piątek, 4 kwietnia 2025

Mistrzostwa Polski LONG 2025, czyli jak otarłam się o podium.

Po prelongu zbieraliśmy siły na longa i nawet zachód słońca nad morzem sobie odpuściłam. Trochę żal, ale mistrzostwa to mistrzostwa. Tym razem na etap przyjechaliśmy wcześnie, zaparkowaliśmy blisko, a potem mieliśmy kupę czasu, z którą nie było co zrobić. Miałam ochotę zobaczyć latarnię morską, ale była na terenie zakazanym, więc nie. W międzyczasie okazało się, że dotarła moja konkurencja, której dzień wcześniej nie było, więc moje szanse ciut zmalały. Znaczy szanse na lokatę, bo szanse na miłe spędzenie czasu ani trochę.
 
Czekamy na start.

Tym razem nie było dojściówki, a start i meta były na terenie bazy. Ja startowałam ciut przed Tomkiem, ale nie na tyle żeby zdążył zrobić porządne fotki, bo musiał pilnować swojego wejścia do boksu.
 
Ostatnie pożegnanie? :-)

Miejsce startu to sobie organizatorzy wymyślili! Przez bagienko i pod górę. Śmiesznie wyglądało jak każdy kicał z kępy na kępę, żeby się nie pomoczyć na dzień dobry.

Tak to wyglądało.

Mapy dostaliśmy wielkie (A3) i zindywidualizowane, czyli każdy z nadrukiem swojego imienia i nazwiska. I nawet pozwolili je wziąć do ręki jeszcze w boksie:-)
Moja trasa miała 6,7 km (nominalnie) i prawdę mówiąc zapisując się na longa spodziewałam się dłuższej. Ale prawdą jest, że nikt mi nie zabronił wydłużyć sobie przebiegów, ile tylko zechcę:-) 
Na tych niecałych siedmiu kilometrach miałam tylko 9 punktów kontrolnych, czyli odległości między nimi były spore.
Do jedynki postanowiłam kawałek pobiec drogą, a od przecięcia drogi z rowem już na azymut. W sumie można było dobiec drogą prawie pod sam punkt, ale tak trochę naokoło, a mi chciało się biegać raczej po lesie. Od rowu pobiegłam do skrzyżowania, a po chwili zauważyłam paśnik. To oznaczało, że jestem tam, gdzie powinnam być. Jeszcze chwilka i szczęśliwie zaliczyłam jedynkę.
Między jedynką a dwójką rozciągał się solidny pas młodnika i to takiego raczej nie do przejścia, więc postanowiłam go obiec. Odległościowo - dalej, ale czasowo - na pewno szybciej. Kawałek za jedynką uzmysłowiłam sobie, że zapomniałam włączyć zegarka. Zaklęłam szpetnie w myślach i szybko odpaliłam nagrywanie trasy. No bo jak to tak bez śladu? Musiałabym chyba lecieć drugi raz:-)
Obiegłam zielone, kawałek poleciałam rowem, a potem do drogi, znowu rowem, ale innym i myk, myk do dwójki. 

Do dwójeczki naokoło.

Trójka znowu z omijaniem gęstwiny (no, duża była, a punkty dookoła niej). Na samej końcówce chwila zawahania i rozglądania się dookoła, ale w końcu - jest!
Między trójką a czwórką trzymałam się zębami azymutu i pobiegłam niemal po prostej. Na szczęście to była jedna z nielicznych krótszych odległości.
Za czwórką na mapie miałam zaznaczony wodopój. W sumie jeden z trzech na trasie, tyle, że tylko ten  był po drodze, bez nadkładania. W pierwszej chwili stwierdziłam, że nie zatrzymuję się, bo nie chce mi się pić, ale jak tylko zobaczyłam butelkę wody, od razu poczułam się jak na Saharze i oczywiście musiałam przystanąć i skorzystać. Od wodopoju do piątki nie było nic tak charakterystycznego, żeby lecieć na oko, bo i tak się jest z czego namierzyć, więc w miarę trzymałam azymut, nawet przedzierając się przez zielone. Na szczęście jasnozielone. Jeszcze przed zielonym spotkałam dziewczynę z innej trasy, z którą miałyśmy ten punkt wspólny, więc dalej ruszyłyśmy razem ściśle współpracując. Efekt był taki, że każda liczyła na tę drugą i obie zeszłyśmy na manowce. Punkt oczywiście docelowo wyczesałyśmy, ale szkoda tych paru minut.
 
Nie wstrzeliłyśmy się.
 
Szóstka poszła lepiej niż piątka, ale szukałam jej samodzielnie i byłam bardzo czujna.
Między szóstką, a siódemką, która była bardzo, bardzo daleko rozciągało się duuuże ciemnozielone, z tych nie do przejścia. A obiec było strasznie nieporęcznie. Na szczęście "nie do przejścia" mnie nie dotyczy, bo nie takie gęstwiny my ze szwagrem.... Przedarłam się, przeżywając po drodze chwile grozy. W pewnym momencie usłyszałam dość blisko jakieś szelesty i inne odgłosy przedzierania się. W pierwszej chwili chciałam zawołać do tego czegoś i spytać czy jest człowiekiem, ale jak pomyślałam sobie, że odpowie, że jest dzikiem, to się porobię ze strachu, a nie politycznie wbiegać na metę z pełnymi gaciami. Zamilkłam więc i wzmogłam intensywność przedzierania się. W sumie to dopiero po powrocie do domu i dokładnym przeanalizowaniu mapy zauważyłam, że przez gęstwinę biegła w pobliżu przecinka i spokojnie mogłam sobie odpuścić te heroiczne wyczyny. W każdym razie za gęstwiną zbiegłam do ścieżki, ścieżką do drogi, a na końcówce ze skrzyżowania już na azymut. Na punkt wyszłam idealnie.
Do ósemki nie było daleko, ale miałam dylemat czy zachodzić ją od góry mokradła, czy od dołu. Na skrzyżowaniu, gdzie musiałam podjąć ostateczną decyzje najpierw miotnęłam się w jedną stronę, potem w drugą i wreszcie wygrała wersja od dołu. Najważniejsze, że lampion znalazłam bez problemu.
Został jeszcze tylko ostatni punkt i wyznakowany dobieg do mety. Bułka z masłem - wystarczyło tylko biec do drogi i resztę już było widać. Po ostatnim punkcie (moim ostatnim) droga się rozdzielała - w jedną stronę na metę, w drugą na dalszy ciąg trasy dla tych kategorii, które miały dużo dłuższe trasy. Przez moment się zawahałam, w którą powinnam wbiec i zupełnie nie wiem dlaczego, bo przecież cały czas myślałam o mecie. Żeby nadrobić to zatrzymanie ruszyłam sprintem i pomknęłam jak strzała dzięki czemu miałam najlepszy czas w swojej kategorii na dobiegu do mety. Przynajmniej w tym jestem dobra.
 
Na mecie ciastka, banany, woda.
 
Muszę powiedzieć, że mimo długiej trasy biegło mi się nadzwyczaj dobrze, do tego stopnia, że nawet pod górki podbiegałam. A przecież przeważnie pod górę to muszę stawać, a często nawet i siadać. Chyba klimat morski tak dobrze na mnie działa. To, że biegło mi się dobrze i lekko, niestety nie przełożyło się na wynik i o podium tylko się otarłam zdobywając czwarte miejsce.
Po biegu poszliśmy się umyć, ale ponieważ nie wiedzieliśmy, że ciepła woda tylko na hasło: wrzuć monetę (a tej nie wzięliśmy), więc musieliśmy się hartować i myć się w zimnej. W ramach rozgrzania się, zaraz po kąpieli i obiedzie poszliśmy zobaczyć wreszcie tę latarnię Stilo. Z zewnątrz w sumie taka, jak każda inna, a do środka nie wpuszczali.
 
Tak wyglądała.

Żeby jeszcze trochę nasycić się atmosferą mistrzostw, zostaliśmy na rozdaniu medali i oklaskiwaliśmy znajomych, a potem długa podróż do domu. Podobają mi się zawody nad morzem. Trzeba to kiedyś powtórzyć.
 
Cały mój przebieg (z dorysowanym początkiem).

czwartek, 3 kwietnia 2025

Prolong, czyli przedsmak Mistrzostw Polski w longu.

Tomek przetarł nadmorskie szlaki, więc tydzień później już oboje pojechaliśmy na kolejne zawody na Pomorze. W piątek późnym wieczorem dotarliśmy do Choczewa, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg i od razu padliśmy. Za to całe sobotnie przedpołudnie mieliśmy do własnej dyspozycji, bo starty zaczynały się od czternastej. Oczywiście pojechaliśmy nad morze. A nad morzem wiadomo - spacer, plażowanie, kąpiel. Nie wiem tylko dlaczego wszyscy poza nami plażowali okutani w kurtki puchowe, a przecież naprawdę było bardzo ciepło!
Z tym spacerem to trochę przesadziliśmy, bo wyszła nam kupa kilometrów, a przecież trzeba było oszczędzać nogi na bieganie. Ale jakoś tak nas samo niosło.
 
Ale przyjemnie!

Do bazy przyjechaliśmy dość wcześnie, ale nie na tyle, żeby zaparkować bardzo blisko i szkoda, bo przecież co chwilę coś jest potrzebne z samochodu. Mieliśmy wczesne minuty startowe - ja szóstą, Tomek szesnastą, a na start trzeba było dojść troszkę ponad pół kilometra.
 
Baza. W tle meta.

Start oczywiście zgodny z procedurami - boksy startowe, sprawdzenie czipów, opisy punktów (ja nie biorę, bo i tak zapominam użyć) i na końcu mapa. Tu mnie trochę organizatorzy zaskoczyli, bo mapę do ręki można było wziąć dopiero w momencie startu, a nie po wejściu do ostatniego boksu, jak bywa zazwyczaj.
 
Pierwszy boks.
 
I start!

Podczas dobiegu do lampionu startowego nie zdążyłam przeczytać mapy i musiałam się na chwilę zatrzymać, żeby ogarnąć, w którą stronę biec. Jak nic na azymut i szukać końca cieku wodnego. Ubiegłam może kilkanaście kroków, kiedy poczułam, że coś wpada mi do ust i waha się - lecieć do żołądka, czy do płuc? Jak nic mucha, czy inny owad. Oddychać za pośrednictwem muchy nie planowałam, głodna też nie byłam, więc rozpaczliwie usiłowałam pozbyć się tego obrzydlistwa ze swojego wnętrza. Ale gdzie tam? Uparte stworzenie trzymało się mocno, więc co było zrobić? Połknęłam i pobiegłam dalej. W czasie szamotaniny z muchą zboczyłam trochę z azymutu i oczywiście nie wybiegłam czysto na punkt. Co dziwne - zniosło mnie na lewo, a nie jak zawsze w prawo. Na szczęście punkt wypatrzyłam z daleka.
Dwójka stała w wieeelkiej piaskownicy, czyli na wydmie. Poza niewygodą biegania po osypującym się piasku, to spoko. Trójka i czwórka również okazały się łatwe, nawet bym powiedziała - ku mojemu zdziwieniu. Jakoś byłam nastawiona na gubienie się na wydmie. Chyba sama siebie nie doceniam. W sumie jedynym problemem był piasek, który skutecznie spowalniał, a czasami znosił zawodnika spod upragnionego szczytu do samego podnóża:-)
Piątka już poza piaskownicą, na kopczyku, a szóstka tuż obok.
Siódemka znowu na wydmie i nie chwaląc się pobiegłam do niej idealnie po kresce. Ósemka w obniżeniu, już w lesie i to takim gęstszym, a dziewiątka na granicy lasu i piasku. Z dziewiątką miałam mały kłopocik i przez chwilę szukałam jej razem z inną zawodniczką, ale udało się znaleźć. Pewnie gdybym od razu pobiegła na azymut, a nie skrajem lasu, to wyszłabym od razu na punkt. Chociaż... kto to wie...?
Do dziesiątki był najdłuższy przebieg, ale na szczęście po drodze były miejsca według których łatwo się namierzać. Kluczowym było wstrzelenie się w ostatnie przed punktem skrzyżowanie i nawet mi się udało. Stamtąd już prosto na azymut. Jedenastka jak po sznurku, a przy dwunastce wyszłam między dwoma lampionami (jeden po prawej, drugi po lewej) i musiałam wybrać, który jest bardziej mój. Wybrałam słusznie, a potem wystarczyło biec za wszystkimi na ostatni punkt. Dobieg do mety załatwiłam w trybie ekspresowym, mało nóg nie pogubiłam. Ku swojemu zdziwieniu zajęłam trzecie miejsce, ale potem się okazało, że jedna z moich rywalek, która zawsze jest szybsza, po prostu nie dojechała na zawody. Gdyby była, pewnie byłabym czwarta. W nagrodę za niezły wynik pożarłam gofra z bitą śmietaną, bo być nad morzem i nie zjeść gofra, to jak być w Paryżu i nie zobaczyć Koloseum:-)))))

Pycha!
 
Mój przebieg.

środa, 2 kwietnia 2025

Wyspa zatopiona czy jakoś tak;-)

Wyspa O-CUP dzień drugi. Tym razem dystans klasyczny, czyli trochę dłuższa trasa. Znów na start daaaaaleko. Razem z dojściówką to taki long wychodzi;-) 

Start pod lekką górkę. Wreszcie załapałem się na jakieś zdjęcie ze startu! 

Dobieg do lampionu START
Na pierwszy PK asekuracyjnie – zamiast przedzierać się przez górki i dolinki – drogą. Może ciut naokoło, ale za to wygodnie, akurat by się rozgrzać. 

PK 2 miał być tuż obok, zaraz za drogą i górką. Biegnę sobie, po lewej widzę jakieś obniżenie pasujące na zaznaczone na mapie mokradełko, jest górka i w obniżeniu powinien być lampion. Ale go nie ma. Pojawia się droga - jestem za daleko. Zdezorientowany cofam się i szukam. Wreszcie dostrzegam lampion dość daleko na wschód. Czyli można powiedzieć „po zawodach”. Szansa na dobre miejsce daje tylko bezbłędny bieg. Ci najlepsi biegają szybciej – szczególnie po trudnym terenie, nie mylą się i nie tracą czasu na punktach. Te kilka minut straty na PK 2 od razu zrzuca mnie gdzieś do tyłu w klasyfikacji. 

Na PK 3 biegnę za jakąś konkurencją. Tu bez pomyłki. 

Na PK 5 pierwszy z długich przebiegów. Nie tylko długich, ale dodatkowo z premią górską. W mojej kategorii nie było premii górskiej zapowiadanej w biuletynie, ale był podbieg pod skarpę, gdzie trzeba było pełznąć „na czworaka”. Do tego po terenie nie sprzyjającym pełzaniu w ogóle, przez jakieś zaorane przestrzenie;-) 

PK 5, 6 i 7 prawie nad samym morzem. Było słychać szum fal, choć biegłem dolinką i morza nie zobaczyłem. Zresztą trzeba było patrzeć pod nogi, by nie wywinąć fikołka, a nie podziwiać widoki. 

Z PK 8 na PK 9 długi przebieg, ponad kilometr w linii prostej. Nawet udało mi się kogoś przegonić! 

