poniedziałek, 13 maja 2024

Nocna porażka czy MP Bliżyn

Nadeszła sobota i ruszyłem w Świętokrzyskie do Bliżyna. Wieczorem MP w nocnym BnO, ale wcześniej – oficjalny trening. Docieram do Bliżyna koło godziny 13-tej. Leśny parking, trochę zapakowanych samochodów, samotny stolik z mapami i piękny, przebieżny las widoczny z drogi. To lubię! 

Las zapowiadał się całkiem przyjemnie

Niestety nie ma pomiaru. Trochę słabo jak na „Oficjalny trening”. W porównaniu np. z WawelCup pod tym względem impreza przegrywa – tylko jedna trasa (ale w 2 skalach) i brak jakichkolwiek numerków na lampionach, o braku pomiaru czasu już pisałem. 

Na start daleko. W miarę dojścia las zaczyna być mniej przyjemny. Może i wzrok sięga daleko, ale grunt pokryty jagodami, wyraźnie nierówny i widać sporo „śmiecia” na podłożu. 

Na starcie las już nie wygląda tak dobrze

Docieram na start, „pikam” dla dodania sobie animuszu i ruszam… wpław przez pobliski strumyk. Po lesie biegać trudno z powodu podłoża (oczywiście nie przeszkadza to jakimś harpaganom z M21). Lampiony widoczne z daleka, aż miło. Tylko teren coraz bardziej „nierówny”, także i na drogach (koleiny, zaschłe błoto). Wreszcie docieram do kopczyków pogórniczych. Tu zasugerowany jakimś konkurentem zamiast na PK 6 idę na PK 9. Trafiam idealnie (w odróżnieniu od konkurencji), ale orientuję się, że to nie ten PK co miał być i zaczynam szukać PK 6. Szukam, szukam i nic. Po dłuższej chwili cofam się do drogi i namierzam się raz jeszcze - w to samo miejsce, gdzie byłem kilka razy. Chwila wpatrywania się w ślady na ziemi i odkrywam niepozorną gęstwinkę z kolejnym zestawem kopczyków i jest wreszcie lampion. Tak to jest z tym terenem – małe przeoczenie i od razu katastrofa.

Najpierw trafiłem na PK9, ale dalej to już katastrofa

Jeszcze przebieg PK 9-10-11 daje się we znaki – tylko na azymut, a teren wyjątkowo niezachęcający do przemieszczania się. Na końcówce podłączam się do jakichś szybkobiegaczy i dobiegam na metę. 

 

A to mapa treningowa

Do wieczora jeszcze sporo czasu. Postanawiam coś przetrącić i przy okazji zrobić TRInO w pobliskiej Sielpi. Google coś mówiło o 20 km, a tu nawigacja gogle pokazuje prawie 40! Ale skoro czas, to jadę. TRInO takie nudnawe – spacer wokół zalewu, ledwo co zrewitalizowanego (czyli „gołe” wyspy, kilka mostków i martwy poza sezonem turystyczny deptak z kramami. Gdy kończę TRInO zegarek odgrywa mi pochwałę za 10 tys. kroków. 

 

Martwy sezon w Sielpi Wielkiej

Powrót do Bliżyna, wmeldowanie się na nocleg na sali gimnastycznej (jak za dawnych dobrych czasów) i nierozważna wycieczka do biura zawodów po numer startowy. Nierozważna, bo do biura jest 1,6 km w jedną stronę. Czyli tam i z powrotem daje 3.2 km. Potem dojście na etap nocny: 1,6 km do biura + 1,3km na start, że o powrocie na nocleg nie wspomnę! W efekcie na starcie etapu nocnego zegarek pokazuje dobrze ponad 20 tys. kroków!!! Dobrze, że to nie zawody w Longu;-) 

Oznaczenia "Do Centrum Zawodów" całkiem porządne, tylko strasznie daleko

 Straty etapów nocnych są widowiskowe. Gdy wszyscy zapalają latarki, a grupa startujących jest duża, robi się w nocnym lesie jasno jak w dzień! 


Ja startuję w trzeciej fali – obejrzałem więc starty dwóch poprzednich grup. Wreszcie nadchodzi nasz pora: odliczanie i start. Najpierw biegnie się za wszystkimi. Przy lampionie start chwila zastanowienia i już w mniejszej grupce ruszam w kierunku PK 1. Najpierw biegniemy rządkiem, potem zaczynamy się rozpraszać. W efekcie na dość przeziernym lesie widać dziesiątki lub wręcz setki ludzi biegających w zasięgu wzroku w różne strony, każdy świeci przed siebie, każdy biegnie w innym kierunku i każdy szuka niepozornego stojaka z odblaskiem. 

W takim zgiełku, gdy wszystko w lesie błyska, odblasku oczywiście nie widać, chyba że o niego się potkniesz. Udaje mi się w miarę sprawnie zlokalizować pierwszy stojak z odblaskiem. Na pierwszym PK od razu następuje rozbicie na motylki. Specjalnie się nie spieszyłem, bo ciągle kuruję staw skokowy po kontuzji, więc grupa biegnących moim wariantem nie jest specjalnie liczna. I konkurenci wybierają inny wariant, więc można powiedzieć, że jestem sam w lesie. Po drodze do PK 3 zaczynam spotykać jakieś „obce” lampiony. W każdym razie idzie mi coraz lepiej - zaliczam jedno skrzydełko motylka, ruszam na drugie. PK 6 bez problemu. Na PK 7 łatwizna – ustawiam azymut i ruszam. Po pewnym czasie po lewej jakiś lampion nad mokradełkiem – sprawdzam – obcy. Ruszam dalej. Pojawiają się jakieś drogi (na mapie nie ma takowych), kilka bardzo charakterystycznych karp (na mapie także ich nie ma), co chwila w terenie jakieś gęstwinki (na mapie są całe dwie w okolicy). Kierując się gęstwinką szukam lampionu – kolejny obcy. Szukam coraz bardziej. Wszyscy biegają zdezorientowani i szukają czegoś tam. Nikt nie wie, gdzie jesteśmy. Przeszukuję wszystkie gęstwinki (mokradełko miało być tuż obok) znajduję kolejny lampion, a na końcu ciek wodny. Znaczy jestem za daleko. Kilka kolejnych prób szukania i wreszcie wracam w kierunku poprzedniego PK. Tak trafiam na lampion znany – punkt węzłowy PK1/5/8. Tu ustawiam uważnie azymut i wolno idąc znajduję właściwy lampion. Wszystko fajnie, tyle że zamiast 2 minuty, zajęło to prawie 22! 

Poszukiwania PK7 - to ten u dołu po prawej

PK 9 i 10 wchodzą dobrze. Doganiam, a nawet przeganiam jakąś konkurencję. PK 11 - kolejny punkt węzłowy. I tu uskrzydlony sukcesem przegonienia konkurencji ruszam nie na to skrzydełko co trzeba: zamiast na PK 12 lecę na PK 15! Przy powrocie na punkt węzłowy znowu mnie znosi i pozwalam się zbliżyć konkurencji. Przyspieszam i lecę na PK 18. I nie trafiam. Chwila szukania, ale nie 20-stominutowa;-) 

Na PK 20 droga prosta (na azymut). Przecinam drogę i wpadam w chaszcze. Tu dołącza się do mnie jakiś konkurent z innej kategorii – szuka innego kodu lampionu, ale także nad bagienkiem. Przedzieramy się przez krzaki. Chwilami jest mokrawo, widoczność w krzakach zerowa. Coś za długo to trwa. Wreszcie wypadam na porządną drogę. Chwila konsternacji – musiałem przebiec lampion. Znajduję charakterystyczne rozgałęzienie i na spokojnie kierując się azymutem znajduję dół z wodą. Teraz zostaje przebiec przez bagno obwiedzione gruba czarną linią (nie było wcale mokro), wdrapać się na górę i finiszować w świetle jupiterów. 

Dobieg do mety - w świetle jupiterów

Dumny idę sczytać chipa, a tu wynik świeci się na czerwono: NKL/MP. Przemek zerka na wydruk i mówi: brak 132 i 145. Chwila analizy mapy i rzeczywiście – nie przypominam sobie szukania tych kodów.
Ech, tyle biegania się zmarnowało – bo ja lubię biegać po nocy. Zniechęcony wracam na nocleg. Zegarek pokazuje ponad 31 tys. kroków – nieźle! 

Trochę się nadreptałem!

Po prysznicu w lodowato zimnej wodzie – śledzę wyniki live na komórce. Czas mija, a w lesie dwóch znajomych Piotrek i Bartek. Mija czas zamknięcia mety – Piotrek wrócił, ale Bartka nie ma. Sprawdzam jeszcze po północy - Bartek ciągle biega w/g wyników. Ale nagle Bartek pojawia się w drzwiach witany okrzykami radości przez cały Team360 – chyba spisali go już na straty! Jak się później okazało Bartek zdążył na metę w ostatniej chwili – do limitu czasu (150 minut) zostało mu 8 sekund! Zresztą fajne wyniki są M 50 – pierwszy Marcin, ostatni Bartek – bracia. Czas Marcina 50 minut, Bartka prawie 2,5 godziny! 

No cóż, pora spać - jutro kolejny bieg – muszę bardziej uważać by nie mieć MP.

 


niedziela, 12 maja 2024

KOSowa Majówka w Twierdzy Modlin, czyli - NIGDY WIĘCEJ !!!

Dobrze, że między drugą, a trzecią rundą KOSowej Majówki mieliśmy 3 dni przerwy, bo miałam chwilę, żeby się zregenerować. Trzech dni pod rząd w tym gorącu już bym nie uciągnęła, szczególnie, że ostatni bieg zapowiadał się bardzo męczący. Bieganie w Twierdzy Modlin już kiedyś zaliczyłam i choć jest to fascynujące doświadczenie, to jednocześnie wyniszczające fizycznie, przynajmniej w moim przypadku.
Zaczęło się od problemów ze znalezieniem bazy zawodów, bo jednak twierdza mała nie jest, a w internecie był podany zły link. Wspólnym wysiłkiem kilku ekip udało nam się w końcu ustalić, gdzie należy zaparkować, żeby było jak najbliżej i mogliśmy zacząć przygodę.
 
Ruszamy na poszukiwania bazy zawodów.
 
W bazie pobraliśmy mapy i idąc w kierunku startu analizowaliśmy warianty przebiegu do PK 1, który mieliśmy wspólny. Były dwie opcje - po kresce przez wał, albo obiec wał i lecieć naokoło, ale po płaskim.
 
Jak będzie lepiej?
 
Strasznie długo nie mogłam zebrać się do tego startu. Po konsultacjach z Tomkiem jeszcze z Asią przegadałyśmy ten problem, a kiedy ona stwierdziła, że leci przez wał, nie wypadało mi pójść na łatwiznę i obiegać.
 
To co robimy?
 

Start.
 
My przedzierałyśmy się przez wał (Asia pierwsza, ja chwilę po niej), a Tomek pobiegł naokoło i oczywiście był szybciej niż ja, choć ruszył chwilę po mnie.
Po jedynce trzeba było wrócić na pierwszą stronę wału, żeby pobiec na dwójkę. Mało optymalnie mi to wyszło, bo tak się skupiłam na wałach, że o rozsądnych i ekonomicznych przebiegach już nie myślałam. Trójka oczywiście znowu za wałem. Myślałam, że sprytnie będzie pobiec (to znaczy przeczołgać się, bo przecież nie biegłam ani w górę, ani w dół, ani nawet po płaskim) koło ósemki, bo tam wał był najwęższy, ale bo ja wiem, czy to miało sens. Wał to wał i może lepiej było lecieć na krechę.
 
Sama nie wiem jak lepiej.
 
Czwórka była nawet dość dostępna, ale za to przy piątce chwilkę mi zeszło zanim namierzyłam dołek na wale. Tam spotkałam Tomka i razem ruszyliśmy na szóstkę, czyli z jednego wału na drugi. Ja to już wybierałam coraz większy trawers, żeby tylko nie piąć się pionowo w górę.
 
W drodze na PK 6
 
I jest szóstka!
 
Po szóstce było trochę mniej skakania z wału na wał, ale za to pojawiły się dłuuugie przebiegi: z dziesiątki na jedenastkę i z jedenastki na dwunastkę. Przy dwunastce czepiłam się nie tego muru co trzeba i całe szczęście, że pojawili się inni zawodnicy i ich tropem trafiłam na punkt. Po dwunastce była pętelka: 13, 14 i 15 tożsame z PK 12. 
Do szesnastki znowu długaśny przebieg, ale przynajmniej po płaskim. Siedemnastka na wale, ale z długim i dość łagodnym podejściem. Po siedemnastce skończyła mi się woda, siły i chęci. Jeszcze z rozpędu wzięłam osiemnastkę, a potem zaliczyłam odlot. Odwodniony mózg wyłączył mi się całkowicie, a nogi pozbawione kierownictwa prowadziły mnie gdzie tylko chciały, a chciały naprawdę głupio i do tego daleko. Popitoliły mi się wały i nawet dojście do ewidentnie złych miejsc nie dało mi nic do myślenia. To znaczy, może i dało, ale czym miałam myśleć? Kiedy w końcu nogi zawiodły mnie na właściwy wał, bynajmniej nie był to koniec problemu, bo punktu i tak nie mogłam znaleźć. Co prawda  dwukrotnie byłam we właściwym dołku, ale najwyraźniej na oczy też mi padło, bo lampionu nie zauważyłam. Już nawet pomyślałam, że tak bardzo jestem poza wszelkimi limitami, że punkty pozbierali. Już miałam wracać na metę i zaliczyć nkl-kę, ale jeszcze ostatni raz wlazłam na wał (chyba już z przyzwyczajenia) i ... znalazłam.

Wędrować przed siebie, gdzie oczy poniosą...
 
Schodząc z wału znowu spotkałam Tomka, ale ja już kierowałam się na metę, a on jeszcze coś miał do zebrania. 
Meta była sprytnie schowana wewnątrz umocnień i gdybyśmy jej przed startem nie obejrzeli, to w stanie ducha, w jakim się znajdowałam, w życiu bym na tę metę nie trafiła.
 
