Niby lato to sezon startowy, ale jakoś zawsze tak wychodzi, że właśnie wtedy mniej biegam. Wszystkie główne zawody są daleko, a przecież nie da rady wciąż gdzieś wyjeżdżać. W końcu załapałam się na zawody podwarszawskie - Puchar WMZOS w Sztafetowym Biegu na Orientację. Sztafeta była dwuosobowa - ja i Tomek. Całe szczęście, że tylko dwuosobowa, bo i odpowiedzialność ciut mniejsza.
Miejsce zawodów to Ponurzyca, ale tylko z nazwy jest tam ponuro, bo poza tym - spoko.
Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie pogoda. Dogrzało tak, że nawet na leżąco nie miałam sił do życia, a gdzie dopiero mówić o bieganiu. Tym sposobem byłam już przegrana, zanim wyszłam z domu. W ogóle nie planowałam biegać, a jedynie iść, snuć się, ostatecznie czołgać, a jedynym wyzwaniem, jakie przed sobą stawiałam, to: przeżyć. Ja biegłam na pierwszej zmianie, a w naszej kategorii była jeszcze Małgosia, Marzena i Marek.
Idziemy na start.
I lecimy.
Ruszyliśmy. Powoli, no bo gorąco, ale starałam się jednak nie być ostatnia. Przynajmniej do lampionu startowego. Przez głupie gadanie w boksie startowym, że nie ma rozbić - co oczywiście wiadomo, że jest bzdurą - trochę zgłupiałam, gdy każdy pobiegł trochę inaczej. Niby planowałam lecieć po swojemu, ale człowiek to zawsze podświadomie się zasugeruje innymi. Efekt był taki, że trafiłam na jedynkę, ale tę z drugiego rozbicia. Na szczęście teren był na tyle charakterystyczny, że gdy w końcu zaczęłam myśleć, szybko naprawiłam swój błąd.
Za to na dwójkę poszłam już po kresce. Trójka też weszła gładko, choć lekkim zakolem, a do czwórki znowu po kresce. Przy piątce nie miałam już sił i kiedy zorientowałam się, że to dopiero 1/3 trasy, to miałam ochotę siąść i płakać. Nie siadłam tylko dlatego, że już bym nie wstała, a zostać w lesie na zawsze nie planowałam. Z szóstką chwilkę się kotłowałam, bo najpierw znalazłam tę z drugiej trasy rozbicia, a potem poplątało mi się, po której stronie ścieżki ma być mój lampion. Najwyraźniej mózg z gorąca zaczął mi wyparowywać. Siódemkę jeszcze ogarnęłam rzutem na taśmę, a potem zamiast iść na ósemkę, ruszyłam w dokładnie przeciwnym kierunku. Wyszłam na skrzyżowanie i coś przestało mi pasować. No to gdzie ja jestem? - zadałam sama sobie pytanie i przez dłuższą chwilę nie umiałam na nie odpowiedzieć. Kiedy w końcu zrozumiałam, że zamiast zbliżać się do ósemki, odeszłam od niej, to autentycznie łzy stanęły mi w oczach. Nie dlatego, że nie umiałam trafić; dlatego, że już nie miałam sił iść dalej i dołożenie sobie niepotrzebnej odległości dobiło mnie totalnie. Po chwili rozpaczy wróciłam na siódemkę i namierzyłam się już poprawnie. To znaczy prawie poprawnie, bo trafiłam ciut obok.
Dobrze, że dziewiątka była łatwa i była blisko, więc jakoś zebrałam swoje morale do kupy, co było o tyle ważne, że przede mną był najdłuższy przebieg trasy. Tak obiektywnie patrząc, to nie był wcale jakiś bardzo długi, ale przy panującym gorącu każdy metr miał tak ze trzydzieści metrów. No to łatwo sobie przeliczyć...
Z dziewiątki od razu odeszłam głupio, bo zamiast ścieżką, to przez gęstwinę, ale to takie bardzo w moim stylu. Kiedy doszłam do porządnej drogi, to po pierwsze bardzo się ucieszyłam (nie wiem z czego), a po drugie skonstatowałam, że nie wiem gdzie jestem i skąd tu w ogóle jakieś płoty. Poszłam kawałek drogą, zawróciłam, pomyślałam, że może jednak dobrze szłam, więc znowu zawróciłam i już po kilku minutach miotania się po ścieżce ogarnęłam gdzie jestem i jak najlepiej iść dalej. Uffff.... niewiele brakowało. Szczęśliwie na sam punkt wyszłam... w punkt:-)
Zostało jeszcze pięć punktów do końca mojej zmiany, a ja już miałam totalnie dość. Co kawałek musiałam stawać i opierać się o drzewo, a bałam się usiąść, bo mogłabym już nie wstać. I tak całe szczęście, że miałam ze sobą wodę. Że też taka pogoda musiała się trafić.
Jedenastkę znalazłam bez problemu, a na dwunastce o mało nie złapałam missing pointa. Trafiłam na lampion z drugiego wariantu o kodzie 37, podczas gdy ja potrzebowałam 73. Ale oczywiście mózg miałam już tak zlasowany, że kolejność cyfr nie robiła mi żadnej różnicy. Jedynie odległość wydawała mi się jakby ciut za mała. Tak na wszelki wypadek postanowiłam nie schodzić jeszcze do asfaltu, tylko kawałek pójść lasem. I faktycznie, za chwilkę zobaczyłam kolejny lampion, już z właściwym kodem, co sprawdziłam z tabelką na mapie.
Trzynastka była punktem widokowym i znakiem dla Tomka, że może udać się do strefy zmian. Bardzo starałam się zebrać w sobie, żeby chociaż udawać, że biegnę, ale jak tylko z powrotem wlazłam w krzaki od razu zwolniłam do tempa ślimaka.
Oj, poczeka sobie Tomek jeszcze zanim dotrę na metę, zwłaszcza że do czternastki było pod górę. Przy życiu trzymała mnie jedynie myśl, że to już przedostatni punkt. Ponieważ szłam pomalutku, to miałam czas kontrolować mapę i kompas i na lampion wyszłam idealnie. Jeszcze tylko zejście z górki na piętnastkę i "dobieg" do mety. Tu już nawet nie miałam siły udawać, że biegnę i wlokłam się noga za nogą. Wreszcie klepnęłam Tomka, co było znakiem, że może ruszać na swoją pętelkę i podłam przy punkcie sczytywania wyników.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz