Beniaminów – robi się taką drugą Falenicą dla warszawskich BnO;-) No dobra, teren jest ciut większy i bardziej zróżnicowany, znajdzie się jeszcze kilka dołków, gdzie nie było lampionów, ale zostaje takich już coraz mniej.
Nie zdążyłem się zapisać na drugi etap Korony Mazowsza VII i została mi tylko mapa Wkręcony;-( Tak to bywa , gdy w regulaminie nie ma podane do kiedy są zapisy aktywne…
![]() |
| Gotowy do startu |
Dotarłem na start. Według prognozy pod koniec biegu miało zacząć padać. Gorąco, jak to przed deszczem. Dostaję mapę, tylko 6,3 km. Idę na start i ruszam chwilkę za konkurencją Markiem (no, niby konkurencja startuje na krótszej trasie, ale tak się utarło, bo zwykle ze sobą konkurujemy).
Do PK 1 twardo po kresce, choć może szybciej byłoby naokoło drogami przez biuro zawodów? Znajduję kopczyk z lampionem, ustawiam kompas i ruszam na PK 2. Pierwsza wtopa. Szukam górki „ najbardziej po lewej” i znajduję taką, tyle że to nie ta górka – ta którą znalazłem została zakryta przez okrąg PK i linię na PK 3.
Dalej twardo na azymut, pomimo licznych przeszkód rzucanych pod nogi (czytaj gałęzie). PK 3 i PK 4 są na tyle charakterystyczne, że ciężko nie trafić na nie od razu. Za to do PK 5 mnie znosi w prawo i trafiam na stowarzyszony rów. Ale szybko odnajduje się na mapie i po chwili PK 5 zaliczony.
PK 6 to mozolne przedzieranie się przez ścięte gałęzie… Zmęczony tym przedzieraniem się, do PK 7 biegnę naokoło drogami. Trafiam idealnie i szybko.
Przy PK 8 przebiegam lampion. Może drzewo nie było tak charakterystyczne? Chyba jednak źle spojrzałem na mapę i myślałem, że biegnę drogą bardziej na południe – chyba upał zaczyna dawać mi się we znaki!
Tragedia zaczyna rozgrywać się na PK 11. Z PK 10 przedzieram się przez zielone do drogi poprzecznej, skręcam w lewo i szukam ścieżki w prawo. Jest. Skręcam w nią, powinna mnie doprowadzić do punktu tuż po wybiegnięciu z zielonego, gdy zacznie się wzniesienie. Niby wszystko się zgadza, ale brak dołka z lampionem,. Pod nogami zwały ściętych gałęzi i nadmiarowych młodych drzewek. Szukam, krążę, w świat lecą niecenzuralne słowa, gdy demoluję swoje najnowsze skarpetki biegowe (i przy okazji goleń). Pamiętam, że kiedyś także tu gdzieś był punkt i także było szukanie… Dopiero po dłuższej chwili dochodzę, co jest nie tak: Ścieżka w którą skręciłem na mapie, nie dochodzi do głównej drogi, ta granica zielonego gdzie zaczyna się przezierność… na mapie nie istnieje, w terenie jest jeszcze jedna droga, której brak na mapie. Naokoło docieram do lampionu. 8 minut zamiast trzech?
![]() |
| Szukanie PK 11 |
Dalej biegnie się coraz ciężej – bądź co bądź na trasie jestem już ponad 40 minut. A upał nie odpuszcza. Za to nie ma błędów – trafiam tam, gdzie założyłem i to w miarę po optymalnym wariancie. Idzie tak dobrze do PK 20. Tam szukam właściwego dołka kilka minut za długo. Chodzę w tę i we w tę i jakoś nie mogę znaleźć tego z lampionem.
Gdy wybiegam z PK 20 w lesie robi się ciemno. Za PK 21 słyszę szum – to ściana deszczu sunie po lesie. Za PK 22 zaczyna już dobrze padać, za PK 23 ściana deszczu. Widoczność: w okularach: 1 m, bez okularów: 1m. Uważam, że okularnicy przy takim deszczu powinni mieć czas dzielony przez 2!
![]() |
| Chciałbym mieć taką widoczność w deszczu... |
Docieram na metę. Najbardziej z całej zabawy zapamiętam te dwa ostatnie punkty – nawigacja „na ślepo”.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz