Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowa Cup. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bukowa Cup. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 maja 2022

Bukowa Cup - etap 5, czyli spacerkiem i na luzie.

Na ostatni etap już mi się w ogóle nie chciało iść - byłam zmęczona i totalnie niewyspana, bo nasza kwatera mieściła się tuż przy sporym skrzyżowaniu z tramwajem i szalonymi motocyklistami i po kilku nocach funkcjonowałam już w trybie zombi. Ponieważ rano wymeldowaliśmy się i już z całym tobołem jechaliśmy do stanicy, to praktycznie nie miałam jednak wyjścia - będąc w bazie zawodów, głupio nie wyjść na etap.
 
 Szykuję się do wyjścia.
 
Dojście na start znowu było dłuuugie - 2 kilometry. Tym razem ja startowałam jako pierwsza z naszej dwójki, więc Tomek odprowadził mnie do zakrętu, pomachałam mu i powlokłam się dalej niczym skazaniec.

Dalej idę sama.


Już na starcie było pod górkę.
 
Tym razem wyszłam z jeszcze większym zapasem czasu, więc na starcie mogłam chwilę posiedzieć na zwalonym drzewie i podjąć ostateczną decyzję co do startu. Nie no, oczywiście, że nie odpuściłam. 
Problemy zaczęły się już przy pierwszym punkcie. Niby ruszyłam na azymut, starałam się iść po kresce, ale jakoś coraz bardziej znosiło mnie w prawo, w coraz większą roślinność. W sumie wystarczyło ze zrozumieniem przeczytać mapę, żeby nie pchać się w gęstwinę. W pewnej chwili przyuważyłam innych zawodników - co z tego, kiedy jeden był po prawej, a drugi po mojej lewej stronie. No to przecież się się nie rozdwoję, żeby sprawdzić, co tam który znalazł. W końcu postanowiłam iść sobie tak dalej przed siebie, tylko już nie po krzakach i w najgorszym wypadku dojść do linii energetycznej i od niej się namierzać. Pomysł okazał się całkiem dobry, bo punkt faktycznie stał jeszcze ciut wyżej, a obok niego kręcił się fotograf, a fotograf to już całkiem dobry naprowadzacz.

Gdzieś w okolicach PK 1.
 
Po porażce z jedynką nie miałam już motywacji do wysilania się i dalej ruszyłam na zupełnym luzie. Do dwójki bardzo starałam się nie zejść z azymutu (głownie żeby nie nadkładać kilometrobłądzeń) i w miarę się udało, w każdym razie nie miałam problemów ze znalezieniem lampionu. Od dwójki do trójki prowadziły ścieżki, z których co prawda pierwsza zaczynała się tak trochę nigdzie kawałek za dwójką, a druga kończyła się nagle przed trójką, ale udało mi się w nie wstrzelić.
Czwórka i piątka były na górkach, a ponieważ reprezentacja górek w tym terenie nie była liczna, więc  ciężko było je przegapić. Szóstka na końcu rowu przy samej ścieżce to tylko formalność, do siódemki po ścieżkach, a na koniec namierzyłam się z rogu ogrodzenia, żeby mieć stuprocentową pewność trafienia. Do ósemki jeszcze bardziej ścieżkami, a nawet wręcz drogą i tak mi się spodobało, że nawet pobiegłam trochę, zupełnie zapominając o postanowieniu luzowania. Dziewiątka również była ścieżkowa i łatwa, a potem został tylko ostatni punkt na rogu ogrodzenia bazy. Punkt był ostatni, ale chyba najtrudniejszy do przebycia ze względu na jeżyny i powalone drzewa. Szło powolutku, bo bardzo nie chciałam się przewrócić, zresztą nie miałam żadnego powodu żeby się spieszyć. Miejsce na pudle i tak miałam zagwarantowane i wystarczyło tylko dotrzeć do mety. Udało się bezstratnie.
W bazie skorzystałam z małego ruchu w umywalniach i wykorzystałam ostatek ciepłej wody żeby się wykąpać. Ponieważ medalacja miała się rozpocząć wkrótce, postanowiliśmy na nią zostać, mimo że przed nami była długa podróż.

Właściwy człowiek na właściwym miejscu:-)

W sumie to była całkiem miła impreza i tylko szkoda, że nasze kategorie były tak mało obsadzone. Zawsze to fajniej ścigać się z kimś, a nie tylko z samym sobą. Tak, że ludzie - przyjeżdżajcie w przyszłym roku, bo będzie jubileusz, to organizatorzy jeszcze bardziej się postarają (wydłużyć dojścia:-)))
 
Mój ślad.
 

piątek, 6 maja 2022

Bukowa Cup - etap 4, czyli padam do nóżek.

Na czwarty etap wróciliśmy do Stanicy Harcerskiej w Binowie, ale znowu do startu mieliśmy daleko - 1800 metrów. Nauczona doświadczeniem z drugiego dnia, postanowiłam, że wyjdziemy tak wcześnie, żeby można było doczołgać się tyłem i to z przystankami po drodze. Powiedzmy, że prawie się udało, w każdym razie nie musieliśmy biec. 
 
W drodze na start.
 
Dotarliśmy na tyle wcześnie, że zdążyłam odpocząć, więc było dobrze. Pół trasy miało być po górkach, pół po jeżynach, czyli jak nie urok (znaczy urokliwe górki) to przemarsz wojsk. Miałam jednak ten komfort, że w swojej kategorii startowałam samiuteńka, więc mogłam mieć pewność, że nikt mi nie dokopie. Chociaż raz:-)

Minuty startowe warto sprawdzić nawet kilka razy.
 
Punkt pierwszy  stal na górce, ale nie na samym szczycie i z dość łagodnym podejściem i oczywiście na karpie. Wzięłam go niemal po kreseczce. Dwójka na tej samej górce, ale biegło się do niej szczytem, więc prawie bez przewyższeń. Do trójki w dół na koniec rowu, czyli łatwizna i nawigacyjna i techniczna. Zaczęło mi się nawet bardzo podobać, bo teren piękny, punkty wchodziły - żyć, nie umierać.
Czwórka była dość daleko od trójki, a między punktami rozciągał się teren praktycznie bez przebieżności. No dobra, były połączone ze sobą polanki i wyraźnie widać było, że ludzie już tamtędy przechodzili. Ponieważ w otaczającą roślinność i tak nie dawało się wbić inaczej, ruszyłam więc po śladach, byle dojść do ścieżki. Wyszłam idealnie na skrzyżowanie skąd kolejną ścieżką, a potem drogą i znowu ścieżką mogłam dojść na sam punkt. 
Piątka służyła tylko do przejścia z jednego fragmentu mapy na drugi, bo stała na skrzyżowaniu dróg i żadnej nawigacji nie trzeba było stosować, żeby ją znaleźć. W ogóle coś podejrzanie łatwa wydawała mi się ta trasa.
Do szóstki musiałam wspiąć się stromo, ale krótko w górę, zejść ciut z drugiej strony i znaleźć odpowiednią karpę. Szczęśliwie wyszłam idealnie na nią. Fart mnie nie opuszczał. Za szóstką dopadł mnie jakiś zagubiony zawodnik z tradycyjnym pytaniem: gdzie ja jestem? Okazało się, że zniosło go dość solidnie i bardzo nie był tam, gdzie powinien:-)
Do siódemki trzeba było przejść między dwoma jeziorkami (no, powiedzmy - między jeziorkiem, a bagienkiem) oraz pokonać ciek wodny, na szczęście chwilowo bezwodny. Potem jeszcze kawałek po kresce i wprost na lampion. Nie za prosta ta trasa?
Ósemka była daleko i miałam dylemat jak najlepiej do niej dojść - czy zejść niżej i poruszać się brzegiem bagienka, czy raczej iść zboczem, a może podejść pod linię energetyczną i wzdłuż niej? W efekcie poruszałam się chaotyczną, zygzakowatą linią, bo nie mogłam się zdecydować. Po drodze w oddali przyuważyłam Tomka i darłam się tak głośno, aż pomachał do mnie. Ósemka była za drogą, do której w końcu dotarłam, oczywiście na karpie i w totalnie zajeżynionym terenie. Fart mnie nie opuszczał i lampion znalazłam od pierwszego kopa. Potem kawałek przedarłam się pod linią, do słupa, bo od niego planowałam się dalej namierzyć. Pomysł sprawdził się dobrze i w sumie jedyną trudność stanowiła agresywna roślinność.
Został już tylko jeden punkt, na rogu ogrodzenia stanicy i wszyscy podążali w tym kierunku. Na mapę nie było już co patrzeć, raczej pod nogi. Dogoniłam Staszka i chcąc wykazać się uprzejmością planowałam przynajmniej się przywitać, ale co sobie będę żałować - wzięłam i rymnęłam przed nim na twarz. Ja wiem, że to raczej panowie padają do nóżek, ale w końcu mamy równouprawnienie, prawda? Ponieważ jednak czas gonił, szybko poderwałam się i ruszyłam dalej.
Tomek już był w bazie. Co prawda startował kilka minut przede mną, ale miał dłuższą trasę, więc nie byłam wcale pewna fotki z mety, ale sprężył się jak widać.

Szybko! Szybko!

Muszę się pochwalić, że całkiem przyzwoicie wyszedł mi ten etap - nigdzie się nie zgubiłam, nie narobiłam baboli, których musiałabym się wstydzić, uratowałam zagubionego człowieka, z braku konkurencji w swojej kategorii prześcignęłam Hanię, a że czas miałam gorszy od wszystkich czternastek biegnących tę samą trasę? Cóż - młodość....

Wyjątkowo ładny przebieg.
 

czwartek, 5 maja 2022

Bukowa Cup - etap 3, czyli slalom między karpami.

Po sobotnich górkach niedziela zapowiadała się lajtowo, bo dystans pozostawał ten sam, ale teren miał być płaski, aczkolwiek jak ostrzegał organizator mocno użytkowany gospodarczo oraz pełen wiatrołomów. Przed startem nie zdawałam sobie sprawy co to oznacza w praktyce, więc byłam pełna nadziei na dobry wynik.
Baza zawodów na niedzielę przeniosła się na dziką plażę nad Jeziorem Binowskim i już sam dojazd na miejsce dostarczył nam niezapomnianych wrażeń. Nad jeziorem było bardzo przyjemnie, woda wyglądała na czystą, tylko temperatura nie zachęcała do kąpieli.
 
Niby meta, ale jeszcze przed startem. Po lewej stronie jezioro.
 
Tym razem do miejsca startu było jedyne 600 metrów dojścia, więc nie groziło to wyeksploatowaniem się przed czasem, jak poprzedniego dnia. Tomek pomaszerował na start pierwszy, ja 20 minut po nim.
Już przed pierwszym punktem zorientowałam się, że bieg wcale nie będzie lekki, łatwy i przyjemny i jak bardzo autor trasy wykorzystał zastane okoliczności przyrody, czyli wiatrołomy. Mapa cała była najeżona  zielonymi iksikami, ale śmiem twierdzić, że nie udało się nawet w połowie oddać tego, co widziałam w lesie. Zanim znalazłam lampion PK 1 musiałam obejrzeć i pokonać górą bądź naokoło kilka powalonych drzew.
PK 2 był dość daleko, żadnej drogi ani ścieżki z której można by skorzystać, więc pozostawało tylko podążanie za wskazaniami kompasu, czyli w sumie to, co lubię i co wychodzi mi najlepiej. Podłoże niestety nie sprzyjało bieganiu, bo albo pełno gałęzi pod nogami, albo jeżyny, albo powalone drzewa, a najczęściej wszystko naraz. Kiedy dotarłam do rowu, postanowiłam już się go trzymać, bo lampion miał stać na jego końcu. I tak też było.
Na upartego do trójki można było pobiec ścieżką (kończącą się w gęstwinie) a potem leśną drogą, ale wybrałam azymut, a żeby nie było za łatwo przedzierałam się po lewej stronie kreski, bo tam było więcej chaszczy. Ja to umiem wybrać najciekawszą drogę.
Czwórka miała być przy drodze, na kamieniu. Już z daleka wypatrzyłam lampion i tylko zastanowiło mnie dlaczego fotograf nie stoi przy nim, tylko bardziej na lewo. Ponieważ z fotografem po sobotniej podmianie rączej łani na starą babę miałam na pieńku, więc olałam go i biegłam swoje.  Moje okazało się nie moim, tylko lampionem stowarzyszonym, więc musiałam przeprosić się z fotografem i pobiec w jego stronę. 
 
 Niedzielny efekt spotkania fotografa:-)

Piątka znowu na azymut, a punkt w samym środku ciemnozielonego, w skupisku karp. To był chyba najtrudniejszy fragment, bo trup (drzewny trup) ścielił się gęsto i ani obejść, ani przeskoczyć, ani przeczołgać się nie było łatwo.

 
Tak to mniej więcej wyglądało.

 
  Gdzie ta piątka?

Z lampionem rozminęłam się na metry i zawędrowałam niemal pod szóstkę. Oprócz mnie czesało jeszcze kilka osób oraz fotograf, który chciał się ustawić przy punkcie. Wracając spod szóstki znowu przeszłam rzut beretem od piątki i powędrowałam dla odmiany w przeciwnym kierunku. W końcu ktoś trafił na właściwą karpę i radosna wieść rozeszła się lotem błyskawicy. Nakierowana przez kogoś, w końcu trafiłam na właściwe miejsce.

 Wędrówki dookoła piątki.

Do szóstki trafiłam bez problemu, w końcu chwilę wcześniej już niemal na niej byłam. Siódemka była łatwa, a do ósemki postanowiłam pobiec droga. W zasadzie był to pierwszy moment kiedy rzeczywiście biegłam, bo po lesie autentycznie się nie dawało. Ponad połowę dystansu do dziewiątki znowu po ścieżce, a w sumie mogłam nawet więcej i zamiast od skrzyżowania, namierzyć się od granicy kultur. Tak czy siak, nie było trudno trafić. Do dziesiątki po kresce, bo wyjątkowo nic nie trzeba było obchodzić i omijać, a potem to już w zasadzie za ludźmi, bo wszyscy mieli taką samą końcówkę. Z dwunastki na trzynastkę logiczniej było pobiec drogą, ale zawodnicy przede mną pobiegli lasem, więc ja odruchowo też. Przy ostatnim punkcie czekał Tomek z kamerą, a na mecie dyżurny fotograf, więc finisz mam dokładnie udokumentowany.

Ostatni punkt.

 Meta i nadworny kamerzysta  w akcji.
 
Wydawało mi się, że pokonałam trasę dość przyzwoicie, ale wyniki rozwiały moje zadowolenie. Niemiecka konkurencja dokopała mi na ponad 15 minut!

Całkiem przyzwoity przebieg.
 

Bukowa Cup - etap 2, czyli czym różni się czwórka od startu.

Od soboty zaczynało się już bieganie po  Puszczy Bukowej. Już w drodze do Stanicy Harcerskiej w Binowie (gdzie w tym dniu była baza zawodów) mogliśmy podziwiać iście górskie krajobrazy. Widoki przecudne, ale z lekka zaczęło mnie ogarniać przerażenie, no bo góry, a ja przecież potrafię tylko po płaskim. Pocieszała mnie trochę długość trasy - marne 2,8 km i zupełnie zapomniałam, że do tych 2,8 w poziomie trzeba jeszcze doliczyć trochę w pionie i to to w pionie jest wyzwaniem. Dla mnie.
Udało nam się, że mieliśmy sąsiednie minuty startowe i na start oddalony aż o 2250 metrów (!) mogliśmy pójść razem.

Idziemy na start
 
Te ponad dwa kilometry dojścia to w porównaniu z długością etapu zakrawało na jakiś głupi żart, ale rzeczywiście tak to sobie organizatorzy wymyślili. Po drodze wstąpiliśmy jeszcze na metę, żeby zostawić tam wierzchnie okrycia, bo kiedy wychodziliśmy z bazy nie było nachalnie gorąco, a i po biegu dobrze coś wciągnąć na mokry grzbiet. Oczywiście nie odmówiliśmy sobie cyknięcia fotki na mecie, bo potem mogło nie być okazji (i nie było).

  Meta też była daleko od bazy.
 
Im bliżej startu, tym piękniejsze widoki, ale i coraz bardziej strome podejście. A czas niebezpiecznie zaczął się kurczyć.

Ostatnie "w dół".
 

 
A potem już tylko pod górę.

Kiedy dotarłam na miejsce startu chciałam tylko położyć się i umrzeć i w ogóle w głowie mi nie było wychodzenie na jakiś etap. Miałam dość. Kilka minut, które pozostały do startu trochę zmieniły moje zapatrywania, bo kiedy nieco ochłonęłam i złapałam oddech, postanowiłam jednak spróbować jakoś przeczołgać się do mety przez punkty kontrolne.

Opisy mogą się przydać.
 
Jeszcze trzeba pomachać do kamery...
 
 
  ... i można ruszać.
 
Najgorsze było dobiegnięcie do flagi oznaczającej trójkąt startowy na mapie - było pod górę, a głupio było bieg zacząć od powolnej wspinaczki z przystankami co pięć kroków. Oczywiście, że nie pobiegłam, ale starałam się przynajmniej raźno maszerować. Potem było już znacznie lepiej, bo z górki. Jedynka była dość daleko, ale nie wyglądała groźnie. Wystarczyło dobiec do leśnej drogi, koło ogrodzenia, wbiec w ścieżkę, dolecieć do skrzyżowania, a od niego kilka metrów na azymut. Bułka z masłem. 
Biegnąc przy płocie w stronę drogi już z daleka zauważyłam czającego się fotografa. Od razu dumnie wypięłam pierś, wyszczerzyłam się w radosnym uśmiechu i starałam się pląsać wśród przeszkód terenowych niczym rącza, zwinna łania. Zaskoczenie było następnego dnia, kiedy w internetach zobaczyłam galerię z biegu. Owszem - moje ubranie było na fotkach, ale w środku zamiast mnie jakaś stara, tłusta, skrzywiona baba toczyła się niezgrabnie w dół. Cóż - fotograf to się chyba jednak organizatorom nie udał:-)

Serio? To ja?

Dwójka i trójka były łatwe, przynajmniej nawigacyjnie i poza jednym obejściem płotu dawało się iść po kresce. Do czwórki postanowiłam pobiec drogą do skrzyżowania, skręcić w prawo w ścieżkę, a kiedy ta zacznie zakręcać, lecieć dalej prosto. Tak też zrobiłam. Po zejściu ze ścieżki wdrapywałam się mozolnie pod górę i tylko trochę dziwiłam się dlaczego wszyscy biegną w całkiem inną stronę. Ale ostatecznie tyle jest tych tras, że pewnie punkty są wszędzie. Po drodze wielokrotnie sprawdzałam kierunek, a kiedy byłam już blisko celu ze zgrozą skonstatowałam, że przecież ja wcale nie podążam w kierunku czwórki, tylko w stronę startu. Fakt - cyfra 4 zawiera w swoim znaku graficznym trójkąt podobny do trójkąta startowego, ale żeby oszukać się aż tak??? A to mi mój własny mózg spłatał figla nie rozróżniając wielkości trójkątów. Dobrze, że zorientowałam się w sytuacji przed dotarciem na start, bo byłaby totalna kompromitacja. Szybko zmieniłam kierunek marszu o 90 stopni i pomknęłam w dół do punktu na brzegu bajorka.

 Czwórka, start - wszystko takie podobne.

Z czwórki ruszyłam na piątkę. Na azymucie miałam teren ogrodzony, postanowiłam więc obejść go z prawej strony. Taki rozmach wzięłam na to obchodzenie, że zamiast zejść w dół do drogi to ja oczywiście utrudniłam sobie życie i zupełnie niepotrzebnie wlazłam na sąsiednią górkę. Zajęło mi to masę czasu, bo byłam już zestresowana sytuacją z czwórką, z lekka zmęczona i pod górę szłam metodą: trzy kroki pod górę, chwila odpoczynku, znowu trzy kroki, odpoczynek. Niby górka nie była jakaś wielka, ale metoda czasochłonna.

Ja to nie idę na łatwiznę...
 
Do szóstki to już poleciałam za innymi zawodniczkami, nawet nie patrząc czy ich wariant jest optymalny, czy nie, jedynie zwracając uwagę żeby kierunek zgadzał się chociaż mniej więcej. Doprowadziły mnie dobrze i jeszcze przed punktem zniknęły na horyzoncie.
Do siódemki poczłapałam po azymucie, powoli ale skutecznie, jeszcze na samej końcówce naprowadzając na punkt jakiegoś zawodnika. Ósemkę zdobyłam wariantem drogowym, co zresztą miało sens, bo teren był mało przebieżny i bardzo nieprzyjazny.
Po chwili po raz drugi tego dnia stanęłam na mecie, tylko tym razem nie miał kto uwiecznić tej chwili. Taka byłam zmarnowana po tym etapie, że zanim ruszyłam do bazy (ponad półtora kilometra) musiałam chwilę posiedzieć i odpocząć. Górki to jednak nie moja bajka.
 
Cały przebieg.
 
Jak by kto myślał, że skoro byłam tak zmęczona, to resztę dnia spędzę relaksując się w pozycji horyzontalnej, to... nie ma tak dobrze. Skoro przejechaliśmy do Szczecina pół Polski, to przecież warto coś zobaczyć, więc mieliśmy przygotowane do zaliczenia dwa TRInO. Ułaziliśmy się strasznie, ale najważniejsze rzeczy obejrzeliśmy, a po drodze spotkaliśmy Hanię ze Staszkiem, którzy także nie próżnowali.

środa, 4 maja 2022

Bukowa Cup - etap1, czyli sprintem miejsko-leśnym.

Zaparł się w tym roku Tomek na Bukową Cup i tak drążył i drążył temat, aż w końcu znaleźliśmy się na listach startowych, nocleg mieliśmy zaklepany i nie pozostało nic innego jak jechać, pobiec i wygrać. Najłatwiejsze z tego wszystkiego było wygrać, bo obsada w naszych kategoriach była nikła, za to podróż i biegi już wydawały się nieco trudniejsze.
Szczecin jest strasznie daleko i kiedy wreszcie po niemal dziewięciu godzinach dotarliśmy na miejsce, byłam cała zdrętwiała, a na tyłku zaczynały mi się robić odsiedziny (bo przecież nie odleżyny). Pierwszym biegiem miał być sprint w terenie miejsko-leśnym. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce startu lampiony jeszcze miały zbiórkę i robiły: kolejno odlicz!

Lampiony gotowe do akcji.

Mieliśmy masę czasu i nie bardzo było co robić, więc zrobiłam rozgrzewkę. Trochę ruchu po całodniowym siedzeniu w aucie na pewno nie zaszkodzi.
 
Uczciwie przetestowałam niemal wszystkie urządzenia.
 
