Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życiówka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 kwietnia 2019

Parkrun z Łukaszem

W sobotę tradycyjny parkrun i jak to ostatnio bywa - kolejna uroczystość. Tym razem świętowaliśmy 250-ty bieg Łukasza. Wyobrażacie sobie? To pięć lat cosobotniego biegania (zakładając, że nie opuszcza się żadnej soboty)! Dla mnie niewyobrażalne!
Pogoda zrobiła się wiosenna i wreszcie można było pozdejmować z siebie grubsze warstwy, a ja to nawet buty lżejsze ubrałam. Ale to dlatego, że Tomek mi wmówił, że jak będą lżejsze, to pobiegnę szybciej i znowu zrobię życiówkę:-) No to uwierzyłam, bo co mi szkodzi życiówka. Nie żebym się jakoś nastawiała, ale zawsze warto brać pod uwagę.
Ruszyłam dość spokojnym tempem, ale chyba moje spokojne tempo nieco wzrosło, bo długi czas biegłam w sporej grupie, a przeważnie szybko zostaję sama w ogonie peletonu. Cały czas czekałam kiedy dogoni mnie Ania, ale ponieważ jakoś się nie kwapiła, więc podpięłam się pod kogoś innego i pilnowałam żeby zachować stałą odległość. Po pierwszym kółku zdjęłam rękawki i rzuciłam nimi w stronę wolontariuszy licząc, że je zgarną na metę, a kamizelki nie dało się zdjąć, bo zapięłam na niej "numer startowy" z imieniem Łukasz. Szkoda, bo z każdym krokiem robiło się coraz cieplej, a tego nie lubię.

W sobotę wszyscy byliśmy Łukaszami:-)

O dziwo, na ostatnim okrążeniu wcale nie zaczęłam umierać, ale przyspieszyć też nie dałam rady. W sumie to najlepiej idzie mi bieg równym, jednakowym tempem. Jeszcze trochę potrenuję i będzie można metronomy według mnie skalować:-)

Na parkrunie jest miejsce dla każdego!

Zapomniałam sobie włączyć stopera, więc nie wiedziałam jak stoję z czasem, ale wydawało mi się, że całkiem nieźle. Na ostatniej prostej, która pojawiła się nadspodziewanie szybko, usiłowałam trochę przyspieszyć i może z sekundę albo dwie nadrobiłam. Kolejną zyskałam na ostatnich pięćdziesięciu metrach, kiedy już bardzo się sprężyłam i z lekka przyspieszyłam. Tomek od razu zawyrokował, że na pewno jest rekord, ale co miał mówić, skoro mi ten rekord obiecał? :-) Ale miał rację. Poprawiłam się o całe 6 sekund! Jeszcze z miesiąc temu śmiałam się z takich "osiągnięć", a teraz widzę, że 6 sekund to potrafi być bardzo, bardzo dużo.
Jak to punkt widzenia zmienia się wraz z punktem siedzenia, czy raczej biegania...

wtorek, 26 marca 2019

Rekordowy parkrun

Sobotę znowu zaplanowaliśmy intensywną - parkrun i WesolInO. Na parkrun mało się nie spóźniliśmy, bo nie było gdzie zaparkować i stanęliśmy bardzo daleko. Zbliżała się dziewiąta, a my dopiero wysiadaliśmy z auta. Pognaliśmy więc na złamanie karku w stronę miejsca zbiórki i tym sposobem odwaliliśmy rozgrzewkę przed biegiem. Ja to byłam tak rozgrzana, że ociekałam potem, dyszałam i nie wydawało mi się, że będę w stanie jeszcze gdzieś biec. Na naszym praskim parkrunie na szczęście tradycyjnie wszystkie czynności wstępne przedłużają się poza godzin dziewiątą i zanim wystartowaliśmy, zdążyłam odpocząć.
Moja pani doktor, molestowana na okoliczność złego samopoczucia, oddała mi w końcu moje stare leki, miałam więc nadzieję, że tym razem  głowa nie będzie mi eksplodować i dam radę dobiec bez większych problemów. Ruszyłam umiarkowanym tempem żeby na początek zrobić rozpoznanie. Nic się nie działo, więc ciut przyspieszyłam. Nie za dużo, więc po chwili dogoniła mnie Ania. Biegła fajnym tempem więc siedziałam jej na ogonie, ale po pewnym czasie albo ona zwolniła, albo ja poczułam moc i wyrwałam do przodu. Biegłam, biegłam, już się nudzić zaczęłam, a Ania nic - nie wyprzedzała.
- Aha, w końcu się zlitowała i tym razem postanowiła dać mi wygrać - pomyślałam przypominając sobie jak w żartach i ja i Tomek prosiliśmy o to.
No dobra, puszcza przodem, to trzeba korzystać. Nie żebym przyspieszała, ale starałam się nie zwalniać, jak to na ogół w końcówce robię. Jakoś się udało, a przed samą metą nawet ciut przyspieszyłam. I wiecie co? Znowu zrobiłam życiówkę. Poprawiłam się jakieś dziesięć sekund. Jeszcze trochę i złamię 28 minut! Nie ma się co śmiać - starsza pani jestem, więc i wyniki na poziomie adekwatnym.

Na trasie. (Fot. z FB parkrunowego)

Zauważyłam, że te swoje rekordy to biję tak jakoś zaraz po pięćdziesiątkach. Bo co to jest pięć kilometrów naprzeciwko pięćdziesięciu? Tylko myknąć i gotowe.
Trening pięćdziesięciokilometrowy przed startem na pięć kilometrów? Ktoś jeszcze tak ma, czy tylko ja? Znaczy wiem, że Tomek też, bo pięćdziesiątki i rekordy robimy razem, ale oprócz nas?

niedziela, 3 marca 2019

4 sekundy wyciśnięte z buraka.

Tak się czasem włóczę po Internetach i czytam różne takie biegowe strony i na którejś z nich wyczytałam, że anemicy to tak średnio mają szansę na szybkie bieganie. Ponieważ ja zawsze miałam dość marne wyniki krwi, więc od razu poleciałam zrobić sobie morfologię, bo jak wyjdzie nie bardzo, to będę miała czarno na białym, że to nie ja jestem winna marnemu bieganiu, tylko anemia. Wyszło tak sobie - jeszcze w granicach normy, ale na samiutkim dole widełek. No to (naczytawszy się uprzednio jak polepszyć parametry bez leków) od razu poleciałam do sklepu i kupiłam wątróbkę, kaszankę i salceson. Za wątróbką nie przepadam prawdę mówiąc, kaszanka jest dla mnie raczej neutralna, a salceson lubię. Tak poleciałam po mięsnych rzeczach, bo ponoć żelazo hemowe lepiej się wchłania. Ale, ale - co sobie będę żałować? Następnego dnia dokupiłam worek buraków, pęczek pietruszki i chciałam jeszcze kilo gwoździ, ale w Auchan nie mieli:-( Pocieszyłam się, że w takiej pędzonej pietruszce to oprócz żelaza mam jeszcze pewnie całą tablicę Mendelejewa, więc i tak jestem do przodu i na swoje wyjdę. Z buraków utoczyłam trochę soku, spróbowałam, powstrzymałam odruch wymiotny i czym prędzej dorzuciłam do sokowirówki marchewkę i jabłko. Takie trio weszło bezproblemowo. Po fazie eksperymentów na własnym, żywym organizmie, postanowiłam napój przetestować na większej próbie badawczej, czyli na Tomku (większy ode mnie). Ustaliliśmy, że w sobotę przed parkrunem wypijamy po szklance soku i lecimy zrobić życiówki. Udało nam się wcisnąć w siebie po niepełnej szklance cudownego napoju, bo wcześniej zjedliśmy śniadanie i miejsce w żołądku było zajęte. Przed biegiem zrobiliśmy porządną rozgrzewkę, żeby nie było to czy tamto i od startu ruszyliśmy ostro. Moja tradycyjna konkurentka, podobnie jak tydzień wcześniej, została z tyłu, a ja gnałam napędzana tymi burakami. Gdzieś w połowie trasy konkurentka dogoniła mnie, wymieniłyśmy grzeczności, po czym przyspieszyłam zostawiając ją za plecami. Nooo, tego jeszcze nie przerabiałam.

 Fotka z parkrunowego fejsa - autorem jest Arek.

Gdzieś tak przed ostatnią prostą trochę chyba musiałam zwolnić, bo parę osób mnie wyprzedziło, chociaż może po prostu zaczęli tak wcześnie finiszować. Konkurentka dopadła mnie przed ostatnim zakrętem, ale słyszałam, że dyszy nie mniej ode mnie. Długą chwilę biegłyśmy łeb w łeb. Zdekoncentrował mnie Tomek, który widząc co się dzieje, zaczął mnie dopingować. Niestety, okazało się, że doping bardziej pomógł rywalce i wyprzedziła mnie o 5 sekund. Ale i tak pobiłam własny rekord i mam nową życiówkę! Poprawiłam swój rekord o całe CZTERY sekundy!Tomek swój też! Ale tylko o trzy:-) Ludzie! Jakie te buraki człowiekowi dają przyspieszenie! :-)
W drodze do Wesołej (bo pojechaliśmy jeszcze na WesolInO) doczytałam w Internetach, że tego soku to trzeba wypić pół litra żeby zadziałał, a nie - jak my - małą, niepełną szklaneczkę. Bo widzicie - najważniejsze, że my w te buraki uwierzyliśmy! Pomogło! Zresztą gdybym wypiła pół litra soku, to czas miałabym dużo, dużo gorszy, bo na trasie biegu nie ma toalet i musiałabym pewnie lecieć na najbliższą stację benzynową.

Na WesolInO już nie planowałam bić żadnych rekordów, a jedynie nie zgubić się i dotrzeć na metę. Kiedy zobaczyłam mapę, jeszcze bardziej zapragnęłam nie zgubić się. Na mapie większą część kartki zajmował opis punktów i legenda, tak 2/3 strony było po prostu białe, niezadrukowane, a w rogu widniały kółeczka oznaczające PK i linie łączące te kółeczka. Jak się dobrze przyjrzeć, to można było jeszcze gdzieniegdzie odnaleźć jakieś szczątki treści pod kółeczkami i liniami i... to wszystko. Jednym słowem - trasa Świętego Azymuta.

Chyba na tuszu oszczędzają:-)

Całe szczęście, że akurat azymuty, to jedna z niewielu rzeczy, które mi w tej orientacji dość dobrze wychodzą, więc założyłam, że jakoś dam radę. Zresztą, dość niepostrzeżenie, przeminęły już czasy, kiedy zgubiwszy się wpadałam w panikę i albo biegłam gdziekolwiek przed siebie, albo wracałam na metę, jeśli wiedziałam gdzie ona jest. Teraz potrafię się zlokalizować porównując mapę z terenem i zamiast histeryzować, myślę. Nawet działa.
Moja trasa miała pięć kilometrów i trochę podbiegów. Ponieważ po rekordach byłam już ciut wycięta, więc nie nastawiałam się na szybkość, a jedynie celność. I muszę przyznać, że z tym ostatnim nie miałam problemów. Truchtałam sobie z punktu na punkt, na azymut oczywiście i z reguły zawsze wychodziłam na lampion, a jak nie, to przynajmniej był w zasięgu wzroku. Pod górę częściej podchodziłam niż wbiegałam, przez las też nie zawsze dało się biec, toteż i czas miałam taki mniej ambitny - prawie godzinę. Na dobiegu do mety spotkałam Tomka i na ostatniej prostej zrobiliśmy sobie wyścig. Wygrałam. Albo dał mi wygrać:-)
Muszę przyznać, że sobota była dobrze wybieganym dniem!

Tak wygląda mój przebieg. Chyba dość przyzwoity?