środa, 13 września 2017

Finał Rodzinnych MnO


Rodzinne dostarczyły nam emocji, głównie zanim się zaczęły. Jakieś dwa tygodnie przed imprezą okazało się, że pozwolenie na wejście do lasu tym razem nie będzie takie łatwe do zdobycia, bo od ostatniej imprezy na tym terenie zmieniły się i przepisy i ludzie na stanowiskach. Wydawało się, że zgodę musi wydać co najmniej minister od wojska, więc poruszyliśmy niebo i ziemię, żeby tę zgodę uzyskać. Obeszło się bez ministra i ostateczny papier podpisaliśmy dwa dni przed terminem imprezy. Nie chcieliśmy zmieniać lokalizacji (co było najłatwiejszym wyjściem z sytuacji), bo Darek M. przygotował prototyp fajnej mapy, której nie dawało się zrealizować byle gdzie. Do tego wszystkiego, ja jestem (jak wiadomo) d..a nie organizator i wciąż miałam wrażenie, że wszystko rozłazi mi się w szwach. No bo jak ogarnąć na raz kilka czy kilkanaście spraw? Dla mnie kosmos.
Ostatecznie mapy zostały wspólnym przemysłem zrealizowane, w bólach urodziła się wzorcówka,  zakupy zrobiłam, nawet lampiony udało się jako tako rozwiesić, chociaż z darkowymi mieliśmy problem, bo to zawsze dziwne rzeczy wychodzą jak stawia ktoś inny niż autor trasy. Ale spoko, kiedy dotarł do Zielonki, to pojechał w teren i poprzestawiał sobie po swojemu. Za to jednego mojego Tomek źle powiesił, ale trudno - zdarza się.
Już na samą imprezę przybyli na odsiecz Barbara z Darkiem W., chociaż z Barbary pożytek był dyskusyjny - przyjechała prosto z Mordownika i faktycznie wyglądała na zmordowaną. Za to Darek W. dwoił się i troił, żeby to za nią nadrobić. Frekwencja duża, bo pogoda dopisała, więc było co robić i w sekretariacie i na starcie, a jak uczestnicy zaczęli wracać z trasy, to już nie wiadomo było w co ręce włożyć. Na szczęście każdy swoje włożył w to na czym się najlepiej zna i tym sposobem Darek M. liczył wyniki swojej trasy, Darek W. liczył wyniki mojej trasy, Tomek najpierw obsługiwał BnO, potem liczył wyniki ogólne, Barbara (jak już trochę odżyła) przejęła BnO od Tomka, a ja odbierałam karty startowe od powracających zespołów i usiłowałam ogarnąć kto wrócił, a kto zaginął w akcji.
Potem, ku uciesze zwłaszcza dzieci, zrobiłam wystawkę nagród i muszę powiedzieć, że pryzma na stole prezentowała się całkiem na bogato:-) W końcu nadszedł najgorszy moment, kiedy trzeba było przemówić ludzkim głosem, a tego, ani ja, ani Tomek nie znosimy. Męczyliśmy się jak Piekarski na mękach, ale jakoś udało się i ogłosić wyniki, rozdać nagrody i przeżyć.
I powiem Wam, że pomimo tego stresu, jaki jest za każdym razem, to w przyszłym roku znowu planujemy kolejną edycję.

niedziela, 10 września 2017

Jaka piękna katastrofa!

Nie mogłem się powstrzymać przed pożyczeniem sobie tytułu od Huberta. 
Zaczęło się niewinnie. Od „sprintu” czyli E1 „City Race” UNTS CUP 2017.  Najpierw organizatorzy połączyli kategorię (a byłem prawie na podium, bo na oficjalnych listach zgłoszonych w M50 były 4 osoby) dodając nas do młodszych zawodników. Jakoś to przebolałem. Ubrałem na bieg odpowiednią koszulkę  - mam taką z napisem City Run - i poszedłem na start. Startowałem w jednej minucie z Igorem (M35). Pierwszy punkt ten sam, wiadomo ja dobiegam drugi. Igor odbiega w dziwną stronę i przed kolejnym PK mnie przegania. I sytuacja się powtarza – spotykam Igora co chwila na trasie.
Co tu dużo mówić – bieg w miarę – biegłem w miarę szybko, nie robiłem większych baboli, no dobra zerkałem uważnie na mapę, by nie pobiec w przeciwną stronę, a wiadomo jak przystało na niedowidzącego okularnika wtedy troszkę zwalniam, by nie zginać śmiercią tragiczną.
Wynik - 28:07 i 9-te miejsce. Lepiej brzmi 4 w M50 gdyby podzielić zawodników właściwie;-) Ale wygrałem z konkurencją, która zawsze mnie wyprzedzała;-)
Teraz czas na katastrofę czyli bieg nocny średniodystansowy. Teren znany z ZPK-ów, ale nowa mapa (poprzednia bazowała na mapie rowerowej – więc różnica znaczna). I bieg z GPS-em. Dostałem specjalną kamizelkę i pudełko, co mi na niebiesko błyskało na plecach (pewnie gdybym się zgubił na dobre). Także połączone kategorie i „odmłodzony” startowałem w M45. Tym razem założyłem moją „pierwszą” koszulkę w jakiej stosowałem do orientacji. Starą, ale idealną na wieczór. Tak myślałem przed startem.
Nocne starty masowe mają swój urok. Mapa pod nogą, światła latarek, odliczanie i bieg za tłumem. Jak zwykle pobiegłem za tłumem. Jacyś spacerowicze, gdy zobaczyli tłum wypadający z bramy , a potem rzucający się największe krzaki komentowali „ci to nie biegają jakoś tak normalnie”. No bo nie biegamy. Rzuciłem się za niewielkim tłumem w krzaki. I oczywiście zapomniałem, że tam jest młodnik. Ale nie fason zawracać, więc pognałem przed siebie osłaniając oczy. Nie miałem czasu zanalizować mapy, zauważyłem tylko, że pierwszy PK jest daleko, prawie na drugim końcu lasu.  Dopiero po wybiegnięciu z gęstwiny popatrzyłem na mapę, ale już przebiegłem skrót i musiałem lecieć lekko naokoło, by znowu nie ładować się w młodnik. Dobiegając do PK 1 skojarzyłem, że lampion stoi obok mojego ulubionego słupka ZPK – ale nowa mapa teren, który jest porośnięty bajecznymi trawami przedstawia jako miejsce podmokłe.  Do dwójki także szło dość dobrze. Ale chcąc uciec konkurencji (a przy starcie masowym to zawsze jest konkurencja wokoło) niedokładnie obróciłem mapę i trafiłem „ o jedną dróżkę za daleko”.  I kilka minut straty. Może i lepiej, bo konkurencja nie deptała po piętach, więc od razu zaczęło iść lepiej. Jak patrzę na międzyczasy to zacząłem odrabiać straty. Aż do przelotu na PK 10. Na PK 10 drogami było bardzo naokoło, więc pobiegłem „na azymut”. Las mało przebieżny, ale przy odrobinie dobrej woli i niemałym wysiłku dało się poruszać całkiem sprawnie. Miałem dojść do poprzecznej drogi, a chwilę potem powinien być punkt. Wreszcie dotarłem do drogi. Zerkam na mapę by sprawdzić gdzie wyszedłem z krzaków, a tu mi się coś kierunek tej drogi nie zgadza. Gdzie mnie zniosło? Zwykle mam odchył w prawo, więc sprawdzam po lewej. Jest skrzyżowanie, ale nie ten kierunek drogi poprzecznej i coś się nie zgadza. Może jednak w drugą stronę? Miotam się tu i tam i nic mi nie pasuje. Obracam mapą, potrząsam kompasem (może się zaciął? albo GPS go zakłóca?). Z mapy wynika mi, że na tych odcinkach w prawo i w lewo powinienem trafić na dający się jednoznacznie zidentyfikować fragment drogi, a tu nic. Ciemny las, wokół żadnych światełek… Człowiek sam się zapętla w wymyślaniu gdzie jest. Pojawia się jakieś światełko. Zawodnik z innej trasy także jakiś lekko niezdecydowany. Dopytuję się gdzie jesteśmy. Wskazuje drogę przy następnym punkcie. Niemożliwe, że tu dobiegłem i nie zauważyłem poprzecznej porządnej drogi. Ale teren się zgadza! Więc cofam się do poprzedniego PK. Gdy już dobiegam w jego pobliże i przyglądam się opisowi EUREKA. Ja ten punkt mam podbity! Przez kilkanaście długich minut patrzyłem nie na ten fragment mapy – miałem lecieć na PK 10, a patrzyłem i przyrównywałem teren do drogi podobnej, ale przed PK 9.  W tył zwrot i po własnych śladach wracam (a właściwie biegnę w kierunku PK 10). Teraz to już formalność. Z naprzeciwka jakieś światełka innych tras. Uciekam im. Mądry po szkodzie nie odrywam kciuka od mapy, by znowu nie walnąć babola.
Nadmiarowe kilometry sponsoruje PK10
Znowu „skracam” przez młodnik.  Gdzieś tam dobijam do światełek biegnących przede mną. Zbliżam się, ale nie przeganiam. Docieram na metę po ponad 98 minutach. Zaraz za Marcinem Krasuskim (wcale nie biegł znacznie szybciej ode mnie na finiszu). Trasa miała nominalnie 6,4 km, a GPS na plecach zmierzył prawie 11. Prawie tyle co trasa M21, którą biegł Marcin - gdybym w niej startował, nie miałbym wielkiej straty do niego! A tak, ostatnie miejsce - normalnie wstyd. Ale za to mam teorię czemu mi tak poszło. Przez koszulkę. Starowałem w niej na początku – widomo wtedy nie idzie. Potem gdy startowałem w innych, było lepiej. Ostatnio założyłem ją na Abentojrę i od razu kiepski wynik. Teraz na biegu nocnym. Chyba czas bym wymienił garderobę!

City Race

Po biegowej środzie i czwartku, w piątek daliśmy odpocząć nogom. Ale tylko po to, żeby w sobotę z nowymi siłami pobiec w UNTS CUP. Ja zapisałam się tylko na bieg dzienny po mieście, Tomek na dzienny i nocny leśny. Biegaliśmy na Cyplu Czerniakowskim, a baza była w Monta Beach Volley Club - plaża, piasek, palmy, leżaczki i te sprawy.... Aż się nie chciało iść biegać.
Start był aż 800 metrów od bazy, chyba po to żebyśmy po drodze zapomnieli o tych luksusach pod palmami:-) Ja miałam odległą 24-tą minutę startową więc ekspediowałam na trasę wszystkich znajomych, to znaczy odprowadzałam ich wzrokiem.
W końcu i ja pobiegłam. Startu na mapie nie znalazłam, ale widziałam gdzie wszyscy przede mną biegli, więc pognałam też w tę stronę. Już drugi napotkany lampion miał poszukiwany przeze mnie kod, więc byłam zlokalizowana.  Kolejne punkty wchodziły jak po maśle. Aż do PK 13. Nie wiem jak popatrzyłam na mapę, że zamiast prostej drogi ulicą i za blok uparłam się zaliczyć wszystkie zaułki osiedla, a najlepiej te zakończone ogrodzeniem. Kiedy zorientowałam się, że w ten sposób nie dam rady, postanowiłam najść na punkt od drugiej strony, obiegając przy tym (zupełnie niepotrzebnie) cały kwartał. W końcu jakoś trafiłam, a stratę czasu miałam ogromną. I jak tu nie wierzyć w pechową trzynastkę?
Potem było już bezproblemowo, za to coraz mniej sił. A schody nad samą wodą dały mi porządnie w kość - rozmiar chyba dla wielkoluda, takie w sumie bardziej platformy. Ostatni odcinek do mety starałam się pokonać z fasonem i biegłam ile sił, a Tomek poganiał, żeby szybciej. Ostatecznie zajęłam trzecie miejsce. Czyli podium. No dobra, w swojej kategorii wiekowej. Ok, nie było nas dużo w tej kategorii, ale miejsce to miejsce i nie ma co być bardziej dociekliwym. Prawda? Na ogłoszeniu wyników nie zostaliśmy, ale wieczorem Tomek przywiózł mi dyplom.

sobota, 9 września 2017

BPK, BnO, deszcz i wiatr

Tyle się dzieje w orientacji, że nie nadążam sprawozdawać. Po mokrym bieganiu ww środę nastąpiło nie mniej mokre bieganie w czwartek, tym razem na BPK-ach. Przetestowana niedawno formuła biegania z aplikacją i szukania niczego w określonych miejscach bardzo się spodobała, więc zorganizowano pierwszy oficjalny "Stowarzyszony trening BPK#01". Zapisało się sporo osób, ale na start dotarło tylko dziesięć i tym co nie dotarli, ja się wcale nie dziwię - kropiło, padało, rzucało żabami, szarpało, huczało, targało i co kto chce. A do tego trasa była pioruńsko długa - prawie 6 km. I 36 PK. Przy normalnej pogodzie to nawet bym się ucieszyła, że tyle tego dobrego, ale przy zastanej...
Na start spóźniliśmy się, bo Tomkowi pomyliły się godziny, a żeby było śmieszniej, my mieliśmy mapy. Korzystając z tej okoliczności, jeszcze w samochodzie wklepałam w nasze komórki te wszystkie hasła i ściągnęłam trasę i mapę. Dzięki temu na nic nie musiałam czekać i mogłam szybko wybiec. A przynajmniej wydawało mi się, że ostro ruszę ze startu. Start pipnął i ruszyłam na PK 1.

A przynajmniej tak mi się wydawało. Znalazłam górkę, wlazłam na nią, a tu żadnego pipania - nic, zero, null. Wróciłam na start poskarżyć się, że nie działa. W trakcie dostawania dobrych rad uprzytomniłam sobie, że wcale nie byłam na PK 1, tylko na PK 30 i co mi tam miało pipać, jak nie jego kolej. Wycofałam się więc rakiem i pomaszerowałam na PK 1. Piiip odbył się jak należy.
Dwójka pipała na stoku Kopy Cwila, a potem musiałam obiec to górzysko, bo nie chciało mi się wdrapywać na szczyt. Trójkę pamiętałam z jakiś innych zawodów (marszowych), a przed piątką dogoniłam Basię, co nie było specjalnym wyczynem, bo tym razem nie biegała, tylko kroczyła majestatycznie.


Szóstkę brałyśmy już we trzy, bo dołączyła do nas Zuza, podobnie siódemkę. Na ósemkę już przyspieszyłam, bo psia pogoda, a punktów dużo i trzeba się spieszyć. Obiegnięcie osiedla nie było żadnym wyczynem nawigacyjnym, a bloki dawały trochę osłony od wiatru. Najgorsze zaczęło się po PK 12 - potok, stawy, trawy, otwarta przestrzeń, deszcz, wiatr. Gdzieś tam po drodze spotkałam Tomka i oczywiście na jego widok przyspieszyłam w nadziei przyłączenia się, ale gdzie tam - poleciał, ino śmignęło. Chciałabym choć raz w życiu pobiec sobie z nim na jakimś bno, ale jestem bez szans:-( Z takimi miernotami to on nie biega:-(
Przy PK 19 nie pipnęło. Albo nie usłyszałam w tych porywach wiatru, albo nie trafiłam. Przyjęłam wariant drugi, zaczęłam więc kombinować i po chwili już nie miałam pojęcia przy której kępce drzew się znajduję. Odpuściłam i poleciałam do dwudziestki. Pipnęło. Z dwudziestki planowałam oczywiście lecieć na 21, ale nagle coś we mnie pękło, motywacja runęła, chęci spłynęły ze strugami deszczu, a na ich miejsce pojawił się ten, no... nie będę się już wyrażała. Zrobiłam w tył zwrot, kierunek meta - marsz! No bo czy ja doszczętnie oszalałam, żeby w takich warunkach robić taką długa trasę??? Drugi dzień pod rząd??? W życiu!
Myślałam, że na mecie zastanę już Tomka i szybko pojedziemy do domu schnąć i rozgrzewać się, a na mecie zastałam pustkę. Upchnęłam się więc pod drzewo, gdzie było trochę zaciszniej i telefonicznie sprawdziłam gdzie jest mój połówek. Twierdził, że niedaleko. Po chwili na metę dotarła Ula, Zuza, Przemek i kolejne osoby, w tym Tomek. Jeszcze tylko zrobiliśmy pamiątkową fotkę i odwożąc po drodze Karolinę wróciliśmy do suchego, ciepłego, przytulnego domku.

czwartek, 7 września 2017

Człowiek nie wielbłąd....

"Spacer z mapą" zapowiadał się deszczowo i po ciemku, czyli tak sobie. Ale dla prawdziwego orientalisty to przecież żadna przeszkoda:-) Tomek tradycyjnie zapisał się do nienormalnych, ja wciąż jeszcze twierdzę, że jestem normalna.
Mapa tym razem była dwustronna i najpierw biegło się jedną stronę, potem przekładka i drugą. Dzięki temu nie trzeba było użerać się z płachtą A3.
Najpierw wystartowali masowo nienormalni, potem my. Normalnych było dużo mniej i chyba źle to świadczy o kondycji psychicznej społeczeństwa.
Mimo, że mapę dostaliśmy wcześniej i można było sobie ją dokładnie pooglądać i zaplanować trasę, to ja oczywiście już po dwóch krokach zapomniałam gdzie chciałam biec i do tego zgubiłam miejsce startu na mapie. W związku z tym pobiegłam za wszystkimi zakładając, że autorom mapy nie chciało się robić wariantów i każdy ma to samo. Najgorsze, że wyprzedził mnie kto tylko chciał i bałam się, że za chwilę nie będę miała za kim biec (wszyscy znikali w ciemności) i jednak trzeba będzie zacząć posługiwać się mapą. Na szczęście Beata okazała się równie szybką zawodniczką jak ja, więc nie byłam tak kompletnie sama. Cały czas do pierwszego punktu miałam wrażenie, że mapa jest w lustrzanym odbiciu, bo mi się strony świata nie zgadzały, ale oczywiście na BnO tak być nie mogło. Od PK 1 strony wróciły na swoje miejsce i dalej już było normalnie, czyli adekwatnie do trasy:-).
PK 2 chciałam wziąć od góry, ale jak zobaczyłam stromość skarpy i błoto na niej, to jednak nadłożyłam drogi i pobiegłam na schody. W zasadzie pobiegłyśmy z Beatą, bo stwierdziłyśmy - co się będziemy męczyć indywidualnie, jak możemy zespołowo, szczególnie, że i tak byłyśmy na szarym końcu stawki. Do PK 3 pobiegłyśmy dwoma wariantami, bo jakoś nie mogłyśmy dojść, po której stronie ogrodzenia będzie punkt. Tym sposobem zawsze któraś miała być po stronie słusznej i wspomóc koleżankę w podbijaniu. Okazało się, że każdy wariant był dobry, bo u celu była otwarta furtka, w ogóle nie zaznaczona na mapie. Koło czwórki już przebiegaliśmy w drodze na jedynkę, więc wiadomo było gdzie jest, a piątka miała być ostatnim punktem na pierwszej stronie mapy. Beata pognała przodem, ale dogoniłam ją na punkcie, mimo że zaczęłam szukać trochę za nisko, sugerując się Mariuszem nurkującym w krzakach.
Już po pierwszej stronie mapy miałam serdecznie dość - bolały mnie nogi niezregenerowane jeszcze po pięćdziesiątce, a i cały człowiek jakoś odmawiał posłuszeństwa.
Na dalszą część trasy pobiegliśmy już praktycznie we trójkę, bo dołączył się do nas Mariusz. Jedynka była formalnością, a do dwójki było makabrycznie (jak dla mnie) daleko. Trochę biegłam, więcej szłam, a po drodze zastanawiałyśmy się głośno, czy łatwo będzie zejść do punktu, bo miał być w dole, w fosie (czy co to tam było). Przechodzący pan z pieskiem podpowiedział nam:
- Tam jest dobre zejście!
Zejście faktycznie było rewelacyjne - ostro w dół po błocie. Beata kategorycznie oświadczyła, że ona nie schodzi, bo ma lęk wysokości, wzięłam więc od niej pipacza, dałam kompas i mapę do potrzymania i usiłowałam jakoś dostać się na dół. Jeśli chodzi o szybkość dotarcia na dół, to faktycznie zejście było dobre, bo szybkie. Już po pierwszym kroku klapnęłam na tyłek i zjechałam parę metrów w dół. Usiłowałam jeszcze zachować godność i podnieść się do pionu, zaliczyłam więc drugie klapnięcie. I już byłam u celu. Na górę wyszłam już na czterech kończynach, pal licho godność. Podczas gdy ja taplałam się w błocie, Beata obczaiła kolejny punkt, więc rzuciła hasło: za mną i poleciała. Po drodze zaczęło mi coś ciemnieć w oczach i nogi zaczęły się jakby uginać, ale jeszcze zebrałam się w sobie i doszłam do trójki, a nawet czwórki i piątki, bo wszystkie były bliziutko siebie. Potem już przestałam nadążać. Beata z Mariuszem pobiegli, a ja chwytając się drzew, krzaków i wszelakiej infrastruktury miejskiej walczyłam o zachowanie pionu. Gdybym do fosy wpadła na głowę, to jeszcze moje zasłabnięcie miałoby jakieś wytłumaczenie, ale miękkie klapnięcie na tyłek nie mogło być powodem. Chwilę postałam sobie zbierając siły i ruszyłam, już spacerkiem, na szóstkę. Na siódemkę już miałam problem z trafieniem, bo myślenie coraz bardziej mi się wyłączało. Całą uwagę miałam skupioną na tym żeby nie paść, więc na analizę mapy brakło mi szarych komórek. Wlazłam w jakąś abstrakcyjną dziurę po schodkach w dół przy samej bramie do nie wiem czego, wylazłam, cofnęłam się, w krótkim przebłysku władz umysłowych zorientowałam się gdzie jestem i gdzie mam iść i w końcu znalazłam te siódemkę. Do ósemki myślałam, że już nigdy nie trafię. Tym niemniej w ogóle nie przyszło mi do głowy, że powinnam odpuścić i najkrótszą drogą wrócić do bazy. Jakoś zakodowało mi się, że jak nie przejdę po kolei przez wszystkie punkty, to nie trafię na metę. Czysta abstrakcja.  Między siódemką, a ósemką kręciłam się kółko jak pies za własnym ogonem i zupełnie nie wiedziałam co zrobić. Gdybym miała telefon, to najpewniej zadzwoniłabym do Tomka żeby mnie znalazł. Zupełnie nie umiałam ogarnąć sytuacji. Nie przyszło mi nawet do głowy, żeby kogokolwiek zapytać jak dojść na Wojska Polskiego. Po punktach i po punktach, jak by nie było innej opcji. W końcu jakoś się ogarnęłam i znalazłam tę ósemkę, ale należy to chyba traktować w kategorii cudu.  Do mety dowlekłam się ostatkiem sił i wtedy dopiero uprzytomniłam sobie dlaczego mi tak odcięło zasilanie i rozum - przez cały dzień wypiłam tylko dwie filiżanki kawy i nic więcej. Najnormalniej w świecie się odwodniłam.  Na mecie rzuciłam się na picie i od razu poczułam się lepiej. Do tej pory tak nie do końca wierzyłam w skutki odwodnienia, co to czytałam o nich w różnej mniej lub bardziej fachowej literaturze, a jednak. Człowiek nie wielbłąd, pić musi. Wodę. Nawet w czasie deszczu!



wtorek, 5 września 2017

Onkobieg

Po Abentojrze wróciliśmy do domu jeszcze w sobotę. Bo w niedzielę czekała mnie kolejna atrakcja w postaci Onkobiegu.
Teoretycznie po większej wyrypie należy się rozruszać, ale czy od razu należy startować w takim regularnym biegu? Do tej pory zdarzyło mi się raczej przed 50-tką zaliczyć 25-tkę, ale nie odwrotnie. Na szczęście formuła Onkobiegu nie jest bardzo rygorystyczna – mamy godzinę i im więcej kółeczek przebiegniemy, tym lepiej. Jak sugeruje sama nazwa – bieg charytatywny – za każdą rozpoczętą pętelkę w tym czasie sponsor coś tam wpłaca i ogólnie zbiera się całkiem pokaźna sumka wspierająca osoby walczące z rakiem.
Inicjatorką naszego występu była tradycyjnie Pani Prezes, która już w Onkobiegu kiedyś uczestniczyła. Rozpuściła wici w Klubie i zapisało się nas łącznie 5 osób. Moja Druga Połowa przewidująco bieg sobie odpuściła (i słusznie, bo nie wiem czy by doszła na start;-)
Rano dostałem smsa od Barbary, czy nie mógłbym jej zabrać jadąc na start. Ucieszyłem się, bo na Ursynowie zawsze się gubię, a tak będę miał sprawną nawigację! Gdy podjechałem na parking, zrozumiałem czemu pojawił się ten poranny sms – Barbara kulejąc kuśtykała do samochodu. Widać ten wczorajszy bąbelek to całkiem poważna sprawa.
Na starcie powitała nas długaśna kolejka po odbiór pakietów startowych.  O dziwo, do zapisów na miejscu czekało tylko kilka osób, a po odbiór pakietów „zamówionych przez internet” wężyk niknący gdzieś za horyzontem. Nie pozostało nam nic innego jak ustawić się grzecznie w kolejce. Za chwilę przybyła reszta naszej grupy, więc czas oczekiwania upływał nam całkiem miło. W pewnej chwili wolontariusze rozdzielili kolejkę w/g numerów startowych – ja wybrałem sobie numerek 1907 i okazało się, że do stanowiska 1800-2000 kolejka jest minimalna! Dostałem za chwilkę koszulkę i numerek startowy.
Tłum na placu startowym gęstniał, ze sceny płynęły „tłuste” i skoczne dźwięki (o ile pamiętam przygrywał zespół o krzepiącej nazwie „Pączki w tłuszczu” i przeplatał disco polo z metalem), potem przemówienia i cała „oficjalna” część imprezy. Ustawiliśmy się przezornie w miarę blisko bramki startowej i niestety nie mając bezpośredniego wglądu na scenę, wspólną rozgrzewkę robiliśmy trochę „na ślepo” obserwując co robię sąsiedzi (niestety, każdy robił coś innego;-)


W ramach rozgrzewki
Wreszcie bieg ruszył, trochę tak po cichu, bez wystrzału czy innego spektakularnego sygnału. Pierwsze metry to powolny marsz i przepychanie się w tłumie.  Co do taktyki – postanowiłem pobiec z Anią i Zuzanną – Ania miała konkretny cel: przez godzinę zrobić chyba 7 okrążeń (rozpocząć siódme). Barbara z Moniką celowały raczej  w osiąg „by przeżyć”, co całkowicie rozumiem. Ja sam nie wiedziałem ile dam rade przetruchtać po wczorajszych 60 km, ale ambicja nie pozwoliła mi zakładać, że będę gdzieś tam w ogonie.
Chwilę po stracie - przeciskam się gdzieś tam na drugim planie
Gdy udało się przejść do truchtu przyspieszyłem, by odrobić dystans stracony na starcie. Dziewczyny były tuż za mną. O dziwo, nawet dawało się biec. Pierwsze okrążenie zajęło nam niecałe 9 minut (dystans leciutko powyżej 1500m). Na rękę trafiła pierwsza frotka. Było coraz lepiej – tłum się rozciągnął, nie trzeba było się przepychać.  Ciągle biegliśmy naszą trójką mniej więcej w tempie 9 minut na okrążenie. Gdzieś tam po trzecim okrążeniu dziewczyny zaczęły lekko tracić na tempie, zagapiłem się i zniknęły mi z oczu. No cóż, będę biegł sam, bo zatrzymywać się nie fason. Przyspieszyłem. W zasięgu wzroku miałem biegacza z psem, który torował sobie drogę krzycząc „lewa wolna”. Oj po takim biegu to musi gardło boleć Ale ogólnie widać było sporo zmęczonych osób lub zapatrzonych w swoje komórki, które nieświadomie szły po lewej stronie blokując tych szybszych. Ja opanowałem metodę wyprzedania po prawej przeciskając się gdzieś przy krawężniku. Rozpocząłem 7 okrążenie. Do końca czasu zostało mniej niż standardowe „9 minut” i okazało się, że spokojnie mogę przebiec pętelkę poniżej 6-ciu minut! Normalnie „wiatr we włosach”! Ostatnią ósmą pętelkę pobiegłem już spokojniej.
Dziewczyny już czekały na mecie i zrobiły odpowiednio 7 lub 5 kółek. Pamiątkowe selfie i pora do domu – ciekawe czy jutro będę mógł się ruszać;-)
Oczywiście zaraz usiadłem do statystyk – do tej pory najdłuższy dystans który przebiegłem jednym cięgiem to było 6,6 km. A tu dałem rade ponad 12km! Kalkulator mówi mi, że wyszło jakoś tak  średnio 5,5 minuty na kilometr! Nie myślałem, że potrafię przebiec dychę poniżej godziny! I to jeszcze zaraz po 50-tce! Chyba będę musiał spróbować wystartować w regularnej dyszce!

PS. Jutro już jest i nie mam problemów z poruszaniem się!

poniedziałek, 4 września 2017

Przybyłam, zobaczyłam, przeżyłam...

W nocy z piątku na sobotę budziłam się kilkakrotnie i za każdym razem słysząc padający deszcz obrzucałam samą siebie inwektywami coraz gorszego sortu. Rankiem miałam o sobie i swoich pomysłach jak najgorsze zdanie. Bo mogłam leżeć we własnym łóżku, gdzie sucho, ciepło i wszędzie blisko, to nie - zachciało mi się pięćdziesiątki. Kinga - moja partnerka w tych zawodach - miała podobne odczucia względem swojej osoby, tak więc trudno powiedzieć, że byłyśmy nastawione bojowo. Co najwyżej bałyśmy się, co będzie na trasie.
Wstaliśmy trochę ponad godzinę przed planowaną odprawą, ale jak się okazało, dla mnie było to za późno. Kiedy nawoływano na odprawę, ja byłam jeszcze w rozsypce i w trakcie rozstrzygania dylematu: co na siebie włożyć. Oczywiście w ostatniej chwili zmieniłam koncepcję, rozbebeszyłam pieczołowicie pakowany dzień wcześniej plecak i na start pomaszerowałam w białej kurteczce. Co prawda nie współgrała mi z asicsami, ale nie wzięłam białych kozaczków i taka jakaś niekompletna byłam. Zapomniałam też, że od momentu otrzymania mapy do startu są tylko 3 minuty, a trzy minuty to bardzo, bardzo mało. A przecież w tym czasie trzeba obejrzeć mapę, wybrać wariant, cyknąć kilka fotek, włączyć zapisywanie trasy - jednym słowem - huk roboty!

Już przed startem byłam jakaś niewyraźna.

Z wyborem wariantu to zawsze trudna sprawa, bo gdzie jedna baba, tam ze trzy opcje, a nas było dwie. Ostatecznie postanowiłyśmy iść tam, gdzie reszta naszej ekipy, czyli na początek na dwójkę. Przez chwilę nawet myślałam żeby lecieć za Tomkiem i Basią, ale szybko ich rewersy zniknęły nam z oczu. Innych uczestników zresztą też, bo większość ze startu wybiega, a my umówiłyśmy się na marsz, jako że Kinga nie biega.
Szłyśmy więc sobie spokojnie asfaltem moknąc, przeklinając w duchu pomysł udziału w imprezie i rozglądając się za drogą w prawo, w którą powinnyśmy skręcić. Ponieważ nie zauważyłyśmy żadnych dróg (a przynajmniej nie tam, gdzie nam pasowało) płynnie (nota bene) zmieniłyśmy plan i zamiast na dwójkę postanowiłyśmy iść na szóstkę, szczególnie że droga prosta i łatwa. Oraz mokra już po zejściu z asfaltu. Tym sposobem jeszcze przed podbiciem pierwszego punktu miałam mokro w butach. Ale co tam... Poza tym niewiele brakowało, a zostałabym bez mapy. Jeszcze przed wyjściem Michał rzucił hasło, że mapa jest na ceracie, więc złożyłam ją w kosteczkę żeby nie szukać najbliższych PK po całej płachcie i nie zabezpieczyłam żadną folią, no bo po co. Kilkaset metrów od bazy zorientowałam się, że mapa robi się podejrzanie miękka, giętka i mokra. Cóż, mapa okazała się być normalnie papierowa i padający deszcz nie zrobił jej dobrze.
Gdzieś tak w połowie drogi do Nowej Kaletki zauważyłyśmy w oddali dwie osoby biegnące w naszą stronę. Czyżby ktoś się rozmyślił i wracał do bazy? Im bliżej były osoby, tym bardziej znajome wydawały mi się ich sylwetki. W końcu ze skrajnym zdumieniem skonstatowałam, że to nie nikt inny, jak tylko Tomek z Basią. Ale po co wracają???? Na nasz widok spłoszeni umknęli w jakąś ścieżynę. Najwyraźniej coś przekombinowali.
Z szóstki na dwójkę przebiłyśmy się do drogi prowadzącej do Starej Kaletki, a dalej to już pestka - droga, droga, droga, przecinka, punkt. No dobra, na ostatnim zakręcie weszłyśmy w przecinkę za wcześnie, podobnie zresztą jak rowerzyści (spotkałyśmy Karolinę na rowerze), ale szybko wycofałyśmy się z błędnej drogi.
Na PK 4 droga znowu była prosta jak drut - najpierw przecinką na zachód, potem asfaltem. Z pewną nieśmiałością wkroczyłyśmy na ścieżkę biegnącą wzdłuż brzegu jeziorka, ale spoko - punkt wisiał na obiecanym przez organizatora zwalonym drzewie. Zza krzaka wyskoczył inny uczestnik naszej trasy próbując dla żartu nas przestraszyć, ale my nie takie strachliwe, na jakie wyglądamy:-)
Na PK 11 dłuuugi przelot, ma szczęście łatwy nawigacyjnie i wygodny - najpierw drogą, potem przecinką. Większość przecinek była dość trawiasta, więc do chlupotania w butach przyzwyczaiłam się szybko. Taki lajf...
Z jedenastki na ósemkę prosto jak w pysk strzelił, bo wciąż jedną przecinką, ale lekko wtopiłam. Kiedy Kinga usiłowała wykierować nas w jakiś wątły prześwit między drzewami, twierdząc, że to właśnie przecinka, oprotestowałam, bo moja mapa mówiła, że przecinka ma być za jakieś 150 metrów. Albo coś źle wypatrzyłam na rozmokłej mapie, albo ścieżki były źle wrysowane, ale niestety podejrzewam, że to pierwsze. Szłyśmy więc dalej drogą wypatrując właściwego miejsca, które coraz bardziej zostawało w tyle. W końcu weszłyśmy w kolejną przecinkę, żeby potem przejść do właściwej. Troszkę nadłożyłyśmy drogi, ale znowu nie tak dużo, żeby rozpaczać z tego powodu.

Tanecznym krokiem...

W drodze na ósemkę dogoniła nas Chrumkająca Ciemność i do punktu doszliśmy razem, choć w podgrupach. Jakieś pozory rywalizacji w końcu trzeba było zachować:-)
Z 8 na 12 przez większą część trasy znowu szliśmy razem, ale na jednym  ze skrzyżowań warianty dojścia na punkt się nam rozdzieliły. Dwunastkę, w odróżnieniu od niektórych ekip (co to ich palcem nie będę pokazywać, tylko powiem, że to T. i B.) wzięłyśmy bezproblemowo i stanęłyśmy przed dylematem - co dalej? Bo można było brać PK 16 i od razu lecieć na żywieniową trzynastkę, albo 16, 15, 9 i żywieniówka, bądź też 9, 15, 16 i papu. Casting wygrał ostatni zestaw, w związku z czym szykował się znowu długi, ale za to łatwy przelot. Po raz kolejny dogoniła nas Chrumkająca Ciemność i powoli zaczynaliśmy kończyć z tym udawaniem rywalizacji:-)
Nie pamiętam czy to PK 9, czy PK 15 (oba nad wodą) był jakoś dziwnie daleko od skrzyżowania. Wciąż się nam wydawało, że to musi być już teraz, a tu wciąż nic. Już zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie pobłądziliśmy, ale postanowiłam podbiec kawałek zobaczyć co jest dalej, a dalej wreszcie było jeziorko z punktem zakitranym prawie nad samą wodą. My to jednak mamy nawyki z MnO - wciąż się nam wydaje, że kolejny PK powinien być już za moment:-) W każdym razie udało się bez większego błądzenia zgarnąć oba "wodne" punkty.

