Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Srokowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Srokowo. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 maja 2018

Multimedialny Jaszczur

Aby relacja była pełna dodam bardzo amatorską wizualizację:

https://photos.app.goo.gl/xMF98TWVEEMSk1JTA

track w 3drerun (można dodawać swoje  - jeden już jest dodatkowy):
http://3drerun.worldofo.com
i przebieg wrysowany na mapę (dokładniej)

Wszystkie śluzy znalezione, czyli Jaszczura cz.2

Od PK N do mety było mniej więcej tak daleko jak ze startu do PK N, ale na pewno szybciej, bo po pierwsze mniej punktów do zebrania, po drugie mniej wycinków do dopasowania, a dodatkowo w perspektywie mety, posiłku, prysznica i śpiwora człowiek leci ile fabryka dała, żeby szybciej skończyć.
Punktu 392 szukaliśmy razem, a raczej równolegle z Krzysztofem i Tomkiem K. i najpierw znaleźliśmy bułkę Krzysztofa, a potem punkt. Dogoniliśmy ich przy Kanale Mazurskim, oddaliśmy bułkę i cyknęliśmy sobie pamiątkową fotkę.

W zasadzie to nagraliśmy filmik, ale fotkę dało się z niego wyciągnąć.

Trzy kolejne wycinki weszły bezproblemowo i byliśmy pewni, że i kolejny zaliczymy w locie, zwłaszcza, że wycinek mieliśmy już dopasowany. Nasza pewność siebie została srodze ukarana. Niby weszliśmy w odpowiednią drogę, azymut się zgadzał, tylko lampionu i śladów po domostwie jakoś nie było. Łaziliśmy po coraz odleglejszych krzakach w nadziei, że może lampion źle powieszony, ale było tak, jak w Kubusiu Puchatku - im bardziej zaglądaliśmy w krzaki, tym bardziej lampionu nie było:-( Postanowiliśmy wrócić do nasypu kolejowego i namierzyć się od niego. Wszystko zrobiliśmy zgodnie z zasadami sztuki i... wyszliśmy w to samo miejsce co poprzednio. Dla pewności drugi raz przeczesaliśmy krzaki, bo nóż, widelec ktoś w  międzyczasie podrzucił lampion. Ale nie... Ponieważ łażenie w kółko nie wnosiło nic nowego do naszej sytuacji, namówiłam Tomka żebyśmy poszli na PK S, a z niego spróbowali, od d..y strony znaleźć punkty wycinkowe. Samego punktu S też chwilę szukaliśmy, bo po pierwsze z mapy wynikało nam, że będzie nad samą wodą (a nie był), a po drugie lampion był zerwany i poniewierał się na ziemi w bobrzych trocinach. Najście na wycinek od tyłu było dobrą decyzją, bo szybko znaleźliśmy PK 37, a potem 36. Niestety - na te poszukiwania straciliśmy równo godzinę!
Kolejne punkty na szczęście nie przysporzyły nam problemów i staraliśmy się biegiem i szybkim marszem nadrobić stracony czas. Gdzieś  w okolicach PK X zastał nas zmrok i musieliśmy wyciągnąć czołówki. Z tą chwilą mój aktywny udział w śledzeniu mapy i poszukiwaniach kolejnych punktów gwałtownie zmalał, głównie z powodu ślepoty i strachu przed dzikimi zwierzętami, które nocą tylko czyhają na ludzi błąkających się po lesie:-) Poza tym byłam pioruńsko głodna i senna, a  dodatkowo weszliśmy w rejon wycinków z hipsometrią, więc nawet nie zawracałam sobie nimi głowy - jakoś nie przemawiają do mnie. Niby teorię mam opanowaną, tylko praktyka tak mi średnio wychodzi. Za to mogłam wykazać się sprawnością fizyczną i śmigałam po kłodach nad wodą, a gdzie się nie dało lazłam prosto w bajoro. 

 PK E - tak całkiem na sucho to się nie dało.
Tak uczciwie przyznam, że chwilami nawet z premedytacją lazłam, bo co to za impreza bez zamoczenia butów. No, nie liczy się i już. Tomek chyba też tak uważa, bo dla podniesienia dramatyzmu postanowił nawet poświecić swój but i utopić go w bagnie. Ktoś idący za nim namówił go jednak do wyciągnięcia buta i włożenia na nogę.
Kolejny wycinek, który dał nam w kość to ten z PK 24 i 25. Punktów szukało kilka ekip, a każdy z uczestników miał inną koncepcję gdzie powinien stać lampion. Przede wszystkim to nikt chyba nie wiedział gdzie tak dokładnie się znajdujemy. Ponieważ wysyłanie mnie nocą na jakiekolwiek poszukiwania związane jest wyłącznie z kolejnymi problemami, Tomek wykorzystywał mnie jako świecący znacznik orientacyjny, co polegało na tym, że zostawiał mnie samiuteńką w środku ciemnego lasy, kazał stać i świecić, a sam znikał gdzieś w oddali. Ja w tym czasie umierałam ze strachu, a każdy szelest wywoływał u mnie zawał, paraliż, porażenie układu oddechowego, dżumę, odrę i cholerę. Zwłaszcza cholerę. Znaczy cholera mnie brała, że muszę tak stać , a przecież można olać te dwa punkciki i wrócić do bazy. Z drugiej strony, gdybyśmy tak zrobili, to przecież w życiu bym sobie nie wybaczyła, że w ogóle taka myśl przyszła mi do głowy. W końcu udało się znaleźć co było do znalezienia i pozostał nam już tylko długi przelot do bazy z zahaczeniem o punkt H. Kiedy tylko wyszliśmy na asfalt, gnaliśmy ile fabryka dała. Muszę się pochwalić, że jak na sześćdziesiąty któryś kilometr, to sporo dała. Leciałam jakby to był dopiero początek zawodów, a nogi dosłownie same mnie niosły.
Wreszcie dotarliśmy na upragnioną metę. W bazie jakoś nie było tłoku, więc nie byliśmy ostatni. Ja od razu rzuciłam się na żarcie i wrzucałam w siebie grochówkę, chleb, sok pomidorowy, piwo, żurek, chleb, piwo, batonik - czyli jak mówiła moja babcia: wełna, nie wełna, byle kicha pełna! Potem zaserwowałam sobie dłuuugi, gorący prysznic w towarzystwie ćwiartowanego w sąsiedniej kabinie zająca. Smród był nieziemski od tego truchła, ale mi było już wszystko jedno. Zająca znalazł na drodze jeden z uczestników i wziął, bo co się ma dziczyzna marnować. Potem padłam, a kiedy się obudziłam, Tomek obwieścił mi, że wygraliśmy. Wygraliśmy? Ale jak to? Niby jechaliśmy na zawody z tym zamiarem, ale żeby tak się od razu spełniło...

Z medalami i pucharami.

W drodze powrotnej zaliczyliśmy jeszcze trino w Węgorzewie i tym sposobem powróciliśmy do tradycji trinowania przy okazji pięćdziesiątkowych wyjazdów. Polecam!

Stowarzyszona ekipa w Węgorzewie.
Wiecie co mi się najbardziej podobało na Jaszczurze? Mapa! Niby taka zwyczajna, ale jakoś tak mile połechtała mój zmysł estetyki. A w ogóle to widać było ogrom pracy włożony przez organizatora w zaplanowanie trasy - zobaczyliśmy fantastyczne miejsca, o których istnieniu w życiu bym się pewnie nie dowiedziała, okoliczności przyrody były przecudne, a dreszczyk emocji na niektórych punktach też dodawał smaczku (no, może tylko PK 8 był trochę przegięty). O ile z poprzedniego Jaszczura wyjeżdżałam z mieszanymi uczuciami, to o tym mogę śmiało powiedzieć - było fantastycznie!

wtorek, 1 maja 2018

Zagubione śluzy, ruinki i cmentarze (cz. 1)

Kolejna pięćdziesiątka. Tym razem obyło się bez żadnych atrakcji dojazdowych, bo przez miesiąc jaki minął od RDS-u pogoda zmieniła się z zimowej na letnią i co prawda mogła nam zaserwować jakiś huragan albo potop, ale litościwie nie zrobiła tego.
Tym razem jechaliśmy na północ, szukać zagubionych śluz. Jednym słowem - Jaszczur.
Jaszczur to taka trochę nietypowa pięćdziesiątka, bo rozgrywana na zasadach turystycznych InO i większy nacisk stawia na pracę z mapą i myślenie niż bieganie wyczynowe. I w tym właśnie upatrywaliśmy swojej szansy.
W bazie zastaliśmy bardzo kameralną atmosferę, bo większość szybkobiegaczy omija Jaszczura wielkim łukiem, niektórzy pewnie jeszcze odpoczywali po Irokezie, a inni zbierali siły na  Rudawską Wyrypę:-)  W niemal rodzinnej atmosferze uczestnicy wspólnie z organizatorem szykowali karty startowe, a i mapy też byśmy chętnie przygotowali, ale Malo strzegł ich przed nami.
W sobotę tradycyjnie stanęliśmy przed dylematem jak się ubrać, bo niby miało być ciepło, a zza drzwi wiało grozą. W końcu nadszedł czas na odprawę, ujawnienie co nas czeka po drodze, ustalenie minut startowych i pokazanie map.

Odprawa. I wszystko jasne.

Startowaliśmy chyba jako trzeci zespół. Nasza mapa składała się z dwóch wielkich płacht upstrzonych białymi prostokątami, w które trzeba było wpasować wycinki. Nawet chciałam od razu na nie rzucić okiem, ale Tomek stwierdził, że dopasowywać będziemy na bieżąco. Okazało się, że faktycznie ma to sens, bo większość wycinków była dość banalna, żaden nie był obrócony ani zlustrowany i jedyne, które mnie trochę odstraszały to te z hipsometrią. Na szczęście Tomek to ogarnia, więc nie musiałam się martwić.
Od razu ruszyliśmy na wschód w myśl zasady, że tam musi być jakaś cywilizacja. Nooo, była - tylko taka jakby trochę przechodzona i w ruinie. Naszym zadaniem było narysowanie kształtu budowli od strony południowej. Wspięłam się na wyżyny talentu i narysowałam.
Pięknie i romantycznie.

 Takich punktów rysunkowych było więcej, bo i PK A, R, T i 38, a co jeden to ciekawszy. Trzeba przyznać, że organizator postarał się i wyszukał w terenie naprawdę interesujące obiekty. Nasza karta startowa w efekcie prezentowała sie tak:


PK 4 i G wzięliśmy bezproblemowo, chociaż ja reper zawsze wyobrażałam sobie jako słupek, a nie płaski kawał betonu z metalowym kółeczkiem z numerkiem. Na G zaś zmoczyłam sobie połowę nóg próbując dostać się do lampionu.
Nadszedł czas na pierwszy wycinek. Mi od razu narzucił się punkt 292, ale w terenie okazało się, że jakoś nic nam nie pasuje. W końcu Tomek dopatrzył się na mapie głównej strumyka wchodzącego w wycinek i wszystko stało się jasne - byliśmy na PK 293.
Potem zaliczyliśmy LOP-kę, która w zasadzie nie była LOP-ką, bo nie była obowiązkowa, ale postanowiliśmy brać wszystko jak leci, bo co sobie będziemy żałować - zapłacone, to nie ma co odpuszczać:-)
Punkt F zawiódł nas na stary poniemiecki cmentarz, gdzie szukaliśmy grobu Heinricha. Takich cmentarzyków mieliśmy na trasie jeszcze kilka. Jedne były bardziej, inne mniej zapuszczone, ale wszystkie takie... romantyczne.

Krzyż na jednym z odwiedzonych cmentarzy.

Wraz z punktem 39 zaczęły się wycinki "historyczne", czyli fragmenty starej mapy, praktycznie nie mające odzwierciedlenia w obecnym stanie rzeczy. Tam, gdzie kiedyś były liczne zabudowania teraz jest tylko las, resztki podmurówek i piwniczek.
PK osiem wprawił nas w totalną konsternację. Opis brzmiał: "lampion (po drabinie)". Pierwszą myślą była ambona, ale to, co zobaczyliśmy na miejscu przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Drabina była bardzo długa, absolutnie pionowa i wiodła na szczyt zapory. Ponieważ Tomek ma lęk wysokości, wiedziałam, że to ja muszę wejść po lampion. Nie powiem, trochę mi skóra ścierpła ze strachu ale dałam radę. Wlazłam, rozejrzałam się i... nigdzie nie zobaczyłam lampionu. Ostrożnie, na czworaka obeszłam  całą platformę sprawdzając czy lampion nie zwisa gdzieś w dół, ale nie. Już miałam zrezygnować i wbić BPK-a kiedy wreszcie go dojrzałam - wisiał na gałęzi rosnącego przy zaporze drzewa. OK, lampion był zlokalizowany, ale co z tego? Był tak daleko od krawędzi, że nie byłam w stanie go dosięgnąć. Podskakiwać, czy przesadnie wychylać się jakoś nie miałam zamiaru, bo raczej nie mam skłonności samobójczych. Najwyraźniej organizator nie przewidział, że istoty niskie i z krótkimi kończynami także będą chciały podbić ten punkt:-(

Próba dosięgnięcia za pomocą patyka nie powiodła się.

Tomek w akcie desperacji chyba dwukrotnie wlazł na szczyt drabiny zrobić rozpoznanie sytuacji i dostarczyć mi patyki, ale nie zdecydował się na sięganie poza krawędź, zresztą i tak bym mu nie pozwoliła. Kiedy już się wydawało, że musimy spisać punkt na straty, nadeszła wysoka konkurencja i litościwie wpisała nam do karty co trzeba. Teraz to się fajnie wspomina te atrakcje, ale tak prawdę mówiąc, to umieszczanie lampionu w tym miejscu było raczej mało odpowiedzialne.
Dalszy fragment trasy przeszliśmy w towarzystwie "konkurencji". 
Wycinek z PK 29 dopasowaliśmy bez problemu, większym wyzwaniem było dotrzeć do niego po stromym, zakrzaczonym zboczu.
PK 9 przypomniał mi młodość. Nie żebym była aż tak stara żeby pamiętać czasy budowy śluzy, ale przypomniał mi się film "Czterej pancerni i pies" i wysadzanie zapory. My nie mieliśmy nic wysadzać tylko policzyć schody. Fajnie wyglądało jak wszyscy biegali po nich góra-dół licząc stopnie.
Po punktach A, B, C i wycinku z PK 31 przeszliśmy w końcu na drugą mapę. Za nami było koło piętnastu kilometrów. Ile przed nami? - nawet organizator nie był w stanie określić, bo długość trasy na mapie podał raczej z sufitu i sugerował na odprawie, żeby zawody potraktować trochę jak rogaining.
Do PK 391 szło dobrze - wycinki wskakiwały na swoje miejsce, lampiony, cmentarze, miejsca po zabudowaniach były gdzie trzeba, ale przy wycinku z Bajohrencośtam wymiękliśmy. Przy drodze stało drzewo podgryzione przez bobry z pięknie wyeksponowanym lampionem i za nic nie mogliśmy dopasować żadnego obrazka do zastanej sytuacji. Ja stawiałam na PK 36 i 37, Tomek na 26, więc rozeszliśmy się w różne strony i każde sprawdzało swoją wersję. W końcu Tomek sprawdzając swoją teorię znalazł drogę biegnącą na północ od punktu i dopiero z nią udało się dopasować wycinek. Uff.
PK M okazał się ciut abstrakcyjny - należało podać azymut i odległość do najbliższego widocznego domu. Rozejrzeliśmy się dookoła stojąc na szczycie wzniesienia, a po horyzont ciągnęły się lasy i pola. W końcu gdzieś tam między drzewami, hen daleko, dojrzeliśmy coś, co ewentualnie można było potraktować jako domostwo. Azymut wyznaczyliśmy idealnie, z odległością machnęliśmy się parę metrów. Z wyznaczeniem azymutu i odległości do wyspy przy kolejnym punkcie nie mieliśmy już żadnych problemów. Problemem za to okazało się zadanie z identyfikacją drzewa rosnącego na cmentarzu. Żadne z nas nie jest dendrologiem, ale obstawialiśmy dobrze - Tomek na podstawie dziupli, ja na podstawie liści. Ale takie trochę lipne było jednak to zadanie:-)
W miarę upływu czasu robiło się coraz cieplej, a my pozbywaliśmy się także kolejnych warstw odzieży. Chciało się pić. Mieliśmy oczywiście ze sobą wodę z izotonikiem i magnezem, przy PK C wstąpiliśmy do sklepu na pepsi, ale w końcu zamarzyliśmy o zwykłej, zimnej, czystej wodzie. Po PK L wstąpiliśmy więc do najbliższego gospodarstwa z prośbą o szklankę upragnionego napoju. Uczynny gospodarz po obejrzeniu naszych map od razu ustalił nam marszrutę nie przejmując się wcale, że po drodze mamy zbierać jakieś punkty:-) Oczywiście i tak poszliśmy swoim wariantem.
Po dość długim marszu (a nawet biegu) zbliżyliśmy się do granicy. Tam zaskoczyło nas pojawienie się Krzysztofa i Tomka K., którzy wyszli w naszą stronę mokrzy po pas, zdegustowani i zdezorientowani.  Ciut za wcześnie usiłowali wbić się na wycinek, a stojące im na drodze bagno postanowili sforsować wpław. PK 26 szukaliśmy razem - długo, namiętnie i wydawało się, że bezskutecznie, bo usiłowaliśmy dopasować coraz to inny wycinek i żaden nie wchodził. Tak po prawdzie to ja przy takiej ilości szukających poczułam się zwolniona z tego obowiązku, ale za to przycupnęłam sobie w spokoju i dopasowałam kilka kolejnych wycinków. W końcu udało się ustalić czego szukamy, a nawet znaleźć i mogliśmy ruszyć dalej.
Punkt N umiejscowiony niemal na samej granicy był formalnością.

W tle słupki graniczne.

Przy PK N mieliśmy w nogach już ciut ponad 30 kilometrów, a N był najdalej wysuniętym punktem na mapie. Zakładając, że jeśli odeszliśmy z bazy na taką odległość, to musieliśmy przyjąć, że i powrót nie będzie krótszy. Coś ta pięćdziesiątka zaczynała nam się przeciągać i już nie byłam pewna czy czasem z rozpędu nie wystartowaliśmy na jakąś setkę. Ale podobno nie. O dziwo, wcale nie czułam się jakoś specjalnie zmęczona i czułam, że mogę iść, a nawet biec jeszcze dłuugo, dłuugo. Było to bardzo prorocze odczucie, jak się docelowo okazało.
c. d. n.