sobota, 31 października 2015

Partycypacyjny bieg na orientację.

Od kilku dni szykowaliśmy szpadle i łopaty na wkopywanie słupków stałej trasy na orientację w Międzylesiu, a tu wczora z wieczora gruchnęła wieść, że nie wkopujemy, bo dostawca specjalistycznym sprzętem to zrobi. Nie znam co prawda specjalistycznych szpadli do zielonego punktu kontrolnego, ale niech mu będzie. Przynajmniej się nie trzeba męczyć.
Ciągnęło jednak wilka do lasu i postanowiliśmy zobaczyć przynajmniej miejsca gdzie staną słupki.Cały dzień coś nam przeszkadzało w wyprawie, a to zakupy, to sprzątanie, to obiad, wreszcie koło szesnastej ruszyliśmy. Zaparkowaliśmy przykładnie przy starcie i postanowiliśmy zacząć od skrzyżowania, gdzie miał stanąć PK 31. Jakież było nasze zdziwienie kiedy zobaczyliśmy słupek już wbity w ziemię i wyglądający jakby stał tam od zawsze. Rozochociło nas to i ruszyliśmy na 32. Też stał! Podobnie 33, 34, 35. Tych już szukaliśmy po ciemku, bo po tej zmianie czasu, ani się człowiek nie obejrzy, a już noc. T. wciąż mnie poganiał:
- Biegnij! Biegnij!
Że niby trenujemy bieg na orientację. Po pierwszym potknięciu się na wystającym korzeniu wcale nie miałam ochoty biec, a zamiast patrzyć w mapę, uważnie badałam grunt pod nogami. Przy PK 42 zamiast narysowanych pięciu dołów, naliczyłam co najmniej siedem (a przecież po ciemku wszystkich na pewno nie widziałam), ale i tak go znaleźliśmy. Schody zaczęły się przy czterdziestce jedynce. Ponieważ punkt był zaznaczony w pewnej odległości od jakiejkolwiek ścieżki, ustawiliśmy azymuty (każde swoje) i weszliśmy w las. Ja niby miałam doprowadzić na miejsce. Szliśmy, szliśmy, szliśmy, a raczej lepiej byłoby powiedzieć przedzieraliśmy się przez zarośla, a zaznaczonego na mapie krzyża (a przy nim słupka) ani śladu. W końcu T. przejął dowodzenie i uznawszy, że źle poprowadziłam, postanowił wycofać się na ścieżkę i zacząć od nowa.  Doszliśmy mniej więcej w to samo miejsce, a punktu ani śladu.
- Może tego jeszcze nie wkopali... - zastanawialiśmy się. Dla pewności połaziliśmy jeszcze po okolicy i kiedy T. dał już sygnał do odwrotu, wlazłam przypadkiem na słupek.  A przy nim, zamiast wypatrywanego przez nas krzyża, stał mały krzyżyk na leśnej mogile. Może w dzień łatwiej ten punkt namierzyć, ale nocą raczej trudna sprawa. A już przedzieranie się przez te wszystkie krzaczory z rowerem (tak, to jest też trasa rowerowa) - dla mnie rzecz niewyobrażalna. Ale w sumie jakoś szczególnie bujnej wyobraźnie nie mam.
Kolejny PK, z numerkiem 38 wydawał się prosty - drzewo na polance, kawałek od zabudowań, dokładnie na północ od rogu ogrodzenia. Poszliśmy jak po swoje, ja przeklinając pod nosem na łapiące mnie za łydki jeżyny i inne roślinności, a tu nic. Ani polanki, ani drzewa. To znaczy drzew było do wyboru, do koloru - jak to zwykle w lesie, ale tego jednego sprzężonego ze słupkiem nie było. Namierzyliśmy się drugi raz. Znowu doszliśmy w to samo miejsce i znowu bez sukcesu. Odpuściliśmy. Postanowiliśmy zacząć wracać do samochodu i po drodze zaliczyć jeszcze tylko PK 37, który miał stać na skrzyżowaniu, więc była szansa, że go znajdziemy. Faktycznie był. Z rozpędu wzięliśmy jeszcze 36 i biegusiem do autka. Resztę terenu postanowiliśmy spenetrować w bardziej sprzyjających okolicznościach świetlych.
Przy okazji tej spontanicznej imprezki wyklarował mi się stosunek do biegów na orientację. Otóż biegi - tak, orientacja - tak, ale bez mieszania ich ze sobą. A przynajmniej nie nocą i nie w lesie. W biały dzień po asfalcie, czy chodniku to jeszcze mogę biec na orientacje, ale nie nocą po lesie. Życie mi jeszcze miłe! A jak chcę faktycznie pobiegać, to mapa i szukanie lampionów nie mogą mi w tym przeszkadzać.
I niech mnie nikt nie przekonuje, że białe jest białe, a czarne jest czarne!

wtorek, 27 października 2015

Na pudle!