Tak łaziliśmy po bazie zawodów i nagle zorientowaliśmy się, że poza organizatorem nikogo nie znamy. Pierwszy raz spotkaliśmy się z taką sytuacją i było to dla nas co najmniej dziwne. Kiedy więc wypatrzyliśmy w końcu Hanię i Staszka od razu zrobiło nam się raźniej.

 Wreszcie ktoś znajomy.

Sam start  usytuowany był na tyłach garaży (czy czegoś podobnego), przy rurze ciepłowniczej (albo przeznaczonej do innych celów), w krzaczorach, żebyśmy od razu poczuli klimat zawodów.
Tak wyglądała procedura startu:
 
Piii, piii, piii, piii, piii i ruszyły.

Żeby tylko wziąć dobrą mapę.


 W drogę...
 
Szybki rzut oka na mapę pokazał, że na mojej trasie większość biegania jest po mieście, co mnie bardzo usatysfakcjonowało, bo już mi takiego biegania brakowało. Ostatnio to biegaliśmy tylko po lasach, jakoś tak wyszło.
Do pierwszego punktu wybrałam nawet dość sensowny wariant, choć biegłam dość ostrożnie , bo zawsze na początku muszę oswoić się z sytuacją. Dwójka była blisko i oczywista, za to trójka już w większej odległości. Ta odległość dała mi czas na przeprowadzenie błyskotliwej dedukcji, że trójka na pewno musi być z pułapką i nie ma co kombinować - trzeba od razu biec do niej od tylca. Ci co mają lepszy wzrok nie musieli nic dedukować, tylko mogli normalnie popatrzeć na mapę - jest dojście, czy nie. No, ale u mnie to tak nie działa. Do trójki przebiegało się obok czwórki (trochę bez sensu), więc od razu było wiadomo co robić po trójce. Piątka była w pobliżu i był to ostatni punkt miejski przed częścią leśną.
Z piątki ruszyłam trochę głupio i niepotrzebnie obiegłam dwa bloki - jeden z prawej, drugi z lewej. Kiedy się zorientowałam, już nie opłacało się zmieniać trasy, więc tylko ciut przyspieszyłam, żeby tak zrekompensować stratę. Za garażami już szykowałam się do wyznaczenia azymutu, ale z daleka zobaczyłam lampion, to tylko podbiegłam i podbiłam. Do siódemki w pierwszej chwili planowałam biec ścieżkami, ale lasek okazał się dobrze przebieżny, więc trochę ścięłam planowane obieganie. Do siódemki z leśnej alejki prowadził rowek, więc łatwo było trafić. Ósemka, tuż za szczytem górki, została zdobyta azymutem, po kresce, czyli w moim najlepszym stylu. Dziewiątka i dziesiątka również nie przysporzyły problemów, a po nich znowu wracaliśmy w teren miejski. I właśnie ten powrót okazał się najtrudniejszym odcinkiem całego etapu. Bynajmniej, nie z powodów nawigacyjnych, ale terenowych. Nasypu kolejowego nie planowałam obiegać (aczkolwiek było to możliwe), ale nie spodziewałam się, że pokonanie go wymaga trochę sprawności fizycznej, z którą u mnie z roku na rok coraz gorzej. Nie dość, że było stromo, to jeszcze obfita i kolczasta roślinność utrudniała przedarcie się do cywilizacji. Dwie minuty zeszły mi na tym przedzieraniu się, co jak na sprint jest dość sporo.
Dwunastka, trzynastka i czternastka były już blisko bazy zawodów i oczekując na start widzieliśmy te lampiony, aczkolwiek niespecjalnie interesowaliśmy się wtedy nimi. Tym niemniej gdzieś w podświadomości został obraz ich lokalizacji, więc już od jedenastki mogłam biec do mety niemal nie zatrzymując się.
Z konkurentką w mojej kategorii wygrałam, ale z Hanią biegnąca na tej samej mapie, ale w K60 haniebnie przegrałam. Ale w sumie co za różnica, skoro pudło i tak miałam gwarantowane? :-))) No dobra, trochę obciach...

Cała trasa.