Po prelongu zbieraliśmy siły na longa i nawet zachód słońca nad morzem sobie odpuściłam. Trochę żal, ale mistrzostwa to mistrzostwa. Tym razem na etap przyjechaliśmy wcześnie, zaparkowaliśmy blisko, a potem mieliśmy kupę czasu, z którą nie było co zrobić. Miałam ochotę zobaczyć latarnię morską, ale była na terenie zakazanym, więc nie. W międzyczasie okazało się, że dotarła moja konkurencja, której dzień wcześniej nie było, więc moje szanse ciut zmalały. Znaczy szanse na lokatę, bo szanse na miłe spędzenie czasu ani trochę.
Tym razem nie było dojściówki, a start i meta były na terenie bazy. Ja startowałam ciut przed Tomkiem, ale nie na tyle żeby zdążył zrobić porządne fotki, bo musiał pilnować swojego wejścia do boksu.
Miejsce startu to sobie organizatorzy wymyślili! Przez bagienko i pod górę. Śmiesznie wyglądało jak każdy kicał z kępy na kępę, żeby się nie pomoczyć na dzień dobry.
Tak to wyglądało.
Mapy dostaliśmy wielkie (A3) i zindywidualizowane, czyli każdy z nadrukiem swojego imienia i nazwiska. I nawet pozwolili je wziąć do ręki jeszcze w boksie:-)
Moja trasa miała 6,7 km (nominalnie) i prawdę mówiąc zapisując się na longa spodziewałam się dłuższej. Ale prawdą jest, że nikt mi nie zabronił wydłużyć sobie przebiegów, ile tylko zechcę:-)
Na tych niecałych siedmiu kilometrach miałam tylko 9 punktów kontrolnych, czyli odległości między nimi były spore.
Do jedynki postanowiłam kawałek pobiec drogą, a od przecięcia drogi z rowem już na azymut. W sumie można było dobiec drogą prawie pod sam punkt, ale tak trochę naokoło, a mi chciało się biegać raczej po lesie. Od rowu pobiegłam do skrzyżowania, a po chwili zauważyłam paśnik. To oznaczało, że jestem tam, gdzie powinnam być. Jeszcze chwilka i szczęśliwie zaliczyłam jedynkę.
Między jedynką a dwójką rozciągał się solidny pas młodnika i to takiego raczej nie do przejścia, więc postanowiłam go obiec. Odległościowo - dalej, ale czasowo - na pewno szybciej. Kawałek za jedynką uzmysłowiłam sobie, że zapomniałam włączyć zegarka. Zaklęłam szpetnie w myślach i szybko odpaliłam nagrywanie trasy. No bo jak to tak bez śladu? Musiałabym chyba lecieć drugi raz:-)
Obiegłam zielone, kawałek poleciałam rowem, a potem do drogi, znowu rowem, ale innym i myk, myk do dwójki.
Do dwójeczki naokoło.
Trójka znowu z omijaniem gęstwiny (no, duża była, a punkty dookoła niej). Na samej końcówce chwila zawahania i rozglądania się dookoła, ale w końcu - jest!
Między trójką a czwórką trzymałam się zębami azymutu i pobiegłam niemal po prostej. Na szczęście to była jedna z nielicznych krótszych odległości.
Za czwórką na mapie miałam zaznaczony wodopój. W sumie jeden z trzech na trasie, tyle, że tylko ten był po drodze, bez nadkładania. W pierwszej chwili stwierdziłam, że nie zatrzymuję się, bo nie chce mi się pić, ale jak tylko zobaczyłam butelkę wody, od razu poczułam się jak na Saharze i oczywiście musiałam przystanąć i skorzystać. Od wodopoju do piątki nie było nic tak charakterystycznego, żeby lecieć na oko, bo i tak się jest z czego namierzyć, więc w miarę trzymałam azymut, nawet przedzierając się przez zielone. Na szczęście jasnozielone. Jeszcze przed zielonym spotkałam dziewczynę z innej trasy, z którą miałyśmy ten punkt wspólny, więc dalej ruszyłyśmy razem ściśle współpracując. Efekt był taki, że każda liczyła na tę drugą i obie zeszłyśmy na manowce. Punkt oczywiście docelowo wyczesałyśmy, ale szkoda tych paru minut.
Szóstka poszła lepiej niż piątka, ale szukałam jej samodzielnie i byłam bardzo czujna.
Między szóstką, a siódemką, która była bardzo, bardzo daleko rozciągało się duuuże ciemnozielone, z tych nie do przejścia. A obiec było strasznie nieporęcznie. Na szczęście "nie do przejścia" mnie nie dotyczy, bo nie takie gęstwiny my ze szwagrem.... Przedarłam się, przeżywając po drodze chwile grozy. W pewnym momencie usłyszałam dość blisko jakieś szelesty i inne odgłosy przedzierania się. W pierwszej chwili chciałam zawołać do tego czegoś i spytać czy jest człowiekiem, ale jak pomyślałam sobie, że odpowie, że jest dzikiem, to się porobię ze strachu, a nie politycznie wbiegać na metę z pełnymi gaciami. Zamilkłam więc i wzmogłam intensywność przedzierania się. W sumie to dopiero po powrocie do domu i dokładnym przeanalizowaniu mapy zauważyłam, że przez gęstwinę biegła w pobliżu przecinka i spokojnie mogłam sobie odpuścić te heroiczne wyczyny. W każdym razie za gęstwiną zbiegłam do ścieżki, ścieżką do drogi, a na końcówce ze skrzyżowania już na azymut. Na punkt wyszłam idealnie.
Do ósemki nie było daleko, ale miałam dylemat czy zachodzić ją od góry mokradła, czy od dołu. Na skrzyżowaniu, gdzie musiałam podjąć ostateczną decyzje najpierw miotnęłam się w jedną stronę, potem w drugą i wreszcie wygrała wersja od dołu. Najważniejsze, że lampion znalazłam bez problemu.
Został jeszcze tylko ostatni punkt i wyznakowany dobieg do mety. Bułka z masłem - wystarczyło tylko biec do drogi i resztę już było widać. Po ostatnim punkcie (moim ostatnim) droga się rozdzielała - w jedną stronę na metę, w drugą na dalszy ciąg trasy dla tych kategorii, które miały dużo dłuższe trasy. Przez moment się zawahałam, w którą powinnam wbiec i zupełnie nie wiem dlaczego, bo przecież cały czas myślałam o mecie. Żeby nadrobić to zatrzymanie ruszyłam sprintem i pomknęłam jak strzała dzięki czemu miałam najlepszy czas w swojej kategorii na dobiegu do mety. Przynajmniej w tym jestem dobra.
Na mecie ciastka, banany, woda.
Muszę powiedzieć, że mimo długiej trasy biegło mi się nadzwyczaj dobrze, do tego stopnia, że nawet pod górki podbiegałam. A przecież przeważnie pod górę to muszę stawać, a często nawet i siadać. Chyba klimat morski tak dobrze na mnie działa. To, że biegło mi się dobrze i lekko, niestety nie przełożyło się na wynik i o podium tylko się otarłam zdobywając czwarte miejsce.
Po biegu poszliśmy się umyć, ale ponieważ nie wiedzieliśmy, że ciepła woda tylko na hasło: wrzuć monetę (a tej nie wzięliśmy), więc musieliśmy się hartować i myć się w zimnej. W ramach rozgrzania się, zaraz po kąpieli i obiedzie poszliśmy zobaczyć wreszcie tę latarnię Stilo. Z zewnątrz w sumie taka, jak każda inna, a do środka nie wpuszczali.
Tak wyglądała.
Żeby jeszcze trochę nasycić się atmosferą mistrzostw, zostaliśmy na rozdaniu medali i oklaskiwaliśmy znajomych, a potem długa podróż do domu. Podobają mi się zawody nad morzem. Trzeba to kiedyś powtórzyć.
Cały mój przebieg (z dorysowanym początkiem).