Po zdobyciu bunkra mieliśmy okazję zwiedzić jego wnętrze, oczywiście z mapą w reku, w ramach mini gry terenowej. A potem już tylko ostatni etap...
I tu nastąpił drobny zgrzyt. Okazało się, że jest mało map i przypada po jednaj na zespół. No to w związku z tym, chcąc mieć dwie mapy, postanowiliśmy się stramwaić z A. M., D. M. i A. K. Po kolei obejrzeliśmy HallowInOwe sowy, dynie i nietoperze i zastygliśmy w zdziwieniu. Niby proste, a nikt nie ogarnął o co biega. Szczególnie nietoperze stanowiły dla nas zagwozdkę - latały po kartce chaotycznie i nie bardzo było wiadomo co z nimi zrobić. W końcu uznaliśmy, że w najgorszym wypadku zbierzemy tylko dziewięć z wymaganych czternastu punktów, bo tyle było zaznaczonych na schemacie dróg między startem a metą. Większość z  tych punktów  była na niczym, czyli na dowolnym odcinku ścieżki i trochę nas to irytowało. Kiedy straciliśmy już dużo czasu na przekazywaniu sobie map z rąk do rąk ruszyliśmy.
Szybko ogarnęło mnie zniechęcenie. Zasadniczo to ja działam na baterie słoneczne i nocą wyłączam się. Czasem jeszcze aktywuje mnie mapa, ale z braku takowej szłam za grupą niczym cielę majowe. Sądząc po minach współtowarzyszy, nie byłam jedyną osobą zdegustowaną po czubek kokardy.
Przy punkcie H zaskoczyło. Wreszcie dopatrzyliśmy się zależności między prawym i lewym fragmentem schematu i nietoperzami. A kiedy rozcięliśmy mapę i połączyli rozsunięte części, to już całkiem byliśmy w domu. Od razu wyszło też na jaw, że najlepiej to wrócić na początkowe punkty i zebrać te sprzężone z nimi, czyli powiązane nietoperzami. Przy okazji wreszcie dowiedzieliśmy się na czym autor mapy poumieszczał punkty, bo to wynikało dopiero z oglądu wycinków.
Oczywiście to, że rozgryźliśmy metodę, nie oznaczało jeszcze, że znajdziemy wszystkie potrzebne lampiony. Szczególnie PK 5 dał nam się we znaki - postawiony w  środku młodnika, który zaciekle bronił dostępu do swojego wnętrza. Razem  z grupą tezetów z J. W. na czele zaciekle atakowaliśmy to z jednej, to z drugiej strony, wreszcie odnieśliśmy sukces. Co prawda był on okupiony zadrapaniami, poszarpaną odzieżą i wyrwanymi kępami włosów, ale tym bardziej cenny.
W miarę zdobywania kolejnych punktów, nasz tramwaj podzielił się na dwie wyspecjalizowane ekipy - pierwsza wyszukiwała lampiony i spisywała kody, druga szła w stronę mety. Tym to sprytnym sposobem znaleźliśmy wszystkie wymagane punkty i mogliśmy spokojnie zakończyć etap.
W bazie czekał na nas jeszcze mini bno dookoła szkoły. Pomimo biegu w nazwie etap zaliczyłam bardzo powoli, bo bez czołówki trudno się biega, a tej jakoś nie pomyślałam wziąć ze sobą. Ale co tam, pośpiech to potrzebny jedynie w łapaniu pcheł, biegać można i spacerkiem.
Po zaliczeniu wszystkich przewidzianych przez organizatora atrakcji, szybko wsiedliśmy w samochód, bo czekała nas jeszcze impreza imieninowa znajomego. Co prawda kiedy dotarliśmy na miejsce solenizant był już w fazie mocno schyłkowej, ale jeszcze nas rozpoznał, a nawet udało mu się wstać żeby nas powitać. Po jednym drinku poczułam się dokładnie tak jak on i szybko ewakuowaliśmy się do domu, do łóżka. Dobrze, że zmiana czasu pozwalała pospać dłużej, bo świtkiem zerwaliśmy się żeby wrócić na Podkurek na ogłoszenie wyników. Rano odebraliśmy sms-a, że mamy drugie miejsce, więc nie mogliśmy nie odpuścić.



c. d. n. n.

poniedziałek, 26 października 2015

Yрppаaaaaa!!!!

Po szczęśliwym powrocie z etapów dziennych z zapałem zjedliśmy obiad (i jakby był drugi, to pewnie też bym pochłonęła) i biegiem rzuciliśmy się do samochodu żeby pojechać do Celestynowa zrobić trino. Do samochodu tak dokładnie to rzuciłam się ja z T., a A. M. rzuciła się do roweru. W wersji ekspresowej odwiedziliśmy wszystkie PK, bo spieszyło nam się z powrotem. Mieliśmy iść na zebranie Wysokiej Komisji od Przyznawania Pucharu Polski Niepoślipce, żeby w razie potrzeby własną piersią bronić Niepoślipki przed odrzuceniem. Jak się okazało pierś była niepotrzebna i MAMY PUCHAR!
Po zebraniu chwila odpoczynku i start etapów nocnych. Jak przystało na zbliżający się halloween start był przy cmentarzu. Podjechaliśmy samochodem, bo i meta ostatniego etapu tam miała być.
Organizatorzy w ramach mapy wręczyli nam jakiegoś poradzieckiego starocia, do tego z opisem po rosyjsku. Dla mnie akurat to pestka, bo rosyjski znam przyzwoicie, ale słyszałam jak inni usiłowali czytać cyrylicę:-)))) Na szczęście dostaliśmy też bardziej współczesny schemat dróg i kawałeczek opisu po polsku - pewnie żeby nie wytracić uczestników przed drugim etapem nocnym.
Do pierwszego punktu dotarliśmy bez przeszkód, podobnie jak masa innych zespołów, zwłaszcza młodszych kategorii i przy lampionie zrobił się zator, a do spisania kodu kolejka jak za najgłębszej komuny po papier toaletowy. Potem było już łatwiej. Łatwiej w sensie swobodnego poruszania się, bo w temacie namierzania PK 2 to tak jakby ciut trudniej.  Wzdłuż drogi i równolegle do niej, w lesie, szły ławą zespoły TU/TJ czesząc równo cały teren. Ochoczo włączyliśmy się w tę akcję, ale po kilkunastu minutach zwątpiliśmy - rowu ani śladu. Postanowiliśmy więc najpierw znaleźć PK 3 i PK X i od nich namierzyć się na tę nieszczęsną dwójkę. Szliśmy, szliśmy, szliśmy i szliśmy, a spodziewanych punktów ani śladu. Ani śladu też skrzyżowania, na który miał stać X. Po przejściu wielu, wielu kilometrów postanowiliśmy jednak wrócić widząc, że dalszy marsz prowadzi nas tylko na manowce. Może i cudne, ale jednak manowce. Jak wracać to konkretnie - aż do PK 1. Po kilkukrotnym przestudiowaniu mapy okazało się, że błąd popełniliśmy już na początku i PK 2 szukaliśmy wzdłuż złej drogi. Teraz poszło już łatwiej i okazało się, że dwójka wcale nie jest tak mityczna, jak się wydawało. Kiedy już ustaliliśmy położenie dwójki, namierzyć resztę było łatwo. To znaczy dla mnie może i byłoby łatwo, ale w dzień. Nocą zdałam się całkowicie na T.
PK 4 był mocno hardkorowy - tarnina broniła dostępu do lampionu i mój hart ducha był wystawiony na trudną próbę. Ogólnie to hart mi nieco podupadł. Szłam za T., ale myślami byłam jak najdalej od lasu. Pod jego światłym przewodnictwem zbieraliśmy kolejne punkty i nawet udało mi się samodzielnie znaleźć dziewiątkę ( w czasie gdy T. poleciał po siódemkę), czego oczywiście nie poczytuję sobie za jakiś szczególny sukces, bo trzeba by być ślepym albo kompletnym niedojdą żeby go nie znaleźć:-)
I tak wyzwaniem porównywalnym do znalezienia PK 2 było znalezienie mety. Zwłaszcza, że na mapie była zaznaczona w innym miejscu niż była w rzeczywistości. Co prawda z daleka widzieliśmy światło, ale założyliśmy, że to jakieś zabudowania i nawet się tam nie pchaliśmy. W końcu jednak, mocno naokoło, udało się nam dojść do mety i gromko mogliśmy krzyknąć: urrraaaaaaa!!!!!

c. d. n.

niedziela, 25 października 2015

Pyton w kropki.

Etap drugi to lopka ciągnąca się niczym pyton z jednej strony mapy na drugą, a w tę lopkę musieliśmy jeszcze  dopasować kilka wycinków. Niby nic trudnego - mapa zorientowana, skala podana, miejsca łączenia się wycinków z lopką zaznaczone - nic tylko iść i podbijać punkty. Do pierwszego nielopkowego lampionu daleko - prawie kilometr, ale w nagrodę punkt łatwy do znalezienia - wystarczyło pójść kawałek rowem. Już się nam michy zaczęły śmiać, że tak dobrze idzie, "już był w ogródku, już witał się z gąską".
Zdychać zaczęło przy pierwszej kropce. Już z daleka zobaczyliśmy spore skupisko luda medytującego nad swoimi mapami. Zobaczyć inowca bezradnie wpatrującego się w mapę - zły znak!
Stanęliśmy i my (jak wszyscy, to wszyscy - babcia też!) i zaczęli kombinować. T. po obejrzeniu mapy poleciał w krzaki obwąchać teren, ja postanowiłam wleźć na pobliską górkę, bo to i widoki lepsze i perspektywy szersze. Poza tym inni też tam szli, to ja co? Gorsza? Na szczycie górki dumnie, niczym sztandar powiewał lampion. No dobra, nie powiewał, bo był porządnie przypięty, ale od czego wyobraźnia? Rozentuzjazmowana, z niecierpliwością wypatrywałam T., a kiedy wreszcie nadszedł, to zamiast się ucieszyć - zaczął wybrzydzać. Ot, tak żeby nie wyjść z wprawy, bo punkt oczywiście wziął.
Musieliśmy zdecydować co dalej - iść do drugiej kropki, czy szukać PK Y. Ponieważ Y postawiony był na niczym (czysta biel kartki), łatwiejsze wydało nam się pójście dalej lopką. Co niektórzy, sądząc, że wiemy co robimy, postanowili iść naszym śladem. Nie wiedzieli jednak - podobnie, jak i my - że liczenie odległości zaczęliśmy ze złego miejsca i nie było szans, żeby dojść dokładnie tam, gdzie chcieliśmy. Nic się nam nie zgadzało. Wytypowany wycinek za nic nie chciał się wpasować w zastany krajobraz, pozostałe wycinki nie pasowały jeszcze bardziej. Ganialiśmy po rowach, co to widać było, że świeżo wykopane, a w głowie wciąż tłukły nam się słowa organizatorów, że aktualność map przeminęła z wiatrem wieki temu. W końcu spisaliśmy kod z jakiegoś lampionu, który był najbardziej prawdopodobny, bo jedyny napotkany.  T. jednak wciąż coś nie dawało spokoju i krążył po okolicy niczym pies myśliwski. Ponieważ po każdym okrążeniu wracał w to samo miejsce nie latałam za nim, tylko siadłam na rowie i wpatrywałam się w mapę, czekając na olśnienie, czy inny cud.  Cud długo nie chciał nastąpić. Czas leciał, a my wciąż w lesie. W końcu jednak T. zarządził żebym tym razem poszła za nim, przegnał mnie po lesie to w prawo, to w lewo, to przed siebie, to z powrotem, po czym gładko wyprowadził na jedyny właściwy i słuszny lampion. Jak to zrobił? Nie wiem!
Postanowiliśmy iść na trzecią kropkę i trochę zdziwiliśmy się, kiedy przed nami wyrosła góra z kropki pierwszej. No, ale skoro już tam byliśmy to nie pozostało nam nic innego jak namierzyć się na igreka, co to nie wiadomo na czym miał być. Z igreka zeszliśmy do trzeciej kropki. Tam rozeszliśmy się w dwie przeciwne strony żeby zbadać teren, a kiedy już wiedzieliśmy, że droga ciągnie się i w prawo i w lewo (co nie było jakąś specjalną niespodzianką) zaczęliśmy dopasowywać wycinek. Drogą eliminacji wyszło nam, że to musi być E. T. bohatersko wlazł w zarośla, ja pilnowałam drogi żeby ktoś nie ukradł, bo gdzie by wtedy wrócił?
Zet na niczym udało się upolować, a punkt przy czwartej kropce był już tak jednoznaczny, że nie ma się co nad nim rozwodzić.
Na koniec, już na terenie miejskim, zostały nam kropki 5 i 6, do których łatwo dopasowaliśmy nazwy punktów - H i B oraz numery transformatorów. Organizatorom poszło trochę gorzej i dopasowali je na odwrót, a ponieważ nie dali sobie przetłumaczyć pomyłki, wszyscy jak jeden mąż dostaliśmy w wynikach punkty za opis :-).
Po znalezieniu ostatniego punktu z lopki zostało nam jeszcze tylko zadanie: podaj azymut z drugiego PK na LOP do PK 5. Zadanie właściwie było niewykonalne, bo punkty na lopce można zbierać w dowolnej kolejności i punkt drugi dla każdego mógł być inny, a do tego wszystkiego w ogóle nie było PK 5. Owszem, była kropka oznaczona cyfrą 5, ale punkt nazywał się H (lub B w wersji organizatorskiej). Prześledziliśmy więc proces myślowy jaki musiał zajść w głowie autora zadania i mimo oporów wewnętrznych podaliśmy dość dokładny azymut.
Jak na etap pucharowy to punkty na niczym, abstrakcyjny opis zadania i upór w kwestii PK B i H trochę (mocno) nas zdziwiły i czując, że mamy pełne podstawy do tradycyjnego "bicia autora" czuliśmy się bardzo zawiedzeni jego nieobecnością. Trudno, nastukamy mu innym razem.

c. d. n.

Podkurek na okrągło, czyli etap pierwszy.

Przed Podkurkiem postanowiliśmy wyspać się we własnych łóżkach, więc do Nowej Wsi (Starej, ale dla mnie nowej, bo nie znałam wcześniej:-) wyruszyliśmy dopiero w sobotę rano. Miało to tę zaletę, że byliśmy wypoczęci i tę wadę, że straciłam całą integracyjną część imprezy ze śpiewami na czele, co to się na nie tak nastawiałam. Buuuu:-( Co prawda gdy po przyjeździe zobaczyłam małą, wypełnioną po brzegi ludźmi salę gimnastyczną, to mój żal trochę zmalał. Ale tylko trochę.
Na otwarciu, które nie było tak uroczyste jak przy poprzednich edycjach (bez przemówień lokalnych oficjeli, których nie było) dowiedzieliśmy się, że w zasadzie to impreza jest nie do końca legalna, przebywamy niemal w lokalu wyborczym i w związku z tymi okolicznościami powinniśmy być bezwonni, niesłyszalni i niewidzialni. Po wizycie w sali gimnastycznej od razu wiedziałam, że największy problem może być z bezwonnością:-)
Po otrzymaniu map na pierwszy etap, każdy chyłkiem wymykał się do lasu, starając się nie zwracać na siebie uwagi lokalnej ludności.  Mieliśmy nadzieję, że nasz turystyczny look (odzież, plecaki) oraz mapy w rękach nie zostaną zauważone i skojarzone z Podkurkiem.
Mapa składała się z samych kółek. Autor musiał być nieźle zakręcony przy jej robieniu. Do kółka wchodziło się jedną strzałką, a wychodziło inną, a czasem nawet była możliwość dwoma.  Do pierwszego punktu wszyscy doszli bezproblemowo, bo trzeba by dużo samozaparcia, żeby tam nie dojść, ale po spisaniu kodu z lampionu trzeba było podjąć decyzję, w która stronę ruszyć, bo wyjścia z kółeczka były dwa. Jedno wyjście kusiło, a drugie nęciło:-) Zrobiliśmy kilka kroków w jednym kierunku, zawróciliśmy, spróbowaliśmy w drugim i wciąż nie mogliśmy podjąć decyzji. W końcu postanowiliśmy iść drogą, bo wygodniej. Wytypowaliśmy sobie kolejny wycinek i bardzo staraliśmy się dopasować rzeczywistość do mapy. Razem z nami usiłował tego dokonać M. G. z tezetów, bo ich mapa była niemal identyczna, tylko kółeczek więcej i inaczej ponazywane. Po kolejnej nieudanej próbie, w końcu wpadliśmy na pomysł zmienienia kółeczka i od razu było lepiej. Kolejność potwierdzania punktów miała być naprzemienna - punkt oznaczony literą, punkt oznaczony liczbą i tak na zmianę. Trochę nas zdziwiło gdy po A1 znaleźliśmy się na A2, więc po krótkiej naradzie postanowiliśmy iść dalej. Przy dwójce było już tłoczno, ale dopchaliśmy się do lampionu.
Nie przyszło nam do głowy, że autor dla ułatwienia ustawił kolejność: 1-A-2-B-3-C i tak dalej, więc kombinowaliśmy z wycinkami jak koń sołtysa pod górę. Niektóre rozpoznawaliśmy od razu, niektóre w żaden sposób nie chciały nam nigdzie spasować, szczególnie przy próbach wstawienia ich w złe miejsce. Punkt 4A w żaden sposób nas nie przekonywał, ale ponieważ wszyscy brali (szczególnie ci wszyscy, którzy zwykle wygrywają), więc i my, mimo wewnętrznych oporów spisaliśmy kod.
Niektóre wycinki dostarczały nam szczególnych wrażeń za sprawą roślinności i urozmaiconego w dziury, korzenie i gałęzie podłoża. Szczególnie T. poddał się ich urokowi i co jakiś czas przypadał nagle do ziemi, chyba zainteresowany jakimś szczególnym sposobem ukształtowania terenu. Co prawda po powstaniu minę miał zawsze zbolałą, ale może dlatego, że kontakt z ziemią , aczkolwiek intensywny, to jednak widocznie był za krótki i wywoływało to jakiś niedosyt wrażeń.
Na zakończenie i deser etapu dostaliśmy lopkę. Tak gdzieś po przejściu 3/4 zorientowaliśmy się, że idziemy lopką stowarzyszoną. Już prawie po dojściu na metę T. stwierdził, że wróci i przebije pierwszy punt lopkowy. Ja zostałam już na mecie i chwilę po jego odejściu zorientowałam się, że właściwie to stoję pod ostatnim lampionem lopki i T. nic do przebicia nie znajdzie.  Niestety, plecak z jego telefonem trzymałam w ręku i nie miałam jak go odwołać z trasy. Tym sposobem nabiliśmy trochę chudych minut i wysiłek włożony w cały etap poszedł w krzaki.
A miało być tak pięknie....

c. d. n.

poniedziałek, 19 października 2015

Oniryczny wieloryb.

Pomimo ciężkich przeżyć na "Czołóweczkach" oraz wyjątkowo wrednej pogody, na "Jesień idzie" chciało mi się ruszyć zadnicę. Głównie dlatego, że w nazwie nie było nic o bieganiu, a czas i miejsce akcji były przyjaźniejsze - blisko i w dzień. Jedynym mankamentem była odległość startu od mety, nieco kłopotliwa dla przyjeżdżających samochodami. Przezornie autko zostawiliśmy na mecie, a na start podjechaliśmy autobusem. Była to dobra decyzja, bo w odwrotnym kierunku chyba by nas wyrzucono z autobusu za sam wygląd.
Na starcie tradycyjnie stała już kolejka do biura, bo impreza służy studentom do zaliczania wuefu, więc poświęcają się i raz w roku idą na InO. Odczekawszy swoje w deszczu, który nie chciał odpuścić, wreszcie dorwaliśmy się do map. Oniryczny wieloryb  na trudnego nie wyglądał, raz, dwa  wytypowaliśmy położenie wycinków i stwierdziwszy, że daleka droga przed nami - ruszyliśmy.
Jak mówi definicja oniryzmu: "Zwykle dzieło ma wtedy charakter irracjonalny, absurdalny, sprzeczny z zasadami prawdopodobieństwa. Zacierają się związki przyczynowo-skutkowe i logiczne następstwa wydarzeń." Tak też było z otrzymaną mapą. PK 1 jeszcze może był mało oniryczny, ale już następne jak najbardziej.Wycinek mapy z PK 8 nie miał logicznych następstw w postaci lampionu i nikomu  z wieloosobowego tłumu nie udało się go znaleźć. Przy PK 6 także nie natrafiliśmy na związki przyczynowo (mapa)-skutkowe (lampion), co już wzbudziło nasze lekkie zaniepokojenie. Azymut do PK 4  był sprzeczny z zasadami prawdopodobieństwa, bo prowadził w gąszcz, w jakim żadnemu budowniczemu nie chciałoby się wieszać lampionu. Zresztą lampion stał przy drodze, na zupełnie innym azymucie. Kolejny punkt - PK 3 miał charakter irracjonalny i stał na niczym, bo o drodze zaznaczonej na mapie nawet najstarsi górale już nie pamiętają. Mimo to, niektórym udało się zaznaczyć właściwy lampion, a niektórym niewłaściwy - jak to w InO bywa. PK 5 spełniał wymogi absurdalności, bo na jednym drzewie wisiały dwa lampiony - każdy z innym kodem. Oba oczywiście dotyczyły tego samego wycinka.
Po wyczerpaniu definicji oniryzmu, reszta lampionów, siłą faktu, musiała zawisnąć już w lokalizacjach bardzo zbliżonych do tych określonych na mapie, co niestety zepsuło trochę zabawę, bo zrobiło się nudno. Rozrywkę postanowił zapewnić  więc T. i w drodze na PK 9 zorganizował wycieczkę krajoznawczą "Szlakiem Piasku Kopalnego". Grupa, która się w międzyczasie ukonstytuowała, miała niezapomnianą okazję obejrzeć każdy kilometr kwadratowy największej kuwety Warszawy. Kiedy już nasyciliśmy wzrok hałdami piasku, T. gładko wyprowadził nas na punkt od strony przeciwpołożnej spodziewanemu kierunkowi. Stamtąd już tylko prostą drogą na metę, na mecie punkt podsumowujący imprezę, ciepła herbata, tradycyjne bicie autora i szybki powrót do autka czekającego nieopodal.

Przez całą drogę deszcz nie odpuszczał, ale mimo wyglądu zmokłych kur, bawiliśmy się dobrze, co widać po naszych minach:-)



niedziela, 18 października 2015

Urwał! Urwał! Urwał! I czołóweczki....

Odrywanie mnie od lektury kryminału, zwłaszcza w momencie, kiedy wszystko zaczyna się wyjaśniać, zdecydowanie nie jest najmądrzejszym pomysłem. T. miał dużo odwagi, kiedy wczoraj, w kulminacyjnym momencie akcji, przypomniał mi o "Czołóweczkach"..
- Co ja narobiłam?! Co ja narobiłam?! - rozbrzmiewało w samochodzie, kiedy już mentalnie oderwałam się od treści książki i uświadomiłam sobie na co się zgodziłam. Szczególnie, że ciemna noc, mgła i deszcz nie zachęcały do spacerów, a tym bardziej biegów po lesie.
- Robisz to z miłości do mnie - sugerował T., mi jednak trudno było utożsamić miłość z kompletnym zidioceniem, jakie na mnie spłynęło. Zamiast leżeć pod kocem z książką w jednej ręce, a kieliszkiem wina w drugiej, oddalałam się od domu w ciemną, zimną, mokrą i nieznaną dal.
O wyznaczonej godzinie startu, po odliczeniu: 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1 wszyscy ruszyli biegiem (oczywiście poza rowerzystami i MnO) w stronę lasu. Myślałam, że na jego skraju zatrzymamy się, namierzymy, policzymy ścieżki i odległości i spokojnie znajdziemy lampion. Ale gdzie tam, T. nawet nie zwolnił, więc co było robić - pobiegłam za nim. Efekt był taki, że po chwili znaleźliśmy się nie wiadomo gdzie, w związku z czym szukanie lampionu mogło się odbyć tylko na oślep, metodą prób i błędów. Zanim zdążyłam nas umiejscowić na mapie T. już podbiegał w którąś stronę, więc ja za nim i w efekcie wciąż nie wiedziałam gdzie jestem. Po półgodzinie bezowocnego miotania się to tu, to tam zaproponowałam powrót na skraj lasu i namierzenie się według starych, dobrych zasad MnO. Pomogło i wreszcie mieliśmy nasz pierwszy punkcik.
Gdzieś w okolicach drugiego, czy trzeciego zaliczyłam pierwszą glebę, co jeszcze bardziej pogorszyło mój i tak nie najlepszy nastrój. Narastał we mnie bunt. Nie byłam w stanie jednocześnie biec, unikać korzeni i łapiących za nogi jeżyn, patrzyć w mapę i otaczającą rzeczywistość, szczególnie, że oprócz naturalnej ślepoty skutecznie uniemożliwiała mi to mgła. Do szału doprowadzało mnie, że muszę bezmyślnie lecieć za T. nie wiedząc skąd, dokąd i którędy. Przestudiować mapy nie miałam kiedy, no bo przecież trzeba biec.
Kiedy przy próbie sforsowania rowu trzy razy wpadłam do niego, moja znajomość "łaciny" znacząco się rozszerzyła. Z zakamarków pamięci wyłoniły się wszystkie kiedykolwiek usłyszane słowa, których dama nawet nie powinna znać. Dama co prawda ze mnie żadna, ale raczej staram się wysławiać poprawną polszczyzną.
W T. chyba duch też trochę podupadł, bo nie proponował biegu do dalszych punktów, a jedynie za rzeczkę, wzdłuż niej i powrót do bazy. Szczególnie spodobał mi się ten powrót.
Starałam się nie narzekać za bardzo, ale wewnętrzne emocje rozszarpywały mi wnętrzności na strzępy. Kiedy na ostatniej prostej T. pobiegł do przodu i zniknął mi z oczu, szalejąca we mnie furia zwyciężyła. Zwinęłam mapę, postanowiłam wyrzucić kartę startową i wrócić do bazy. Niestety, nie miałam nożyczek żeby odciąć swoje dane osobowe (parszywy laminat), a co sobie moim nazwiskiem (napisanym zresztą na karcie z błędem) ktoś będzie gębę wycierał. Tym sposobem karta ocalała.
Statecznym krokiem, nie zbaczając po żaden więcej punkt po drodze, z marsową miną wróciłam do bazy. Gdyby wzrok mógł zabijać, organizator całego tego przedsięwzięcia padłby na miejscu martwy.
T. w bazie nie było - ewidentnie gdzieś zaginął w akcji. Z tego stresu i wściekłości zeżarłam kilka kawałków czekolady, co oczywiście zniweczyło wysiłek tracenia kalorii i  nawet mój bezmyślny bieg za T. okazał się do niczego nieprzydatny.
Po chwili wszyscy zaczęli masowo wracać, bo kończył się limit czasu. Wrócił i T., którego zniosło z trasy po jakiś zapomniany punkt.
Na koniec jeszcze organizator zarządził zbiorową fotkę, do której z całych sił, ale raczej bezskutecznie, usiłowałam wyszczerzyć zęby i wolę nawet nie myśleć jaki efekt wyszedł.Wreszcie wsiedliśmy do samochodu i ... po godzinie wreszcie dowiedziałam się kto zabił.





                  Ćwiczę uśmiech do wspólnego zdjęcia:

czwartek, 15 października 2015

Mózg na pudle!

Ostatniej rundy Szybkiego Mózgu nie mogłam odpuścić, bo po pierwsze T. by nie pozwolił, a po drugie załapałam się do pierwszej trójki w generalce i obiecali nagrody. Wrodzone lenistwo przegrało z wrodzoną chciwością:-) Ale żeby dostać tę obiecaną nagrodę, najpierw trzeba było przebiec się kawałek, a przynajmniej wystartować i wrócić na metę.
Tym razem czekał nas start masowy - drugi w moim życiu. Zasadniczo jest to przerażające doświadczenie, ale litościwi organizatorzy podzielili nas na dwie grupy startujące w odstępie dziesięciu minut, więc tłum był jeszcze do ogarnięcia. Nauczona doświadczeniem z poprzedniego startu masowego, pozwoliłam wszystkim ruszyć przodem, a sama na spokojnie mogłam zajrzeć do mapy. W efekcie nie pobiegłam na oślep za tłumem w kierunku przeciwnym do położenia PK 1, zdążyłam obejrzeć mapę i ogarnąć co gdzie jest, nie zostałam stratowana, nie miałam tłoku przy czytnikach i nikt mnie nie oślepiał czołówką. Same zalety! A że inni byli przede mną? Oj, tam  - taki drobiazg. Zresztą kilka osób wyprzedziłam niechcący. A gdyby nie chowający się ciągle punkt 8/11 to miałabym całkiem przyzwoity czas. No, ale jak ktoś stoi przy punkcie i nie może go znaleźć, to takie efekty.
Ale co tam bieganie. Czekałam przecież przede wszystkim na swoja chwilę sławy. No i tę nagrodę:-) Ostatecznie zająć drugie miejsce na siedem startujących w kategorii, to nie lada wyczyn! Dekorację zaczęto od najmłodszych i zanim doszło do takich staroci jak ja, to wszyscy byli już znudzeni i poza T., wiernymi Paprochami i P. W. chyba nikt nie zauważył mojego życiowego osiągnięcia:-( Świat jest jednak niesprawiedliwy! Miało być radio, telewizja, premier, prezydent, wywiady, udział w reklamie, okładki w tygodnikach... I co? Tak wyglądała najważniejsza chwila mojego życia:


Żałosne, prawda? Nawet się z gracją wgramolić nie dałam rady na to pudło. Życie osłodziły mi dopiero te nagrody - bon do sklepu napieraj.pl, dyplom do powieszenia na ścianie i ciasteczka od Kupca.

W drodze powrotnej, jak przystało na prawdziwych orientalistów, zgubiliśmy się. T. skręcił nie w tę ulicę co trzeba, a potem już poszło lawinowo. Zaczęliśmy oddalać się od miejsca zamieszkania. Co gorsza - autostradą. A jak wiadomo, z autostrady nie zjeżdża się, gdzie kto chce i groziła nam podróż do Poznania. Na szczęście mieliśmy te ciasteczka i wafle ryżowe z nagrody i jeszcze pół butelki wody, więc nawet dalsza podróż nie była nam groźna. Byle tylko wrócić do rana, bo do roboty trzeba iść. Kawałek przed Poznaniem udało nam się jednak zjechać z autostrady i w domu byliśmy jeszcze tego samego dnia.
Chyba musimy potrenować InO samochodowe.

środa, 14 października 2015

Smoka faza zejściowa

Noc z soboty na niedzielę była za krótka. Wstałam, ale bliżej było mi do zombie, niż homo sapiens. Zakończenie odbyło się w stylu klasycznym, czyli: przemowa dyrekcji (ludzkim głosem), odczytanie wyników, wręczenie nagród, chwila dla fotoreportera.
Moment po zakończeniu formalności uczestnicy zniknęli niczym kamfora, bo każdy gdzieś tam musiał dojechać. My zresztą też się sprężaliśmy, na ile kto miał siły, bo przecież czekało nas jeszcze zbieranie lampionów.
Moją trasę udało się w miarę szybko zdjąć samochodowo, niestety do lasu po lampiony T. nie dawało się wjechać:-( T. pokazał na mapie palcem pionową (niewidoczną) linię i zarządził - ja z prawej, ty z lewej (albo może i odwrotnie). Na szczęście linia nie dzieliła obszaru na pół i mój kawałek był zdecydowanie mniejszy. Mimo to, po zebraniu swojego przydziału, czułam się jakbym ten las przeorała ręcznie i jeszcze zagrabiła. Oczywiście moje marne samopoczucie wynikało raczej z chronicznego niewyspania niż pracy włożonej w zdejmowanie lekkich w końcu kartek z drzew.
Wreszcie zebraliśmy ile się udało znaleźć i można było ... nie, nie wracać:-( Mieliśmy do zrobienia jeszcze trino. Oczywiście, że nie wygłupialiśmy się z lataniem pieszo - robiliśmy krótkie wypady z samochodu, wypychając się wzajemnie - teraz ty, twoja kolej! Im bliżej końca, tym mniej myśleliśmy o szukanych obiektach, a więcej o potencjalnym obiedzie. Padło na KFC, bo człowiek musi czasem zjeść coś niezdrowego. Niestety, nie wstrzeliliśmy się w odpowiednią drogę i musieliśmy się obejść smakiem. Życie uratowały nam hot-dogi na stacji benzynowej - trochę małe, ale za to chyba bardziej niezdrowe. T. zasypiał za kierownicą tak samo jak przy powrocie z Nocnych Manewrów i w efekcie zwiedziliśmy tych stacji benzynowych całą masę, bo T. na każdej chciał sobie podrzemać. Strasznie wydłużyło to powrót do domu, ale za to wciąż jesteśmy żywi i w jednym kawałku.





A taką traskę zrobiliśmy sobie w sypialni. Punkt mylny to ten z najdłuższym sznurkiem, punkt stowarzyszony, to ten z krótszym, a właściwy jest dla utrudnienia bez kredki:-))



wtorek, 13 października 2015

Smocza sobota.

Ponieważ w nocy i tak nie dało się spać z powodu zimna, uroczyste rozpoczęcie imprezy o ósmej trzydzieści tym razem nie wydało mi się barbarzyńsko wczesne. Autorzy etapów od razu po nim ruszyli organizować starty, a ja dostałam polecenie służbowe zostać w bazie do ostatniego zawodnika, a potem zamknąć drzwi na klucz i iść w las rozstawiać swoją nocną trasę.
Kiedy dobrze po dziesiątej ostatni startujący już wyszli, wciągnęłam na siebie wszystkie najcieplejsze rzeczy jakie miałam, a wszystko zwieńczyłam kurtką puchową. Zarzuciłam plecak, w garść wzięłam torbę z lampionami i oprzyrządowaniem wieszalnym, pozamykałam co miałam pozamykać i poszłam. Już przy drugim lampionie pozbyłam się rękawiczek. Przy trzecim okazało się, że czapka nie jest mi potrzebna. Przy kolejnych rozsuwałam wszystkie zamki. Z pogodnego nieba lał się żar, temperatura na zewnątrz mnie musiała dochodzić gdzieś do dwudziestu stopni w słońcu, wewnątrz mnie  musiała być niższa niż czterdzieści dwa, bo białko jeszcze mi się nie ścinało, ale na pewno była niewiele niższa. Zastanawiałam się czy nie porzucić kurtki w najbliższym rowie, ale zaraz przypominałam sobie noc i jakoś nie mogłam się zdecydować na tak drastyczny krok. Ociekając potem i słaniając się na nogach jakoś rozstawiłam te tysiąc sześćset pięćdziesiąt (jak mi się wydawało) punktów i ostatkiem sił doczołgałam się do bazy. W bazie padłam na materac i chciałam tak w miłym chłodku zostać już na zawsze.  Oczywiście, zgodnie z prawem Murphy'ego, już po kilku minutach zadzwonił telefon i oczywiście leżał w najdalszym zakątku sali. Okazało się, że zawodnicy A. K. już wrócili z trasy i miałam się ich niebawem spodziewać w bazie. Na szczęście mogłam się ich spodziewać na leżąco, bo jakiejś specjalnej obsługi nie wymagali. Przezornie położyłam się z telefonem pod ręką i moja przezorność została nagrodzona - po chwili zadzwoniła B. S. z wiadomością, że tezety lada moment dotrą do bazy, a ona nie zdąży z metą (czyli zegarem) przed nimi. Miałam więc czujnie odbierać karty startowe i wpisywać godzinę z zegarka. Wzięłam więc materac i poduszkę w zęby i przeniosłam legowisko na parter, blisko drzwi. Uznałam, że nawet jeśli przysnę, to jak będą chcieli oddać kartę startową,  narobią rabanu i obudzę się. Tymczasem tuż przed pierwszym zawodnikiem na metę wpadła B. z zegarem w ręku i moje czuwanie okazało się zbędne. Niemniej pozostałam na posterunku, bo już nie chciało mi się uskuteczniać kolejnej wędrówki.Trochę polegując, trochę pomagając na mecie doczekałam do obiadu, a pora była najwyższa, bo ssało mnie w dołku strasznie. Kotleta z odrobinką ziemniaków i surówki zassałam w try miga i niespecjalnie poczułam jego obecność w sobie. Zaraz jednak przeliczyłam kotleta na kalorie i od razu wydało mi się, że porcja była wręcz za duża.
Po obiedzie mieliśmy zwiedzanie Muzeum Sztuki Drukarskiej i Papiernictwa. Raptem dwie salki tego muzeum, ale przewodnik ciekawie opowiadał, poczerpaliśmy sobie papier, podrukowali na nim, przystemplowali pieczątki i nawet nie zdążyliśmy się zmęczyć wycieczką, bo muzeum było tuż przy naszej bazie.
W końcu nadszedł czas mojego etapu. Teoretycznie start miał być spod wiaty, ale aura nie zachęcała. Bardzo nie zachęcała, zwłaszcza mnie. Zawodnikom niespecjalnie robiło różnicę skąd ruszają, bo i tak musieli wyjść na zewnątrz. Po upalnym dniu oczywiście już nie było ani śladu i zimno sączyło się każdą szczeliną. Ledwo wyszli ostatni startujący, a niektórzy już zaczęli wracać. Okazało się, że pewne młode osoby (litościwie nie będę wskazywać palcem) poszły tylko na kilka najbliższych punktów bo ... zimno. Większość jednak bohatersko przebyła całą trasę, a niektórzy nawet znaleźli wszystkie PK.
W oczekiwaniu na powrót moich zawodników trenowałam weryfikację książeczek. Z każdą kolejną szło mi coraz lepiej, a weryfikację urozmaicałam sobie sprawdzaniem kart osób wracających z trasy. Pilnie przykładałam się do obu tych czynności, bo to niedługo kursy na Pinokia i jakąś wiedzą trzeba się będzie wykazać, a wiadomo - repetitio est mater studiorum.
Ledwo uporałam się z kartami, a tu już masa osób zaczęła dopytywać się o scorelaufa. Dyrekcja zajęta obliczaniem wyników końcowych nie miała za bardzo czasu, autorzy tras nocnych jeszcze byli w lesie, więc z pewną taką nieśmiałością zaczęłam wypuszczać kolejne osoby na bieg. Ba, wręcz zachęcać tych co bardziej opornych. W efekcie towarzystwo tak się rozochociło, że końca nie było widać, a tu północ zbliżała się wielkimi krokami.
Chociaż padałam ze zmęczenia, jakoś nie porywała mnie wizja kolejnej nocy przedygotanej z zimna. Odwlekałam więc moment pójścia spać ile się dało. Na szczęście kółko gitarowe działało i tej nocy, miałam więc co ze sobą zrobić. Do tego wreszcie ktoś grał wszystkie hiciory mojej młodości, których już od lat nie słyszałam, więc korzystałam z okazji. Przyznaję się - wiedziałam, że inni chcą spać, a śpiewy im w tym przeszkadzają, ale ostatecznie spać to można każdej nocy, a ja pośpiewać swoje ulubione piosenki mogę ostatnio raz na kilka lat. Niestety, gitarzyści też ludzie i w końcu poczuli się zmęczeni i trzeba było zakończyć imprezę.
Tym razem do snu od razu ubrałam softshell, kamizelkę, komin, a na śpiwór zarzuciłam kurtkę puchową. Czy wreszcie było mi ciepło? Bynajmniej. Trzęsłam się może i mniej niż poprzedniej nocy, ale o jakimkolwiek komforcie trudno powiedzieć.

Będzie chyba dość tego pisania, bo mi tasiemiec wyszedł, a nie wpis.

c. d. n.