Meta przyczajona przy wejściu - widok z wewnątrz.

Po sczytaniu czipa padłam i piłam, piłam , piłam....
 
Ślad gps powiedział mi, że punkty odległe o 60 metrów zaliczałam 19 minut! I nie uwierzycie - w wynikach nie jestem ostatnia, bo za mną są jeszcze 3 osoby.
W każdym razie, gdybym jeszcze kiedykolwiek chciała tam biegać - błagam - odwiedźcie mnie od tego pomysłu!!!!

Cała ciężka trasa.
 

wtorek, 7 maja 2024

KOSowa Majówka - dzień drugi, czyli bidon kontra bajoro.

Drugi dzień KOSowej Majówki był równie upalny jak pierwszy, ale postanowiłam przechytrzyć system i wziąć na trasę bidon z wodą. Wiedziałam już, że kałuż w lesie nie ma bo susza, a jakoś do mety dotrwać trzeba. 
Ponieważ trasy na ten etap były dłuższe niż ustawa przewiduje, początkowo zapisałam się na trasę A. Dzień przed zawodami, widząc, że cała moja konkurencja jest na trasie B, przepisałam się i ja na te prawie 5 km. Tak mi się koleżanki po ambicji przejechały.
 
Przed startem.

Clear, check i te sprawy.
 
Startowaliśmy z niewielkiego wzniesienia i niemal od razu trzeba było porzucić ścieżkę na rzecz azymutu.
 
Start.
 
Pierwszy punkt mieliśmy z Tomkiem wspólny i myślałam, że mnie dogoni i razem pobiegniemy, ale chyba zbyt długo odczekiwał po moim starcie, bo nie spotkaliśmy się.
Wiedząc, że trasa jest długa i pamiętając jak zmęczyłam się dzień wcześniej, musiałam rozsądnie gospodarować siłami, żeby starczyło ich na wszystkie 17 punktów. W praktyce oznaczało to, że lepiejj jest iść, a nie biec, ale dotrzeć na metę, niż biec i polec na polu chwały, czy raczej gdzieś w krzakach.
Dwójka i trójka weszły gładko. Na śladzie wygląda jakby mnie przed czwórką zniosło, ale to była zaplanowana akcja osadzona w realiach ścieżka-koniec rowu-skrzyżowanie rowu ze ścieżką-punkt.

Tak miało być.
 
Do czternastki, która była tożsama z trójką, szło idealnie - albo po kresce, albo z wykorzystaniem ścieżek. Teren był niemal płaski i chwilami trochę nawet niepokoił mnie brak jakichkolwiek punktów charakterystycznych, zwłaszcza kiedy trzeba było znaleźć jeden jedyny dołek na nieurozmaiconym terenie, gdzie wszystko wygląda tak samo.
Nie spieszyłam się, bo  gorąco, a dodatkowo spowalniało mnie popijanie wody, bo ja w ruchu nie umiem pić. Całe szczęście, że tę wodę miałam, bo inaczej pewnie skończyłoby się dolegliwościami żołądkowymi po PK 11, przed którym w lesie było bajorko. Jak nic piłabym z niego, gdybym nie miała nic innego do wyboru.
Po PK 14 dopadło mnie  zaćmienie umysłu. Musiały mi się zwoje mózgowe przegrzać, bo nie trafiłam na piętnastkę. Zniosło mnie z azymutu sporo w prawo i tym razem nie było to działanie celowe. Ani nie było tam nic do omijania, ani nikt nie odwrócił mojej uwagi, jakoś samo mi się poszło w bok. Punktu zaczęłam szukać nie przy tym skrzyżowaniu co trzeba, a przecież powinnam od razu wiedzieć, że to nie tam, bo piętnastka to to samo co piątka, którą już przecież brałam. Oczywiście w końcu znalazłam punkt, ale trochę wstyd.
 
Coś mnie zwiodło.
 
Ostatnie dwa punkty znalazłam już bez problemu, ale też i bez entuzjazmu, bo byłam wykończona upałem i ledwo dolazłam do mety. Dobrze, że trzeci etap miał być dopiero za trzy dni, bo chyba musiałabym z niego zrezygnować jeśli nie było by czasu na regenerację.
 
Cała trasa.

niedziela, 5 maja 2024

KOSowa Majówka - niby Niewiadoma, a wiedziałam jak trafić.

Majówka zapowiadała się pracowicie. Co prawda nie wybraliśmy się na Bukowa Cup, ani nawet na UNTS Cup - zapisaliśmy się na KOSową Majówkę. 1-go maja biegaliśmy na mapie Niewiadoma II. W sumie to dla mnie każda mapa, to jedna wielka niewiadoma, nawet jeśli biegnę na niej dwudziesty raz.
Pogoda upalna, tak że nawet leżenie męczy, ale chciało się do lasu, to nie ma zmiłuj.
 
Gotowi.
 
Start!
 
Już na dzień dobry trafił mi się dłuuugi przebieg, bo jedynka była za górami, za lasami i za dwoma przecinkami (no, prawie za dwoma). Na szczęście niemal na samo miejsce można było dobiec drogą, może i ciut naokoło, ale też bez przesady. Kolejne punkty były już w ludzkich odległościach i choć początkowo mapa mocno mnie niepokoiła, to na każdy punkt wychodziłam idealnie, lub najwyżej z lekkim rozejrzeniem się dookoła. Za czwórką spotkałam Tomka. i wesoło sobie pomachaliśmy.

Machu, machu.
 
Machałam może i wesoło, ale z każdym kolejnym punktem coraz mniej było mi do śmiechu. Pić chciało mi się niemiłosiernie, czułam się wyschnięta na wiórek i gdyby w lesie była jakakolwiek kałuża przyssałabym się do niej bez względu na wszystko. W sumie może i dobrze, że nie było, bo jakoś mało higienicznie by to wyszło. 
Biec nawet nie próbowałam, zwłaszcza kiedy w połowie trasy skonstatowałam, że do mety jeszcze w ciul daleko, a sił nie miałam nawet na podrapanie się. Powolny spacerek miał też i swoje zalety - mogłam dokładnie pilnować azymutu, rozważnie planować trasę, namierzać się precyzyjnie. I to dało efekt - ten poniżej. Prawda, że ładnie to wygląda. Może powoli, ale za to elegancko.
 

 
Ku wielkiemu zaskoczeniu mój mizerny wynik czasowy wystarczył do wyprzedzenia jedenastu osób i ośmiu osób nieklasyfikowanych. Widać upały im też dały się we znaki.
 

sobota, 4 maja 2024

Nocka z dwiema Niewiadomymi

Zaczyna się majówka –zaczyna się maraton z InO. Na pierwszy ogień Nocka z Niewiadomą. Na kilkanaście godzin przed pierwszym etapem KOSowej majówki kolejny nocny trening. 

Upalnie, komary i meszki. Sucho (słowem kurzy się w lesie). Przyjeżdżam pierwszy na start. Powoli idę na start (prawie kilometr). Budowniczy mówił, że teren się pozmieniał, jest wiele wycinek niezaznaczonych na mapie, więc trzeba uważać. A jeden z punktów węzłowych (5/9) wypadł na takiej wycince i jest powieszony specjalnie wysoko, by go łatwiej znaleźć w nocy. 

Start na wycince której brak na mapie;-)

Odczekuję ze startem do 20:01 i powoli ruszam w las. PK 1 na górce – taka oczywista oczywistość nawet za ostatnich promieni słonka, gdy punkt nie świeci się z daleka. PK 2 to ma być paśnik. Nic trudnego. Dobiegam do mokrawiska nad którym paśnik powinien stać. Obok wyręb, którego nie ma na mapie. Zapalam latarkę, bo już ciemnawo. A paśnika jak nie było, tak nie ma. Przedzieram się przez krzaki, chodzę w tę i we w tę chyba już godzinę. Wreszcie odkrywam, że chyba mapę mam przekręconą o 180 stopni i szukam nie po tej stronie mokrawiska. Oczywiście, jak wynika z postanalizy, błąkałem się prawie 10 minut, a nie godzinę, choć subiektywnie to trwało i trwało. Taki prosty błąd… wrrrr 

Pierwsza niewiadoma czyli jak szukałem paśnika odwrotnie trzymając mapę;-)

Na szczęście kolejne PK wchodzą lepiej. Znacząco lepiej. Biegnę na azymut i trafiam na lampion. Pierwsze obce światełko spotykam koło węzłowego PK 5. Tego na wycince. Wyprzedza mnie jakiś szybkobiegacz. Widzę jeszcze jego światełko na PK 9 (ten sam co PK 5), ale potem niknie mi w ciemności. Znowu jestem ja , las i niewiadoma;-) Wszystko idzie idealnie – azymut i po chwili zaczyna przede mną błyskać odblask kolejnego lampionu. Tak lubię. 

Do PK 13 daleko, więc wybieram wariant drogowy- ciut dalej, ale wygodnie. 

Ustawiam azymut i ruszam na PK 14. Przecinam drogę, zaczynają się dołki, powinno przede mną być wzniesienie z jakimiś polankami i gęstwinkami. Jakoś wokoło tego nie widać. Skręcam w prawo - powinna być tam porządna droga północ-południe, od której się namierzę. Droga jest. To cofam się na południe, by znaleźć drogę poprzeczną, przez którą przebiegałem i tam zaraz będzie mój lampion. Pojawia się górka, polanki - zbaczam z drogi wyglądając lampionu. Lampionu brak. Co gorzej, brak drogi którą powinienem przeciąć. Wracam na tę drogę północ-południe i znajduję bezpośrednio przy niej dołki. Patrzę na mapę i wiem gdzie jestem – dobre 300 m na południe od właściwego skrzyżowania. Nie mam pojęcia jak się tu znalazłem, ale przynajmniej wiem co robić dalej. Teraz to wiem co się stało – taka ledwo zaznaczona na mapie ścieżynka w terenie okazała się całkiem porządną drogą – nie sprawdzałem dokładnie jej azymutu, a odległościowo można było się nabrać. Na śladzie widać że biegłem prawie przy drodze, ale w nocy jej nie dojrzałem. W każdym razie co najmniej 6 minut w plecy. 

Druga niewiadoma czyli poszukiwanie PK 14

PK 14, 15 - tu zaczęły pojawiać się dzieci z krótkich tras. Jeszcze przebieg PK 18-19 pełen krzaków i finisz. Czas hmm przemilczmy, jednak 15-20 minut błędów to stanowczo za dużo. Miejmy nadzieję, że kolejne treningi i właściwy start w MP pójdzie lepiej, bez "niewiadomych";-)



piątek, 3 maja 2024

WOM - sztafety bez sztafety.

Drugi dzień WOM przewidywał bieg sztafetowy, a my nie zorganizowaliśmy sobie sztafety. Jak za każdym razem do tej pory, choć zawsze sobie obiecujemy, że za rok to już na pewno... Na szczęście organizator miał też propozycję dla niezesztafecionych i pod koniec imprezy mogliśmy pobiec indywidualnie. Tym razem jednak tak bardziej treningowo, bo bez minut startowych i bez medali. Ale dobre i to.
 
Gotowi do startu.
 
Moja trasa miała nominalnie prawie cztery kilometry, co w połączeniu z panującą temperaturą nie rokowało dobrze. 
Na start przyszliśmy jeszcze przed organizatorem i w oczekiwaniu na jego przybycie spokojnie dokonaliśmy procedury clear i check.

Czekamy.

Rozdawanie map.
 
Kiedy w końcu pojawił się organizator zebrani uczestnicy wymusili szybkie rozdanie map (choć chyba nie taki był plan) i można było ruszać. Na hasło: kto chce startować w maniaku? szybko krzyknęłam: ja! i pognałam do lampionu startowego, żeby się organizator nie rozmyślił. Tak się szybko zebrałam do tego startu, że zanim Tomek się zorientował i włączył kamerkę, ja byłam już daleko, daleko...
Tak daleko, że dobiegłam do jedynki. Dobrze, że bezproblemowo, więc radośnie poleciałam dalej. Trasa była tak skonstruowana, że praktycznie cały czas trzeba było biec na azymut, czyli to, co najbardziej lubię. 
Już od początkowych punktów jak duch pojawiała się przy mnie co chwilę jakaś dziewczynka biegnąca tę samą trasę. Czasami trzymała się za mną, a kiedy zwalniałam, ona zatrzymywała się, czasami (na widok lampionu) biegła przodem, a po podbiciu długo wpatrywała się w mapę, aż ruszyłam na kolejny punkt. Z jednaj strony rozumiałam ją i nie miałam za złe, ale z drugiej obawiałam się dekoncentracji i tego, że się w końcu zgubimy jak zamiast patrzeć na mapę, będę obserwowała jej poczynania. Tak biegłyśmy razem chyba aż do PK 9. Po dziesiątce byłam już pewna, że uciekłam i zmyliłam pogonie, że tak powiem Mickiewiczem. Tak mnie to podjarało, że z dziesiątki wiałam już na oślep, byle dalej. No i pokarało mnie, że chciałam być takim nieużytkiem i porzucić biedne dziecię w lesie. Zniosło mnie trochę w prawo, wypadłam nie na tę drogę co trzeba i... zgłupiałam. Przez chwilę nie mogłam ogarnąć dlaczego droga biegnie w złą stronę i co się tu w ogóle odpiernicza. A kiedy w końcu już ogarnęłam sytuację, okazało się, że moja "podopieczna" ma już podbitą jedenastkę i gna dalej (tym razem za Hanią), a ja jestem w lesie. Dosłownie i w przenośni.

Troszkę mnie zniosło.
 
Resztę punktów zaliczyłam bezbłędnie, aczkolwiek z niechęcią, zbulwersowana, że sama siebie tak wystrychnęłam na dudka i w efekcie zostałam daleko w tyle, bo też i sił na pościg już nie miałam. Wydawało mi się, że w klasyfikacji będę całkiem ostatnia, co zresztą niespecjalnie mi przeszkadza, a tymczasem uplasowałam się w połowie stawki, co też mi nie przeszkadza:-) Bo grunt, że pobiegane.

Cały przebieg.

czwartek, 2 maja 2024

Warszawska Olimpiada Młodzieży w kategorii K55.

Warszawska Olimpiada Młodzieży to jest to, co mi najlepiej wychodzi w życiu. Zawsze załapię się na jakiś medal, a trzeba pamiętać, że jestem już mocno zaawansowana młodzież. Tym razem w mojej kategorii wiekowej na bieg średniodystansowy było nas zapisanych 5 kobitek. Tomek w swojej kategorii miał tylko trzech konkurentów. 
Wystroiliśmy się w nasze nowe koszulki klubowe (co to po latach wreszcie udało się je zrobić) i pojechaliśmy na podbój Dąbkowizny.

Ładnie wyglądamy?

Na starcie jakoś nie zauważyłam żadnej z moich konkurentek, ale też skupiałam się na czym innym. Już od dawna nie startowaliśmy według minut startowych i aż mnie w żołądku zakręciło z przejęcia kiedy weszłam do boksu. Co za emocje! :-)

Będzie się działo!

Start!

Zaczęłam dobrze, to znaczy znalazłam pierwszy punkt. Bo najgorzej to jak z tym pierwszym są problemy. Wtedy człowiek traci całą motywację i ma wrażenie, że już nie warto się starać. No, ale skoro znalazłam, to postarałam się i idąc za ciosem (oraz linią azymutu) odnalazłam dwa kolejne. Z kolejnym miało pójść równie dobrze, szczególnie, że na mapie wyglądał banalnie, tylko że coś z lekka nie pykło. Zaczęłam dobrze, ale jak zobaczyłam ścieżkę u podnóża wydmy, to nie wiedzieć czemu zbiegłam na nią i już żadna siła nie była w stanie oderwać mnie od wygodnego traktu. Był wygodny, to prawda, tylko nie prowadził na punkt. Zaczęłam się z lekka miotać po ścieżce raz w jedną stronę, raz w drugą, przy czym najpierw sama, a potem w towarzystwie jakiegoś młodzieńca. W sumie fajnie było, tylko w żaden sposób nie przybliżało do osiągnięcia celu. W końcu zdecydowałam ustalić gdzie jestem, następnie namierzyć się i w końcu wziąć punkt, no bo ile można?

Nieuchwytny PK 4

Uznawszy, że sprawę błądzenia na potrzeby relacji już ogarnęłam, resztę punktów zaliczyłam bezproblemowo i tylko raz głupio - przy PK 6, gdzie zamiast podejść ścieżką, przedarłam się przez żywozielone na mapie. Ale przecież nikt mi nie będzie mówił jak mam żyć! Nawet mapa!
Na mecie dowiedziałam się, że jestem pierwsza na dwie, które dotarły do mety, a tą drugą była Becia. Cały czas oczywiście mowa o naszej kategorii. Pozostałe trzy zawodniczki nawet nie dotarły na start, a co dopiero na metę. 
I tym sposobem zostałam Mistrzynią.

Medal i nagrody dla Mistrzyni.

Tomek miał trochę mniej szczęścia niż ja i został tylko Wicemistrzem w swojej kategorii, ale dobre i to, szczególnie, że jego rywale nie nawalili i jednak przyjechali.

Mój Wicemistrz!


Nasze medale.

Po medalacji biegusiem (tzn. autkiem) wróciliśmy do domu, żeby się regenerować, bo następnego dnia czekał nas ciąg dalszy imprezy. Ale nie uprzedzajmy faktów....

Cały przebieg.

Nocna WATAHA

Trzy dni po nocnych przygodach z ZAZU TOUR kolejne nocne bieganie, tym razem z WATAHĄ w Białobrzegach. Las znany, ale lubiany. Znając Karola na pewno będą lampiony „stowarzyszone”, więc dokładnie trzeba sprawdzać numerki na stacjach SI. 

Czekając na noc

Do startu kawałek dojścia, a mapy „nietypowo” dostajemy dopiero na starcie, jak w porządnych zawodach, a nie na treningu. I mamy limit czasu 75 minut, co przy trasie Chojrak 6.6km jest pewnym wyzwaniem. ZAZU TOUR o podobnej długości zajął mi 86 minut! 

Clear, Check i Start

Nie ma taryfy ulgowej – strat w pełnej ciemności. Początek idzie dobrze. Na przebiegach widać, że biegnę dokładnie po kresce, jakbym miał ją wyrysowaną w terenie. Lekkie zawahanie na PK 3, ale bez porównania z tym PK 3 z poprzedniego biegu;-) 

Dopiero na PK 7 niewielka pomyłka – zdezorientował mnie tabun latarek i szukałem lampionu na sąsiedniej przerwie pomiędzy gęstwinkami. Ale to straty rzędu minuty, a nie dziesięciu;-) 

Ten PK 7 musiał mnie rozkojarzyć, bo następny - PK 8 to znowu pomyłka. Jak widać na przebiegu biegłem po kresce i przed samym lampionem skręciłem w lewo. Znowu te błędne ogniki – nie sugeruj się w nocy tym co świeci, a tylko własnym kompasem! 

Co tu dużo mówić – bieg nudny do opisywania, bo biegło mi się bardzo dobrze! Starczyło sił by doczłapać na metę w czasie, poza tymi drobiazgami żadnej większej wtopy, przebiegi na azymut „idealnie po kresce”. Ale za to ten bieg podbudował moje ego i może w MP nie będę na szarym końcu;-) 

Tu można oglądać moje bieganie po kresce;-)

 

środa, 1 maja 2024

Nocny Marek z ZAZU TOUR

Zapisałem się na Mistrzostwa Polski w nocnym BnO. Wcale nie miałem się zapisywać, ale w ramach treningów do Jagi-Kory coś tam zacząłem biegać i jakoś poszło - co ma się marnować licencja zawodnika BnO;-) Ale przed startem w imprezie tej rangi przydałby się trening. Nocny. I właśnie nastał wysyp nocnych treningów, bo jak widać nie tylko ja mam zaległości w nocnym bieganiu;-) 

ZAZU TOUR NOCĄ R2 - „prawie pod domem” bo w Markach na Horowej Górze – wstyd było nie iść. Oczywiście zjawiłem się na starcie. Mapa niewielka, 6,8 km, 17 PK czyli nie tak mało. Na mapie wydma, trochę poziomnic i sporo zielonego. 

Do startu gotowy!

Wystartowałem przy ostatnich promieniach słońca - pod górę i po piachu. PK 1 daleko - na drugim końcu mapy. W lesie już ciemno. A las… niedawno był to młodnik, teraz jest ciut wyższy, ale jeszcze nie zaznał trzebieży. W nocy daje to efekt bardzo ograniczonej widoczności. Co chwila jakieś ścieżynki jak to przy zamieszkałych terenach. Leciałem na czuja – „mniej więcej w kierunku” i kurczowo trzymałem się poziomnicy. Tak jej się trzymałem, że trafiłem wpierw na PK 4, ale dzięki temu do PK 1 było niedaleko. 

PK 2 wydawał się prosty - wokół bagienka, ścieżką, na niewielką górkę i gdzieś w dole powinien być lampion. To „gdzieś w dole” było mocno zdradliwe: teren poorany rowami, zwalone gałęzie, i szukaj wiatru – znaczy lampionu w takich warunkach. Wreszcie znalazłem, ale po dłuższej chwili. 

Na PK 3 ruszyłem na azymut. Po chwili zobaczyłem pierwsze „obce światło” w lesie. Jak się okazało był to zagubiony Piotrek, który szukał … PK 1!
Szczęśliwy, że nie zrobiłem takiej wtopy, ruszyłem dalej. Minąłem jakąś ścieżkę poprzeczną, dobiegłem do następnej (jej kierunek się zgadza), więc chwilę wcześniej powinien być lampion. Wracam się, szukam, nic. Powoli pojawiają się latarki. Jakaś dziewczyna szuka tego samego lampionu. Niby się wszystko w terenie zgadza, ale nie do końca. Przebiegają jacyś biegacze i wreszcie Janka wybiegając z lasu rzuca: „33 jest tam” i wskazuje gdzieś na zachód. Lecimy w tamtym kierunku. Okazało się, że w terenie była „ścieżka” nieuwzględniona na mapie i szukaliśmy ponad 100 metrów za wcześnie. 

Dalej biegłem już ostrożnie do PK 4, drogę z PK 4 na PK 5/1 miałem już wcześniej obieganą i potem na PK 6 – znów na drugi koniec mapy. W pewnym momencie zacząłem poznawać teren, który mapowałem do którejś tam Niepoślipki. Wokół coraz więcej światełek biegających we wszystkie strony. Na ostatnich metrach do PK 6 znosi mnie i bezradnie miotam się szukając krótkiego wału. 

Kolejne punkty idą dobrze, choć coraz wolniej, bo sił zaczyna brakować. Przemek dobrze zbudował trasę – sporo mało przebieżnych elementów (szczególnie w nocy), a co pewien czas dłuuugi przebieg – kolejny z PK 11 na PK 2/12. Tym razem używam ścieżki, która mnie zmyliła przy poszukiwaniu PK 3 i rów z lampionem znajduję może ciut naokoło, ale w sposób całkiem bezpieczny. 

Bieganie nocą ma swój urok

Kolejne przebiegi – „odwrotne” do tych, co robiłem na początku. Znany las (biegnąc na PK 1 na niego narzekałem, ale teraz wydaje mi się łatwy i przebieżny), choć sił coraz mniej. Wreszcie wpadam na metę. Czas nie jest najlepszy – szczególnie przez ten PK 3. Ale przez MP jest planowane jeszcze kilka nocnych treningów – czas by się poprawić!