Przebieg na kolejny PK 10 wydawał się prosty. Udało się znaleźć drogę wrysowaną na mapę, dobiegłem do dziury oznaczonej niebieskimi kreskami i… dałem ciała. Zamiast trzymać się azymutu poleciałem w miejsce skąd wybiegała duża grupa ludzi. Nie skojarzyłem, że tu był PK na etapie 2 i zacząłem szukać lampionu nie tam gdzie trzeba. Do trzech minut straconych na PK 12 dodałem kolejne trzy minuty;-( 

Jeszcze ostatnie 2 PK i meta. W etapie drugim do ostatniego PK przebiegałem „na skróty” – tym razem postanowiłem inaczej – obiec górę drogą. Jak się okazuje obieganie wcale nie popłaca, a subiektywny pomiar czasu szwankuje, gdy porównuje się pełzanie pod górę z obieganiem jej drogą. O czterdzieści sekund szybciej wyszłoby „na skróty”, ale człowiek mądry po fakcie. 

Było zdecydowanie chłodniej, więc polarek na mecie się przydał
Liczyłem, że w etapie trzecim odrobię straty i awansuję – zwykle w zawodach wieloetapowych zyskuję w ostatnich etapach, gdy konkurencja słabnie fizycznie – niestety dwa głupie błędy i tylko powiększyłem swoją stratę do poprzednika. Ale cóż – teren inny, wymagający – warto tu przyjechać za rok – wtedy mądrzejszy o tegoroczne doświadczenia na pewno osiągnę lepszy wynik! 


 

 

wtorek, 1 kwietnia 2025

Morze, wydmy i przewyższenia jak w górach czyli Wyspa O-CUP dzień pierwszy

W zeszłym roku udało mi się uzbierać śmieszny dorobek punktowy w rankingu PZOS. W ramach uzupełniania dorobku i przy okazji treningu przez MP Long pojechałem na wyspę. Konkretnie na zawody Wyspa O-CUP w Sztutowie – prawie na Mierzei Wiślanej.

Mapa Sztutowa w Internecie wygląda obłędnie – poziomnica na poziomnicy - jak z zawodów w Finlandii czy Szwecji. Filmy reklamowe zawodów pokazywały pagórki i lasy takie jak nasze – sosnowe, przebieżne - aż nie wypadało pojechać. Wpłacone, więc zostało nastawić budzik na 3 rano i ruszyć na północ. 

Orlik w Sztusowie - baza zawodów w przygotowaniu
Dotarłem do Sztutowa przed godziną ósmą. Miałem nocleg w szkole, a start w pierwszych minutach, więc chciałem się odpowiednio wcześnie zakwaterować. Na miejscu Orlik przyozdobiony lampionami. I pusty. Wyciągam komunikat techniczny, a tam jak wół napisane – „biuro czynne od godziny 9:00”. Trochę marnie, bo start mam o 9:38, a do startu jest ponad 2 km! W ramach oczekiwania pojechałem sobie obejrzeć drogę na start. Gdy wróciłem coś zaczynało się dziać na Orliku. Poszedłem tam, gdzie w biuletynie narysowano krzyżyk z lokalizacją biura z nadzieją, że może biuro ożyje jakoś wcześniej. Krzyżyk na niczym. Z opisu domyśliłem się, że chodzi o piwnicę. Tam pustki – to znaczy tylko lampiony czekające na wędrówkę do lasu.
Na szczęście jakieś 15 minut przed dziewiątą biuro się znalazło. Oczywiście w innym miejscu niż wskazywał na to biuletyn. Załatwiłem co trzeba, ale w sprawie zakwaterowania wysłali mnie do odwiedzonej wcześniej piwnicy. Tam znalazł się organizator, który wysłał mnie do szkoły. Do drzwi zamkniętych na amen. Słowem pełna dezorganizacja. No cóż, zakwateruję się pomiędzy etapami. 

Dojście na start E1 dwa kilometry...

Zawsze mnie zastanawia, co za sens jest robić 2 km dojścia dla etapu, który ma 3 czy 4 km długości… 

Zaraz moja minuta startowa
Wreszcie zegar zapikał i ruszyłem. Pierwszy PK tuż obok, na drugiej z kolei górce. Wbiegam w las, wczołguję się na pierwsza górkę, a tam… górek po horyzont. Wybieram jakąś i szukam lampionu – nie ma. Konsternacja. Dopiero po chwili dostrzegam na mapie, że dołek jest na zboczu górki. W praktyce skutecznie zasłonięty jakimś krzakiem. 

Do PK 2 poszło już lepiej – udało się „wejść w mapę”. PK 3, PK 4, PK 5 – wszystko OK, poza tym, że to co ładnie wyglądało z daleka, w rzeczywistości okazało się średnio-przebieżnym jagodowiskiem. 

Pomiędzy PK 5 i PK 6 długi przebieg. Pokonałem pierwszą parę wydma-dołek i zwątpiłem. Obiegam drogami. Jak pokazują wyniki, ci co biegli po kresce, zrobili to szybciej. Ale Polak mądry po szkodzie. Reszta punktów wchodziła w miarę dobrze. Żadnych spektakularnych wpadek, kilka minimalnych niedokładności. Jedyne co sobie mogę zarzucić, to zbyt wolne bieganie po ciężkim poszyciu – ale ciągle mam uraz po skręceniu kostki i w taki terenie zwalniam. Może i słusznie, bo człowiek, który spał w tej samej sali w szkole, na drugim etapie załatwił sobie staw skokowy walcząc o dobry wynik na takim podłożu… 

Po pierwszym etapie udało mi się zakwaterować w szkole. Dało o sobie znać wczesne wstanie i zamiast iść nad morze, wziąłem do ręki książkę i się regenerowałem. 

Start na etap 2
Etap 2 – na start niby trochę bliżej, ale także dobrze ponad kilometr. Znowu wczesna minuta startowa. I teren na starcie jakiś taki podmokły – obecnie raczej suchy, ale wiadomo jak to wygląda – wyrwy pełne błota, zwalone drzewa, zarośla… 

Do PK 2 przeciąłem taki pobagienny teren – było sucho, ale szybkość biegu raczej marna przy skakaniu z kępki na kępkę. 

Przy PK 3 pierwsza skucha – jak mówi ślad, wybiegłem tuż obok lampionu, ale go nie dostrzegłem i szukałem we wgłębieniu obok. 

W drodze do PK 6 zainspirował mnie jakiś obcy lampion i nadrobiłem dystansu oglądając co to za jeden. Zaś azymut na PK 7 mi nie wyszedł i zniosło mnie znacznie – na szczęście szybko zorientowałem się gdzie jestem i sprawnie znalazłem lampion. 

Na PK 8 i 9 ścigałem się z konkurencją, która mnie dogoniła, a potem przegoniła. PK 11 dał popalić: wysoka góra obłożona ściętymi gałęziami. Pełzanie, a nie bieg! 

Do następnego punktu, zamiast jak najszybciej zbiec do drogi – brnąłem za konkurencją przez te ścięte gałęzie. Gdy dostrzegłem wreszcie drogę, zbiegłem do niej, nie patrząc uważnie na kompas – w efekcie zacząłem szukać PK 12 za bardzo na południe. Może nie bardzo daleko, ale za mokrym tym razem terenem podmokłym. Dotarcie do lampionu nie okazało się suche… 

Z mety do szczytwania chipów kolejne kilkaset metrów

 Ostatni lampion za górą. Pobiegłem po kresce – przez dobrze mokre bagienko, a potem całkiem stromą górę. Prawie wyprułem płuca na tej górze. Wynik – marny. Liczyłem na jakieś podniesienie się w klasyfikacji, a tylko zwiększyłem stratę do poprzednika. Te kilka błędów skutecznie zniwelowało to, co zyskiwałem na innych przebiegach. No cóż, należy liczyć, że najdłuższy 3-ci etap coś zmieni.. 

A po bigach chwilka relaksu i pięciokilometrowy spacer nad morze...