niedziela, 26 lipca 2026

7 lat od Covida czy Korona Mazowsza w Beniaminowie

Beniaminów – robi się taką drugą Falenicą dla warszawskich BnO;-) No dobra, teren jest ciut większy i bardziej zróżnicowany, znajdzie się jeszcze kilka dołków, gdzie nie było lampionów, ale zostaje takich już coraz mniej.
Nie zdążyłem się zapisać na drugi etap Korony Mazowsza VII i została mi tylko mapa Wkręcony;-( Tak to bywa , gdy w regulaminie nie ma podane do kiedy są zapisy aktywne… 

Gotowy do startu

Dotarłem na start. Według prognozy pod koniec biegu miało zacząć padać. Gorąco, jak to przed deszczem. Dostaję mapę, tylko 6,3 km. Idę na start i ruszam chwilkę za konkurencją Markiem (no, niby konkurencja startuje na krótszej trasie, ale tak się utarło, bo zwykle ze sobą konkurujemy). 
Do PK 1 twardo po kresce, choć może szybciej byłoby naokoło drogami przez biuro zawodów? Znajduję kopczyk z lampionem, ustawiam kompas i ruszam na PK 2. Pierwsza wtopa. Szukam górki „ najbardziej po lewej” i znajduję taką, tyle że to nie ta górka – ta którą znalazłem została zakryta przez okrąg PK i linię na PK 3. 

Dalej twardo na azymut, pomimo licznych przeszkód rzucanych pod nogi (czytaj gałęzie). PK 3 i PK 4 są na tyle charakterystyczne, że ciężko nie trafić na nie od razu. Za to do PK 5 mnie znosi w prawo i trafiam na stowarzyszony rów. Ale szybko odnajduje się na mapie i po chwili PK 5 zaliczony. 

PK 6 to mozolne przedzieranie się przez ścięte gałęzie… Zmęczony tym przedzieraniem się, do PK 7 biegnę naokoło drogami. Trafiam idealnie i szybko. 

Przy PK 8 przebiegam lampion. Może drzewo nie było tak charakterystyczne? Chyba jednak źle spojrzałem na mapę i myślałem, że biegnę drogą bardziej na południe – chyba upał zaczyna dawać mi się we znaki! 

Tragedia zaczyna rozgrywać się na PK 11. Z PK 10 przedzieram się przez zielone do drogi poprzecznej, skręcam w lewo i szukam ścieżki w prawo. Jest. Skręcam w nią, powinna mnie doprowadzić do punktu tuż po wybiegnięciu z zielonego, gdy zacznie się wzniesienie. Niby wszystko się zgadza, ale brak dołka z lampionem,. Pod nogami zwały ściętych gałęzi i nadmiarowych młodych drzewek. Szukam, krążę, w świat lecą niecenzuralne słowa, gdy demoluję swoje najnowsze skarpetki biegowe (i przy okazji goleń). Pamiętam, że kiedyś także tu gdzieś był punkt i także było szukanie… Dopiero po dłuższej chwili dochodzę, co jest nie tak: Ścieżka w którą skręciłem na mapie, nie dochodzi do głównej drogi, ta granica zielonego gdzie zaczyna się przezierność… na mapie nie istnieje, w terenie jest jeszcze jedna droga, której brak na mapie. Naokoło docieram do lampionu. 8 minut zamiast trzech? 

Szukanie PK 11

Dalej biegnie się coraz ciężej – bądź co bądź na trasie jestem już ponad 40 minut. A upał nie odpuszcza. Za to nie ma błędów – trafiam tam, gdzie założyłem i to w miarę po optymalnym wariancie. Idzie tak dobrze do PK 20. Tam szukam właściwego dołka kilka minut za długo. Chodzę w tę i we w tę i jakoś nie mogę znaleźć tego z lampionem. 

Gdy wybiegam z PK 20 w lesie robi się ciemno. Za PK 21 słyszę szum – to ściana deszczu sunie po lesie. Za PK 22 zaczyna już dobrze padać, za PK 23 ściana deszczu. Widoczność: w okularach: 1 m, bez okularów: 1m. Uważam, że okularnicy przy takim deszczu powinni mieć czas dzielony przez 2! 

Chciałbym mieć taką widoczność w deszczu...

Docieram na metę. Najbardziej z całej zabawy zapamiętam te dwa ostatnie punkty – nawigacja „na ślepo”. 


 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz