Zimno, ciemno, do domu daleko i jeszcze nie było gdzie zaparkować - tak mniej więcej wyglądał ostatni "Oswój". Tomek wysadził mnie przy starcie z termosem, ciastem i stołem dla Darka, a sam pojechać wcisnąć w jakąś lukę Malusia (autko się znaczy). Zanim wrócił z drugiego krańca miasta (bo tylko tam było miejsce) zdążyłam przemarznąć i stracić ochotę na pójście gdziekolwiek. Dobrze, że start był pod zadaszeniem, bo dodatkowo bym zmokła.
Do zespołu dopisała nam się Basia, chwilowo opuszczona przez Darka, bo samej to nudno - nawet gęby nie ma do kogo otworzyć. Ponieważ Tomek i Basia znają Warszawę, to tylko popatrzyli na piegi Smoka (znaczy się - wycinki) i wiedzieli co tam na nich jest i gdzie tego szukać, a ja to sobie mogłam najwyżej ustawić azymut i popylać po dachach (żeby tego azymutu nie stracić obchodząc budynki). Ale specjalnie się nie przejęłam, po prostu poszłam tam, gdzie oni i starałam się przynajmniej dopasowywać obrazki do miejsc. Ze skutkiem zmiennym. Losowo zmiennym. Mimo, że PK były stałymi elementami krajobrazu, to i tak znaleźliśmy jeden bepek. Czego te ludzie nie kradną???
Tak w dwóch trzecich drogi nogi weszły mi do d..., a nawet wyżej - pod brodę. Nawet mi zasugerowali żebym poszła od razu na metę, ale bo to wiadomo gdzie ta meta? Jeszcze by wyszło, że więcej się nachodzę niż z nimi... Jakoś dałam radę, ale przyjemność z tego Smoka, to taką średnią jednak miałam.
A było zostać w ciepłym domku....
piątek, 21 października 2016
poniedziałek, 17 października 2016
Na familijnych nie ma mocnych!
Ostatnia, decydująca runda Rodzinnych MnO stresowała mnie bardziej niż poprzednie, bo jednak miło zostawić po sobie na koniec dobre wrażenie. Dlatego starałam się nie zawalić sprawy i ogarnąć porządnie chociaż najważniejsze rzeczy, czyli mapę i nagrody. Wiadomo - bez mapy, nie ma imprezy, bez nagród - nie ma po co przychodzić:-) No, a poza tymi dwiema rzeczami było przecież jeszcze mnóstwo innych spraw do ogarnięcia i prawdę mówiąc, gdyby nie Tomek, to chyba poza namiastką mapy niczego by nie było. Tylko on miał czas jeździć i załatwiać różne sprawy, tylko on pamiętał o milionie różnych drobiazgów i tylko on gonił mnie do roboty, bo ja to nie mam sumienia tak samą siebie poganiać.
W końcu nadszedł TEN DZIEŃ. Po moich rozpaczliwych mailach do znajomych o jakąkolwiek pomoc w dniu zawodów, do Zielonki przyjechało aż sześcioro pomagierów i początkowo nawet się bałam, że organizatorzy będą w przewadze, bo zawodnicy wyjątkowo nie zwalili się hurmem, tylko przychodzili w odstępach czasu. Było to całkiem praktyczne, bo na starcie nie tworzyły nam się zatory, a i odstępy między zespołami były chwilami spore.Basia z Darkiem szaleli z aparatami fotograficznymi, Darek M. i Bartek poszli na trasę, a Ania z Adamem dotrzymywali nam towarzystwa. W przeciągu godziny wysłaliśmy w las wszystkich zawodników.
Byłam ciekawa jak sobie poradzą z wyznaczaniem azymutu i liczeniem odległości, ale na nich nie ma mocnych. Robię trasę TF o trudności TT+, a i tak 10 zespołów przechodzi na zero, a reszta niewiele gorzej. Wydaje mi się jednak, że robienie trasy TF o trudności TZ, to trochę za duże odstępstwo od wszelakich regulaminów:-)Na wykończenie tych, którzy zbyt rześcy wracali z lasu, mieliśmy w zanadrzu jeszcze dojściówkę z mety etapu do szkoły, gdzie planowana była dalsza część imprezy. My z Basią zrobiłyśmy ją samochodowo, jadąc zorganizować zaplecze w szkole. Ustawiłyśmy sobie stoliki, na nich pryzmy nagród, biuro z weryfikatem i pieczątkami i czekałyśmy aż dotrą wyniki, które na bieżąco liczyły się na mecie. W końcu Tomek z resztą ekipy dotarł do szkoły, po czym zamknęli się w klasie i dalej liczyli, liczyli, liczyli. W końcu policzyli. No i nastąpiła ta najtrudniejsza część całego przedsięwzięcia, bo trzeba było przemówić ludzkim głosem i musiałam to zrobić ja. Orator ze mnie nędzny, więc męczyłam się jak dusza potępiona, ale jakoś udało się dobrnąć do ogłoszenia wyników, a wyniki to już mogłam czytać z kartki. Obdarowaliśmy więc zwycięzców nagrodami, medalami, a dyplomów zapomniałam im dać. Dopiero wieczorem Tomek znalazł je w kopercie i wyraził zdziwienie, że tyle zostało. No żesz kurka wodna! W sumie i tak lepiej, że zapomniałam o dyplomach, a nie o mapach. Trzy dni się męczyłam z tymi dyplomami, potem męczył się Tomek i nie odpuszczę - chcą, czy nie - dyplomy i tak dostaną. Jeszcze nie wiem jak, ale dostaną!
Na zakończenie na środek wystąpił nasz burmistrz i wystartował do mnie z ooogrooomną torbą. W pierwszej chwili pomyślałam:- Chce mi dać telewizor - i włos zjeżył mi się na głowie, bo telewizji programowo nie oglądam. Ale na telewizor za lekkie jakieś. Na szczęście telewizor okazał się przefajną walizko-torbą, a Tomek dostał super plecaczek. Z wrażenia zaniemówiłam i w popłochu wydukałam jakieś podziękowania, bo poza tym to się wzruszyłam, że zostałam tak uhonorowana. Torba pal licho, ale fakt docenienia naszych starań był bardzo miły. Nasi pomocnicy też dostali upominki i w ogóle zrobiło się słodko jak w fabryce czekolady. Tak myślę, że to późniejsze odkrycie dyplomów było po to, żeby nie dostać mdłości z nadmiaru słodyczy.
Po południu w końcu i ja miałam okazję przejść się po lesie, bo lampiony same nie chciały wrócić do domu i, kurczę, w tym lesie było tak ładnie, że szkoda mi było wracać. Trzeba tam zrobić jeszcze jakąś imprezę. Kiedyś. Bo na razie, do końca roku planuję być tylko uczestnikiem. No, chyba, że się coś trafi....
sobota, 15 października 2016
Zabójczy Puchar Bielan
Jak dobrze, że nie dałam się namówić na Puchar Bielan! Sam pojechał, sam cierpi!
Jak się wykończyć.
Nie trzeba wcale 50-tki lub 100-tki! Wystarczy Puchar Bielan czyli Mistrzostwa Warszawy w Klasycznym BnO!
W ramach treningu przed kolejnymi ekstremalnymi InO-wyprawami powróciłem do podbiegiwania. Podbiegiwałem na Stałej Trasie na Orientacje w Groszówce (dzięki uprzejmości pani Prezes), podbiegiwałem pod skarpę na Warszawiance w ramach Szybkiego Mózgu, postanowiłem sobie podbiegać w sobotnim Pucharze Bielan. Pogoda niestety się lekko zepsuła (zimno i wietrznie), na szczęście sucho. Dwa biegi - sprint i klasyk z chwilą przerwy „pomiędzy”. Licząc na tradycyjne handlowe sobotnie korki wyjechałem wcześnie i oczywiście przybyłem przed czasem, zanim organizatorzy się ogarnęli. Mając chwilkę czasu udało mi się dopełnić żołądek w pobliskim sklepie. Potem grzecznie zaczekałem witając znajomych, aż wreszcie biuro ruszyło i udało się ogarnąć formalizmy. Co do formalizmów – to w piątek ukazał się Komunikat Techniczny, gdzie ujawniono bazę zawodów i miejsca startów. Wypisano tam jakieś straszliwe dystanse do przebycia z bazy na start.
Na E1 jeszcze znośnie 650m. Poszedłem (podbiegając) tam z Paprochami, bo mieliśmy podobne minuty startowe. Na starcie okazało się, że jest 10-cio minutowe opóźnienie. Wszyscy marzli, więc zaczęło się zbiorowe bieganie w kółko. Już w pełni rozgrzany zaszyłem się za jakąś ścianą czekając na opóźnioną minutę „zero”. Znalazł się nawet Paweł R., który miał biec kilka minut przede mną. Zegar był „nowoczesny”, czyli tablet i telefon, więc co chwila trzeba było dopytywać się, która minuta wchodzi do boksu. Wreszcie przyszła moja kolej, dobieg do mapy, i… konsternacja. Jak zwykle nie mogłem znaleźć trójkąta oznaczającego start! Dobra jest! To biegiem przed siebie. Nie ma co się rozpisywać – trasa „łatwa”, typowo dla tych, co szybko biegają, bo mapa praktycznie nigdzie mnie nie zakręciła. Niestety, na początku nogi jakoś nie chciały nieść, a potem już nie miały siły przyspieszać. Wynik – jak wynik – w kategorii zbliżonej wiekowo nie ma jakiś kolosalnych rozrzutów w wynikach. Po drodze wyprzedził mnie największy Paproch, ale wiadomo ona ma dłuższe nogi i mniejszy PESEL. Ostatecznie miejsce 20 – więc kogoś wyprzedziłem;-) (Tu małe wtrącenie – musiałem przerwać pisanie na kilkanaście minut z powodu nagłego skurczu w podudziu). Okazało się ze trasa K21 jest tożsama z M40 więc mogłem porównać się z Panią Prezes. Wygrałem!
Oczekiwanie na E2. Poszliśmy szukać jakiejś kawiarni, gdzie można usiąść i uzupełnić stracone kalorie. Pierwsza pełna, druga okazała się sklepem mięsny, dopiero po przejściu kilku kilometrów znaleźliśmy miejsce, gdzie można ogrzać się herbatą. Paweł R. w międzyczasie zaginął (na starcie nie był pewien czy wystartuje w E2, bo coś nie był w formie).
Przed 13-tą dotarliśmy do bazy. Na zewnątrz coraz zimniej i wietrzniej. Gorączkowe narady w szatni – czy jechać na start autobusem? A może samochodem? Tylko jak go potem odebrać z tego startu? Wreszcie zdecydowaliśmy się iść pieszo. Organizator miał zorganizować dowiezienie ze startu do bazy ciepłych okryć, więc ubraliśmy się w co kto miał i poszliśmy na start (opóźniony z założenia o 30 minut). Basia miała minutę 24 jak 43 – jedną z ostatnich. Na starcie pełne drżenia oczekiwanie. Powszechne drżenie wzmagało się gdy kolejny zawodnik wchodził do boksu startowego i zdejmował to, co miał najcieplejszego. Na niektórych aż bolało patrzeć, bo rozebrali się wręcz do rosołu! Oczywiście każdy w tym boksie mówił sinymi od chłodu ustami, że tak jakby było tu (w boksie startowym) o kilka stopni cieplej, ale jakoś dziwnie nikt w to nie wierzył.
Wreszcie wybiła moja godzina – pobiegłem. Mapa A3 więc od razu złożyłem ją do ludzkich rozmiarów. PK 1 przestrzeliłem, ale wiadomo, pierwszy lampion to wstrzelenie się w mapę.
Dalej szło zdecydowanie lepiej. Dużo podbiegałem na azymut – bo to zielone na mapie okazywało się całkiem dobrze przebieżne, jak na moja szybkość poruszania się. Dobrze szło do 7-ki. Owszem, górki lekko zmęczyły, ale co to za górki po środowej skarpie;-) Po siódemce coś mnie zamroczyło. Może się odwodniłem? W każdym razie północ pomyliłem z południem, a potem wszystko mi się przestało zgadzać i wylądowałem na 9-tce. Niby blisko ósemki, ale jednak…. Z tej dziewiątki chyba ze trzy razy wybiegałem na ósemkę i zawsze w złą stronę. Po długich mękach wreszcie udało się zdobyć ósemkę, ale mogłem zapomnieć o podniesieniu swojej pozycji. Choć z drugiego etapu wielu zawodników zrezygnowało – czyli ostatecznie może być lepiej! Z rozpędu męczyłem się jeszcze ponadnormatywnie z 11-tką i 13-tką - jak nic, „prawo serii” dało znać o sobie. Bez problemu dotarłem do 14-tki i rozpocząłem poszukiwania na złożonej mapie 15-tki. Obracam złożoną mapą na drugą stronę śledząc linię prowadzącą do PK 15, a ona idzie na „kolejną stronę” Rozkładam całą płachtę A3. Zgroza. Do 15 jest ze 3 km! I to nie ma prostej drogi, trzeba obiegać teren zakazany Wisłostradą lub ścieżką nad Wisłą. Wybieram wariant nadrzeczny. Biegnę i biegnę…. chyba tyle czasu, ile zajęło 14 pierwszych punktów. Dobiegłem, ale porządnie ten odcinek dał w kość. A dobiła skarpa, na którą trzeba było się wspinać po 16-stkę. Chwilę potem poczułem pierwsze alarmujące skurcze w łydkach. Kolejne dołki i górki coraz bardziej przenosiły uwagę na bolące łydki i odciągały uwagę od mapy. W efekcie przy wyznaczaniu azymutu na 20-tkę pomyliłem północ z południem i pobiegłem nie tam gdzie trzeba. Potem krążyłem wokół właściwego wgłębienia z PK 20 i nie mogłem dostrzec lekko już zadeptanego lampionu. Przy 25 dołączył do mnie jakiś zdesperowany zawodnik i o mało nie podbiliśmy jakiegoś punktu mylnego! Już wiem czemu na mecie czekała ekipa medyczna na sygnale. Nie dałem się zgarnąć na nosze i dzielnie podreptałem w kierunku bazy. Uff, przeżyłem. Ale czuję się bardziej wykończony niż po 60-cio kilometrowej pięćdziesiątce! Zresztą co na to powiedział mój zegarek widać poniżej!
Nie trzeba wcale 50-tki lub 100-tki! Wystarczy Puchar Bielan czyli Mistrzostwa Warszawy w Klasycznym BnO!
W ramach treningu przed kolejnymi ekstremalnymi InO-wyprawami powróciłem do podbiegiwania. Podbiegiwałem na Stałej Trasie na Orientacje w Groszówce (dzięki uprzejmości pani Prezes), podbiegiwałem pod skarpę na Warszawiance w ramach Szybkiego Mózgu, postanowiłem sobie podbiegać w sobotnim Pucharze Bielan. Pogoda niestety się lekko zepsuła (zimno i wietrznie), na szczęście sucho. Dwa biegi - sprint i klasyk z chwilą przerwy „pomiędzy”. Licząc na tradycyjne handlowe sobotnie korki wyjechałem wcześnie i oczywiście przybyłem przed czasem, zanim organizatorzy się ogarnęli. Mając chwilkę czasu udało mi się dopełnić żołądek w pobliskim sklepie. Potem grzecznie zaczekałem witając znajomych, aż wreszcie biuro ruszyło i udało się ogarnąć formalizmy. Co do formalizmów – to w piątek ukazał się Komunikat Techniczny, gdzie ujawniono bazę zawodów i miejsca startów. Wypisano tam jakieś straszliwe dystanse do przebycia z bazy na start.
Na E1 jeszcze znośnie 650m. Poszedłem (podbiegając) tam z Paprochami, bo mieliśmy podobne minuty startowe. Na starcie okazało się, że jest 10-cio minutowe opóźnienie. Wszyscy marzli, więc zaczęło się zbiorowe bieganie w kółko. Już w pełni rozgrzany zaszyłem się za jakąś ścianą czekając na opóźnioną minutę „zero”. Znalazł się nawet Paweł R., który miał biec kilka minut przede mną. Zegar był „nowoczesny”, czyli tablet i telefon, więc co chwila trzeba było dopytywać się, która minuta wchodzi do boksu. Wreszcie przyszła moja kolej, dobieg do mapy, i… konsternacja. Jak zwykle nie mogłem znaleźć trójkąta oznaczającego start! Dobra jest! To biegiem przed siebie. Nie ma co się rozpisywać – trasa „łatwa”, typowo dla tych, co szybko biegają, bo mapa praktycznie nigdzie mnie nie zakręciła. Niestety, na początku nogi jakoś nie chciały nieść, a potem już nie miały siły przyspieszać. Wynik – jak wynik – w kategorii zbliżonej wiekowo nie ma jakiś kolosalnych rozrzutów w wynikach. Po drodze wyprzedził mnie największy Paproch, ale wiadomo ona ma dłuższe nogi i mniejszy PESEL. Ostatecznie miejsce 20 – więc kogoś wyprzedziłem;-) (Tu małe wtrącenie – musiałem przerwać pisanie na kilkanaście minut z powodu nagłego skurczu w podudziu). Okazało się ze trasa K21 jest tożsama z M40 więc mogłem porównać się z Panią Prezes. Wygrałem!
Oczekiwanie na E2. Poszliśmy szukać jakiejś kawiarni, gdzie można usiąść i uzupełnić stracone kalorie. Pierwsza pełna, druga okazała się sklepem mięsny, dopiero po przejściu kilku kilometrów znaleźliśmy miejsce, gdzie można ogrzać się herbatą. Paweł R. w międzyczasie zaginął (na starcie nie był pewien czy wystartuje w E2, bo coś nie był w formie).
Przed 13-tą dotarliśmy do bazy. Na zewnątrz coraz zimniej i wietrzniej. Gorączkowe narady w szatni – czy jechać na start autobusem? A może samochodem? Tylko jak go potem odebrać z tego startu? Wreszcie zdecydowaliśmy się iść pieszo. Organizator miał zorganizować dowiezienie ze startu do bazy ciepłych okryć, więc ubraliśmy się w co kto miał i poszliśmy na start (opóźniony z założenia o 30 minut). Basia miała minutę 24 jak 43 – jedną z ostatnich. Na starcie pełne drżenia oczekiwanie. Powszechne drżenie wzmagało się gdy kolejny zawodnik wchodził do boksu startowego i zdejmował to, co miał najcieplejszego. Na niektórych aż bolało patrzeć, bo rozebrali się wręcz do rosołu! Oczywiście każdy w tym boksie mówił sinymi od chłodu ustami, że tak jakby było tu (w boksie startowym) o kilka stopni cieplej, ale jakoś dziwnie nikt w to nie wierzył.
Wreszcie wybiła moja godzina – pobiegłem. Mapa A3 więc od razu złożyłem ją do ludzkich rozmiarów. PK 1 przestrzeliłem, ale wiadomo, pierwszy lampion to wstrzelenie się w mapę.
Dalej szło zdecydowanie lepiej. Dużo podbiegałem na azymut – bo to zielone na mapie okazywało się całkiem dobrze przebieżne, jak na moja szybkość poruszania się. Dobrze szło do 7-ki. Owszem, górki lekko zmęczyły, ale co to za górki po środowej skarpie;-) Po siódemce coś mnie zamroczyło. Może się odwodniłem? W każdym razie północ pomyliłem z południem, a potem wszystko mi się przestało zgadzać i wylądowałem na 9-tce. Niby blisko ósemki, ale jednak…. Z tej dziewiątki chyba ze trzy razy wybiegałem na ósemkę i zawsze w złą stronę. Po długich mękach wreszcie udało się zdobyć ósemkę, ale mogłem zapomnieć o podniesieniu swojej pozycji. Choć z drugiego etapu wielu zawodników zrezygnowało – czyli ostatecznie może być lepiej! Z rozpędu męczyłem się jeszcze ponadnormatywnie z 11-tką i 13-tką - jak nic, „prawo serii” dało znać o sobie. Bez problemu dotarłem do 14-tki i rozpocząłem poszukiwania na złożonej mapie 15-tki. Obracam złożoną mapą na drugą stronę śledząc linię prowadzącą do PK 15, a ona idzie na „kolejną stronę” Rozkładam całą płachtę A3. Zgroza. Do 15 jest ze 3 km! I to nie ma prostej drogi, trzeba obiegać teren zakazany Wisłostradą lub ścieżką nad Wisłą. Wybieram wariant nadrzeczny. Biegnę i biegnę…. chyba tyle czasu, ile zajęło 14 pierwszych punktów. Dobiegłem, ale porządnie ten odcinek dał w kość. A dobiła skarpa, na którą trzeba było się wspinać po 16-stkę. Chwilę potem poczułem pierwsze alarmujące skurcze w łydkach. Kolejne dołki i górki coraz bardziej przenosiły uwagę na bolące łydki i odciągały uwagę od mapy. W efekcie przy wyznaczaniu azymutu na 20-tkę pomyliłem północ z południem i pobiegłem nie tam gdzie trzeba. Potem krążyłem wokół właściwego wgłębienia z PK 20 i nie mogłem dostrzec lekko już zadeptanego lampionu. Przy 25 dołączył do mnie jakiś zdesperowany zawodnik i o mało nie podbiliśmy jakiegoś punktu mylnego! Już wiem czemu na mecie czekała ekipa medyczna na sygnale. Nie dałem się zgarnąć na nosze i dzielnie podreptałem w kierunku bazy. Uff, przeżyłem. Ale czuję się bardziej wykończony niż po 60-cio kilometrowej pięćdziesiątce! Zresztą co na to powiedział mój zegarek widać poniżej!
czwartek, 13 października 2016
Mordercza skarpa
Psa by w taką pogodę z domu nie wygonił, a orientaliści z własnej i prawie nieprzymuszonej woli jeżdżą biegać po krzakach. Znaczy się ja i Tomek - on z nieprzymuszonej, ja z prawie nieprzymuszonej. Nie chciało mi się strasznie, bo moim jedynym marzeniem było ciepłe łóżko, kubek gorącego kakao i dobra książka.
Start był masowy, a to znaczyło, że do pierwszego punktu lecę za wszystkimi i nie muszę otwierać mapy. Do drugiego w zasadzie też nie, bo wystarczyło polecieć za tymi, co w górę, a broń Boże nie za tymi co nad wodę. Tomek leciał nad wodę, bo był w innej grupie, ale i tak straciłam go z oczu tuż po starcie. W zasadzie z oczu traciłam po kolei wszystkich i tylko nieliczne jednostki zostały za mną.
Przy PK 2 miałam już dosyć. Coś mi się rzuciło na ambicję i na skarpę usiłowałam się wdrapać w takim tempie, jak pozostali zawodnicy - normalnie zapomniałam, że mam znacząco inny pesel. Już na górze zastanawiałam się co zrobić najpierw - zemdleć czy puścić pawia. Jakoś się jednak ogarnęłam, nawet punkt podbiłam, ale z tego wszystkiego zamiast na południe, to ruszyłam na zachód. Na szczęście w porę się opamiętałam, więc specjalnie dużo nie nadłożyłam. Ledwo co wlazłam na tę skarpę, a już trzeba było z niej złazić i to na tę samą stronę, do PK 4.
Mapy to już sobie pilnowałam, bo spotykałam coraz mnie ludzi, do tego nie wiadomo z jakich tras. Ale w sumie pilnowanie pełnej mapy to pestka, trzeba się trochę postarać, żeby się zgubić. Piątkę, szóstkę, siódemkę zebrałam w locie (to znaczy takim wolniutkim locie) i znowu zaczęły się schody. Ba, żeby tam chociaż były schody - znowu wdrapywałam się na skarpę na krechę łapiąc się wszelakiej roślinności i drżąc ze strachu, że zjadę na dół i będę musiała od nowa zacząć wspinaczkę. Na szczycie zaliczyłam kolejne palpitacje serca, brak tchu, mroczki przed oczami czyli zwyczajne objawy choroby wysokościowej. Na szczęście przez kilka kolejnych punktów biegliśmy po równym, a odległości były rozsądne. Dopiero na czternastkę zaserwowano nieco dłuższy przelot. Tak jakoś głupio pobiegłam, że po drodze musiałam minąć metę i stoczyć ze sobą zacięty pojedynek o nie pozostanie na niej. Udało się, chociaż pokusa była ogromna.
Czternastka, piętnastka i szesnastka były w mało przyjaznym terenie, idealnym do napadania ludzi i mordowania ich. Jakoś uniknęłam tego i kiedy myślałam, że już będzie tylko lepiej, zobaczyłam odległość do siedemnastki i wszystkie atrakcje po drodze, z kolejną skarpą na czele. Shit!
Z szesnastki udało mi się wymknąć jakimiś opłotkami, przez dziury w płocie, czy po prostu chwilowe braki płotu. Na skarpę wdrapywałam się na raty, nawet jakąś pseudo-ścieżką.. Na siedemnastce doznałam zaćmienia umysłowego i zamiast do osiemnastki pobiec ulicami i zajść ją jak cywilizowany człowiek oddolnie, to ja oczywiście wróciłam na skarpę i mało z niej nie zjechałam na ryja. Pewnie akurat wylądowałabym dokładnie w punkcie, ale ostatecznie zaliczyłam tylko zjazd na butach. Potem zgarnęłam dziewiętnastkę i niech ją licho porwie tę skarpę - znowu zaczęłam się na nią wdrapywać!!! Tym razem trafiłam na tak już wyślizganą przez innych ścieżkę, że nie miałam wyjścia - musiałam iść na czterech kończynach. Do mety wlokłam się już resztką sił, na czuja, bo nawet mi się w mapę już patrzyć nie chciało. Czuj okazał się w porządku, bo trafiłam. A potem przypomniało mi się, że mamy po drodze zgarnąć córkę, a ponieważ nadeszła umówiona godzina, w trybie błyskawicznym zebraliśmy się do odwrotu, nie zostając nawet na zakończenie. Zresztą i tak tym razem byłam poza podium, ale jak mi się zachciało startować w bardziej wymagającej kategorii, to mam czego chciałam:-)
Start był masowy, a to znaczyło, że do pierwszego punktu lecę za wszystkimi i nie muszę otwierać mapy. Do drugiego w zasadzie też nie, bo wystarczyło polecieć za tymi, co w górę, a broń Boże nie za tymi co nad wodę. Tomek leciał nad wodę, bo był w innej grupie, ale i tak straciłam go z oczu tuż po starcie. W zasadzie z oczu traciłam po kolei wszystkich i tylko nieliczne jednostki zostały za mną.
Przy PK 2 miałam już dosyć. Coś mi się rzuciło na ambicję i na skarpę usiłowałam się wdrapać w takim tempie, jak pozostali zawodnicy - normalnie zapomniałam, że mam znacząco inny pesel. Już na górze zastanawiałam się co zrobić najpierw - zemdleć czy puścić pawia. Jakoś się jednak ogarnęłam, nawet punkt podbiłam, ale z tego wszystkiego zamiast na południe, to ruszyłam na zachód. Na szczęście w porę się opamiętałam, więc specjalnie dużo nie nadłożyłam. Ledwo co wlazłam na tę skarpę, a już trzeba było z niej złazić i to na tę samą stronę, do PK 4.
Mapy to już sobie pilnowałam, bo spotykałam coraz mnie ludzi, do tego nie wiadomo z jakich tras. Ale w sumie pilnowanie pełnej mapy to pestka, trzeba się trochę postarać, żeby się zgubić. Piątkę, szóstkę, siódemkę zebrałam w locie (to znaczy takim wolniutkim locie) i znowu zaczęły się schody. Ba, żeby tam chociaż były schody - znowu wdrapywałam się na skarpę na krechę łapiąc się wszelakiej roślinności i drżąc ze strachu, że zjadę na dół i będę musiała od nowa zacząć wspinaczkę. Na szczycie zaliczyłam kolejne palpitacje serca, brak tchu, mroczki przed oczami czyli zwyczajne objawy choroby wysokościowej. Na szczęście przez kilka kolejnych punktów biegliśmy po równym, a odległości były rozsądne. Dopiero na czternastkę zaserwowano nieco dłuższy przelot. Tak jakoś głupio pobiegłam, że po drodze musiałam minąć metę i stoczyć ze sobą zacięty pojedynek o nie pozostanie na niej. Udało się, chociaż pokusa była ogromna.
Czternastka, piętnastka i szesnastka były w mało przyjaznym terenie, idealnym do napadania ludzi i mordowania ich. Jakoś uniknęłam tego i kiedy myślałam, że już będzie tylko lepiej, zobaczyłam odległość do siedemnastki i wszystkie atrakcje po drodze, z kolejną skarpą na czele. Shit!
Z szesnastki udało mi się wymknąć jakimiś opłotkami, przez dziury w płocie, czy po prostu chwilowe braki płotu. Na skarpę wdrapywałam się na raty, nawet jakąś pseudo-ścieżką.. Na siedemnastce doznałam zaćmienia umysłowego i zamiast do osiemnastki pobiec ulicami i zajść ją jak cywilizowany człowiek oddolnie, to ja oczywiście wróciłam na skarpę i mało z niej nie zjechałam na ryja. Pewnie akurat wylądowałabym dokładnie w punkcie, ale ostatecznie zaliczyłam tylko zjazd na butach. Potem zgarnęłam dziewiętnastkę i niech ją licho porwie tę skarpę - znowu zaczęłam się na nią wdrapywać!!! Tym razem trafiłam na tak już wyślizganą przez innych ścieżkę, że nie miałam wyjścia - musiałam iść na czterech kończynach. Do mety wlokłam się już resztką sił, na czuja, bo nawet mi się w mapę już patrzyć nie chciało. Czuj okazał się w porządku, bo trafiłam. A potem przypomniało mi się, że mamy po drodze zgarnąć córkę, a ponieważ nadeszła umówiona godzina, w trybie błyskawicznym zebraliśmy się do odwrotu, nie zostając nawet na zakończenie. Zresztą i tak tym razem byłam poza podium, ale jak mi się zachciało startować w bardziej wymagającej kategorii, to mam czego chciałam:-)
niedziela, 9 października 2016
Niezła Jatka
Wysłałam chłopa na Jatkę, ale wrócił. Jak to mówią - chłop i połamany parasol zawsze pod drzwi wrócą.
Jedna pięćdziesiątka, druga… jeszcze chwila, a uzbiera się pół litra!
Nie dam pomiatać sobą jakimś wrednym bąblom na podeszwach! Namówiony powtórnie przez Panią Prezes, tak „w ostatniej chwili” zdecydowałem się na Jurajska Jatkę. Nie dość, że mniej płasko (na Jurze górki bywają podobno), to daleko, a i półka wyższa, bo PP w Maratonach na Orientację!
Prognozy pogody były nie najlepsze. Wg meteo, której zwykle ufam, należało spodziewać się opadów przelotnych, zazębiających się, właściwie przez cały dzień, z nasileniem od godziny 11. Jakiś skandynawski serwis pogodowy, który lansuje Basia, pokazywał odwrotnie - opady do 11, a potem sucho. No cóż, zobaczymy to na własne oczy na miejscu (a właściwie „poczujemy na własnej skórze”, bo start był jeszcze przed świtem).
Wyjechaliśmy w piątek, dość wcześnie, z komfortowym dowozem dzięki Robertowi, którego znaleźliśmy przypadkiem na liście startowej. Do bazy chyba dotarliśmy jako drudzy – zajęty był tylko numerek startowy nr 1, a w reszcie można było przebierać. Oczywiście wybrałem taki fajny z rokiem urodzenia;-) . Mieliśmy czas na piątkowy wieczorny spacer po Olsztynie, nawet próbowaliśmy jakoś zidentyfikować punkty do TRInO, ale szło raczej opornie. Pogoda nie wskazywała w żaden sposób na jakieś opady…
Sobota. Co niektórzy zerwali się przed czwartą i zaczęli robić hałas. Nie wiem po co, skoro odprawa dopiero o piątej! Budzik miałem nastawiony na 4:31, ale nie doczekałem, bo wszyscy zrywali się wcześniej, palili światło i wskakiwali w stroje wyczynowe. Ciszę przerywały bulgoty napełnianych bukłaków na wodę. Nie pozostało nic innego jak dołączyć się do powszechnych gorączkowych przygotowań.
Odprawa – standardowa. Ostrzegali przed jakimś PK na skałce, z której można spaść, przed strumieniem, do którego można wpaść lub go przeskoczyć i przed jakąś piaskarnią, by jej nie zadeptać.
Start na zamku – jakieś 20 minut dojścia. Ubieramy się i wychodzimy. Coś tam pokapuje z nieba, ale niezbyt mocno. Na nogach lekkie buty – postanowiłem wziąć na nich odwet za bąble na Orientiadzie! Niech się ubłocą i pomoczą!
Zamek w świetle czołówek – całkiem fajny widok!. Dostajemy mapy. W odróżnieniu od mapy poprzedniej edycji – wszystkie punkty tylko po południowej stronie Olsztyna. Dwie możliwości przejścia – bo układają się w pętelkę - w lewo lub w prawo. Kusi wersja „w prawo”, ale pierwszy jest PK na skałce, przed która ostrzegali… więc w ostatniej chwili decydujemy się na wersję „w lewo”. Robert zaraz po starcie umyka z biegaczami, a my idziemy marszem. Postanawiamy nie biegać, no, chyba że gdzieś później. Jakoś długo nam zeszło schodzenie z zamku i idziemy raczej na końcu. Deszcz zaczyna padać. Wiadomo – pierwszy PK zawsze jest najgorszy – trzeba „oswoić mapę”. Beztrosko nie mierzymy odległości – idziemy sobie tylko asfaltem. Jakaś droga w bok – niby górka po prawej jest, więc idziemy szukać szczytu Pańskiej Góry oraz opisu „samotna jabłoń”, która wg informacji z odprawy podobno jest gruszą. Szczyt jest rozmyty, my weszliśmy za wcześnie. Za nami jacyś zmyleni uczestnicy, którzy jak widać chodzą nie na mapę, tylko „za tłumem”. Mokre trawy i oczywiście mamy już mokro w butach. Stanowczo zbyt wcześnie. Jest wreszcie ta jabłko-grusza i tłum latarek wokół. Imprezę zaliczają trzy podbite PK, czyli musimy podbić jeszcze dwa, aby wrócić z honorem…
Wracamy na asfalt i idziemy dalej szukając jakiegoś zauważalnego skrzyżowania. Coś jest, ale jakoś zbyt mało wyraźne więc przechodzimy. Tak ze 200m. Rzut oka na mapę – jednak to było to – postanawiamy zawrócić, a nie chodzić „na skróty” przez mokre trawy. Pozwala to lekko wyschnąć butom. Postanawiamy dokładniej mierzyć odległości… ale kończy się na postanowieniach. Zagadujemy się i na rozwidleniu wybieramy „lepszą drogę”. Jakościowo lepszą. Niestety mapy Compassu są jakie są - tą samą kreską raz zaznacza się „autostradę”, a raz ledwo widoczną ścieżkę. A my niestety uwierzyliśmy słowom organizatora z odprawy - że mapa jest bardzo dokładna i aktualna i wszystkie drogi są jak należy! Robi się jasno. Czas zgasić czołówki. Las bardzo fajny , sosnowy zupełnie jak u nas. Tyle, że powinien się skończyć i powinna być linia energetyczna. Kompas także mówi, że odbiliśmy za bardzo w prawo. Wypatrujemy jakiegoś odbicia w lewo. Jest! Z naprzeciwka jakiś zagubiony uczestnik, który za bardzo się rozpędził wraca z naprzeciwka. Idziemy na wyczucie – droga zaczyna iść w złym kierunku, więc decydujemy się na azymut. Wychodzimy „idealnie” i po chwili widać uczestników wypadających z PK 5. Dalej wydaje się prosto – porządne przecinki, kawałek szlaku turystycznego… Tylko czemu na PK wybrano akurat te przecinki zarośnięte, zabagnione, zasadniczo jakieś dzikostrady i łosistrady??? Efekt - coraz mokrzej w butach. Zresztą chyba to i innym dokucza bo przed PK 8 spotykamy sporą grupę mocno niezdecydowanych piechurów i podbiegaczy patrzących z wyraźną niechęcią i niezdecydowaniem na „przecinkę” prowadzącą na PK 8. My wtedy zdecydowanie wkraczamy w „grząski teren” torując drogę pozostałym.
Kolejny PK postanawiamy iść lekko naokoło, ale asfaltem. Tu znowu jacyś biegacze, a w oddali słychać głosy, tych co przedzierali się przez bagna. Ogólnie widać, że na tych z pozoru „prostych PK” jakaś część biegaczy wymięka i ma problemy lokalizacyjne. Niestety, druga połowa trasy wydaje się dla nich lepsza – łatwe do lokalizacji przebiegi drogami bitymi, więc tam pewnie odpadniemy. Bo do tej pory całkowicie przeszła nam chęć biegania w tych warunkach pogodowych i postanawiamy do mety twardo wytrwać tylko przy marszu.
PK 15 „skraj bagna”. Rzeczywistość trochę przesunęła ten „skraj bagna”, ale na szczęście jest dojście do lampionu po zwalonej kłodzie. Niestety Basia „wpada”. Tzn. jedną nogą w wodę wpada.
Coraz lepsze drogi i wkrótce punkt żywieniowy. Niby miał być „w połowie trasy”, ale analiza czasu i mapy mówi, że to raczej 1/3, a nie połowa!
Przed nami PK 21. Z mapy wynika, że pomiędzy jeziorkami. Na mapie nie ma wrysowanego wprawdzie, ale wszystko sugeruje, że te jeziorka łączy jakiś znaczny ciek wodny o wdzięcznej nazwie „Sucka Woda”. Postanawiamy iść lekko bezpiecznie i od razu kierować się w stronę jakiegoś zaznaczonego na mapie przejścia. Sporo na azymut i raczej inaczej niż wszyscy. Trafiamy idealnie na jakąś kładkę i to całkiem niedaleko od PK. Gdzieś po drugiej stronie bagniska (bo te jeziorka i ciek wodny tworzą spory teren podmokły - raczej nie do bezproblemowego przejścia wpław) słyszymy raczej „zdenerwowane” głosy uczestników.
Teraz czas na feralną trzynastkę. PK, który jest „nie po drodze” w każdym wariancie przejścia. I przy okazji najdłuższy przebieg. Do tej pory wychodziła nam średni rzędu 30 min/PK – wyraźnie się pogorszy;-(
Do PK13 wybieramy ciut dłuższą drogę, ale lepszą jakościowo. Zamiast zyskać 200 m wolimy szeroką i dobrze wydeptaną drogę przed zarośniętą przecinkę. Przy PK 13 tłumy. Chyba trasa TP 25, bo jakieś nieznane twarze (TP 25 ruszyła później). W międzyczasie przestaje padać, czyli jednak chyba skandynawska prognoza pogody wygrała! Gdzieś tam zmieniamy skarpetki na suche – znowu wraca radość chodzenia i zwiększa się niechęć ładowania się w ciągle mokre trawy.
Wreszcie PK 20 - najdalszy punkt trasy! Trochę go szukamy, bo opis „przełęcz” sugeruje przełęcz, a nie skałki gdzie jest umieszczony. I kółko na mapie źle zaznaczone, więc chwilę idzie na czesanie terenu, bo oczywiście najpierw szukamy w miejscu oznaczonym na mapie. Na MnO można by spokojnie wbijać BPK-a i bić organizatora;-) Reszta wydaje się łatwa – wyraźne drogi i znakowane szlaki. Okazuje się, że oznaczenia szlaków nie są idealne, ale wrodzona czujność orientalisty pozwoliła skręcić we właściwa drogę. Tu dokładność mapy trochę zawiodła i organizatorzy wyjątkowo „ukryli” lampion, ale jakiś biegacz z rozpędu go szybko wyczesał i wystawił nam jak trzeba.
Na dojściu do kolejnego PK 12 spotkaliśmy ekipę piechurów, która gdzieś nam uciekła przy PK 21 przechodząc w z marszu w bieg, a teraz bezskutecznie szukająca PK 16. Udało nawrócić nam się ich na właściwą drogę.
PK 12 – jeden z najfajniejszych punktów. Skałka na najwyższym szczycie w fajnym bukowym lesie. Piękne dojście i zejście na azymut.
Ciągle czując niechęć do wysokich traw, wybieramy warianty „wygodne” - pewnie trochę drogi dodajemy, ale spokojnie przez 10-tkę dochodzimy do 9-tki. Ciekawy opis – „krzak dzikiej róży” zamiast bardziej oczywistego „szczyt wzniesienia”, bo tych krzaków dzikiej róży w koło „na pęczki”. Teraz zejście do cywilizacji – na północ. I tu wychodzi cała „wredota” budowniczego trasy. Bo droga (oznaczona na mapie) kończy się bramą do zabudowań. A wkoło płoty. Ale takie „ukryte” – niby wydaje się, że po kawałku chaszczy powinno być dojście do drogi, a tu wyrasta płot. Wszędzie wydeptane „dróżki” przez miotających się uczestników. Na skraju pola upranego ślady w tę i wewtę. Przez chwilę zastanawiamy się nad forsowaniem płotów górą, ale stanowczo odmawiam – nogi zesztywniałe po tylu godzinach marszu i nie wiem czy dałbym radę unieść je tak wysoko bez jakiś skurczowych konsekwencji. Wreszcie po długiej walce, płosząc przy okazji stado saren i jednego kota, obchodzimy te płoty i docieramy do drogi. Ale co sobie myślimy o budowniczym….
Do bazy w linii prostej zostaje już z 5km Jeden dłuższy przebieg na PK 6 i ostatnie 3 PK obok siebie. Idziemy na szóstkę - „grusza obok szczytu”. Jest jakaś droga na górę ale ciut bliżej niż by wynikało z mapy. Porządna , przejezdna widzieliśmy na niej auto. Wchodzimy. Szczyt wyraźnie jest bardziej na zachód, majaczą tam nawet jakieś drzewa owocowe. Sprawdzamy jeszcze raz na mapie – kropka jest dokładnie na szczycie, a że szczyt od naszej drogi dzielą ze dwa rzędy zarośli, odbijamy wcześniej na zachód. Znajdujemy właściwą drogę przy której ma być PK, tę przechodzącą przez szczyt. Na szczycie są jabłonki i inne drzewa owocowe, ale ani śladu lampionu. Zastanawiamy się nad telefonem do organizatora bo lampionu w dobrym miejscu ewidentnie brak. Ostatnim rzutem na taśmę znajdujemy lampion… Powinien być kolejny BPK! Pewnie budowniczy chciał „ułatwić” i postawił go przy tej przejezdnej drodze, tyle że nie ta droga była wrysowana na mapie!
Zostały ostatnie 3 punkty. Czuję podeszwy, ale chyba jeszcze bąbli nie ma, bo ból do wytrzymania. Jednak łapię się na tym, że całą uwagę skupiam na tym jak postawić stopę, a nie na wpatrywaniu się w mapę. Do jaskini trafiamy „na czuja”. Odległość wydaje się dobra, więc zbaczamy w krzaki i wychodzimy bezpośrednio na dziurę oszczędzając kilkaset metrów w stosunku do wędrówki znaczonym szlakiem. Skałki z PK 2 widać z daleka, ale ta skałka z lampionem niby tak blisko na mapie w rzeczywistości jakoś „daleko” się znajduje. Ostatni PK. Skałka – gigant. Widoczna jak na dłoni i żadnej sensownej widocznej drogi.
Idziemy na azymut, znowu przez te morze mokrej trawy. Dla podeszw - mordęga, bo teren mocno nierówny. Ale się udaje. Jeszcze zejście i jesteśmy na mecie – medale fanfary i obiad. Właściwe najbardziej cieszy jedzenie! Oficjalne zakończenie ma być o 19 postanawiam zaczekać, a nóż coś wylosujemy.
Robert zajął podobno 7 miejsce, a my – nawet nie wiem, ale na pewno nie medalowe. Grunt, że zdążyliśmy w limicie bez problemów i przed zmrokiem, na pewno kilka osób wyprzedzając. Niestety, mój wybrany numerek nie okazał się szczęśliwy w losowaniu nagród, ale reszta ekipy coś tam wylosowała;-). Potem powrót do domu (kierowcy udało się nie zasnąć za kierownicą) i można odpocząć we własny łóżeczku;-) Tak do 29 października, bo wtedy kolejna pięćdziesiątka w okolicy, a do tego pół litra trzeba jeszcze kilka ich uzbierać;-)
Jedna pięćdziesiątka, druga… jeszcze chwila, a uzbiera się pół litra!
Prognozy pogody były nie najlepsze. Wg meteo, której zwykle ufam, należało spodziewać się opadów przelotnych, zazębiających się, właściwie przez cały dzień, z nasileniem od godziny 11. Jakiś skandynawski serwis pogodowy, który lansuje Basia, pokazywał odwrotnie - opady do 11, a potem sucho. No cóż, zobaczymy to na własne oczy na miejscu (a właściwie „poczujemy na własnej skórze”, bo start był jeszcze przed świtem).
Wyjechaliśmy w piątek, dość wcześnie, z komfortowym dowozem dzięki Robertowi, którego znaleźliśmy przypadkiem na liście startowej. Do bazy chyba dotarliśmy jako drudzy – zajęty był tylko numerek startowy nr 1, a w reszcie można było przebierać. Oczywiście wybrałem taki fajny z rokiem urodzenia;-) . Mieliśmy czas na piątkowy wieczorny spacer po Olsztynie, nawet próbowaliśmy jakoś zidentyfikować punkty do TRInO, ale szło raczej opornie. Pogoda nie wskazywała w żaden sposób na jakieś opady…
Sobota. Co niektórzy zerwali się przed czwartą i zaczęli robić hałas. Nie wiem po co, skoro odprawa dopiero o piątej! Budzik miałem nastawiony na 4:31, ale nie doczekałem, bo wszyscy zrywali się wcześniej, palili światło i wskakiwali w stroje wyczynowe. Ciszę przerywały bulgoty napełnianych bukłaków na wodę. Nie pozostało nic innego jak dołączyć się do powszechnych gorączkowych przygotowań.
Odprawa – standardowa. Ostrzegali przed jakimś PK na skałce, z której można spaść, przed strumieniem, do którego można wpaść lub go przeskoczyć i przed jakąś piaskarnią, by jej nie zadeptać.
Start na zamku – jakieś 20 minut dojścia. Ubieramy się i wychodzimy. Coś tam pokapuje z nieba, ale niezbyt mocno. Na nogach lekkie buty – postanowiłem wziąć na nich odwet za bąble na Orientiadzie! Niech się ubłocą i pomoczą!
Zamek w świetle czołówek – całkiem fajny widok!. Dostajemy mapy. W odróżnieniu od mapy poprzedniej edycji – wszystkie punkty tylko po południowej stronie Olsztyna. Dwie możliwości przejścia – bo układają się w pętelkę - w lewo lub w prawo. Kusi wersja „w prawo”, ale pierwszy jest PK na skałce, przed która ostrzegali… więc w ostatniej chwili decydujemy się na wersję „w lewo”. Robert zaraz po starcie umyka z biegaczami, a my idziemy marszem. Postanawiamy nie biegać, no, chyba że gdzieś później. Jakoś długo nam zeszło schodzenie z zamku i idziemy raczej na końcu. Deszcz zaczyna padać. Wiadomo – pierwszy PK zawsze jest najgorszy – trzeba „oswoić mapę”. Beztrosko nie mierzymy odległości – idziemy sobie tylko asfaltem. Jakaś droga w bok – niby górka po prawej jest, więc idziemy szukać szczytu Pańskiej Góry oraz opisu „samotna jabłoń”, która wg informacji z odprawy podobno jest gruszą. Szczyt jest rozmyty, my weszliśmy za wcześnie. Za nami jacyś zmyleni uczestnicy, którzy jak widać chodzą nie na mapę, tylko „za tłumem”. Mokre trawy i oczywiście mamy już mokro w butach. Stanowczo zbyt wcześnie. Jest wreszcie ta jabłko-grusza i tłum latarek wokół. Imprezę zaliczają trzy podbite PK, czyli musimy podbić jeszcze dwa, aby wrócić z honorem…Wracamy na asfalt i idziemy dalej szukając jakiegoś zauważalnego skrzyżowania. Coś jest, ale jakoś zbyt mało wyraźne więc przechodzimy. Tak ze 200m. Rzut oka na mapę – jednak to było to – postanawiamy zawrócić, a nie chodzić „na skróty” przez mokre trawy. Pozwala to lekko wyschnąć butom. Postanawiamy dokładniej mierzyć odległości… ale kończy się na postanowieniach. Zagadujemy się i na rozwidleniu wybieramy „lepszą drogę”. Jakościowo lepszą. Niestety mapy Compassu są jakie są - tą samą kreską raz zaznacza się „autostradę”, a raz ledwo widoczną ścieżkę. A my niestety uwierzyliśmy słowom organizatora z odprawy - że mapa jest bardzo dokładna i aktualna i wszystkie drogi są jak należy! Robi się jasno. Czas zgasić czołówki. Las bardzo fajny , sosnowy zupełnie jak u nas. Tyle, że powinien się skończyć i powinna być linia energetyczna. Kompas także mówi, że odbiliśmy za bardzo w prawo. Wypatrujemy jakiegoś odbicia w lewo. Jest! Z naprzeciwka jakiś zagubiony uczestnik, który za bardzo się rozpędził wraca z naprzeciwka. Idziemy na wyczucie – droga zaczyna iść w złym kierunku, więc decydujemy się na azymut. Wychodzimy „idealnie” i po chwili widać uczestników wypadających z PK 5. Dalej wydaje się prosto – porządne przecinki, kawałek szlaku turystycznego… Tylko czemu na PK wybrano akurat te przecinki zarośnięte, zabagnione, zasadniczo jakieś dzikostrady i łosistrady??? Efekt - coraz mokrzej w butach. Zresztą chyba to i innym dokucza bo przed PK 8 spotykamy sporą grupę mocno niezdecydowanych piechurów i podbiegaczy patrzących z wyraźną niechęcią i niezdecydowaniem na „przecinkę” prowadzącą na PK 8. My wtedy zdecydowanie wkraczamy w „grząski teren” torując drogę pozostałym.
Kolejny PK postanawiamy iść lekko naokoło, ale asfaltem. Tu znowu jacyś biegacze, a w oddali słychać głosy, tych co przedzierali się przez bagna. Ogólnie widać, że na tych z pozoru „prostych PK” jakaś część biegaczy wymięka i ma problemy lokalizacyjne. Niestety, druga połowa trasy wydaje się dla nich lepsza – łatwe do lokalizacji przebiegi drogami bitymi, więc tam pewnie odpadniemy. Bo do tej pory całkowicie przeszła nam chęć biegania w tych warunkach pogodowych i postanawiamy do mety twardo wytrwać tylko przy marszu.
PK 15 „skraj bagna”. Rzeczywistość trochę przesunęła ten „skraj bagna”, ale na szczęście jest dojście do lampionu po zwalonej kłodzie. Niestety Basia „wpada”. Tzn. jedną nogą w wodę wpada.
Coraz lepsze drogi i wkrótce punkt żywieniowy. Niby miał być „w połowie trasy”, ale analiza czasu i mapy mówi, że to raczej 1/3, a nie połowa!
Przed nami PK 21. Z mapy wynika, że pomiędzy jeziorkami. Na mapie nie ma wrysowanego wprawdzie, ale wszystko sugeruje, że te jeziorka łączy jakiś znaczny ciek wodny o wdzięcznej nazwie „Sucka Woda”. Postanawiamy iść lekko bezpiecznie i od razu kierować się w stronę jakiegoś zaznaczonego na mapie przejścia. Sporo na azymut i raczej inaczej niż wszyscy. Trafiamy idealnie na jakąś kładkę i to całkiem niedaleko od PK. Gdzieś po drugiej stronie bagniska (bo te jeziorka i ciek wodny tworzą spory teren podmokły - raczej nie do bezproblemowego przejścia wpław) słyszymy raczej „zdenerwowane” głosy uczestników.
Teraz czas na feralną trzynastkę. PK, który jest „nie po drodze” w każdym wariancie przejścia. I przy okazji najdłuższy przebieg. Do tej pory wychodziła nam średni rzędu 30 min/PK – wyraźnie się pogorszy;-(
Do PK13 wybieramy ciut dłuższą drogę, ale lepszą jakościowo. Zamiast zyskać 200 m wolimy szeroką i dobrze wydeptaną drogę przed zarośniętą przecinkę. Przy PK 13 tłumy. Chyba trasa TP 25, bo jakieś nieznane twarze (TP 25 ruszyła później). W międzyczasie przestaje padać, czyli jednak chyba skandynawska prognoza pogody wygrała! Gdzieś tam zmieniamy skarpetki na suche – znowu wraca radość chodzenia i zwiększa się niechęć ładowania się w ciągle mokre trawy.
Wreszcie PK 20 - najdalszy punkt trasy! Trochę go szukamy, bo opis „przełęcz” sugeruje przełęcz, a nie skałki gdzie jest umieszczony. I kółko na mapie źle zaznaczone, więc chwilę idzie na czesanie terenu, bo oczywiście najpierw szukamy w miejscu oznaczonym na mapie. Na MnO można by spokojnie wbijać BPK-a i bić organizatora;-) Reszta wydaje się łatwa – wyraźne drogi i znakowane szlaki. Okazuje się, że oznaczenia szlaków nie są idealne, ale wrodzona czujność orientalisty pozwoliła skręcić we właściwa drogę. Tu dokładność mapy trochę zawiodła i organizatorzy wyjątkowo „ukryli” lampion, ale jakiś biegacz z rozpędu go szybko wyczesał i wystawił nam jak trzeba.
Na dojściu do kolejnego PK 12 spotkaliśmy ekipę piechurów, która gdzieś nam uciekła przy PK 21 przechodząc w z marszu w bieg, a teraz bezskutecznie szukająca PK 16. Udało nawrócić nam się ich na właściwą drogę.
PK 12 – jeden z najfajniejszych punktów. Skałka na najwyższym szczycie w fajnym bukowym lesie. Piękne dojście i zejście na azymut.
Ciągle czując niechęć do wysokich traw, wybieramy warianty „wygodne” - pewnie trochę drogi dodajemy, ale spokojnie przez 10-tkę dochodzimy do 9-tki. Ciekawy opis – „krzak dzikiej róży” zamiast bardziej oczywistego „szczyt wzniesienia”, bo tych krzaków dzikiej róży w koło „na pęczki”. Teraz zejście do cywilizacji – na północ. I tu wychodzi cała „wredota” budowniczego trasy. Bo droga (oznaczona na mapie) kończy się bramą do zabudowań. A wkoło płoty. Ale takie „ukryte” – niby wydaje się, że po kawałku chaszczy powinno być dojście do drogi, a tu wyrasta płot. Wszędzie wydeptane „dróżki” przez miotających się uczestników. Na skraju pola upranego ślady w tę i wewtę. Przez chwilę zastanawiamy się nad forsowaniem płotów górą, ale stanowczo odmawiam – nogi zesztywniałe po tylu godzinach marszu i nie wiem czy dałbym radę unieść je tak wysoko bez jakiś skurczowych konsekwencji. Wreszcie po długiej walce, płosząc przy okazji stado saren i jednego kota, obchodzimy te płoty i docieramy do drogi. Ale co sobie myślimy o budowniczym….
Do bazy w linii prostej zostaje już z 5km Jeden dłuższy przebieg na PK 6 i ostatnie 3 PK obok siebie. Idziemy na szóstkę - „grusza obok szczytu”. Jest jakaś droga na górę ale ciut bliżej niż by wynikało z mapy. Porządna , przejezdna widzieliśmy na niej auto. Wchodzimy. Szczyt wyraźnie jest bardziej na zachód, majaczą tam nawet jakieś drzewa owocowe. Sprawdzamy jeszcze raz na mapie – kropka jest dokładnie na szczycie, a że szczyt od naszej drogi dzielą ze dwa rzędy zarośli, odbijamy wcześniej na zachód. Znajdujemy właściwą drogę przy której ma być PK, tę przechodzącą przez szczyt. Na szczycie są jabłonki i inne drzewa owocowe, ale ani śladu lampionu. Zastanawiamy się nad telefonem do organizatora bo lampionu w dobrym miejscu ewidentnie brak. Ostatnim rzutem na taśmę znajdujemy lampion… Powinien być kolejny BPK! Pewnie budowniczy chciał „ułatwić” i postawił go przy tej przejezdnej drodze, tyle że nie ta droga była wrysowana na mapie!
Zostały ostatnie 3 punkty. Czuję podeszwy, ale chyba jeszcze bąbli nie ma, bo ból do wytrzymania. Jednak łapię się na tym, że całą uwagę skupiam na tym jak postawić stopę, a nie na wpatrywaniu się w mapę. Do jaskini trafiamy „na czuja”. Odległość wydaje się dobra, więc zbaczamy w krzaki i wychodzimy bezpośrednio na dziurę oszczędzając kilkaset metrów w stosunku do wędrówki znaczonym szlakiem. Skałki z PK 2 widać z daleka, ale ta skałka z lampionem niby tak blisko na mapie w rzeczywistości jakoś „daleko” się znajduje. Ostatni PK. Skałka – gigant. Widoczna jak na dłoni i żadnej sensownej widocznej drogi.
Idziemy na azymut, znowu przez te morze mokrej trawy. Dla podeszw - mordęga, bo teren mocno nierówny. Ale się udaje. Jeszcze zejście i jesteśmy na mecie – medale fanfary i obiad. Właściwe najbardziej cieszy jedzenie! Oficjalne zakończenie ma być o 19 postanawiam zaczekać, a nóż coś wylosujemy.
Robert zajął podobno 7 miejsce, a my – nawet nie wiem, ale na pewno nie medalowe. Grunt, że zdążyliśmy w limicie bez problemów i przed zmrokiem, na pewno kilka osób wyprzedzając. Niestety, mój wybrany numerek nie okazał się szczęśliwy w losowaniu nagród, ale reszta ekipy coś tam wylosowała;-). Potem powrót do domu (kierowcy udało się nie zasnąć za kierownicą) i można odpocząć we własny łóżeczku;-) Tak do 29 października, bo wtedy kolejna pięćdziesiątka w okolicy, a do tego pół litra trzeba jeszcze kilka ich uzbierać;-)
piątek, 7 października 2016
DMP-y są super!
Cóż - poranek nie był łatwiejszy niż wieczór. Po siódmej z trudem otwarłam oczy, wzięłam w garść kubek z kawą i poszłam kończyć wypisywanie dyplomów. Reszta w międzyczasie dzieliła nagrody, sprzątała teren
ogniska, gdzie miało być zakończenie i każdy czymś tam był zajęty. W końcu udało się wszystko dopiąć na ostatni guzik i mogliśmy ogłosić wyniki, nagrodzić zwycięzców i oficjalnie zakończyć imprezę.
Z tym zakończeniem to taki trochę pic na wodę, bo przed nami była jeszcze masa roboty - pozbierać lampiony, napisać protokół, rozliczyć imprezę. Mnie na szczęście dotyczyło jedynie pozbieranie lampionów, a taka dyrekcja do dzisiaj się kotłuje z niektórymi rzeczami.
Na zbieranie poszłam z Kasią, która skruszona po długim niebycie, powróciła na inockie łono. Udało nam się nie zgubić, nie zasnąć po drodze i jeszcze pozbierać wszystkie lampiony, które Tomek nam przydzielił. A ponieważ wróciłyśmy do bazy pierwsze, to jeszcze ogarnęłyśmy nasz domek i miałyśmy czas pójść nad rzekę. Wreszcie w pełnym świetle zobaczyłam tę Pilicę i bardzo, bardzo żałowałam, że sobie nią nie spłynęłam. Żeby jednak cokolwiek mieć kontaktu z wodą, wlazłam sobie do niej i trochę pomarzłam. Ot, taka namiastka przeprawy albo spływu.
A potem wrócił Tomek usiłowaliśmy zmieścić kontener rzeczy w naszym niewielkim samochodzie. Udało się! Co prawda siedzieliśmy z nogami pod brodą i na wdechu, ale zawsze to do przodu.
Podsumowanie?
DMP-y są super, ale chyba trochę lepiej mają uczestnicy:-)))
ogniska, gdzie miało być zakończenie i każdy czymś tam był zajęty. W końcu udało się wszystko dopiąć na ostatni guzik i mogliśmy ogłosić wyniki, nagrodzić zwycięzców i oficjalnie zakończyć imprezę.
Na zbieranie poszłam z Kasią, która skruszona po długim niebycie, powróciła na inockie łono. Udało nam się nie zgubić, nie zasnąć po drodze i jeszcze pozbierać wszystkie lampiony, które Tomek nam przydzielił. A ponieważ wróciłyśmy do bazy pierwsze, to jeszcze ogarnęłyśmy nasz domek i miałyśmy czas pójść nad rzekę. Wreszcie w pełnym świetle zobaczyłam tę Pilicę i bardzo, bardzo żałowałam, że sobie nią nie spłynęłam. Żeby jednak cokolwiek mieć kontaktu z wodą, wlazłam sobie do niej i trochę pomarzłam. Ot, taka namiastka przeprawy albo spływu.
A potem wrócił Tomek usiłowaliśmy zmieścić kontener rzeczy w naszym niewielkim samochodzie. Udało się! Co prawda siedzieliśmy z nogami pod brodą i na wdechu, ale zawsze to do przodu.
Podsumowanie?
DMP-y są super, ale chyba trochę lepiej mają uczestnicy:-)))
czwartek, 6 października 2016
Uchodźcy nad Pilicą.
Tego, że będę pomagać przy organizacji dalszej części zawodów - jasne, że się spodziewałam. Ale, że niemal do rana, to jednak łudziłam się, że nie. Wiadomo - nadzieja umiera ostatnia. Kiedy dyrekcja zapytała czy wolę nad rzekę, czy do ogniska, od razu odpowiedziałam, że do ogniska. I tym sposobem znalazłam się nad rzeką. Moim zadaniem miało być doprowadzanie ludzi z przystani kajakowej do miejsca przeprawy przez rzekę.Tak się to przynajmniej teoretycznie nazywało. W praktyce miałam ich przekonywać, że piesza przeprawa na drugi brzeg nie jest ponurym żartem, że naprawdę muszą to zrobić jeśli chcą wystartować, a to co świeci na drugim brzegu - to zegar startowy. Oczywiście na moją głowę spadały też gromy rzucane przez zdegustowanych zawodników i ich opinie na temat przechodzenia przez rzekę.
Nie powiem, nieliczne jednostki były zachwycone i od razu potraktowały rzecz jako wspaniałą przygodę. Trafiły się też pojedyncze osobniki mocno oporne i dla tych Darek przywlókł kajak i przewiózł ich niczym Charon na drugi brzeg.
Opornego Wojtka, który chciał zrezygnować z etapu, kara spotkała od razu - tak się migał na tym brzegu, że w końcu poślizgnął się i wpadł w wodę po pas. Co gorsza - zgubił przy tym telefon. Darek niemal nurkował przy brzegu, a reszta macała rękami w wodzie w poszukiwaniu zguby. Telefon na szczęście znalazł się na brzegu, a Wojtek uszczęśliwiony jego odnalezieniem dał się przewieźć i mokry poleciał w las. Brrrr.
Wiele osób rozbierało się oddolnie do tego przekraczania rzeki i ile ja się striptizu naoglądałam, to jak nigdy w życiu. Więc może i warto było iść nad rzekę zamiast do ogniska :-)
Jak już wszyscy piesi przeszli przez rzekę, to przez chwilę posiedziałam przy kajakach, a potem zaczęły się powroty. Grupy przeprawiające się przez rzekę, z tymi światełkami i dobytkiem w kajaku wyglądały jak fala uchodźców. O dziwo, przeprawa w odwrotnym kierunku wydała się ludziom już świetną zabawą i nawet ci, którzy wcześniej klęli na czym świat stoi, teraz mówili, że jest super. Rowerzyści przewozili swoje rowery kajakiem, a co silniejsi przenosili na plecach. Dla nich była to jedyna przeprawa, bo startowali z suchego lądu.
Najbardziej jednak podziwiałam Darka i Zuzię, którzy przez kilka godzin brodzili po rzece przeprowadzając i przewożąc innych z brzegu na brzeg, a woda jakoś nachalnie gorąca nie była. Fakt - lodowata też nie, ale jednak.
Kiedy już wszyscy wrócili ze swoich tras, zaczęła się praca "biurowa". Kto żyw, sprawdzał karty startowe, żeby rano móc ujawnić zwycięską drużynę, Tomek wyniki wklepywał do komputera, ja (jako jedyna piśmienna w stopniu czytelnym) wypisywałam dyplomy, Ania przeliczała nagrody i razem z Basią kombinowały jak podzielić cały ten dobytek - równo, czy sprawiedliwie? :-) W pewnym momencie doszliśmy już do ściany - nie pomagała kawa, ani wzajemne budzenie się. Spaliśmy z otwartymi oczami mechanicznie wykonując jakieś czynności. W tej sytuacji dyrekcja zarządziła koniec harówy i zbiórkę po siódmej rano, czyli praktycznie za chwilę (no, taką ciut dłuższą). Doszłam do naszego domku i padłam.
c. d. n.
Nie powiem, nieliczne jednostki były zachwycone i od razu potraktowały rzecz jako wspaniałą przygodę. Trafiły się też pojedyncze osobniki mocno oporne i dla tych Darek przywlókł kajak i przewiózł ich niczym Charon na drugi brzeg.Opornego Wojtka, który chciał zrezygnować z etapu, kara spotkała od razu - tak się migał na tym brzegu, że w końcu poślizgnął się i wpadł w wodę po pas. Co gorsza - zgubił przy tym telefon. Darek niemal nurkował przy brzegu, a reszta macała rękami w wodzie w poszukiwaniu zguby. Telefon na szczęście znalazł się na brzegu, a Wojtek uszczęśliwiony jego odnalezieniem dał się przewieźć i mokry poleciał w las. Brrrr.
Wiele osób rozbierało się oddolnie do tego przekraczania rzeki i ile ja się striptizu naoglądałam, to jak nigdy w życiu. Więc może i warto było iść nad rzekę zamiast do ogniska :-)
Jak już wszyscy piesi przeszli przez rzekę, to przez chwilę posiedziałam przy kajakach, a potem zaczęły się powroty. Grupy przeprawiające się przez rzekę, z tymi światełkami i dobytkiem w kajaku wyglądały jak fala uchodźców. O dziwo, przeprawa w odwrotnym kierunku wydała się ludziom już świetną zabawą i nawet ci, którzy wcześniej klęli na czym świat stoi, teraz mówili, że jest super. Rowerzyści przewozili swoje rowery kajakiem, a co silniejsi przenosili na plecach. Dla nich była to jedyna przeprawa, bo startowali z suchego lądu.Najbardziej jednak podziwiałam Darka i Zuzię, którzy przez kilka godzin brodzili po rzece przeprowadzając i przewożąc innych z brzegu na brzeg, a woda jakoś nachalnie gorąca nie była. Fakt - lodowata też nie, ale jednak.
Kiedy już wszyscy wrócili ze swoich tras, zaczęła się praca "biurowa". Kto żyw, sprawdzał karty startowe, żeby rano móc ujawnić zwycięską drużynę, Tomek wyniki wklepywał do komputera, ja (jako jedyna piśmienna w stopniu czytelnym) wypisywałam dyplomy, Ania przeliczała nagrody i razem z Basią kombinowały jak podzielić cały ten dobytek - równo, czy sprawiedliwie? :-) W pewnym momencie doszliśmy już do ściany - nie pomagała kawa, ani wzajemne budzenie się. Spaliśmy z otwartymi oczami mechanicznie wykonując jakieś czynności. W tej sytuacji dyrekcja zarządziła koniec harówy i zbiórkę po siódmej rano, czyli praktycznie za chwilę (no, taką ciut dłuższą). Doszłam do naszego domku i padłam.
c. d. n.
środa, 5 października 2016
Gdy uczestnik jest lepiej zorientowany od autora trasy...
W sobotę budzik bezlitośnie zadzwonił przed siódmą, ale wstałam nawet dość żywa. Tomek pojechał po drożdżówki do piekarni (noga trzymała się na miejscu już nawet bez plastrów), a ja gromadziłam sobie wszystkie rzeczy, które muszę wziąć na start i za nic ich nie mogę zapomnieć.

Na rozpoczęciu (po przemówieniach i wszelkich komunikatach) poczęstowaliśmy uczestników ciasteczkami, co to je parę dni piekłam powtarzając sobie, żeby mi kto w łeb dał jak znowu coś pracochłonnego wymyślę, rozdaliśmy żółte chusty ze smokiem przecudnej urody i już mogliśmy ruszyć na swoje starty. Ponieważ Ania miała jeszcze do rozwieszenia kilka lampionów, więc zbieraliśmy się żwawo. Tomek wywiózł nas do lasu, pomógł mi się zagospodarować, potem jeszcze pojechał na miejsce gdzie autobus wysadzał uczestników, żeby im wskazać drogę dojścia na start i pojechał pomagać Pawłowi.
Ania szybko uporała się ze swoimi lampionami i kiedy nadeszli pierwsi zawodnicy byłyśmy silne, zwarte i gotowe. Ja prawie nie miałam roboty, bo na pierwszy etap TP były zapisane tylko dwa zespoły. Wystartowałam pierwszy, udzieliłam wskazówek Ani kiedy i jak drugi i poszłam dowiesić jeszcze jeden lampion do trasy TM. A potem miałyśmy duuużo czasu, bo Ani trasa była długa, więc zanim wrócili pierwsi startujący mogłyśmy w zasadzie wrócić do bazy (gdybyśmy miały czym:-)
W końcu jednak zaczęli wracać i teraz ja miałam pełne ręce roboty ze startowaniem TM-ów.
Mapy-pudełeczka (co to znowu nikt mi nie dał w łeb, jak je wymyśliłam) zrobiły furorę, aczkolwiek podzieliły zawodników na tych, którzy chcą natychmiast startować (żeby je szybko dostać) i tych, co do lasu nie pójdą, bo im się pudełka zepsują. W końcu jakoś udało się wypchnąć wszystkich.
Nasza startometa była metą dla wszystkich pieszych kategorii i po jakimś (dość długim) czasie zaczęli, oprócz naszych, nadciągać także uczestnicy z tras TS i TJ. Wszyscy czekali na autobus, a autobus czekał aż zbierze się duża grupa żeby nie wozić powietrza. W końcu oba te oczekiwania zakończyły się kursem do bazy, gdzie na stołówce stygł już obiad, a resztę niedobitków woziliśmy naszymi samochodami.
W międzyczasie sprawdzałam karty startowe i okazało się, że jeden punkt źle rozstawiłam, a dołki (co to przy stawianiu trasy mało nie doszło do rękoczynów) inaczej były zaznaczone na mapie, a inaczej na wzorcówce. Jednym słowem d..., a nie budowniczy trasy ze mnie. Na szczęście łatwo dało się wybrnąć z tych błędów, bo zawodnicy okazali się bardziej zorientowani ode mnie i brali to, na co wskazywała im trzymana w rękach mapa.
Kiedy wróciliśmy do bazy, kiedy zjadłam obiad i skończyłam sprawdzanie kart usiadłam wreszcie z ulgą i łudziłam się, że moja praca skończona, a teraz najwyżej jakieś drobne wynieś, przynieś, pozamiataj mi zostanie. Jak bardzo się myliłam .... już wkrótce.
c. d. n.

Na rozpoczęciu (po przemówieniach i wszelkich komunikatach) poczęstowaliśmy uczestników ciasteczkami, co to je parę dni piekłam powtarzając sobie, żeby mi kto w łeb dał jak znowu coś pracochłonnego wymyślę, rozdaliśmy żółte chusty ze smokiem przecudnej urody i już mogliśmy ruszyć na swoje starty. Ponieważ Ania miała jeszcze do rozwieszenia kilka lampionów, więc zbieraliśmy się żwawo. Tomek wywiózł nas do lasu, pomógł mi się zagospodarować, potem jeszcze pojechał na miejsce gdzie autobus wysadzał uczestników, żeby im wskazać drogę dojścia na start i pojechał pomagać Pawłowi.Ania szybko uporała się ze swoimi lampionami i kiedy nadeszli pierwsi zawodnicy byłyśmy silne, zwarte i gotowe. Ja prawie nie miałam roboty, bo na pierwszy etap TP były zapisane tylko dwa zespoły. Wystartowałam pierwszy, udzieliłam wskazówek Ani kiedy i jak drugi i poszłam dowiesić jeszcze jeden lampion do trasy TM. A potem miałyśmy duuużo czasu, bo Ani trasa była długa, więc zanim wrócili pierwsi startujący mogłyśmy w zasadzie wrócić do bazy (gdybyśmy miały czym:-)
W końcu jednak zaczęli wracać i teraz ja miałam pełne ręce roboty ze startowaniem TM-ów.
Mapy-pudełeczka (co to znowu nikt mi nie dał w łeb, jak je wymyśliłam) zrobiły furorę, aczkolwiek podzieliły zawodników na tych, którzy chcą natychmiast startować (żeby je szybko dostać) i tych, co do lasu nie pójdą, bo im się pudełka zepsują. W końcu jakoś udało się wypchnąć wszystkich.Nasza startometa była metą dla wszystkich pieszych kategorii i po jakimś (dość długim) czasie zaczęli, oprócz naszych, nadciągać także uczestnicy z tras TS i TJ. Wszyscy czekali na autobus, a autobus czekał aż zbierze się duża grupa żeby nie wozić powietrza. W końcu oba te oczekiwania zakończyły się kursem do bazy, gdzie na stołówce stygł już obiad, a resztę niedobitków woziliśmy naszymi samochodami.
W międzyczasie sprawdzałam karty startowe i okazało się, że jeden punkt źle rozstawiłam, a dołki (co to przy stawianiu trasy mało nie doszło do rękoczynów) inaczej były zaznaczone na mapie, a inaczej na wzorcówce. Jednym słowem d..., a nie budowniczy trasy ze mnie. Na szczęście łatwo dało się wybrnąć z tych błędów, bo zawodnicy okazali się bardziej zorientowani ode mnie i brali to, na co wskazywała im trzymana w rękach mapa.
Kiedy wróciliśmy do bazy, kiedy zjadłam obiad i skończyłam sprawdzanie kart usiadłam wreszcie z ulgą i łudziłam się, że moja praca skończona, a teraz najwyżej jakieś drobne wynieś, przynieś, pozamiataj mi zostanie. Jak bardzo się myliłam .... już wkrótce.
c. d. n.
wtorek, 4 października 2016
Krwawy piątek
Tak się trochę łudziliśmy, że będziemy mogli pójść przynajmniej na InO po ośrodku, czyli na "Oswój Smoka", ale gdzie tam. Ania M., która miała startować tę trasę, gdzieś się zapodziała, więc wzięliśmy to na siebie.
Specyfika "Oswoja" z liczeniem punktów, znana warszawiakom, a obca innym, zrobiła na uczestnikach wrażenie. Nie na wszystkich początkowo pozytywne, ale chyba po rozgryzieniu na czym to polega, wrażenia złagodniały. Chyba żadnemu zespołowi nie udało się wyjść na trasę w limicie podstawowym, ale trochę o to chodziło, żeby potem pokombinować, jak zdobyć wymaganą liczbę punktów. Ludzie liczyli, liczyli, obmyślali strategię, w końcu wszyscy rozbiegli się w różne strony.
Jakoś koło 23-ciej mieliśmy mieć odprawę u dyrekcji imprezy, czyli ustawienie nas do pionu i przydział zadań. Tomek został obsługiwać "Oswoja", ja poszłam po instrukcje dla nas obojga. Po zebraniu zajrzałam do naszego domku, a tam... dramat! Tomek siedzi z urwaną nogą, krew się leje, a Paweł rozpaczliwie usiłuje za pomocą plastrów przyczepić mu tę nogę z powrotem. Od razu stanęła mi przed oczami wizja zdejmowania tras swoich i tomkowych, a potem powrót do domu w roli zasypiającego kierowcy. Na szczęście Paweł okazał się zdolnym medykiem, nogę przyczepił, a Tomek wstał, otrzepał się i poszedł dalej obsługiwać InO. Na drugi dzień okazało się, że w starciu z asfaltowym podłożem oprócz nogi ucierpiał także obiektyw od aparatu, ale na szczęście w stopniu naprawialnym domowym przemysłem.
W końcu długi dzień zakończył się, część rozeszła się spać, część integrować w węższych gronach, a my padliśmy zbierać siły do najważniejszej części imprezy - etapów głównych.
c. d. n.
Specyfika "Oswoja" z liczeniem punktów, znana warszawiakom, a obca innym, zrobiła na uczestnikach wrażenie. Nie na wszystkich początkowo pozytywne, ale chyba po rozgryzieniu na czym to polega, wrażenia złagodniały. Chyba żadnemu zespołowi nie udało się wyjść na trasę w limicie podstawowym, ale trochę o to chodziło, żeby potem pokombinować, jak zdobyć wymaganą liczbę punktów. Ludzie liczyli, liczyli, obmyślali strategię, w końcu wszyscy rozbiegli się w różne strony.
Jakoś koło 23-ciej mieliśmy mieć odprawę u dyrekcji imprezy, czyli ustawienie nas do pionu i przydział zadań. Tomek został obsługiwać "Oswoja", ja poszłam po instrukcje dla nas obojga. Po zebraniu zajrzałam do naszego domku, a tam... dramat! Tomek siedzi z urwaną nogą, krew się leje, a Paweł rozpaczliwie usiłuje za pomocą plastrów przyczepić mu tę nogę z powrotem. Od razu stanęła mi przed oczami wizja zdejmowania tras swoich i tomkowych, a potem powrót do domu w roli zasypiającego kierowcy. Na szczęście Paweł okazał się zdolnym medykiem, nogę przyczepił, a Tomek wstał, otrzepał się i poszedł dalej obsługiwać InO. Na drugi dzień okazało się, że w starciu z asfaltowym podłożem oprócz nogi ucierpiał także obiektyw od aparatu, ale na szczęście w stopniu naprawialnym domowym przemysłem.
W końcu długi dzień zakończył się, część rozeszła się spać, część integrować w węższych gronach, a my padliśmy zbierać siły do najważniejszej części imprezy - etapów głównych.
c. d. n.
poniedziałek, 3 października 2016
DMP od zaplecza - część 1
W czwartek wieczorem wszystkie DMP-owe sprawy były dopięte na przedostatni guzik (a przynajmniej ekipa organizatorska tak się łudziła) i w piątek zostawało jedynie pojechać rozstawić trasy i czekać na uczestników. Tomek władował rower do bagażnika ( w razie cusia), stertę tobołów (naszych i klubowych), żonę (czyli mnie) i pojechaliśmy. Zaraz po zakwaterowaniu się w domku i zjedzeniu marnej bułeczki ruszyliśmy w las. Ja miałam rozstawiać trasy razem z Anią K., Tomek poszedł na swój kawałek.
Zaczęłyśmy od moich. Teren zobaczyłam na oczy pierwszy raz w życiu, bo na rekonesansie był tylko Tomek, ale miałam nadzieję, że z pełną mapą to będzie pestka. Tak jakby się pomyliłam. Mimo zapewnień Tomka, że na mapie mam wszystko, okazało się, że połowy dróg nie ma i w ogóle wszystko wygląda inaczej niż sobie wyobrażałam. Kiedy już się przekonałam, że nie ma co się orientować względem dróg, tylko trzeba liczyć odległości, musiałyśmy przewiesić kilka początkowych punktów, bo źle stały. Górka, która początkowo na mapie miała jeden wierzchołek, po rekonesansie rozrosła się do dwóch wierzchołków, a my dodatkowo znalazłyśmy jeszcze trzeci. Na jednym szczyciku miał stać punkt dla trasy TP, na drugim dla TT, a trzeciego szczyciku teoretycznie nie było. I bądź tu mądry.
Potem już szło lepiej i trafiałyśmy w zaplanowane miejsca, aż w końcu się zacięło. Utknęłyśmy na najdalszych górkach i zablokowało nas całkowicie. Nic nie zgadzało się z mapą i czułam się tak, jakbym była w całkiem innym miejscu. Powiesiłyśmy ze dwa lampiony, zdjęłyśmy je, powiesiłyśmy na innych górkach, znowu przewiesiły, w końcu poddałyśmy się i postanowiły powiesić najpierw trasę Ani, bo tam trudniej było się zgubić, a na moją wrócić potem, albo wręcz w sobotę rano. Jeszcze w drodze na teren Ani powiesiłyśmy kilka moich lampionów, bo zupełnie przypadkiem trafiłyśmy we właściwe miejsca.
Trasa Ani była łatwiejsza do ogarnięcia, ale za to dłuuuga i nogi zaczęły nam włazić w odwłoki. Poza tym okazało się, że odległości liczyć też musimy, bo ona również nie naniosła wszystkich ścieżek i przecinek i strasznie arytmetycznie nam się zrobiło. Zaczynało się lekko ściemniać, kiedy zadzwonił Tomek, że on już swoje skończył. Nam do końca wszystkich czterech tras było jeszcze daleeeeko. Umówiliśmy się przy moim PK 7 i stamtąd Tomek poszedł sprawdzić moje górki, a my wieszać to, co nam zostało. Spotkaliśmy się znowu przy kopczykach i dołkach na początku trasy, które przedtem były nam nie po drodze. Przy dołkach doszło do krótkiego spięcia, bo ja chciałam stawiać w innym dołku niż Tomek i za nic nie mogliśmy dojść do porozumienia. Ostatecznie poddałam się, jak przystało na uległą żonę, ale co sobie pomyślałam, to moje. Kilka punktów z trasy Ani zostawiliśmy na sobotę, bo były blisko startu i przy drodze i na zakończenie pojechaliśmy powiesić punkt dla rowerzystów, bo dostaliśmy taką misję.
Wreszcie wróciliśmy do bazy, która w międzyczasie zapełniła się uczestnikami. Fajnie było zobaczyć te wszystkie znajome gęby, szkoda tylko, że nie było czasu na życie towarzyskie, bo dyrekcja zaraz zagoniła nas do roboty.
c. d. n.
Zaczęłyśmy od moich. Teren zobaczyłam na oczy pierwszy raz w życiu, bo na rekonesansie był tylko Tomek, ale miałam nadzieję, że z pełną mapą to będzie pestka. Tak jakby się pomyliłam. Mimo zapewnień Tomka, że na mapie mam wszystko, okazało się, że połowy dróg nie ma i w ogóle wszystko wygląda inaczej niż sobie wyobrażałam. Kiedy już się przekonałam, że nie ma co się orientować względem dróg, tylko trzeba liczyć odległości, musiałyśmy przewiesić kilka początkowych punktów, bo źle stały. Górka, która początkowo na mapie miała jeden wierzchołek, po rekonesansie rozrosła się do dwóch wierzchołków, a my dodatkowo znalazłyśmy jeszcze trzeci. Na jednym szczyciku miał stać punkt dla trasy TP, na drugim dla TT, a trzeciego szczyciku teoretycznie nie było. I bądź tu mądry.
Potem już szło lepiej i trafiałyśmy w zaplanowane miejsca, aż w końcu się zacięło. Utknęłyśmy na najdalszych górkach i zablokowało nas całkowicie. Nic nie zgadzało się z mapą i czułam się tak, jakbym była w całkiem innym miejscu. Powiesiłyśmy ze dwa lampiony, zdjęłyśmy je, powiesiłyśmy na innych górkach, znowu przewiesiły, w końcu poddałyśmy się i postanowiły powiesić najpierw trasę Ani, bo tam trudniej było się zgubić, a na moją wrócić potem, albo wręcz w sobotę rano. Jeszcze w drodze na teren Ani powiesiłyśmy kilka moich lampionów, bo zupełnie przypadkiem trafiłyśmy we właściwe miejsca.
Trasa Ani była łatwiejsza do ogarnięcia, ale za to dłuuuga i nogi zaczęły nam włazić w odwłoki. Poza tym okazało się, że odległości liczyć też musimy, bo ona również nie naniosła wszystkich ścieżek i przecinek i strasznie arytmetycznie nam się zrobiło. Zaczynało się lekko ściemniać, kiedy zadzwonił Tomek, że on już swoje skończył. Nam do końca wszystkich czterech tras było jeszcze daleeeeko. Umówiliśmy się przy moim PK 7 i stamtąd Tomek poszedł sprawdzić moje górki, a my wieszać to, co nam zostało. Spotkaliśmy się znowu przy kopczykach i dołkach na początku trasy, które przedtem były nam nie po drodze. Przy dołkach doszło do krótkiego spięcia, bo ja chciałam stawiać w innym dołku niż Tomek i za nic nie mogliśmy dojść do porozumienia. Ostatecznie poddałam się, jak przystało na uległą żonę, ale co sobie pomyślałam, to moje. Kilka punktów z trasy Ani zostawiliśmy na sobotę, bo były blisko startu i przy drodze i na zakończenie pojechaliśmy powiesić punkt dla rowerzystów, bo dostaliśmy taką misję.
Wreszcie wróciliśmy do bazy, która w międzyczasie zapełniła się uczestnikami. Fajnie było zobaczyć te wszystkie znajome gęby, szkoda tylko, że nie było czasu na życie towarzyskie, bo dyrekcja zaraz zagoniła nas do roboty.
c. d. n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








