poniedziałek, 6 października 2025
czwartek, 26 września 2024
Rajd Źródeł Chodelki czyli firmowa impreza integracyjna
Jak twierdzi sam organizator, Rajd Źródeł Chodelki to: „Proste nawigacyjnie i kameralne zawody na orientację. Staramy się udowodnić, że nawet w miejscach bez "renomy" może być ciekawie...”
Sęk w tym, że przy dłuższych dystansach, presji czasu wynikającej z rogainingu nawet proste zawody nie są proste;-)
Chodelka to zawody fajne. Kameralne, a teren Lubelszczyzny zawsze dostarcza atrakcyjnych jarów.
W tym roku jest to moja pierwsza 50-tka. Powoli wychodzę z poważnej kontuzji kontuzji stawu skokowego, której nabawiłem się na „firmowej integracji” i testowo postanowiłem sprawdzić się na dłuższej trasie.
Aby było ciekawiej, w ramach „odwetu” wyciągnąłem „firmę” na integrację na … Chodelce;-) Trzeba udowodnić, że bieganie po bezdrożach jest mniej kontuzjogenne niż skakanie na trampolinach;-)
Z firmową ekipą dotarliśmy do Starego Gaju. Maleńka wioska, maleńka remiza, mało miejsca do parkowania. Na tyle mało, że trzeba było zaparkować gdzieś w przydrożnym rowie. Dobrze, że samochód z tych bardziej terenowych!
Na sali kłębi się tłum znajomych: Paprochy, Tomek Duda, Hubert czyli legenda Chodelki, inne twarze znane z poprzednich edycji Chodelki, a nawet Leszek, który zamiast na odwołany Mordownik dotarł w okolice Lublina.
Karty startowe, koszulki i nieubłagalnie zbliża się chwila startu. Wreszcie dostajemy mapy. W tym czasie za oknem zaczyna padać – Niż Genuański, który zalał dolny Śląsk i „zmył” Mordownik. Według prognozy ma padać mniej niż w Karkonoszach, ale suchą nogą nikt trasy nie przejdzie.
Dostajemy po dwie mapy formatu A3 i tylko co niektórzy dostają na mapę koszulkę (w odróżnieniu od koszulek na Człowieka, których nie zabrakło). Organizator omawia punkty kontrolne, czego właściwie nikt nie słucha, bo wszyscy ślepią w mapę, szacują swoje możliwości i rysują marszruty. Pomagam mojej firmowej ekipie wybrać kierunek i przewidywany schemat przejścia. Wreszcie zbliża się minuta startu.
![]() |
| Ekipa "Firmowa" gotowa do startu |
Wychodzimy na zewnątrz złapać GPSa, w oddali grzmi i błyska, deszcz wesoło pokapuje. Dostajemy sygnał startu. Ruszam w lewo, przed sobą widzę potencjalnych zwycięzców. O dziwo za mną biegnie Natalia (moja szefowa) i Kamil. A mieliśmy biec w różne strony! Po dłuższej chwili orientuję się, że to ja lecę nie w tą stronę co planowałem. No cóż, nie chce mi się wracać, a trasę można pokonać w obu kierunkach, choć w takim wariancie na koniec nie będę miał wielkiego wyboru przy wyborze punktów….
![]() |
| Start (zdjęcie organizatora) |
Kawałek asfaltu, potem las. W lesie ciemno i mokro. Wyprzedzam rowerzystów. Mam pierwszy PK 21. Kolejny punkt tuż obok – na azymut. Ruszam na oślep – zapadane okulary, mrok w lesie – można kierować się tylko igłą kompasu i omijać co większe, nieprzebieżne skupiska roślinności. Minimalnie nie trafiam na PK 22, ale jak widzę pretendenci do zwycięstwa mają większe problemy, bo ich doganiam.
Teraz w kierunku rzeki – na azymut. Spotykam Natalię z Kamilem, którzy nawet całkiem sprawnie podążają na PK 22. Rzeka, most, skręt w lewo i szukam PK 33. Dogania mnie jakiś rowerzysta i wskazuje drogę w las i jakiś jar. Wchodzę za nim w las, ale ten jar jakiś za mały. Przebijam się przez niewielki grzbiecik i w oddali błyska mi lampion przy dziurze jaskini. Docieram do jaskini, a lampion gdzieś się schował. Szukam w jaskini – nie ma. Wychodząc drugim wejściem wreszcie go dostrzegam - wisi ponad wejściem do jaskini, tak że bez zadarcia głowy do góry jest niewidoczny. A kto zadziera głowę przy padającym deszczu i podchodzeniu po stromym, mokrym zboczu?
Wracam nad rzeczkę i lecę dalej. Znowu spotykam firmowy zespół idący w kierunku jaskini – mam nad nimi jakieś 10 minut przewagi, ale i tak dobrze im idzie jak na „pierwszy raz”. Druga firmowa ekipa jak na razie nigdzie się nie pokazała.
PK 31 na końcu dłuuugiego wąwozu. Potem na skróty przez pole pełne mokrych dyń do PK 32.
![]() |
| Rozmoczone dynie |
Za PK 32 szukam drogi z mapy, tyle że nie ma jej w terenie. Przepływam rzeczkę (no dobra, rzeczka była do kolan) i znajduję asfalt. Troszkę naokoło, ale za to lepsza droga. Mija pierwsza godzina: na liczniku jakieś 7 km i 13 punktów przeliczeniowych. Czyli w normie. 8 godzin da zatem około 90 punktów i około 50 km. Oczywiście o ile uda utrzymać się tempo przemieszczania się i odnajdowania lampionów.
Dłuższy przebieg asfaltem. Niestety sporo pod górę, więc nie idzie tak szybko i lekko jak bym chciał. Wreszcie koniec lasu i skręt w lewo. Jest jakaś niby droga, ale wkrótce zanika. Przebijam się przez zarośla do lasu – tu jest jakaś „druga” droga. Nie jestem pewien, czy już nie przeszedłem lampionu, ale ryzykuję i prę do przodu. To słuszna decyzja, bo wkrótce coś mi błyska na czerwono.
Dalej prosta droga na przedmieścia Nałęczowa. Docieram wreszcie do wąwozu gdzie ma być „przydrożny krzyż na skarpie” i z daleka witają mnie okrzyki radości drugiej firmowej ekipy. Radość wywołują zjazdy ze skarpy od krzyża do srogi w niewielkim wąwozie. Jak widać humory dopisują, pomimo padającego deszczu.
