wtorek, 1 kwietnia 2025

Morze, wydmy i przewyższenia jak w górach czyli Wyspa O-CUP dzień pierwszy

W zeszłym roku udało mi się uzbierać śmieszny dorobek punktowy w rankingu PZOS. W ramach uzupełniania dorobku i przy okazji treningu przez MP Long pojechałem na wyspę. Konkretnie na zawody Wyspa O-CUP w Sztutowie – prawie na Mierzei Wiślanej.

Mapa Sztutowa w Internecie wygląda obłędnie – poziomnica na poziomnicy - jak z zawodów w Finlandii czy Szwecji. Filmy reklamowe zawodów pokazywały pagórki i lasy takie jak nasze – sosnowe, przebieżne - aż nie wypadało pojechać. Wpłacone, więc zostało nastawić budzik na 3 rano i ruszyć na północ. 

Orlik w Sztusowie - baza zawodów w przygotowaniu
Dotarłem do Sztutowa przed godziną ósmą. Miałem nocleg w szkole, a start w pierwszych minutach, więc chciałem się odpowiednio wcześnie zakwaterować. Na miejscu Orlik przyozdobiony lampionami. I pusty. Wyciągam komunikat techniczny, a tam jak wół napisane – „biuro czynne od godziny 9:00”. Trochę marnie, bo start mam o 9:38, a do startu jest ponad 2 km! W ramach oczekiwania pojechałem sobie obejrzeć drogę na start. Gdy wróciłem coś zaczynało się dziać na Orliku. Poszedłem tam, gdzie w biuletynie narysowano krzyżyk z lokalizacją biura z nadzieją, że może biuro ożyje jakoś wcześniej. Krzyżyk na niczym. Z opisu domyśliłem się, że chodzi o piwnicę. Tam pustki – to znaczy tylko lampiony czekające na wędrówkę do lasu.
Na szczęście jakieś 15 minut przed dziewiątą biuro się znalazło. Oczywiście w innym miejscu niż wskazywał na to biuletyn. Załatwiłem co trzeba, ale w sprawie zakwaterowania wysłali mnie do odwiedzonej wcześniej piwnicy. Tam znalazł się organizator, który wysłał mnie do szkoły. Do drzwi zamkniętych na amen. Słowem pełna dezorganizacja. No cóż, zakwateruję się pomiędzy etapami. 

Dojście na start E1 dwa kilometry...

Zawsze mnie zastanawia, co za sens jest robić 2 km dojścia dla etapu, który ma 3 czy 4 km długości… 

Zaraz moja minuta startowa
Wreszcie zegar zapikał i ruszyłem. Pierwszy PK tuż obok, na drugiej z kolei górce. Wbiegam w las, wczołguję się na pierwsza górkę, a tam… górek po horyzont. Wybieram jakąś i szukam lampionu – nie ma. Konsternacja. Dopiero po chwili dostrzegam na mapie, że dołek jest na zboczu górki. W praktyce skutecznie zasłonięty jakimś krzakiem. 

Do PK 2 poszło już lepiej – udało się „wejść w mapę”. PK 3, PK 4, PK 5 – wszystko OK, poza tym, że to co ładnie wyglądało z daleka, w rzeczywistości okazało się średnio-przebieżnym jagodowiskiem. 

Pomiędzy PK 5 i PK 6 długi przebieg. Pokonałem pierwszą parę wydma-dołek i zwątpiłem. Obiegam drogami. Jak pokazują wyniki, ci co biegli po kresce, zrobili to szybciej. Ale Polak mądry po szkodzie. Reszta punktów wchodziła w miarę dobrze. Żadnych spektakularnych wpadek, kilka minimalnych niedokładności. Jedyne co sobie mogę zarzucić, to zbyt wolne bieganie po ciężkim poszyciu – ale ciągle mam uraz po skręceniu kostki i w taki terenie zwalniam. Może i słusznie, bo człowiek, który spał w tej samej sali w szkole, na drugim etapie załatwił sobie staw skokowy walcząc o dobry wynik na takim podłożu… 

Po pierwszym etapie udało mi się zakwaterować w szkole. Dało o sobie znać wczesne wstanie i zamiast iść nad morze, wziąłem do ręki książkę i się regenerowałem. 

Start na etap 2
Etap 2 – na start niby trochę bliżej, ale także dobrze ponad kilometr. Znowu wczesna minuta startowa. I teren na starcie jakiś taki podmokły – obecnie raczej suchy, ale wiadomo jak to wygląda – wyrwy pełne błota, zwalone drzewa, zarośla… 

Do PK 2 przeciąłem taki pobagienny teren – było sucho, ale szybkość biegu raczej marna przy skakaniu z kępki na kępkę. 

Przy PK 3 pierwsza skucha – jak mówi ślad, wybiegłem tuż obok lampionu, ale go nie dostrzegłem i szukałem we wgłębieniu obok. 

W drodze do PK 6 zainspirował mnie jakiś obcy lampion i nadrobiłem dystansu oglądając co to za jeden. Zaś azymut na PK 7 mi nie wyszedł i zniosło mnie znacznie – na szczęście szybko zorientowałem się gdzie jestem i sprawnie znalazłem lampion. 

Na PK 8 i 9 ścigałem się z konkurencją, która mnie dogoniła, a potem przegoniła. PK 11 dał popalić: wysoka góra obłożona ściętymi gałęziami. Pełzanie, a nie bieg! 

Do następnego punktu, zamiast jak najszybciej zbiec do drogi – brnąłem za konkurencją przez te ścięte gałęzie. Gdy dostrzegłem wreszcie drogę, zbiegłem do niej, nie patrząc uważnie na kompas – w efekcie zacząłem szukać PK 12 za bardzo na południe. Może nie bardzo daleko, ale za mokrym tym razem terenem podmokłym. Dotarcie do lampionu nie okazało się suche… 

Z mety do szczytwania chipów kolejne kilkaset metrów

 Ostatni lampion za górą. Pobiegłem po kresce – przez dobrze mokre bagienko, a potem całkiem stromą górę. Prawie wyprułem płuca na tej górze. Wynik – marny. Liczyłem na jakieś podniesienie się w klasyfikacji, a tylko zwiększyłem stratę do poprzednika. Te kilka błędów skutecznie zniwelowało to, co zyskiwałem na innych przebiegach. No cóż, należy liczyć, że najdłuższy 3-ci etap coś zmieni.. 

A po bigach chwilka relaksu i pięciokilometrowy spacer nad morze...

 



 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz