ania K. i we trójkę (bo treningi biegowe to jak zwykle z Panią Prezes) skoro świt ruszyliśmy do Otwocka. Odebrałem dziewczyny z Rembertowa (bo tam mają dobry dojazd) i pojechaliśmy na południe.
Otwock znam i lubię – chodziłem tu 5 lat do szkoły. Tak, że od razu zidentyfikowałem dwa obiekty z trasy leżące po wschodniej stronie torów. Dodam, że mapa była raczej mało aktualna (przeterminowana tak z 84 lata), ale dziewczyny już w pociągu nie próżnowały i
 naniosły przybliżoną lokalizację PK na nowszą mapę.

Z rozpędu postanowiliśmy zaliczyć je „samochodowo”. Właściwe dało się te dwa PK zaliczyć bez wychodzenia z auta. Ja robiłem za przewodnika i opowiadałem jak wyglądał Otwock za czasów mojej młodości. W szczególności opisywałem budynek „medyka” z jednego PK, który niedawno spłonął.
Kolejne punkty były typowo piesze. Zresztą trzeba się troszkę rozruszać przed bieganiem.
Bardzo fajny i przyjemny spacer oraz... zaskakujące pytania. A to w jakich godzinach czynny jest parking w soboty, a to numer telefonu na reklamie którą zerwano. Ale Drewniaki bardzo malownicze, choć pewnie w cieplejszej porze gdy kwitną bzy i zielenią się liście na drzewach byłoby jeszcze ładniej.
Spacer poszedł sprawnie i chwilę po dziesiątej byliśmy gotowi jechać na bieganie.
  Ania oddaliła się jeszcze pospacerować po Otwocku, a my pojechaliśmy szukać Pana Tadeusza, Zosi i reszty Mickiewiczowskich klimatów.
Na starcie już z daleka widoczne lampiony i całkiem spory tłumek. Wykupiliśmy mapy, ale trzeba było poczekać na chipa SI. Bo to są całkiem porządne, „elektroniczne” zawody, a nie jakieś tam karty papierowe i perforatory! Mieliśmy czas na analizę mapy. Wszystkie 20 PK w godzinę… raczej nie damy rady. Tak bez 3 lub 4 PK byśmy pobiegli. Ale udało dopytać się, że ten limit godzinny nie grozi NKL-ką, bylebyśmy skończyli do 13, czy czternastej. Aż tak długo nie planowaliśmy – raczej jakieś 15 minut spóźnienia przy wszystkich PK. Dostałem chipa i ruszyliśmy. Wariant w lewo – tak jak planowaliśmy dla godzinnego biegu – tam jest więcej PK.
Tym razem kompas działała jak należy. Na azymut trafiałem gdzie chciałem, a pomyłki były minimalne. Trochę śniegu chrupiącego pod nogami powodowało, że jednak człowiek bardziej się męczył. Jakby biegał po sypkim piasku. Po lesie sporo wydeptanych w śniegu (starych) ścieżek – pewno pozostałość po niedawnym Oriencie. Nawet kilka punktów w tych samych dołkach! Jak zwykle trochę wyrywałem do przodu (moje „naturalne” tempo jest ciut wyższe niż Barbary), ale za to ona lepiej biega pod górki. Dopiero po połowie trasy zaczęliśmy spotykać innych uczestników. Na wydmie pomachaliśmy „Chrumkającej Ciemności”. Jak widać spodobało im się BnO i machamy im coraz częściej na trasach biegowych. Ogólnie na wydmie zaczęło robić się gęsto. Całkiem sporo uczestników musiało biegać.
Przy ostatnich PK zacząłem czuć zmęczenie. Widziałem, że Barbara także już zwalnia. Jednak dzień po dniu biegania ponad 10 km po śniegu pozwala się troszkę zmęczyć.
  Na metę dotarliśmy z czasem jakieś ok 1:26. Gdyby nie wczorajsze zawody i zmęczenie pewnie kilka minut by się jeszcze urwało. Zresztą nie biegliśmy „do upadłego”, raczej tak treningowo.
Na mecie niezawodni OK-Sportowcy przywitali nas ciastem i dyskusjami o wczorajszych przygodach z kompasem. Normalnie mój kompas staje się sławny – może go wypożyczać za duże pieniądze tym zaawansowanym zawodnikom, którzy chcą poczuć większy dreszczyk emocji, szczególnie na trasie nocnej?
Reasumując – świetnie zawody-trening. Dobrze zorganizowane, bardzo porządna mapa, chipy SI i ogólnie ochy i achy. Jak się okazuje było ponad 100 uczestników, co mówi samo za siebie. Choć mam podejrzenie graniczące z pewnością, że to Międzynarodowy dzień Nutelli dodał smaczku tym zawodom, bo na pewno sponsorował on naszą trasę TRInO po Otwocku!



niedziela, 5 lutego 2017

TRInO-InO



Po nierównej walce z kompasem nie było mi dość i wieczorem wybrałem się na „nowy” rodzaj InO, gdzie kompas nie był już potrzebny. Darek M. po sukcesie „Trzech Króli” postanowił kontynuować dobrą passę i spontaniczne zorganizował nam małą „powtórkę”. Powtarzało się miejsce startu, a zmieniły się warunki pogodowe (o dobre 10 stopni Celsjusza cieplej), miejsce mety (właściwie to samo co startu), teren (eksplorowaliśmy Stare i Nowe Miasto). Oczywiście zostawił to co charakterystyczne czyli lekką zmianę miejsca mety w stosunku do tego co na mapie.  I „nietypową” godzinę startu – nie jak zwykle od 18:30 tylko od 18:00.
Przybywszy prawie punktualnie, na starcie spotkałem raczej niewielki tłumek. Udało mi się stowarzyszyć z adoptowaną córką i poszliśmy na trudniejszą trasę TO.
Początkowe zagmatwanie mapy okazało się całkiem łatwo dopasowywalne. Fragment mapy BnO przypomniał mi o pierwszym w życiu stracie na BnO – dokładnie wycinek tej mapy! Pozostałe wycinki do dopasowania także całkiem znajome – zaraz skojarzyłem je z licznymi w tej okolicy TRInAmi, czy niedawnymi zawodami na OrtoFotoMapie. Dopasowanie okazało się łatwiejsze niż się wydawało. Znalezienie punktów w terenie także było miłe i przyjemne, choć ten na ulicy Piwnej był jakiś taki zbyt rzucający się w oczy, a na ul. Długiej dość długo szukaliśmy zdjęcia, które można by dopasować. Co tu dużo mówić, ale Ani dopasowywanie zdjęć szło super sprawnie. Ja tak szybko nie potrafię.
Zaatakował nas stowarzysz przy ulicy Podwale, ale nie daliśmy się i siłą odciągnąwszy Anię od restauracji Honoratka wykierowałem ją na właściwy PK. Uff, udało się szczęśliwie dotrzeć do mety, która tradycyjnie przesunęła się pod mury okalające Stare Miasto.  Punkcik do InO zdobyty i można odpocząć przed czekającym mnie w niedzielę testem drugiego kompasu na zawodach ABC Otwockiego OK Sportu.

sobota, 4 lutego 2017

Nie wierz nigdy… kompasowi


Po raz pierwszy w tej edycji wybrałem się na WesolInO, na rundę drugą. Pierwsza runda z czymś tam kolidowała. W Informacjach doczytałem, że start ma być od 9:30. Z Panią Prezes umówiłem się, że ją zgarnę z pociągu (bo ostatnio trenujemy bieganie synchroniczne – tak w ramach przygotowań do 50-tek), a chciała wystartować jak najwcześniej. W sekretariacie jeszcze pustki. Podobno punkty stoją już od wczoraj, ale Igor musi przyjść po mapy i dopiero wtedy zacznie stratować. Po drugiej stronie drogi.
Czas płynie, ludzie przybywają, a Igora nie ma. Wkrótce tłum już całkiem spory i pojawia się Igor. Ma jeszcze rozstawić trasy dla dzieci. Ponoć ma mu to zająć 5 minut. Dajemy mu ze dwadzieścia i idziemy na start. Start jest lokalizacyjnie wspólny dla BnO i WBG. Tłumek biegaczy na orientację rozgląda się niespokojnie bo startującego z mapami ani widu, ani słychu. Zaczynamy marznąć. W grupkach podskakujemy lub podbiegamy. Wreszcie pojawia się Igor (godzina 10:30). Coś niezrozumiałego mówi przez system nagłaśniający. Chyba chodzi o start WGB. Słychać odliczanie i biegnie pierwsze grupa biegaczy górskich. Trochę się rozluźnia. Wreszcie jest organizator z mapami i z zegarkiem. Barbara wpycha się pierwsza do kolejki. Coś tam podglądamy, że mapy dla kategorii „C” są bez drożni. Fajnie! Barbara biegnie, ja kilka minut później. Dostaję mapę - pierwszy PK na najwyższej wydmie, po trasie WGB. Akurat przed chwilą wystartowała kolejna grupa biegaczy górskich. Pokażę im, że BnO jest lepsze od jakiś tam biegów górskich i pod górę wyprzedzam co najmniej większość peletonu. Nie dogoniłem czołówki, bo mam PK po lewej. Całkiem fajnie biega się po warstwicach;-). PK 2 łatwizna. PK 3 – na azymut – wybiegam drogą i mam dalej lecieć prosto. Lecę. Omijam jakieś krzale i patrzę na kompas czy dobry kierunek. Powinny być doły. Jest jeden, drugi… i koniec. Powinno być ich znacznie więcej!! Coś nie tak. Cofam się i krążę. Wyraźnie coś mnie zniosło w lewo. Ale znajduję dołki i lampion. Kolejny PK na północ. Trafiam choć jakoś niedokładnie. Co się dzieje? Piątka prawie w zasięgu wzroku więc trafiam bez patrzenia na kompas. Zanim zaparują okulary ustawiam azymut na PK 6 i lecę. Jest coś wyżej po prawej jak być powinno, ale dalej przestaje się zgadzać. Coś nie tak. Może za bardzo w lewo pobiegłem jak przy trójce? Szukam po prawej, ale to nie to. Próbuję się zlokalizować, ale nic nie pasuje. W akcie desperacji postanawiam wrócić do piątki. Jakoś mi się kierunki świata nie zgadzają z tym co kompas pokazuje. Udaje mi się znaleźć ponownie piątkę. Jeszcze raz ustawiam kompas. Pokazuje teraz inny kierunek. Biegnę. W odpowiedniej odległości mam obniżenie jak trzeba. Jest słupek ZPK, ale lampionu mojego nie ma . Z lewej nadbiega jakaś konkurencja i także szuka szóstki. Niby teren się zgadza ale coś za dużo dołków w okolicy. Jeszcze chwilę kręcę się w koło, ale lampionu nie ma. Jak tak dalej pójdzie to pobiję jakiś rekord długości przebywania na trasie!  W akcie desperacji postanawiam wejść na wydmę i znaleźć kolejny PK 7. Jest wydma, ale coś wyższa. Przypomina  to bardziej okolice ósemki. Ale mnie zniosło!!! Widzę wielu konkurentów biegnących w przeciwną stronę – znaczy jestem na terenie zawodów. Dobra - jest ósemka, potem znajduję siódemkę i szóstkę. Na wszelki wypadek nie patrzę na kompas i jest dobrze. Teraz w tył zwrot i lecę do dziewiątki. Zbiegam ciut wcześniej z grzbietu. Jest poprzeczny rów, jest dół, a dziewiątki nie ma. Okulary parują. Czyżby źle postawiony PK? Dopiero po chwili dostrzegam że szukać powinienem dołka na zboczu a nie w najniższym miejscu. Dziesiątka znana więc docieram na oko. W 11 znowu nie trafiam, ale jest rzeźba więc docieram gdzie trzeba. Powrót na 9-tkę i 13 na azymut. Ktoś biegnie po mojej lewej i dobrze, że lampion widoczny, bo mnie znosi na prawo. Czternastka ma być za zabudowaniami. Są zabudowania, coś jakoś inaczej niż na mapie.  Nawet jest górka po prawej… ale bez lampionu. Coś nie tak. W oddali widzę kopczyk, sprawdzam- obok piętnastka, więc znowu coś mnie zniosło w prawo! Nic wracam się na 14-tkę. Może mi mety jeszcze nie zwinęli, bo biegam już nie wiem ile! Szesnastka to na pamięć, choć już w nogach kilometry czuję. Wreszcie meta. Jednak czekali na spóźnialskich!

W bazie spotykam Pawła, potem dobiega Andrzej. Każdy miał jakieś wpadki nawigacyjne. Tak z ciekawości porównujemy kompasy: mój i „taki sam” model , nówka sztuka Pawła. I wszystko jasne. Już wiem czemu ostatnie bieganie mi nie wychodziło!
I jak tu wierzyć kompasom?
PS. Pocieszam się, że mam dobry przelicznik opłaty za kilometr, bo coś ponad 10 km wyszło! W zawodach UNTS jest znacznie drożej!

czwartek, 2 lutego 2017

Jak się gubić… to na własnej trasie!



Jak widać wszystko potrafię. Nawet zgubić się na własnej trasie. Bo przygotowałem trasę do Stowarzyszonego Treningu na ZPK-ach #7. Taką bardziej skomplikowaną. Niepełną mapę z wyciętymi „oczywistymi” przejściami miedzy punktami. Oczywiście wycinając to i owo z mapy starałem się wyciąć takie najbardziej zaskakujące fragmenty. Oczywiście robiłem to już jakiś czas temu, więc zdążyłem zapomnieć co to było.
Przyszła godzina startu.  Wcześniej dostawiłem dwa lampiony, by nie było zbyt prosto i nie zaliczać dobrze już znanych słupków ZPK. Na starcie zjawiło się 7 osób (jedna nie dotarła). Nie za wiele, choć Andrzej umieścił nasze treningi w oficjalnym kalendarzu zimowych zawodów kontrolnych!
Pierwsi poszli marszerzy (jeden świeżynek – nowa twarz na naszych treningach), potem chciał pobiec Andrzej, ale okazało się, że zapomniał kompasu. Barbara użyczyła mu swojego i zostaliśmy z jednym moim wskazującym czasami różne dziwne kierunki świata, zwłaszcza w czasie biegu. Ostatni uczestnik utknął w pracy i miał dojechać później – zostawiliśmy mu mapę „pod wycieraczką”. Pobiegliśmy. Przy pierwszym PK coś świeciło. „Chrumkająca ciemność”  – wywnioskowaliśmy widząc dwa światełka. I rzeczywiście – pomachaliśmy im wesoło perforując kartę. Przegoniliśmy ich w drodze na kolejny PK
Trzeci PK – i tu wyszła cała moja perfidia wycinania mapy. Niby było przedłużenie drogi… ale nie tej co myśleliśmy. Szukaliśmy lampionu o jedną ścieżkę za wcześnie. Dość długo szukaliśmy, zanim nie zgraliśmy całej okolicy z mapą. Gdzieś tu znowu przegonili nas Chrumkający. Jak pokazują późniejsze tracki – nie tylko my mieliśmy tu problemy.  Ech ten perfidny budowniczy;-).
Dalej było znacznie lepiej. Koło PK 53 spotkaliśmy Andrzeja, co przemierzał trasę w przeciwnym kierunku. Czasami błyskały światełka śledzącej nas i nieustannie Chrumkającej Ciemności, ale wtedy mieliśmy motywację by szybciej podbiegać.
Kolejna, wręcz tradycyjna wpadka przy PK 68. Pobiegliśmy z górki na azymut. Kompas wskazywał „mniej więcej” dobry kierunek. Może mniej niż więcej, ale wiadomo z górki to przynajmniej strona świata właściwa.  Wpadliśmy na teren gdzie miał być lampion, przy charakterystycznych rowach. Jakieś dziury w ziemi były, lampionu nie. Później okazało się, że nawet byłem tuż obok, ale to jest jeden ze strasznie wrednych ukrytych ZPK-ów, które widać tylko z jednej strony. Wstyd pisać ile to naszukaliśmy się właściwego dołka! Ale można wszystko zwalić na kompas. Taki zza wschodniej granicy ten kompas - znaczy bubel:-).
PK 66 - kolejny na azymut. I kolejny nietrafiony. Ale w krew weszło nam już czesanie – to także umiejętność, którą należy trenować – pocieszam się.
Na ostatnie dwa PK dowieszone przez mnie dałem już całkowicie ponawigować Barbarze. Widać, że była wyraźnie wkurzona naszymi (no dobra, moimi i mojego kompasu) błędami na kilku wcześniejszych punktach. Nawet jej oferowałem by sobie pobiegała trochę z moim kompasem, ale stanowczo odmówiła. Na szczęście tu było po drogach i widoczne z daleka były punkty orientacyjne, więc dała radę;-) Ale nie wiem czy odważy się w przyszłości zaufać jeszcze mojej nawigacji na kompas…
Grunt,  że człowiek trochę się ruszył i te 8,5 km pobiegał.
A z ciekawostek – już w drodze do domu telefonicznie poprosiliśmy tego spóźnionego uczestnika  o zabranie ze sobą dostawionych lampionów. Okazało się, że w lesie spotkał jeszcze jednego „nielegalnego” zawodnika, który się nie zapisał, nie głosił się na start i biegał z mapą w postaci fotografii na komórce. Możliwe, z tej co zostawiliśmy „pod wycieraczką”, ale kto wie, bo ten „nielegalny” jakieś dwa tygodnie temu zgubił się na jednym z treningów na terenie tuż obok…
A tak się gubiliśmy:
http://3drerun.worldofo.com/2d/index.php?idmult%5B%5D=-396624&idmult%5B%5D=-396607&idmult%5B%5D=-396625&idmult%5B%5D=-396629&idmult%5B%5D=-396632