Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Suchostruga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Suchostruga. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 17 listopada 2019
czwartek, 7 listopada 2019
Duża Jesienna Hała
Tym razem udało nam się namówił do udziału starszą córkę i jej ekipę. Wyjechaliśmy w sobotę bardzo bladym świtem, a właściwie to nocą i na miejsce przyjechałam w formie zombi, co nawet korespondowało z niedawnymi helołinami:-) Brak snu to dla mnie gorsze od głodu, pragnienia i innych katastrof. Jakoś dotrwałam do startu, a jak już dostaliśmy mapy, to nawet się trochę rozbudziłam.
Słowo na drogę od Organizatora - pilnie słuchamy.
Mapa składała się z dwóch kawałków, bo na jednym się nie mieściła. Przy tak egzotycznej skali - 1:18500 to i nie dziwne. Ten mniejszy kawałek miał dla nas wartość o tyle, że były na nim opisy punktów, bo od razu było wiadomo, że tak daleko to przecież nie pójdziemy. Do dopasowania była masa wycinków - jeden z ortofotomapy, a reszta to lidary - szare i kolorowe. Ja wiem, że to się fachowo inaczej nazywa, ale dla mnie to jeden pies. I tak ciężko ogarnąć. Wycinki dopasowaliśmy w bazie, a właściwie Tomek dopasował, bo jak mówię - nie ogarniam lidara.
Komu w drogę, temu rzut oka na mapę (Fot. Organizatora)
Jak to bywa najczęściej, do wyboru były dwa warianty - północny i południowy i tak też rozdzieliła się grupa po wyjściu za bramkę - jedni w prawo, inni w lewo. My wybraliśmy wariant północny i ruszyliśmy na 6H. Praktycznie szliśmy grupą z Przemkiem, Łazikami i chyba z kimś tam jeszcze, bo skoro wszyscy w to samo miejsce, to inaczej się nie da. Lampion wisiał malowniczo na powalonym pniu, nad samą wodą.
PK 6H
Kolejny punkt - 5B był dość daleko, więc mieliśmy kawał pustego przebiegu wzdłuż linii kolejowej. Tutaj stawka już się rozciągnęła, bo każdy biegł w swoim tempie. I tak spotkaliśmy się na skraju lasu, bo okazało się, że teren nie zgadza się z mapą i trzeba czesać. Trudno żeby się zgadzał, jak mapa niemal starożytna, a w międzyczasie nowy las wyrósł. Rozdzieliliśmy się z Tomkiem i każde szukało w innym miejscu - jednakowo bezskutecznie. Ja przynajmniej nawiązałam bliski kontakt z dziką naturą, kiedy niemal spod stóp wyprysnął mi wieeelki zając i pognał przed siebie zanim zdążyłam krzyknąć ze strachu. Nie żebym się bała zajęcy, ale to było tak trochę niespodziane spotkanie. Już mieliśmy odpuścić ten nieszczęsny punkt, ale Tomek postanowił sprawdzić jeszcze w głębi lasu (no bo te nowe drzewa) i faktycznie, tam gdzie zaczynał się stary las, wisiał lampion.
Po wyjściu na drogę musieliśmy podjąć decyzję - gdzie dalej. Tomek chciał na 6C, ja na 4U. Z wygody tak chciałam, bo do 4U prowadziła porządna szeroka droga, a z 4U do 6C jakaś ścieżka. Przynajmniej tak było na mapie. Jak się kobieta uprze... to poszliśmy na 4U. Droga była dobra do biegania, wiec poszło migiem. Ale tylko do końca drogi. Potem zaczęło się tradycyjne czesanie i najpierw trafiliśmy nad jeziorko stowarzyszone, a dopiero w drugiej kolejności na właściwe. W sumie nazywanie tego co znaleźliśmy jeziorkiem jest lekkim nadużyciem, bo praktycznie były to tylko obniżenia z odmienną formą roślinności.
4U
Do 6C prowadziła ścieżka, niestety - tylko teoretycznie. Najpierw nie mogliśmy się w nią wstrzelić, bo układ dróg nieco się zmienił, a potem ścieżka zanikła i w praktyce szliśmy na azymut przez las, który wcale nie był nam przyjazny i próbował nas powstrzymać przed dalszym marszem. W końcu natrafiliśmy na lampion. Co prawda nie było tam żadnego skrzyżowania ścieżek, a sam lampion był za wcześnie, ale tak mi się spodobał, że go wbiliśmy. Wydawało nam się, że jak wszystkie ścieżki w lesie wyglądają jak ta, którą teoretycznie szliśmy, to i tak nie mamy szans na znalezienie właściwego lampionu. O, ludzie małego ducha! Pobłąkawszy się jeszcze trochę natrafiliśmy na ścieżkę, która miała się krzyżować z naszą, na Sylwię z Krzyśkiem i w końcu na punkt właściwy.
Ścieżka na mapie wiodąca na OP3 tym razem istniała także w terenie, raz lepiej, raz gorzej widoczna, ale była. Punkt znaleźliśmy bez problemów i choć w pobliżu stał stowarzysz, wzięliśmy właściwy. Nasza ciuchcia miała 3 koła.
Do kolejnego PK szliśmy wzdłuż torów, a chwilami po torach, bo z żadnej strony nie było choćby najmniejszej ścieżki. Jeszcze przed punktem, na drodze nad torami zauważyliśmy stojącego busika. Wtedy nie wiedzieliśmy, że to właśnie na swój start dojechała grupa zawodników Małej Hały.
5N na brzozie.
Po podbiciu punktu znowu wróciliśmy na tory żeby dojść do lidarowego kółeczka. Mieliśmy już rozpracowane, że znajdziemy tam 5A i 3C. 5A miało być w jakiejś wieelkiej dziurze, więc raczej nie do przeoczenia. Nie tylko zobaczyliśmy dziurę, ale i usłyszeliśmy szelesty i głosy innych zawodników. Dojście do lampionu nie było łatwe, ale chyba najbardziej malownicze ze wszystkich - szliśmy przez wysuszone trawy dużo wyższe od nas, każde źdźbło trawy zakończone jasnym pióropuszem, a wszystko skąpane w słońcu. Cudo! Pod nogami może już nie było tak fajnie, bo teren był podmokły, ale co tam.
5A
Przy 3C ruch się zrobił niczym na Marszałkowskiej, bo zeszli się uczestnicy Dużej i Małej Hały. Patrzyliśmy czy nie pojawi się ekipa Agaty, ale nie.
W połowie drogi do kolejnego punktu Tomek nagle zorientował się, że nie ma kamery. Ponieważ przy 3C ja rozmawiałam przez telefon i nie mogłam jej przejąć, najwyraźniej odłożył kamerę na ziemię, żeby podbić punkt i tak już została. Kamera - rzecz nabyta, ale to co już nagrane - bezcenne. Nie było zmiłuj - musiał wrócić. Ja zostałam regenerować się przed dalszą trasą - batoniki, napoje i te sprawy. W tym czasie wyprzedzał nas kto tylko mógł. W pewnym momencie do mojego miejsca postoju dotarł Igor triumfalnie dzierżąc w ręku naszą kamerę, którą znalazł przy punkcie. Uff, kamerę odzyskałam, za to przepadł Tomek. Usiłowałam dodzwonić się do niego, żeby już nie szukał, ale gdzie tam. Dopiero po kilku minutach wreszcie połączyło. Byliśmy w plecy prawie 15 minut, więc ruszyliśmy biegiem, bo droga była fajna do biegania, a ja zdążyłam wypocząć. Większość osób, które nas wyprzedziły, dogoniliśmy przy kolejnym punkcie - 6S. Trochę było przy nim zamieszania, bo trzeba było do lampionu przeskakiwać przez strumyk. Niewielki, ale zawsze.
Przy 6U na zakręcie rowu kolejny raz spotkaliśmy Łaziki, a w drodze na 2E znowu Kasię i Michała i z nimi podbijaliśmy punkt na przepuście.
Z 2E zrobiliśmy szybki wypad na 4H - szybki, bo drogami, więc mogliśmy biec. Azymut na 6W ustawialiśmy niezależnie, a wyszedł nam o mniej więcej 30 stopni przekoszony. Idąc tym dziwnym azymutem wyszliśmy na wysoki, ciągnący się po horyzont (o ile w lesie można zobaczyć horyzont) mur. Ponieważ niespecjalnie nadawał się do sforsowania obeszliśmy go aż do końca. Na drodze rozdzieliliśmy się i jedno poszło czesać w prawo, drugie w lewo. Szłam w te swoje przydziałowe krzaki zupełnie bez przekonania, no bo kompas pokazywał gdzie indziej, ale obowiązek, to obowiązek. Zresztą co miałam tak stać jak kołek na drodze. No to tak szłam, szłam i nagle patrzę - lampion? Podchodzę bliżej - rzeczywiście lampion! Lampion jest, ale Tomka z kartą startową nie ma. Znowu musiałam posiłkować się telefonem i znowu ciężko było się dodzwonić. No i jeszcze jak mu wytłumaczyć gdzie jestem, skoro sama tego nie wiem???? Rozdarłam więc mordę na cały regulator, Tomek tak samo swoją i w końcu nasze głosy się spotkały. Ufff...
Kolejne dwa punkty - 3O i OB3 były już banalnie proste - pierwszy to jak głosił opis - ziemianka, ale tak naprawdę to była taka staroświecka wiejska piwniczka, jaką pamiętam z wczesnego dzieciństwa. OB3 to ruinka, w której chyba mieliśmy policzyć pomieszczenia.
Punkt w ziemiance.
Tomka kusiło żeby po tych zrujnowanych punktach iść na 4B, ale byliśmy daleko od mety, a zostały tylko 3 godziny czasu i punkty wysokowartościowe na drodze powrotnej. Odpuściliśmy więc 4B i ruszyliśmy przygarnąć 8Z. Luksusowo, drogami, a więc biegiem. Punkt był na wycinku lidarowym, ale tak charakterystycznym, że nawet ja wiedziałam o co biega:-) Tuż przed punktem, jeszcze na asfalcie spotkaliśmy Barbarę z Darkiem idących z naprzeciwka, wyraźnie innym wariantem. Nasz punkt miał stać na grobli i jak to w przypadku terenu związanego z wodą, ciężko było się do niego dostać. Znowu przy punkcie zastaliśmy tłum ludzi, głównie z Malej Hały i do lampionu ustawiła się kolejka.
Do OM3 nawet nie musieliśmy podchodzić, bo już z daleka było widać odpowiedź na pytanie. W sumie czy taki niepodejdzięty punkt powinien być nam zaliczony? :-))
Następny wycinek, z ortofotomapą, krył w sobie najpiękniejsze i najciekawsze punkty z całej trasy. Trafiliśmy do skansenu Wojciecha Siemiona, niestety, po śmierci aktora zapuszczonego i popadającego w ruinę. Tutaj to już spotkaliśmy chyba większość uczestników zawodów:-) A niby taka kameralna imprezka. Strasznie szkoda, że trzeba było się spieszyć, bo chętnie pomyszkowałabym w tych zapuszczonych chałupinach i pocykała fotek. To jest jeden z minusów imprez na czas - nie ma kiedy dokładnie obejrzeć ciekawych obiektów na trasie.
Jedna z chałupek w skansenie.
Kolejne dwa punkty - 3U i 6D nie wzbudziły mojego entuzjazmu. To były kolejne teoretyczne jeziorka, do których ciężko było trafić, czy raczej ciężko było się przedrzeć przez chaotyczną i nieuporządkowaną roślinność. Dodatkowo byłam już zmęczona i miałam powoli dość. Niby nie zrobiliśmy dużo kilometrów, ale jakoś niewyspanie w połączeniu z trudnym terenem zupełnie ścięły mnie z nóg. Jakoś musiałam się jednak zebrać w sobie, bo przed nami były cztery punkty z wagą 7, więc poważna sprawa. Tomek ustalił taką dość dziwną kolejność zaliczania ich - 7F, 7Z, a potem powrót po 7W i 7S.
7F lidarowy - dołek w otoczeniu niczego dookoła, a o dziwo znaleźliśmy dość łatwo.Śmy to może lekkie nadużycie, bo po lidarach oprowadzał nas Tomek - ja się nie znam, nie ogarniam, a przede wszystkim nie dowidzę, więc szare na szarym dla mnie praktycznie nie istnieje.
7Z był już na zwykłej mapie, znowu przy jeziorku jak kłamała mapa:-) Punkt wisiał nad sporą, suchą dziurą i mieliśmy wątpliwości, czy to ten właściwy. Tomek obleciał najbliższą okolicę, a ponieważ nie znalazł nic lepszego, więc wzięliśmy co było. Co prawda nasz ślad pokazuje, że nie dotarliśmy do miejsca zaznaczonego przez autora mapy, ale punkt został nam zaliczony. Albo źle stał, albo to niedokładność gps-a.
Na 7W i 7S położonych na jednym wycinku lidarowym totalnie polegliśmy. Ja co prawda kiedy tylko obejrzałam wycinek, wiedziałam, że tego nie da się znaleźć, ale Tomek był pełen optymizmu. Kolejny raz spotkaliśmy Łaziki, którzy twierdzili, że lampion jest przed nami. Faktycznie kawałek dalej znaleźliśmy go i wbiliśmy jako 7S. Od niego, na azymut ruszyliśmy na 7W, ale ponieważ wbiliśmy zamiast 7S stowarzysza, więc wiadomo, że wyszliśmy w krzaki. W końcu poddaliśmy się, postanowili olać 7W i lecieć dalej, bo czas poganiał. I tak lecąc dalej, przypadkiem natknęliśmy się na kolejny lampion. Tomek jakimś cudem rozpoznał w nim 7W, choć dla mnie mogło to być wszystko:-) Polecieliśmy jeszcze przebić stowarzysza z 7S i pognaliśmy na 3Z.
Połaziliśmy troszkę:-)
3Z na mapie znowu było zaznaczone jako jeziorko i tradycyjnie był to zwykły, suchy dołek, z daleka w ogóle wyglądało jak zwykła kępa drzew.
W drodze na 5Y.
Z 5Y i 4N to już niewiele pamiętam, bo skupiałam się tylko na tym żeby dotrwać do końca. Teoretycznie z 5Y do 4N prowadziła droga i to rysowana na mapie grubą linią, więc powinna być co najmniej szeroka i utwardzona, a tymczasem były to troszkę rzadsze krzaki z powalonymi drzewami w poprzek. Za taką drogę to ja uprzejmie dziękuję! W pierwotnej wersji planowaliśmy tą drogą dojść niemal na metę, ale w zaistniałej sytuacji przebiliśmy się na wschód do uczciwego asfaltu. A na asfalcie mogliśmy przyspieszyć. Do mety dobiegliśmy z kilkuminutowym zapasem i choć końcówkę mogliśmy zrobić nawet czołgając się, zadaliśmy szyku wbiegając do szkoły.
- Jeść! Jeść! Jeść! - ty było jedyne czego pragnęłam na mecie. Do wyboru mieliśmy dwie zupy - barszcz czerwony albo grochówka. A w zasadzie nie "albo", bo można było zjeść obydwie. Ale zanim dopadliśmy stołu, jeszcze wyszliśmy do sklepu po drugiej stronie ulicy żeby kupić jakieś pieczywo do domu. Przy okazji oczywiście znalazły się i napoje odpowiednie dla każdego z nas, czyli dla kierowcy i dla nie kierowcy:-)
Grochówka była przepyszna, barszcz się już nie zmieścił.
Ponieważ Adam starał się jak najszybciej policzyć i ogłosić wyniki, postanowiliśmy poczekać, choć na podium nie liczyliśmy. Zajęliśmy dobre piąte miejsce, ale nawet gdyby to było ostatnie, to i tak zabawa była przednia. Muszę przyznać, że po tych 31 kilometrach byłam bardziej zmęczona niż po niejednej pięćdziesiątce. Teren był trudny, dużo przedzierania się przez chaszcze, trochę błądzenia, no i niewyspanie. Po powrocie do domu padłam jak mucha.
A tak wyglądała nasza karta startowa:
Nasze Hałowe osiągnięcia.
Mała Hała z problemami
Gościnnie relacja Agaty z zespołu Możemy się nazywać na przykład:
Fot. ze strony Organizatora
Rodzice namówili mnie na Hałę, więc razem z Natką i Kamilem zapisaliśmy się na Małą Hałę, która dla nas wcale taka mała nie była ze względu na nasz brak kondycji. Rodzice startowali jakoś wcześnie, więc musieliśmy wstać o 5 rano, żeby dojechać na miejsce i byliśmy raczej mało przytomni z niewyspania. I nie mieliśmy kompasu (na szczęście udało się pożyczyć). Na start wywieziono nas busem i wysadzono dokładnie nad torami. Startowaliśmy jako jeden z pierwszych zespołów na naszej trasie. Mapa wydawała się nieskomplikowana, wycinki dopasowaliśmy bez trudu i ruszyliśmy. Zaczęliśmy od punktów E i G z wycinka. Punkt E znajdował się w środku wieeelkieej dziury, do której weszliśmy od strony torów. Po wejściu do dziury stwierdziliśmy, że tak się nie da bo krzaki, więc wyszliśmy z dziury i obeszliśmy ją górą (co też nie było proste). Punkt G był w bardziej cywilizowanym miejscu. Potem postanowiliśmy iść do punktu 1 i niby szliśmy dobrze, ale w końcu zgubiliśmy się na prostej drodze i przeszliśmy punkt. Odnaleźliśmy się dopiero spory kawałek drogi dalej i odpuściliśmy sobie zawracanie. Natka poprowadziła nas do punktu M przy jeziorku, gdzie weszliśmy w bagno. Potem ruszyliśmy do punktów 3 i 4. I do 5, który jednak odpuściliśmy, bo po wcześniejszym błądzeniu kiepsko staliśmy z czasem. 6 zebraliśmy bez problemu, udało nam się także trafić do punktów B i A, które okazały się starymi (zabytkowymi?) wiejskimi domkami. Do 7 próbowaliśmy dojść, ale w połowie drogi zaczęliśmy mieć dosyć i zrobiliśmy krótką przerwę i w końcu do punktu nie dotarliśmy. Czas zaczynał nas gonić, a do mety wciąż było daleko, więc poszliśmy prosto do 9, a potem „się zobaczy”. Do 9 było łatwo trafić. Potem przez przypadek poszliśmy nie w tę stronę i musieliśmy się wrócić. Następnie próbowaliśmy dojść do 10, ale ścieżka, w którą skręciliśmy w pewnym momencie się skończyła i dalej szliśmy wzdłuż płotu próbując dojść do drogi, która okazała się istnieć tylko na mapie... Zamiast do 10 doszliśmy do punktów, które nam mniej więcej pasowały na punkty T i S (jak się później okazało zebraliśmy stowarzysze). A potem to już chcieliśmy iść po prostu do mety, próbując po drodze „jak się uda” zebrać 11 i 12. Oczywiście nic z tego nie wyszło, bo przypadkiem poszliśmy drogą, której na mapie nie było, zamiast tą właściwą (która podobno istniała na mapie, a w terenie nie bardzo). Najpierw przestał nam się zgadzać przebieg drogi, potem kierunek drogi, a potem dotarliśmy do jakiegoś większego skrzyżowania z asfaltową drogą i cywilizacją. Nawet był tam przystanek autobusowy. Okazało się, że wylądowaliśmy w Wólce Jeżewskiej, a do mety wcale nie było dużo bliżej niż z punktu 9... Żeby już nie kombinować za bardzo, poszliśmy do torów i wzdłuż linii kolejowej dotarliśmy na miejsce nie zbierając żadnych punktów po drodze. Jakimś cudem nie zajęliśmy ostatniego miejsca.
piątek, 9 listopada 2018
Nieźle nam Hała w kość dała
Niewiele brakowało a Jesienna Hała przeszłaby nam koło nosa. Organizator w pierwszej wersji wybrał dość abstrakcyjny termin, kiedy wszyscy wybierali się na GeZnO, a przecież nie rozdwoimy się żeby być i tu i tu. Od razu więc oprotestowałam ten termin, a ponieważ protestujących było dużo więcej, więc ostatecznie Hała przesunęła się na 3 listopada.
Już kilka dni przed imprezą prognozy pogody zaczęły nas straszyć deszczem i faktycznie sobotni poranek (poranek? piąta rano!) powitał nas deszczem przechodzącym w mżawkę. Niby w ciągu dnia opady miały zaniknąć i kurczowo trzymałam się tej wersji. Największy dylemat miałam oczywiście co na siebie włożyć, bo można kurtkę przeciwdeszczową i zapocić się na śmierć, albo bieliznę termiczną i przeciwwiatr i przemoczyć się całkowicie. Z jakiegoś powodu (???) wybrałam opcję drugą.
Wystartowaliśmy o 8.20. Mapa składała się z dwóch części - na prawo od bazy i na lewo od bazy. Ja jakoś odruchowo chciałam w prawo, ale Tomek stwierdził, że na lewo są PK o wyższej wartości i jest ich więcej, więc lewa strona jest bardziej perspektywiczna. Jak dla mnie lewa czy prawa w sumie nie robi różnicy - byle ruszyć, bo zimno i mokro.
Zaczęliśmy od O 11 - ilość latarni na peronie. Weszliśmy na jakąś łąkę, a Tomek zaczął liczyć słupy przy torach. Czekałam więc cierpliwie kiedy wreszcie pójdziemy na ten peron, a ten mi mówi, że już jesteśmy. No śmiech normalnie - czy ja nie wiem jak peron wygląda?? Ale wyobraźcie sobie, że ta łąka to na serio był peron. Dziwne miejsca są jednak na świecie.
Z jedenastki chcieliśmy iść na L 27, ale że nie chciało nam się lecieć naokoło asfaltem (dużo nadkładania), postanowiliśmy iść tak trochę po ścieżkach, trochę na azymut. Mieliśmy nadzieje, że przez rzeczkę będzie jakieś przejście. Cóż, nasza nadzieja okazała się płonna i musieliśmy jak niepyszni podwinąć ogony i wycofać się rakiem. Ale obciach. W tej sytuacji, w ramach protestu, postanowiliśmy w ogóle zbojkotować PK 27 i iść na L 33. Ten na szczęście okazał się łatwy i w dotarciu i w odnalezieniu. L 25 także nie przysporzył nam kłopotów.
Po L 25 zmieniliśmy koncepcję i zamiast iść w dół mapy, ruszyliśmy wręcz przeciwnie - na północ do O 15 (kapliczka z figurkami), żeby potem wyhaczyć dwa wysoko punktowane wycinki do dopasowania - L 50 i L 59. Teoretycznie miało być łatwo, bo mapa pokazywała prostą drogę między punktami, ale wiadomo, że teoria do praktyki ma się nijak. Najpierw weszliśmy w sady - tony niezebranych, marniejących jabłek leżały wszędzie i aż żal serce ściskał, że tyle dobra się marnuje. Potem natrafiliśmy na stadninę i zaprzyjaźniliśmy się z konikami, a na końcu drogę przegrodziła nam brama gospodarstwa. A ostrzegał organizator żeby trzymać się z daleka od sadów!
Widząc gospodarza zmierzającego w naszą stronę, od razu, zanim zdążył postawić kosę na sztorc, przyjaźnie zagadałam do niego:
- Dzień dobry! Proszę nam powiedzieć, czy da się jakoś tu w okolicy przejść do rzeczki, na mostek, bo wie pan - mamy zawody na orientację i nie bardzo się orientujemy....
Pan był bądź gołębiego serca, bądź chciał się szybko pozbyć intruzów, bo przeprowadził nas przez swoje podwórko i wypuścił drugą bramą prosto nad Tarczynkę.
L 50 był pierwszym punktem, który dał nam w kość i zmarnował masę czasu. Lampion miał być nad rzeczką, na skrzyżowaniu nasypu z jarem, a przynajmniej tak to wypatrzyliśmy na maleńkim wycinku. W okolicy miejsca docelowego spotkaliśmy innych zawodników odchodzących już od punktu, a po chwili czesania spotkaliśmy też Chrumkającą Ciemność. Pokazali nam mniej więcej kierunek poszukiwań i ostrzegli, że lampion jest trudny do znalezienia, a oni sami trafili tylko dzięki konkurencji. Faktycznie - prawie pół godziny błąkaliśmy się po okolicy sprawdzając niemal każdy krzaczek, żeby w końcu, po ponownym namierzeniu się od wcześniejszej drogi, odkryć, że szukamy po złej stronie ścieżki. Dodatkowo lampion tak był skitrany w krzaczorach, że przedarcie się do niego było nie lada wyzwaniem.
Sąsiedni PK też był wycinkowy i dobrze punktowany. Nie wyglądał na zbyt trudny. Na drogę, przy której miało być wyrobisko trafiliśmy bez problemu, aczkolwiek nie wiedzieliśmy, w której jej części wyszliśmy. Poszliśmy więc kawałek w jedną stronę, potem kawałek w drugą, potem, potem w trzecią, bo wydawało się za daleko i tak podczas tego spaceru w końcu Tomek wykoncypował, gdzie dokładnie jesteśmy, a potem to już była kwestia dokładnego namierzenia się. Okazało się, że lampion umiejscowiony jest na wyspie, do której wiódł długi zielony mostek. Żeby jednak dostać się do tego mostku musieliśmy wcześniej sforsować mocno pochyłą błotostradę i ruinę wcześniejszego mostu. Na błotostradzie spotkaliśmy Przemka wracającego już od punktu.
Do L 31 wiodła prosta droga i wyglądało, że tym razem nie uda nam się nic zepsuć, ale i tak straciliśmy z dziesięć minut na szukanie lampionu, wiedząc cały czas, że jesteśmy w dobrym miejscu. Ja sama ze trzy razy przeszłam obok niego w ogóle nie zauważając go w gęstwinie.
Do L31 poszliśmy wzdłuż jeziora planując przejść na drugą stronę drogą prowadzącą przez groblę, ale okazało się, że droga może kiedyś i tam była, ale musiało to mieć miejsce ze trzydzieści lat wstecz. Tym sposobem ominęliśmy nasz punkt idąc po złej stronie wody i dopiero duuużo dalej znaleźliśmy przeprawę na słuszną stronę. Na tych kombinacjach straciliśmy ze dwadzieścia minut.
Do O 41 było dla odmiany łatwo, bo drogami, a u celu czekał zabytkowy wóz strażacki.
Przy tym punkcie zorientowaliśmy się, że czasowo stoimy źle, a nawet bardzo źle i praktycznie to trzeba już zawracać w kierunku bazy, jeśli chcemy wyrobić się w limicie. A plany mieliśmy taaakie bogate. W wersji optymistycznej to nawet L 101 chcieliśmy zaliczyć:-))) Na początek odpuściliśmy L 66, L 30 i L 39 i ruszyliśmy w kierunku L 54. Wyglądało na to, że limit wtop już wyczerpaliśmy i ten punkt oraz kolejny zaliczyliśmy z marszu. I całe szczęście, bo zaczynałam mieć już dość - byłam totalnie przemoczona i mimo podbiegania (gdzie się dało) zmarznięta, a z tyłu głowy już mi kiełkowała wizja zapalenia płuc.
L 51 - nasz kolejny punkt to północno wschodni brzeg lasku i prawie trafiliśmy w odpowiednie miejsce. Ale jak wiadomo - prawie robi wielką różnicę. Jakiś sabotażysta przed laty obsadził poszukiwany przez nas teren nowymi nasadzeniami, które przez 30 lat ciut podrosły i zupełnie zmyliły nas i wyprowadziły na manowce. Dopiero dokładne liczenie odległości i wnikliwa obserwacja przyrody naprowadziły nas na właściwe miejsce.
Kolejny wycinek postanowiliśmy dopasować już na miejscu, szczególnie, że wiodła tam wygodna (aczkolwiek długaśna) droga i wiadomo było, że na pewno trafimy we właściwe miejsce. To był nasz błąd. Owszem - trafiliśmy i dopasowaliśmy, ale okazało się, że punkt był wart tylko 17 punktów i lepiej było pójść na O 77:-(
Kolejne wycinki dopasowywaliśmy już przed wymarszem, ale akurat więcej takich niemiłych niespodzianek punktowych już nie było.
L 56 wzięliśmy bez problemu, ale już L 63, w okolicach którego spotkaliśmy Basię z Darkiem i Chrumkającą Ciemność, troszkę nam napsuł krwi, bo weszliśmy nie w tę ścieżkę co trzeba i musieliśmy się kawałek wracać. Na szczęście nie zajęło nam to jakoś dramatycznie dużo czasu.
Po L 63 myślałam, że pójdziemy na kolejny wycinek - L 57, ale Tomek zadecydował, że bierzemy L 27. No ale jak to?? Przecież mieliśmy go zbojkotować?? I trzeba było tak zrobić, bo to był jakiś bardzo wredny punkt i w ogóle nie chciał nas do siebie dopuścić z żadnej strony - przedtem od północy, teraz od południa. Zamiast punktu właściwego wzięliśmy stowarzysza, bo drogi na mapie nie zgadzały się z tymi w terenie, a jakoś przestaliśmy pilnować dokładnego mierzenia odległości. Wredna, wredna dwudziestka siódemka!
Ponieważ do kolejnego punktu namierzaliśmy się ze stowarzysza, wiadomo, że to nie mogło się udać. Wiedzieliśmy, że musimy znaleźć rów i jego koniec, tyle, że nic takiego w okolicy nie było. Bo i skąd? Rów był przecież dużo dalej. Ten punkt kosztował nas prawie 30 minut oraz mapę Tomka, którą pochłonął las. Taka forma okupu za punkt:-)
W tym momencie ja miałam już serdecznie dość i bardzo chciałam wracać do bazy. Ale gdzie tam... Tomek przeliczył, że zdążymy wziąć jeszcze L 56, a jak dobrze pójdzie to i L 28. W Bystrzanowie z podwórek wypadła na nas sfora psów w liczbie sztuk dwóch :-) i ujadaniem oraz podbieganiem do naszych kostek zdekoncentrowała nas i rozkojarzyła. Co z tego, że skręciliśmy we właściwą drogę, kiedy byliśmy pewni, że jesteśmy na równoległej, bardziej na południe, tej prowadzącej do L 28. Usiłowaliśmy więc znaleźć to L 28 i w efekcie jako 28 wbiliśmy stowarzysza L 56. Dalej nastąpiło błędne namierzanie się na L 56 (łącznie z wdzieraniem się na prywatne posesje z jeziorkami), bo przecież nie wiedzieliśmy, że stowarzysz to stowarzysz i ogólnie wyszła jedna wielka katastrofa. Nie mogąc znaleźć właściwego 56 w końcu odpuściliśmy, bo czas poganiał i wreszcie nastąpił upragniony powrót do bazy.
Byliśmy pewni, że ze swoim marnym urobkiem i zaliczeniem jedynie niewielkiego wycinka mapy będziemy na szarym końcu stawki, a tymczasem po podliczeniu wyników okazało się, że zajęliśmy przyzwoite czwarte miejsce. Najwyraźniej autor trasy mocno przeszacował możliwości uczestników i tak prawdę mówiąc wiele PK po prostu się zmarnowało, bo nikt do nich nie dotarł:-)
Pomimo trudnej trasy i wrednej pogody i tak imprezka była super i mocno polecam kolejne edycje.
Hała wcale, ale to wcale nie jest chałowa!
Już kilka dni przed imprezą prognozy pogody zaczęły nas straszyć deszczem i faktycznie sobotni poranek (poranek? piąta rano!) powitał nas deszczem przechodzącym w mżawkę. Niby w ciągu dnia opady miały zaniknąć i kurczowo trzymałam się tej wersji. Największy dylemat miałam oczywiście co na siebie włożyć, bo można kurtkę przeciwdeszczową i zapocić się na śmierć, albo bieliznę termiczną i przeciwwiatr i przemoczyć się całkowicie. Z jakiegoś powodu (???) wybrałam opcję drugą.
Wystartowaliśmy o 8.20. Mapa składała się z dwóch części - na prawo od bazy i na lewo od bazy. Ja jakoś odruchowo chciałam w prawo, ale Tomek stwierdził, że na lewo są PK o wyższej wartości i jest ich więcej, więc lewa strona jest bardziej perspektywiczna. Jak dla mnie lewa czy prawa w sumie nie robi różnicy - byle ruszyć, bo zimno i mokro.
Ruszamy!
Zaczęliśmy od O 11 - ilość latarni na peronie. Weszliśmy na jakąś łąkę, a Tomek zaczął liczyć słupy przy torach. Czekałam więc cierpliwie kiedy wreszcie pójdziemy na ten peron, a ten mi mówi, że już jesteśmy. No śmiech normalnie - czy ja nie wiem jak peron wygląda?? Ale wyobraźcie sobie, że ta łąka to na serio był peron. Dziwne miejsca są jednak na świecie.
W drodze na peron, jeszcze uśmiechnięci:-)
Z jedenastki chcieliśmy iść na L 27, ale że nie chciało nam się lecieć naokoło asfaltem (dużo nadkładania), postanowiliśmy iść tak trochę po ścieżkach, trochę na azymut. Mieliśmy nadzieje, że przez rzeczkę będzie jakieś przejście. Cóż, nasza nadzieja okazała się płonna i musieliśmy jak niepyszni podwinąć ogony i wycofać się rakiem. Ale obciach. W tej sytuacji, w ramach protestu, postanowiliśmy w ogóle zbojkotować PK 27 i iść na L 33. Ten na szczęście okazał się łatwy i w dotarciu i w odnalezieniu. L 25 także nie przysporzył nam kłopotów.
Po L 25 zmieniliśmy koncepcję i zamiast iść w dół mapy, ruszyliśmy wręcz przeciwnie - na północ do O 15 (kapliczka z figurkami), żeby potem wyhaczyć dwa wysoko punktowane wycinki do dopasowania - L 50 i L 59. Teoretycznie miało być łatwo, bo mapa pokazywała prostą drogę między punktami, ale wiadomo, że teoria do praktyki ma się nijak. Najpierw weszliśmy w sady - tony niezebranych, marniejących jabłek leżały wszędzie i aż żal serce ściskał, że tyle dobra się marnuje. Potem natrafiliśmy na stadninę i zaprzyjaźniliśmy się z konikami, a na końcu drogę przegrodziła nam brama gospodarstwa. A ostrzegał organizator żeby trzymać się z daleka od sadów!
Pozował jak rasowy model.
Widząc gospodarza zmierzającego w naszą stronę, od razu, zanim zdążył postawić kosę na sztorc, przyjaźnie zagadałam do niego:
- Dzień dobry! Proszę nam powiedzieć, czy da się jakoś tu w okolicy przejść do rzeczki, na mostek, bo wie pan - mamy zawody na orientację i nie bardzo się orientujemy....
Pan był bądź gołębiego serca, bądź chciał się szybko pozbyć intruzów, bo przeprowadził nas przez swoje podwórko i wypuścił drugą bramą prosto nad Tarczynkę.
L 50 był pierwszym punktem, który dał nam w kość i zmarnował masę czasu. Lampion miał być nad rzeczką, na skrzyżowaniu nasypu z jarem, a przynajmniej tak to wypatrzyliśmy na maleńkim wycinku. W okolicy miejsca docelowego spotkaliśmy innych zawodników odchodzących już od punktu, a po chwili czesania spotkaliśmy też Chrumkającą Ciemność. Pokazali nam mniej więcej kierunek poszukiwań i ostrzegli, że lampion jest trudny do znalezienia, a oni sami trafili tylko dzięki konkurencji. Faktycznie - prawie pół godziny błąkaliśmy się po okolicy sprawdzając niemal każdy krzaczek, żeby w końcu, po ponownym namierzeniu się od wcześniejszej drogi, odkryć, że szukamy po złej stronie ścieżki. Dodatkowo lampion tak był skitrany w krzaczorach, że przedarcie się do niego było nie lada wyzwaniem.
Sąsiedni PK też był wycinkowy i dobrze punktowany. Nie wyglądał na zbyt trudny. Na drogę, przy której miało być wyrobisko trafiliśmy bez problemu, aczkolwiek nie wiedzieliśmy, w której jej części wyszliśmy. Poszliśmy więc kawałek w jedną stronę, potem kawałek w drugą, potem, potem w trzecią, bo wydawało się za daleko i tak podczas tego spaceru w końcu Tomek wykoncypował, gdzie dokładnie jesteśmy, a potem to już była kwestia dokładnego namierzenia się. Okazało się, że lampion umiejscowiony jest na wyspie, do której wiódł długi zielony mostek. Żeby jednak dostać się do tego mostku musieliśmy wcześniej sforsować mocno pochyłą błotostradę i ruinę wcześniejszego mostu. Na błotostradzie spotkaliśmy Przemka wracającego już od punktu.
Chyba najładniej położony punkt
Do L 31 wiodła prosta droga i wyglądało, że tym razem nie uda nam się nic zepsuć, ale i tak straciliśmy z dziesięć minut na szukanie lampionu, wiedząc cały czas, że jesteśmy w dobrym miejscu. Ja sama ze trzy razy przeszłam obok niego w ogóle nie zauważając go w gęstwinie.
Do L31 poszliśmy wzdłuż jeziora planując przejść na drugą stronę drogą prowadzącą przez groblę, ale okazało się, że droga może kiedyś i tam była, ale musiało to mieć miejsce ze trzydzieści lat wstecz. Tym sposobem ominęliśmy nasz punkt idąc po złej stronie wody i dopiero duuużo dalej znaleźliśmy przeprawę na słuszną stronę. Na tych kombinacjach straciliśmy ze dwadzieścia minut.
Przekraczamy strumyk starym jazem, żeby dojść do grobli.
Do O 41 było dla odmiany łatwo, bo drogami, a u celu czekał zabytkowy wóz strażacki.
Fotka z zabytkiem obowiązkowa!
Przy tym punkcie zorientowaliśmy się, że czasowo stoimy źle, a nawet bardzo źle i praktycznie to trzeba już zawracać w kierunku bazy, jeśli chcemy wyrobić się w limicie. A plany mieliśmy taaakie bogate. W wersji optymistycznej to nawet L 101 chcieliśmy zaliczyć:-))) Na początek odpuściliśmy L 66, L 30 i L 39 i ruszyliśmy w kierunku L 54. Wyglądało na to, że limit wtop już wyczerpaliśmy i ten punkt oraz kolejny zaliczyliśmy z marszu. I całe szczęście, bo zaczynałam mieć już dość - byłam totalnie przemoczona i mimo podbiegania (gdzie się dało) zmarznięta, a z tyłu głowy już mi kiełkowała wizja zapalenia płuc.
L 68 - urokliwa rzeczka, w której Tomek testował wodoszczelność kamery (patrz film).
L 51 - nasz kolejny punkt to północno wschodni brzeg lasku i prawie trafiliśmy w odpowiednie miejsce. Ale jak wiadomo - prawie robi wielką różnicę. Jakiś sabotażysta przed laty obsadził poszukiwany przez nas teren nowymi nasadzeniami, które przez 30 lat ciut podrosły i zupełnie zmyliły nas i wyprowadziły na manowce. Dopiero dokładne liczenie odległości i wnikliwa obserwacja przyrody naprowadziły nas na właściwe miejsce.
Kolejny wycinek postanowiliśmy dopasować już na miejscu, szczególnie, że wiodła tam wygodna (aczkolwiek długaśna) droga i wiadomo było, że na pewno trafimy we właściwe miejsce. To był nasz błąd. Owszem - trafiliśmy i dopasowaliśmy, ale okazało się, że punkt był wart tylko 17 punktów i lepiej było pójść na O 77:-(
Kolejne wycinki dopasowywaliśmy już przed wymarszem, ale akurat więcej takich niemiłych niespodzianek punktowych już nie było.
L 56 wzięliśmy bez problemu, ale już L 63, w okolicach którego spotkaliśmy Basię z Darkiem i Chrumkającą Ciemność, troszkę nam napsuł krwi, bo weszliśmy nie w tę ścieżkę co trzeba i musieliśmy się kawałek wracać. Na szczęście nie zajęło nam to jakoś dramatycznie dużo czasu.
Po L 63 myślałam, że pójdziemy na kolejny wycinek - L 57, ale Tomek zadecydował, że bierzemy L 27. No ale jak to?? Przecież mieliśmy go zbojkotować?? I trzeba było tak zrobić, bo to był jakiś bardzo wredny punkt i w ogóle nie chciał nas do siebie dopuścić z żadnej strony - przedtem od północy, teraz od południa. Zamiast punktu właściwego wzięliśmy stowarzysza, bo drogi na mapie nie zgadzały się z tymi w terenie, a jakoś przestaliśmy pilnować dokładnego mierzenia odległości. Wredna, wredna dwudziestka siódemka!
Ponieważ do kolejnego punktu namierzaliśmy się ze stowarzysza, wiadomo, że to nie mogło się udać. Wiedzieliśmy, że musimy znaleźć rów i jego koniec, tyle, że nic takiego w okolicy nie było. Bo i skąd? Rów był przecież dużo dalej. Ten punkt kosztował nas prawie 30 minut oraz mapę Tomka, którą pochłonął las. Taka forma okupu za punkt:-)
W tym momencie ja miałam już serdecznie dość i bardzo chciałam wracać do bazy. Ale gdzie tam... Tomek przeliczył, że zdążymy wziąć jeszcze L 56, a jak dobrze pójdzie to i L 28. W Bystrzanowie z podwórek wypadła na nas sfora psów w liczbie sztuk dwóch :-) i ujadaniem oraz podbieganiem do naszych kostek zdekoncentrowała nas i rozkojarzyła. Co z tego, że skręciliśmy we właściwą drogę, kiedy byliśmy pewni, że jesteśmy na równoległej, bardziej na południe, tej prowadzącej do L 28. Usiłowaliśmy więc znaleźć to L 28 i w efekcie jako 28 wbiliśmy stowarzysza L 56. Dalej nastąpiło błędne namierzanie się na L 56 (łącznie z wdzieraniem się na prywatne posesje z jeziorkami), bo przecież nie wiedzieliśmy, że stowarzysz to stowarzysz i ogólnie wyszła jedna wielka katastrofa. Nie mogąc znaleźć właściwego 56 w końcu odpuściliśmy, bo czas poganiał i wreszcie nastąpił upragniony powrót do bazy.
Hurrra! Baza!
Byliśmy pewni, że ze swoim marnym urobkiem i zaliczeniem jedynie niewielkiego wycinka mapy będziemy na szarym końcu stawki, a tymczasem po podliczeniu wyników okazało się, że zajęliśmy przyzwoite czwarte miejsce. Najwyraźniej autor trasy mocno przeszacował możliwości uczestników i tak prawdę mówiąc wiele PK po prostu się zmarnowało, bo nikt do nich nie dotarł:-)
Pomimo trudnej trasy i wrednej pogody i tak imprezka była super i mocno polecam kolejne edycje.
Hała wcale, ale to wcale nie jest chałowa!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















