niedziela, 8 maja 2022
Bukowa Cup - etap 5, czyli spacerkiem i na luzie.
piątek, 6 maja 2022
Bukowa Cup - etap 4, czyli padam do nóżek.
czwartek, 5 maja 2022
Bukowa Cup - etap 3, czyli slalom między karpami.
Z lampionem rozminęłam się na metry i zawędrowałam niemal pod szóstkę. Oprócz mnie czesało jeszcze kilka osób oraz fotograf, który chciał się ustawić przy punkcie. Wracając spod szóstki znowu przeszłam rzut beretem od piątki i powędrowałam dla odmiany w przeciwnym kierunku. W końcu ktoś trafił na właściwą karpę i radosna wieść rozeszła się lotem błyskawicy. Nakierowana przez kogoś, w końcu trafiłam na właściwe miejsce.
Bukowa Cup - etap 2, czyli czym różni się czwórka od startu.
A potem już tylko pod górę.
Kiedy dotarłam na miejsce startu chciałam tylko położyć się i umrzeć i w ogóle w głowie mi nie było wychodzenie na jakiś etap. Miałam dość. Kilka minut, które pozostały do startu trochę zmieniły moje zapatrywania, bo kiedy nieco ochłonęłam i złapałam oddech, postanowiłam jednak spróbować jakoś przeczołgać się do mety przez punkty kontrolne.
Dwójka i trójka były łatwe, przynajmniej nawigacyjnie i poza jednym obejściem płotu dawało się iść po kresce. Do czwórki postanowiłam pobiec drogą do skrzyżowania, skręcić w prawo w ścieżkę, a kiedy ta zacznie zakręcać, lecieć dalej prosto. Tak też zrobiłam. Po zejściu ze ścieżki wdrapywałam się mozolnie pod górę i tylko trochę dziwiłam się dlaczego wszyscy biegną w całkiem inną stronę. Ale ostatecznie tyle jest tych tras, że pewnie punkty są wszędzie. Po drodze wielokrotnie sprawdzałam kierunek, a kiedy byłam już blisko celu ze zgrozą skonstatowałam, że przecież ja wcale nie podążam w kierunku czwórki, tylko w stronę startu. Fakt - cyfra 4 zawiera w swoim znaku graficznym trójkąt podobny do trójkąta startowego, ale żeby oszukać się aż tak??? A to mi mój własny mózg spłatał figla nie rozróżniając wielkości trójkątów. Dobrze, że zorientowałam się w sytuacji przed dotarciem na start, bo byłaby totalna kompromitacja. Szybko zmieniłam kierunek marszu o 90 stopni i pomknęłam w dół do punktu na brzegu bajorka.
Z czwórki ruszyłam na piątkę. Na azymucie miałam teren ogrodzony, postanowiłam więc obejść go z prawej strony. Taki rozmach wzięłam na to obchodzenie, że zamiast zejść w dół do drogi to ja oczywiście utrudniłam sobie życie i zupełnie niepotrzebnie wlazłam na sąsiednią górkę. Zajęło mi to masę czasu, bo byłam już zestresowana sytuacją z czwórką, z lekka zmęczona i pod górę szłam metodą: trzy kroki pod górę, chwila odpoczynku, znowu trzy kroki, odpoczynek. Niby górka nie była jakaś wielka, ale metoda czasochłonna.
Do siódemki poczłapałam po azymucie, powoli ale skutecznie, jeszcze na samej końcówce naprowadzając na punkt jakiegoś zawodnika. Ósemkę zdobyłam wariantem drogowym, co zresztą miało sens, bo teren był mało przebieżny i bardzo nieprzyjazny.
Po chwili po raz drugi tego dnia stanęłam na mecie, tylko tym razem nie miał kto uwiecznić tej chwili. Taka byłam zmarnowana po tym etapie, że zanim ruszyłam do bazy (ponad półtora kilometra) musiałam chwilę posiedzieć i odpocząć. Górki to jednak nie moja bajka.

