![]() |
| Na przedmieściach Nałęczowa zaczyna się rozjaśniać |
Nałęczów. Szczyt górki Jabłuszko (PK 43) i bieg na szczyt góry Poniatowskiego. Po Nałęczowie jeżdżą meleksy pełne turystów – a ja czuję się trochę jak eksponat, bo wszyscy odprowadzają mnie spojrzeniami…
Przy PK 45 na górze Poniatowskiego znowu spotykam Natalię z Kamilem. Planują jeszcze zaliczyć PK 63 i wracać do bazy. Na czasomierzu właśnie mijają dwie godziny od startu, więc przy trasie 4-rogodzinnej to jak najbardziej właściwa decyzja z ich strony. Ja przez dwie godziny zdobyłem 26 punktów i przebiegłem prawie 15 km, czyli zgodnie z planem.
Ambitnie „cofam się” do PK 42 w malowniczym jarze. Tu spotykam spore tłumy uczestników i lecę na PK 52 na drugiej mapie. Teraz widzę, że nie był to optymalny wybór: zmieniając kolejność na 43-42-45-52 oszczędziłbym prawie kilometr!
Przebieg na PK 52 był trochę dziwny: trafiłem na park zdrojowy, mostki nad rzeczką, których nie było na mapie. Przez chwilę nie byłem pewien, gdzie jestem. Wreszcie zidentyfikowałem ulicę prowadzącą w górę w kierunku wąwozu PK 52. Docieram na górę, skrzyżownie, jest wąwóz, jest rozwidlenie, są barierki jak w opisie, tylko nie ma lampionu. Szukam tu i tam, a lampionu dalej nie widać. Filmuję moje poszukiwania dla potomności i organizatora i wreszcie dzwonię na numer alarmowy opisując sytuację. Opisuję barierki – zgadza się, kolejne barierki itp. Pewno lampion zginął – jednak to „środek miasta”... Ruszam dalej i nagle trafiam na kolejne skrzyżowanie dziwne podobne do tego gdzie ma być PK 52… Z wąwozu wychodzi ekipa z najmłodszym uczestnikiem… czyżby to było , a nie tam gdzie szukałem? Oczywiście! Jest jar, barierka , rozwidlenie i LAMPION! No cóż, kwadrans stracony na poszukiwania o kilkaset metrów wcześniej. Przed chwilą minęła trzecia godzina rogainingu: 20 km i 39 punktów, czyli „jak w zegarku”.
![]() |
| Moje poszukiwania PK 52 - tam gdzie szukałem była droga na wschód, zabudowania... |
Na punkcie dogania mnie jeden z ekipy potencjalnych zwycięzców. Na następny PK 63 lecimy razem. I tu mamy dylemat – PK 62 – niby niedaleko, ale opisany „Żeremia bobrów (jedna z wielu)” – nad samą rzeką, kropka na mapie po drugiej stronie rzeki, deszcz pada, wody wzbierają, żeremia to rozlewiska… Ryzyk-fizyk – idziemy na 63 – i tak jesteśmy mokrzy!
Rzekę udaje się sforsować bezstratnie (dzięki bobrzej budowli), rozlewiska ominąć górą. No, przez pokrzywy, ale jakoś się daje. Lampion jest oczywiście na najdalszym żeremiu, ale za to jaki malowniczy!
![]() |
| PK 62 |
Za to gorzej dostać się do następnego punktu. Krzaki, pokrzywy. Mapa mówi, że powinna być jakaś droga, ale w ternie coś jej nie widać. Ja wybieram wariant wąwozowy, a kolega gdzieś cichaczem ginie w gąszczu….
O dziwo wąwóz doprowadził mnie tam, gdzie trzeba, w miarę sprawnie zlokalizowałem PK 72. Czwarta godzina, tylko 25 km na liczniku (po krzakach tempo wyraźnie spada), ale za to przybywa 19 punktów i mam ich 58.
Kolej na długie przebiegi. Najpierw PK 81. Zajęło to ponad 30 minut (4 km). I teraz dylemat co dalej: czy „bezpiecznie” PK 94 i powrót przez 71-52-11, czy „iść na całość” i zaliczyć dwie dziewiątki? Czasu jest tak „na styk”, ale to normalne w rogainingu. Jeszcze raz kalkuluję i podejmuję ryzyko. Gdybym osłabł lub coś się nie zgadzało w terenie najwyżej wezmę tylko 94 – także powinienem mieć wtedy zapas czasu. Do PK 93 jest około 6-ciu kilometrów. Asfaltem, ale znowu „pod górę”. Ma to zaletę, że w drodze powrotnej będzie „z górki”, a wiadomo z czasem nogi są bardziej zmęczone.
Piąta godzina dopada mnie na 3 km przed PK 93, na 32 kilometrze (dorobek punktowy: 66), szósta na 39 kilometrze chwilkę przed PK 94 (dorobek punktowy przyrasta wolniej tylko: 75 punktów).
PK 94 znajduję bez problemu, zostaje godzina i 50 minut czasu, do mety ponad 10 km. Powinienem zdążyć.
Nie znajduję dróg „na skróty” i prę asfaltem – jedyną pewną trasą na mapie w kierunku PK 71. PK 71 jest na górce – znajduję właściwą (błotnistą) drogę i pnę się pod górę wąwozem. Tu zastaje mnie 44 kilometr.
![]() |
| Klubowy 44 kilometr. |
PK 71 zaliczam w szóstej godzinie zawodów (45 km, 90 punktów). Zostaje mi wyczołganie się z wąwozu i powrót do bazy. Po drodze są dwa punkty: PK 53 i PK 11. Niestety droga (ta grubsza na mapie) okazuje się błotnistą breją. Ta mniejsza prowadząca na PK 53 pewno jest w jeszcze gorszym stanie. Nie ryzykuję, bo zaliczenie PK 53 wydłuża trasę co najmniej o kilometr, a kawałek jest wyraźnie na azymut. Przy tej jakości drogi, rozmiękłej po deszczu biegać średnio się daje.
![]() |
| Błotnistą drogą w kierunku mety |
Idę bezpośrednio na PK 11. Poruszam się szybkim marszem i gdzieś tam doganiam i wyprzedzam Joasię. Na koniec, gdy droga się poprawia, podbiegam by zaliczyć ostatni PK 11. Zmęczenie dało się we znaki, bo lampion wisiał znacznie dalej niż się spodziewałem. W każdym razie docieram na metę z czterominutową rezerwą. Dobrze że nie poszedłem po ten PK 51, bo znowu spóźniłbym się „sześć minut”.
Analizując na zimno: poszukiwania PK 52 – 15 minut straty, zła kolejność PK w Nałęczowie – kolejne 5 minut straty. Oczywiście mogłem szybciej biec, ale te dwa proste błędy pozwoliłyby mi zaliczyć PK 51. Z tego co widzę nic by to nie dało. Dopiero dodanie 5-6 km dałoby wynik trzycyfrowy. Jeszcze za słabo biegam;-( Ale za rok się odkuję;-)
A na deser można to wszystko obejrzeć:
czwartek, 22 września 2022
6 minut
Ten tekst przeczytasz w 6 minut.....
Rajd Źródeł Chodelki jest specyficzną imprezą w PMnO. Lokalizuje się gdzieś tak pomiędzy Jaszczurami, Skorpionem, a Roztoczańską 13. Rzadko zaglądają tu biegacze z Top Ten PMnO, bo wymiar imprezy jest bardziej przygodowy niż sportowy. Przygodowy przez: specyfikę map - weźmy jak najgorszą dostępną mapę np. 100-kę przeskalujmy na 50-tkę, dobór punktów - punkty są bardziej krajoznawcze, często przy głównych drogach i rzadko dające możliwość powalczenia z wariantowością oraz technologię - częste błędy na mapach, płaskie lampiony itp. Ale Chodelka należy do tej magicznej triady z Lubelszczyzny – razem ze Skorpionem i Roztoczańską 13 zahacza o wąwozy, sady, czasem sporo błota i … rodzinna atmosfera. I najważniejsze - rogaining. Może ubogi pod względem możliwości wyboru wariantów, ale zawsze;-)
Rok temu nie udało mi się pojechać na Chodelkę – może i dobrze, bo była to edycja „podwodna” ;-). W tym roku zapowiadało się lepiej, zwolnił mi się termin, więc w ostatniej chwili podjąłem decyzję wyjazdu. Wyszedł wyjazd razem z Tomkiem Dudą – potencjalnym zwycięzcą;-)
Tym razem baza w remizie OSP w Słotwinach. Taki koniec świata. Nawet telefony komórkowe nie działają;-). Pogoda dopisuje – słoneczko wygląda zza chmur i przed startem zmieniam koszulkę na taką z krótkim rękawkiem.
Odprawa. Mapa A3 + rozświetlania. Ale koszulki na mapę już nie ma – dobrze, że mam swoją. I zaczyna się zabawa. Na mapie są powielone punkty 63 i 64 – trzeba je przemianować. Na niektórych rozświetleniach nie ma numeru PK. PK 13 na samym końcu mapy to tylko drogowskaz do PK 92. PK 81 w rozwidleniu jarów niedostępnym przez wiatrołomy. Ot, takie typowe odprawowe informacje;-)
Mapa pozwala na dwa warianty: na wschód od bazy – można uzbierać około 50 PP, punkty są blisko siebie, znacząco mniej niż 50 km, tyle że po nich mało czasu, by dotrzeć na zachodnie, najbardziej wartościowe PK. Wariant zachodni, gdzie można zebrać ok. 100 PP, ale są długie przebiegi i nie ma możliwości sensownego skrócenia trasy, gdy coś nie wyjdzie. Na zachodzie są dwa skupiska punktów i właściwie pozostaje tylko decyzja czy najpierw te południowe, czy północne.
![]() |
| W prawo czy w lewo? fot. D.Czechowicz |
Ruszamy w większości na wariant zachodni. I to w wersji południowej. Pierwszy PK 11 - kapliczka przy asfalcie – niecały kilometr od bazy. Wszyscy biegną tempem na rekord świata. Ja jakoś zostaję lekko z tyłu;-(. Przy kapliczce widzę grupę najlepszych skręcającą w prawo na PK 53 i 54 – czyli jednak oni wybrali wariant północny – ja nie czuję się na tyle mocny, by tak zaryzykować. Tu na powrocie jest z 15 km tylko z trzema dość wartościowymi PK i to trochę poza optymalną trasą. Jak będzie brakowało czasu to spora strata punktowa, a te 15 km trzeba przebiec.
PK 32 wydaje się banalny – na prawo od asfaltu, przed zabudowaniami Karczmisk ma być droga gruntowa i ze 100-200 m dalej jar, a tam w jego rozgałęzieniu lampion. Jest nawet rozjaśnienie. Na nim to samo. Jest droga wprawo, gdzieś tam widać zarośla – wszyscy skręcają, ja także. Dogania mnie Hubert, który wybiega z jakiś krzaków - widać szukał jaru wcześniej. 100, 200, 300, 400 metrów - jaru nie widać. Konsternacja. Z Hubertem zbiegamy do zabudowań. Tu znajdujemy tych, co biegli przodem. Burza mózgów. Dla mnie jest stanowczo „za daleko od asfaltu”. Innym chyba także, więc wracamy przez wieś do głównej drogi wypatrując jaru – miał dochodzić do zabudowań. Jest asfalt, jaru nie ma! Ja, Hubert i jeszcze jeden zawodnik wracamy asfaltem (można namierzyć się z naświetlenia) w poszukiwaniu właściwej drogi gruntowej, zaś dwójka zostaje w miejscu i coś kombinuje. Przebiegamy 100 czy 200m i drogi nie ma, ale po drugiej stronie asfaltu widać krzaki jakby tam był jar. Olśnienie! Na rozjaśnieniu nastąpiło skomasowanie mapek w taki sposób, że wszyscy patrzyliśmy na asfalt z innego wycinka! A asfalt rzeczywisty puszczony został drogą gruntową z mapy i jaru trzeba szukać po drugiej stronie drogi! Teraz wszystko się zgadza! Ta dwójka co została w wiosce musiała na to wcześniej wpaść niż my! Taki drobiazg, a wyszło pond 2 nadmiarowe kilometry na punkt o wadze 3!!
![]() |
| Poszukiwania PK 32 |
Teraz ponad 3 km na PK 47. Trochę asfaltem, potem przy lesie. Może nie w pełni optymalnie. Gdzieś tam miejscowi pracujący na polu z zainteresowaniem pytają czego szukam. Jak to czego? Dębu! Mówią, że dobrze biegnę, prosto do asfaltu, a potem za boiskiem. Wprawdzie na mapie nie ma żadnego asfaltu, boiska, a nawet drogi przy tym PK, ale wiadomo - mapa stara…
Jest wreszcie dąb Władek z Zagrzempy (tak jest napisane na mapie jakby ktoś się pytał). No, może dąb to za dużo powiedziane – raczej pozostałości po bardzo solidnym drzewie. Ale ciągle zielone!
Gdzieś tam na horyzoncie przede mną mignęły mi jakieś sylwetki. To pewno Hubert i ta parka co dobrze poradziła sobie w Karczmiskach.
Przez las do PK 63 – w opisie wyczytałem „leśne miejsce na ognisko”, ale okazuje się że to kapliczka. Złożenie mapy w koszulce poskutkowało złączeniem dwóch opisów;-) Przed PK 63 widzę konkurencję odbiegającą od PK – ich przewaga trochę stopniała!
Kolejny PK ma numer 71. Grodzisko za rzeką – Chodelką. Biegnę leśnymi drogami – na mapie jest jedna, w terenie co chwila się rozwidlają, więc na azymut w poszukiwaniu mostu.
Od punktu odbiega konkurencja. Utrzymuję dystans. Niestety, nie znajduję lampionu od razu. Myli mnie opis „Kępa drzew na zewnętrznym wale”. Szukam jakiś wałów, ale nie znajduję – a lampion dynda wesoło na drzewie na skraju łąki, a wału nie widać…
Teraz kolej na pierwszą dziewiątkę – PK 91. Opis wydaje się zwyczajny „Wierzba pomiędzy chatami, a Chodelką”. Zaraz za mostem widziałem sensowną drogę, nawet ze szlakiem rowerowym w tamtym kierunku. Próbuję ściąć przez łąkę, ale okazuje się, że to jakieś zaorane pole z odrostami i człowiek zapada się po kostki w ziemi. Wracam więc kulturalnie drogą do mostu. Do punktu jakieś dwa kilometry. Droga porządna, ale biegnie bliżej rzeki niż ta zaznaczona na mapie, za to idealnie na punkt. Do punktu już niedaleko, a droga zaczyna być mokra. Najpierw daje się wodę ominąć bokiem, niestety tylko przez chwilę. Buty mokre – brnę dalej. Na mapie owszem, jakieś niebieskie kreski, ale co się stało z tą porządna drogą, że nagle zanikła? Próbuję wałem nad rzeką, ale tu jeszcze gorzej – pokrzywy, chaszcze. Widzę ze 150 m przed sobą wierzbę (chat nie, ale to jedyna wierzba w okolicy) tylko jak do niej dojść? Wreszcie się udaje! Okazuje się, że to jakiś skansen! Przypominam sobie, że na tym szlaku rowerowym było coś o skansenie Żmijowisko i odległości 2.9 km. Pewno szlak rowerowy omijał lukiem tereny podmokłe. Zyskałem może 900m, ale jakim kosztem!
Czas lecieć dalej, do PK 82 – czyli kolejnego grodziska (opis: pagórek w sadzie). Na szczęście porządną drogą. Na mapie koło tego grodziska są narysowane tory kolejowe. Oczywiście nie ma po nich śladu. Zamiast torów jest asfalt. Patrzę na te sady wypatrując pagórka. Jakoś płasko. O jest jakieś odkształcenie terenu. Nie powiem, że imponujące – może wystaje metr nad poziom gruntu? Ale wisi lampion na jakimś starym słupku ogrodzeniowym. Wtem z najmniej spodziewanej strony – z krzaków wychodzi konkurencja. Myślałem, że oni są kilka km przede mną, a tu taka niespodzianka. Jak widać chodzenie na azymut nie zawsze popłaca!
Mam zaliczony południowo-zachodnie zgrupowanie punktów. W sumie 38 PP. Teraz bezproduktywny przebieg ponad 5 km na kolejne skupisko punktów. Którędy? Moje doświadczenie z Chodelką przy PK 91 nie zachęca do kierowania się jej brzegiem. Nie wiadomo czy tam jest jakaś droga, czy nie. Widać asfalt wychodzący poza mapę, ale taki, który powinien doprowadzić mnie do mostu przy Małe Dobre. Pewno z kilkaset metrów dalej, ale droga lepsza. Konkurencja podpytuje jaki wariant wybieram – widać, że wahają się przed próbą szukania skrótu. Jednak chyba ostatnie doświadczenie ze skrótami trochę ich onieśmiela przed kolejnym takim działaniem. Ruszamy asfaltem. Kurczę, skąd ludzie mają tyle sił do biegania? Mi już nogi wchodzą w 4 litery, stopy zaczynają palić od asfaltu (inov-8 nie nadają się na asfalty!) Zostaję coraz bardziej w tyle. Po drodze sklep – przywraca mi chęć do życia puszka zimnego bezalkoholowego Radlera! Oczywiście konkurencja znika za linią horyzontu.
Zmaltretowany docieram do PK 62. To jest ławeczka z miejscem na ognisko i punktem widokowym na przełom Wisły. A przy podejściu na punkt zaczyna się pojawiać konkurencja biegnąca wariantem południowym. Raczej ta wolniejsza, bo ja mam na liczniku dobrze ponad 30 km.
![]() |
| Przed PK 62. fot. D. Czechowicz |
Teraz nawigacja na rozjaśnieniu w postaci ortofotomapy. Sama przyjemność! PK 65 kępa drzew przy drodze. PK 83 tuż obok, tyle że na skarpie. Nie wiem ile metrów (wydaje się, że ze 100 w pionie) do góry, ale strasznie stromo. Widzę, że ktoś pnie się po skarpie w górę. Para z którą podbijam lampion także postanawia zmierzyć się z zadaniem alpinistycznym. W pierwszym odruchu próbuję iść za nimi, ale zatrzymują mnie krzaki i świadomość, że jak zlecę, to żadnej pomocy (telefon także nie działa - przed chwilą Renata próbowała mnie wydzwonić, ale łączność byłą jednostronna), a i wchodzenie w tym miejscu nie jest optymalne – potem trzeba ominąć jakiś żleb. Cofam się do zabudowań – tam powinno być jakieś wejście na skarpę. Niestety to ślepy zaułek. Droga kończy się na posesji, a tablice ostrzegają o groźnych psach pożerających żywcem, strzelaniu bez ostrzeżenia do intruzów…
Wracam się – może na skarpę wejdę gdzieś dalej. Spotykam Huberta idącego z naprzeciwka, ale wejścia na skarpę brak. Zerkam na mapę – wracając z PK 92 akurat mogę przejść przez ten punkt na skarpie.
PK 64 pod mostem – oczywiście po drugiej stronie rzeki. To normalnie znęcanie się nad uczestnikami:-)
Teraz kolej na najdalsze punkty: PK 13 i PK 92. Znajduję całkiem dobrą drogę – malowniczo wiodącą przez sady pełne owoców. W oddali gdzieś z lewej wybiega (chyba) parka, z którą się ściągam od początku. Znaczy mają już PK 92 i lecą na PK 81 wariantem, o którym myślałem wcześniej – więc pewno mają już zaliczony ten lampion na skarpie. Sporo mnie wyprzedzili!
Powinien być gdzieś tu PK 13. Ale lampionu brak! Nic to, idę nad Wisłę by dotrzeć do ujścia Chodelki. Koniec pól - jest ścieżka prowadząca do punktu. Może to tu powinien być ten PK 13? Ale także i tu lampionu brak. Idę w dół skarpy. Jest lampion PK 92! Można wracać. W opisie PK 13 jest tylko „koniec ścieżki”, więc na wszelki wypadek sprawdzam ścieżkę idącą na górze skarpy – kończy się trochę dalej za sadem ze śliwkami, ale na odprawie było mówione, że PK13 wskazuje ścieżkę, którą dochodzi się do PK 92. Nie ma co szukać tak mało wartościowego PK, wpisuje BPK i tyle. Coś zaczyna popadywać deszczyk. Z dołu wspina się Adam – wkurzony, bo do ujścia Chodelki szedł po krzalach nad rzeką. I wcześniej kilka razy namierzał się na PK 81, którego nie znalazł. Mnie ten PK 81 dopiero czeka.
![]() |
| Punkt, którego nie było czyli feralna 13-stka |
Wracamy w kierunku PK 83. Po drodze mijamy rowerzystów i innych uczestników. Na ortofotomapie jest droga prowadząca na skarpę. Przy granicy lasu Adam nie wytrzymuje i rzuca hasło – na azymut przez pole i las. Trochę wcześnie, ale co - nie jestem cienias – idę przebijać się przez krzaki. Za chwilę mamy porządną ścieżkę prowadzącą górą skarpy i drzewo z lampionem. Z góry śliczna panorama, a w dole widać drzewo z lampionem 65. Niby tak blisko, a zarazem tak daleko! Okazuje się, że Adam nie ma zaliczonego PK 65 i musi zejść na dół. W pierwszym odruchu próbuje zejść bezpośrednio przy punkcie, ale szybko się cofa. Jednak gdy dochodzimy do żlebu nie wytrzymuje i rusza w dół – widać, że ktoś tu lazł, więc może się uda.
Ja truchto-drepczę górą skarpy, porządną drogą gdzieś tak w kierunku punktu 62. Konkretnie do drogi, która widzie w dół do PK 62. Z mapy wynika, że jak skręcę w lewo, to po 200 m dojdę do jaru z PK 81. Jest jar! Teraz kilometr jarem. Niestety jar jest mocno zabałaganiony. Sporo krzaków, powalonych drzew. Mi po czterdziestym kilometrze kiepsko zginają się plecy. Gdy muszę przeciskać się pod zwalonymi drzewami – nie jest łatwo! Na odprawie mówiono coś z o zwalonej sośnie koło lampionu. Podobno sosna jest tu unikatowa. Ale okazuje się, że po drodze zwalonych sosen są dziesiątki! Nie jest wcale taka unikatowa w tym jarze! Unikatowa za to jest dziura wymyta przez wodę. Łagodny jar i nagle uskok tak ze 3-4 metry w dół pionowej ściany! Trzeba jakoś bokiem obchodzić, bo do zeskoczenia bezstratnego za wysoko.
Po kilometrze jest złączenie jarów i jest lampion. Abstrakcyjnie wysoko – jakby nie można było powiesić na dole!
Czasu zaczyna robić się mało. Wychodzę wreszcie z jaru i odnajduję asfalt. Akurat mija 44 kilometr. Patrzę na zegarek. Gdybym był w stanie biegać jak na początku, zdecydowałbym się na wariant przez PK 54 i 53. Ale nogi ciężko chodzą – nie dam rady. Zostaje tylko PK 55. Marszobiegiem przemieszczam się do przodu. Asfalt i asfalt. Mam dość. Jest wreszcie PK 55. Zostało niecałe 50 minut czasu i jakieś 5 km w linii prostej do bazy. Ale w linii prostej się nie da czyli 6-7. Najpierw drogą pseudasfaltową. Ma być skrót w lewo. Jest jakaś droga polna. Skręcam. Droga robi się coraz gorsza. Wchodzi w las i pojawiają się co chwila na drodze zwalone drzewa… Nie wiem czy był to dobry pomysł z tym skrótem! Przebijam się jakoś (wolno) do asfaltu. Zostało 27 minut i ponad 4 km asfaltem naokoło. A może by skrótem? Widzę drogę w dobrym kierunku. Skręcam. Najpierw jest fajnie, a potem… zwalone drzewa. Wszędzie. 1800 m w 16 minut;-( Asfaltem naokoło byłoby pewno tyle samo odległości, ale szybciej o jakieś 3-4 minuty. Do bazy prawie 2,5 km i 9 minut. Nie wyrobię się. Po drodze jeszcze PK 23 tylko 10m od asfaltu - zawsze choć jeden punkcik na plus. Gdyby nie te fatalne decyzje ze skrótami przez las miałbym szansę zdążyć w limicie. Wtedy miałbym podium. Te feralne 6 minut mogłem wydziergać mniej filmując, nie pijąc piwa, zalepiając sznurowadła taśmą, by mi się nie rozwiązywały, albo choćby nie polec na PK 32…
![]() |
| Feralne skróty... |
A tak jak zwykle 4-te miejsce… Gdyby była choć klasyfikacja weteranów;-)
środa, 21 września 2022
V Rajd Źródeł Chodelki TV
Na początek nietypowo bo tylko ruchome obrazki. Relacja słowna także będzie;-)
sobota, 26 września 2020
czwartek, 17 września 2020
Rajd Źródeł Chodelki, tylko po co?
Tym razem postanowiliśmy wyspać się we własnym łóżku i na start pojechać rano. W końcu to tylko dwie godziny jazdy. W bazie niewielu znajomych, bo większość wybrała Mordownik, ale był Hubert i Staszek, więc Tomka aż podrywało do rywalizacji.
Mapy dostaliśmy prawie pół godziny przed startem, był więc czas na ustalenie wariantu, ale oczywiście do ostatniej chwili nie mogliśmy się zdecydować.
W końcu postanowiliśmy pobiec na zachód. Jako nieliczni za bramką skręciliśmy w prawo, bo większość wybrała wariant "na północ". Zupełnie nie wiem po co, Tomek koniecznie chciał na początek brać PK 11, zamiast od razu lecieć na 34 i dopiero widok coraz bardziej oddalającego się Staszka wybił mu z głowy tracenie czasu na taki marny punkt.
Do 34 biegło się wygodnie drogami i dopiero końcówkę skracaliśmy przez pola. Lampion zgodnie z opisem wisiał na ogrodzeniu hydroforni. Tomek co kilka kroków dopytywał się, czy mam siłę i jak się czuję i był wyraźnie zawiedziony, że wciąż chce mi się biec. Wiadomo - beze mnie poleciałby szybciej.
Do rozwidlenia rowu z PK 22 najpierw polnymi drogami, potem asfaltem i w końcu polami - łatwy punkt bez kombinowania i stosunkowo blisko od poprzedniego. Dałam radę. Gdybym szła sama na kolejny PK 42 oczywiście poleciałabym naokoło asfaltem, bo zawsze wybieram drogę najmniej optymalną i zupełnie nie wiem dlaczego tak robię. Jakoś z automatu to się dzieje. Na szczęście Tomek poprowadził nas logiczniej, krócej i bezasfaltowo - polnymi drogami. I bynajmniej wcale nie był to jakiś skomplikowany nawigacyjnie wariant, zwykła logika.
Z 42 na 52 czekał nas długi przelot asfaltem poza mapą, ale na odprawie organizator potwierdził, że faktycznie najlepiej tak biec i po drodze nie ma żadnych zmyłek. Po drodze zatrzymaliśmy się przy sklepie i zaserwowaliśmy sobie zimne piwo - smakowe i bezalkoholowe.
Szłam tym asfaltem, szłam, szłam i szłam - do Chodeli, przez całe miasto, potem na północ (na Lublin jak informowały drogowskazy), po odkrytym terenie, a słońce grzało i grzało i końca wędrówki nie było widać. Co gorsza, przy każdym przyłożeniu kompasu do mapy, miałam wrażenie, że droga biegnie inaczej niż na mapie, bardziej na północ niż północny wschód. Noż kurna, jeśli ona faktycznie biegnie inaczej, to przecież nawet nie wiem czy ten PK 60 nie wyląduje mi czasem wręcz po prawej stronie drogi, a nie lewej... Rozglądanie się żeby wypatrzyć odpowiedni lasek (co to na jego skraju miał wisieć lampion) oczywiście nie miało najmniejszego sensu, bo mapa sprzed kilkudziesięciu lat przedstawiała zupełnie inny krajobraz niż ten obecny.
- A na wuja mi w sumie ta sześćdziesiątka? - pomyślałam w końcu rozsądnie i pomaszerowałam dalej. Wydawało mi się, że przeszłam już ze sto kilometrów i jestem nie wiadomo gdzie, kiedy nagle ujrzałam tabliczkę z nazwą miejscowości: Trzciniec. Zaraz, zaraz - w Trzcińcu to chyba jakiś krzyż miał być. No tak - PK 43. Umknęło mojej uwadze, że jeśli, jak sądziłam, zniosło mnie na lewo to nie mam prawa być w Trzcińcu, a skoro jestem, to jednak nie zniosło, a jak nie zniosło, to jestem nie na tym krańcu miejscowości, co poszukiwany krzyż. No zaćmiło mnie całkowicie i opętana punktem 43 szukałam krzyża. Nooo, dwa nawet znalazłam, tyle, że przy żadnym nie wisiał lampion. Może gdybym wyciągnęła obie mapy z koszulki i złożyła je razem, doszłabym w czym tkwi błąd, ale zwyczajnie mi się nie chciało. Nie ma, to nie ma - trudno. Ostatecznie przecież nie umrę bez tego punktu. Tylko co dalej? Samotne uklepywanie kolejnych asfaltów było po prostu nudne, postanowiłam więc kierować się w stronę bazy. W pierwszym przybliżeniu ruszyłam na południe z lekką odchyłką na wschód. Ponieważ zakładałam, że jestem gdzieś przy PK 43, miałam nadzieję wylądować w okolicy PK 51. Jakież było moje zdziwienie, gdy po półgodzinnym spacerze przed oczami zobaczyłam tabliczkę: Huta Borów. Nie zupełnie tu spodziewałam się być, ale przynajmniej byłam zlokalizowana. Stanęłam przed strasznym dylematem - lecieć po 43 co to już wiedziałam gdzie jest, czy odpuścić. Sił już nie miałam prawie wcale, ale z drugiej strony nachodzić się tyle kilometrów i żadnego punktu nie zgarnąć, to trochę szkoda. Polazłam. Krok za krokiem, powolutku, jeszcze wolniej i w końcu - jest! Nooo, to był uczciwy krzyż, a nie takie byle co, które przy "poprzednim" Trzcińcu znalazłam.
Na 51 mogłam pójść dość wygodnie drogami, przez wieś, ale ja oczywiście wybrałam wariant przez pola, łąki i chabazie, czyli pod linią wysokiego napięcia i dopiero potem drogą. Ale za to na jednej z plantacji malin spotkałam sympatyczne tambylczynie, którym musiałam dokładnie wyjaśnić o co w naszej zabawie chodzi i tylko nie wiedziałam co im odpowiedzieć na pytanie: a po co? Sama za cholerę nie wiem: po co??? PK 51 to źródełko przy skrzyżowaniu. Organizator na odprawie mówił, że ze źródełek można pić, więc nachyliłam się nad nim żeby zaczerpnąć wody, a tam... dwa szczurze ścierwa. Jakoś mnie natychmiast przestało męczyć pragnienie. Tylko dłonie pomoczyłam chwilę w Chodelce, co obok płynęła, bo miałam już spuchnięte jak balony.
Sił już nie miałam prawie wcale i ciągnęło mnie do bazy, ale patrząc na zegarek tak optymistycznie sobie pomyślałam, że może uda się po drodze wziąć 40, 33, 32 i 10. No dobra, nie przeliczyłam ile to kilometrów. Na mapie wyglądało to wszystko tak blisko siebie. Kiedy doszłam do skrzyżowania, co to jedna droga leci na Wierzchowiska, a druga na Kłodnicę, oczywiście, że skręciłam na Kłodnicę.
- Co mi w sumie przyjdzie z tych PK 40, 33, 32? - pomyślałam. No bo w sumie - co?
Do Borzechowa myślałam, że już nie dojdę. Oprócz tego, że nie miałam sił, moje plecy przypomniały sobie o ukrytej gdzieś tam w nich dyskopatii i dalej zaczęły nawalać mnie po całości. Zaliczyłam każdy przystanek autobusowy, na którym była ławka (uff, na wszystkich była), więc moje tempo chwilami spadało do zera. A czas leciał. Gdzieś tam po drugiej stronie Chodelki był punkt 31, ale był mi już całkowicie obojętny. Tak tylko teoretycznie pomyślałam, że jest do wzięcia, na zasadzie stwierdzenia faktu.
Musiałam przedstawiać sobą dość żałosny widok, bo kilka samochodów zwolniło przy mnie, a zatroskani kierowcy pytali, czy gdzieś mnie podwieźć. Z bólem serca konsekwentnie odmawiałam, na szczęście nikt nie pytał dlaczego, bo głupio by mi było powiedzieć, że biorę udział w zawodach. Jakoś to nie korespondowało z moim wyglądem.
Ostatni punkt miał być na drodze, którą i tak miałam wracać do bazy, więc cieszyłam się, że chociaż ten jeden jeszcze zgarnę. Kawałek przed miejscem gdzie miałam zejść z asfaltu w polną drogę spotkałam rowerzystę, który radośnie oznajmił, że punktu nie znalazł. No ale jak to? Przecież musi być! Szłam noga za nogą i co jakiś czas zerkałam na drzewa po prawej i po lewej stronie. Kurła, no faktycznie nie ma! A pies z nim tańcował! Nie ma, to nie ma. Jak potem pokazał mi Tomek na filmie, punkt wisiał, nawet nie schowany, tyle, że najwyraźniej powyżej linii mojego wzroku, bo przecież nie miałam już siły głowy podnosić.
Rajd Chodelki upewnił mnie, że najwyższa pora na dłuższą regenerację, a potem wzięcie się za siebie - odtłuszczenie i wyhodowanie jakichś mięśni. Bo na razie to totalny dramat kondycyjny.
Przewlokłam się 40 kilometrów, zajęło mi to niemal cały limit czasu, przyniosłam tylko 23 punkty przeliczeniowe i jeszcze puchar dostałam. Normalnie śmiech na sali i żenada. I tak poza wszystkim, żeby sobie pobiegać po asfalcie cały dzień, to wcale nie musiałam jechać aż na rajd, pod domem też mam asfalt.
sobota, 14 września 2019
wtorek, 10 września 2019
Do źródeł Chodelki.
W sobotę rano przybyli miejscowi uczestnicy i zgromadziła się całkiem spora grupa. Rankiem dotarły także ciasta domowej roboty, na widok których szczęki nam opadły, a ślina obficie napłynęła do ust. Na szczęście organizator nie był świnia i pozwolił jeść od razu. Opędzlowałam trzy kawały, aż mnie zatkało.
O dziewiątej odbyła się odprawa i dostaliśmy mapy. Trochę wymiękłam, bo mapa okazała się w dość średniej jakości wydruku, co przy skali 1:50000 ma znaczenie. Jeszcze gdyby były rozświetlenia... A żeby nie było za prosto, dodatkowo mapa pochodziła z lat sześćdziesiątych, jak radośnie obwieścił organizator. Do wyboru mieliśmy coś koło 40 punktów o różnej wartości i wcale nie było łatwo zdecydować się jaki wariant wybrać. Szczególnie, że trzeba było brać pod uwagę zarówno opcję optymistyczną, jak i pesymistyczną. W ogólnym zarysie wyszło nam, że trzeba lecieć jak najbardziej na północ, a powrót będzie zależał od okoliczności.
Podobnie jak wielu uczestników zaczęliśmy od PK 21, więc przy punkcie był tłok jak na Marszałkowskiej. Ot, taki łatwy punkt na rozgrzewkę. Ponieważ żar powoli zaczynał lać się z nieba, bardzo cieszyłam się na kolejny punkt - drzewo przy rzeczce i mniej z powodu drzewa, a bardziej z powodu rzeczki. Tak byłam spragniona ochłody, że powróciłam do tradycji moczenia czapeczki od spodu (czyli kostki, kolana, pas, szyja, głowa i czapeczka), z tym, że rzeczka okazała się za płytka i musiałam poprzestać na kostkach, a czapeczkę zmoczyć metodą zanurzania. Co prawda wyjątkowo tym razem nie użyliśmy na odnóża sudokremu, bo przecież sucho i moczyć się nie będziemy, ale miałam nadzieję, że mokre skarpety mnie nie obgryzą ani innych szkód nie uczynią.
Prosto drogą na północ mieliśmy PK 35, ale trochę kusiło nas odbić na zachód po 24. Opanowaliśmy jednak nasze żądze i po chwili zgarnialiśmy punkt w rogu cmentarza. Tych cmentarzy z czasów pierwszej wojny światowej mieliśmy po drodze zaliczyć więcej i tak trochę poczułam się w klimacie Jaszczura. Szczególnie, że i karta startowa była taka mocno jaszczurowata, czyli cienki wydruk naklejony na tekturkę. Może to i mało praktyczne, ale jakże klimatyczne:-) Kurcze, nawet organizator taki jakiś w typie Malo:-)))
36 przy skrzyżowaniu dróg był prościutki i już się zaczęłam cieszyć, że mimo nieczytelnej i starej mapy idzie nam tak dobrze. Przed kolejnym punktem - czterdziestką - ostrzegał na odprawie organizator, że ciężko znaleźć i właściwie to nawet powinien być za dziewięć punktów i w ogóle. Ja to nawet byłam skłonna od razu go odpuścić, bo licho wie ile czasu można stracić, ale Tomek się zaparł, że znajdziemy. Cóż, nasze pojęcie źródełka nieco odbiega od tego co zastaliśmy w miejscu oznaczonym lampionem. Źródełko, którego przez dłuższą chwilę szukaliśmy w lesie, było tuż przy zabudowaniach, szło się do niego przez wypielęgnowany trawnik i było to właściwie małe oczko wodne, a drewnianego domku z zielonym dachem to w ogóle nie widziałam. A tak poza wszystkim to punkt stał w niewłaściwym miejscu, jak pokazał nam potem ślad gps. Skoro była woda, to oczywiście znowu zmoczyłam czapeczkę, ale tym razem bez wpadania do wody:-)
37 i 38 znaleźliśmy bez problemu, chociaż wychodząc ze źle stojącej czterdziestki, nie wstrzeliliśmy się w planowaną drogę. Tym niemniej PK 37 był w tak charakterystycznym miejscu, że nie mieliśmy problemów z dojściem przez pola.
51 - karłowata sosna w środku niczego, czyli według mapy szczerego pola, była o tyle podchwytliwa, że po drodze minęliśmy kilkadziesiąt takich sosen i w sumie każda pasowała, ale z pomiaru odległości udało się wyizolować tę właściwą. Gratisem do przygody było przejście przez pole kukurydzy. Człowiek się od razu czuje jak w jakimś filmie, gdzie złe moce ścigają w wielkim łanie kukurydzy jakieś ucieleśnienie niewinności. Nasz łan był co prawda mały, kukurydza dość wątła i nic (poza czasem) nas nie ścigało, ale fajnie sobie pofantazjować.
Do kolejnego PK - 44 prowadziła prościutka droga, a przy punkcie spotkaliśmy mijanego wcześniej kilkakrotnie uczestnika, którego od razu zatrudniliśmy do roli fotografa, bo na punkcie z naszym klubowym numerkiem fota być musi.
Do 71 wygodnie drogami, bez żadnych atrakcji i myśleliśmy, że z 92 będzie podobnie, bo przecież nie sposób nie trafić do jeziorka położonego przy drodze. A jednak. Przez 30 minut krążyliśmy po lesie usiłując orientować się według mapy, według wskazań napotkanych innych uczestników, według intuicji, według znaków na ziemi i niebie. Kilkakrotnie byliśmy dosłownie o metry od celu i zbyt wcześnie wycofywaliśmy się, bo wydawało nam się, że to już za daleko. Mocno niefartowny punkt.
Nie dość, że przekombinowaliśmy z tym jeziorkiem, to jeszcze zamiast odejść od niego jak cywilizowani ludzie - drogą, my oczywiście poszliśmy jakimiś małymi dróżkami i krzaczorami trochę sobie tym sposobem nadkładając drogi. Dobrze, że chociaż źródełko z PK 82 znaleźliśmy bez problemu.
Przy obydwu "mokrych" punktach mieliśmy problemy z kredkami. Może i te ołówkowe są fajne i dobrze się nimi pisze, ale jak się złamią to umarł w butach - nic nie nagryzmolisz. Na szczęście Tomek ma mocne zęby więc pracowicie niczym bóbr obgryzał kolejne kredki, żeby dostać się do rysika. Na marsze to czasem nosimy temperówkę, ale żeby brać na pięćdziesiątkę to nam do głowy nie przyszło.
Po PK 83 musieliśmy podjąć decyzję - co dalej? Konfrontując zegarek z mapą oraz moją kondycją wyszło nam, że nie ma co ryzykować chodzenia za drogę 747 i trzeba zacząć myśleć o powrocie. Tym sposobem odpuściliśmy optymistycznie zaplanowane na starcie PK 72, 91 i 81. Ale trzeba mierzyć siły na zamiary, a nie odwrotnie.
W związku ze zmianą planów mieliśmy teraz długi pusty przelot na PK 74. Koniec tunelu/przepustu okazał się abstrakcyjną betonową budowlą w środku lasu, bez żadnych dochodzących do niej dróg.
PK 43 następujący po 74, tak się złożyło, był po drugiej stronie Chodelki niż my. Kiedy tylko doszliśmy do rzeczki, postanowiłam od razu włazić w wodę, żeby już nie było odwrotu. Bałam się, że Tomek będzie chciał szukać mostu, a przynajmniej jakiegoś węższego miejsca do przeskoczenia, bo to przed nami jeszcze był kawał drogi do przejścia, nogi nie nasudokremowane i nie wiadomo jakie tam jeszcze argumenty by mógł wyciągnąć. Poza tym było gorąco i mała chwila ochłody była bardzo upragniona przeze mnie. Kąpiel w Chodelce była najprzyjemniejszą chwilą z całej trasy. Serio. Aż żal było wyłazić z wody.
Po zaliczeniu kolejnego cmentarzyka z PK 43 ruszyliśmy na wydawało się, że łatwiutki PK 70. I byłoby łatwo gdybyśmy się od razu wstrzelili we właściwą drogę, albo gdybyśmy przynajmniej wiedzieli, że nie idziemy tą, którą myśleliśmy, że idziemy. W każdym razie wąwóz przy rozwidleniu drogi znaleźliśmy, ale lampionu nie. Na wszelki wypadek, gdyby to jednak było to miejsce, nagraliśmy filmik z wąwozem w roli głównej, a potem poszliśmy czesać kolejne połacie lasu. Niezależnie od siebie znaleźliśmy ten właściwy wąwóz, z tym, że Tomek tę część z lampionem, a ja sporo dalszą. W ogóle nazywanie tego czegoś wąwozem uważam za nadużycie - to było po prostu zwykłe wysypisko śmieci. Ludzie to jednak straszne szkodniki pól i lasów.
Kolejne PK - 39, 45, 34 i 33 były już banalnie proste, chociaż przy 39 Tomek uparł się szukać lampionu dużo za wcześnie, ale dał się przekonać. A potem, już w drodze na ostatni zaplanowany punkt, natknęliśmy się na jakieś składowisko piachu, żwiru i innych temu podobnych rzeczy. Oczywiście mogliśmy przejść drogą przebiegającą w pobliżu, ale co będziemy iść na łatwiznę. My bohatersko przedarliśmy się przez wszystkie przeszkody. Ponieważ tam zastał nas 44-ty kilometr, więc strzeliliśmy sobie kolejną pamiątkową fotkę. Grunt to mieć swoje rytuały:-)
Po "piaskownicy" został nam jeszcze ostatni PK 11 i powrót biegiem na metę, żeby zdążyć w limicie. Ufff... udało się.
Bohaterem mety bezapelacyjnie został Hubert, który spóźnił się 19 minut, tracąc tym sposobem 19 ze zdobytych punktów. Nabiegał się jak głupi, był prawie wszędzie i nic mu z tego nie przyszło. Czasem jednak warto czytać regulaminy:-)
Na trasie udało nam się zebrać 93 punkty przeliczeniowe i zajęliśmy siódme miejsce. Jak na "dziewczynę", której od kilku dni bliżej do sześćdziesiątki niż do pięćdziesiątki, to uważam to za bardzo zacny wynik. Tak więc jestem dumna i blada i zadowolona z imprezy:-)
Jak sam organizator już zdążył zauważyć, było trochę niedociągnięć, ale i tak to była jedna z fajniejszych imprez i gorąco ją polecam na przyszły sezon!
A tu można popatrzyć jak chodziliśmy:





