Myśleliśmy, że to już punkt żywieniowy.

Na szesnastkę polecieliśmy drogą, a potem przecinką zastanawiając się podczas marszu przy jakim to ogrodzeniu ma być poszukiwane przez nas drzewo z lampionem. Okazało się, że trafiliśmy na uroczy, klimatyczny, leśny cmentarzyk.

"drzewo przy ogrodzeniu"
Na trzynastkę z punktem żywieniowym tak się nam spieszyło, że nawet zeszliśmy z wszelakich ścieżek i zaczęliśmy ścinać do "Drewnianej Drogi", która zresztą wbrew moim oczekiwaniom okazała się normalnie błotnista, a nie żadna tam drewniana. A już miałam nadzieję, że zobaczę jakieś dziwo. Przed dojściem na punkt powtarzaliśmy sobie: najpierw podbić punkt, potem żreć! Bo odwrotnie to można zapomnieć o podbiciu. Zastanawialiśmy się też, czy dla nas - maruderów coś tam jeszcze zostało, chociażby jakieś resztki z pańskiego stołu. Czekało nas bardzo pozytywne zaskoczenie - na stole leżały trzy rodzaje ciastek, arbuzy, banany, a w pudłach mnóstwo butelek wody. Rzuciłam się na to wszystko jak jakiś dzikus z lasu, ale ostatecznie faktycznie wyszłam z lasu, więc pewne usprawiedliwienie miałam:-)

Pełnia szczęścia.

Byliśmy już za połową punktów, życie wciąż się w nas kołatało - a powiem więcej - wciąż jeszcze mieliśmy siły. To znaczy - fakt, że Agnieszka i Michał mieli,  nie było żadnym dziwnym zjawiskiem, ale, że ja i Kinga - o, to już owszem. Nawet zaczęłyśmy po cichu marzyć, że może uda nam się zgarnąć komplet punktów... Ostatecznie zostały nam cztery godziny i sześć punktów dość sensownie rozmieszczonych.

Chwilami aż dech w piersi zatykało z zachwytu.

Pełni zapału ruszyliśmy więc na czternastkę. Sprawa wydawała się prosta - kawałek drogą, w lewo w przecinkę, potem w prawo w kolejną i wychodzimy na punkt. Rzeczywistość okazała się mniej kolorowa niż nasze plany. Przecinka gdzieś nam po drodze zanikła, weszliśmy na jakąś drogę, której nie było na mapie i w końcu zobaczyliśmy lampion. Już mieliśmy przedziurkować karty startowe, ale coś nam nie pasowało. Raz, że za wcześnie, dwa - przecinki miały krzyżować się pod kątem prostym, a w terenie mieliśmy jakieś powykrzywiane drogi. No, ale z drugiej strony - stowarzysz??? Przecież na takich imprezach się nie stawia stowarzyszy! W końcu wykoncypowaliśmy, że to może być lampion dla rowerowców. I faktycznie, po chwili nadjechali rowerzyści i porównanie map potwierdziło nasze przypuszczenia. Ponieważ w terenie nic się nie zgadzało z mapą, a i nasze kompasy za nic nie chciały się z nią pogodzić, postanowiliśmy iść na czuja, próbując znaleźć coś przecinkopodobnego.  Największe zasługi w znalezieniu czternastki miał Michał - najwyraźniej ma najlepszego "czuja":-) Gdyby nie on, stracilibyśmy jeszcze pewnie z pół godziny na błąkaniu się po lesie.
Spora strata cennego czasu na czternastce rozwiała nasze marzenia o komplecie punktów - wiedzieliśmy już, że na jedynkę na pewno nie zdążymy. Ale reszta...
Na dziesiątkę, jak już udało się wydostać na drogę, poszło sprawnie i nawet nie zauważyliśmy, że punkt był źle postawiony. W ogóle nie przyszło nam do głowy, że w lesie może być więcej mogił. Ostatecznie las to nie cmentarz. A jednak - Tomek z Basią sprawdzili, że było kilka i ktoś, kto rozstawiał punkty, trochę się machnął. Ale o tym dowiedziałam się post factum. 
PK 7 dostarczył nam dawkę adrenaliny i materiał na sesję zdjęciową. Samo dojście w pobliże punktu odbyło się normalnie, po porządnej drodze, a potem uwierzyłyśmy Michałowi, że autor mapy dorysował brakujące ścieżki, ale złym symbolem - takim, jakim się zaznacza granice administracyjne. Najwyraźniej byłyśmy już porządnie zmęczone, że dałyśmy sobie taki kit wcisnąć. W efekcie chodzenia po takich "ścieżkach" znaleźliśmy się na wielkim podmokłym terenie, przez środek którego płynął strumyk, czy jakiś kanał. W każdym razie było mokro, szeroko i bardziej do kolan niż do kostek. Ja tam byłam skłonna przejść w bród, bo nie takie rzeczy my ze szwagrem, ale Kinga rzuciła tylko okiem i twardo powiedziała:
- Ja nie przejdę!
I naprawdę wyglądała przy tym bardzo przekonująco. Michał przytargał więc nad wodę ogromny konar wypatrzony po drodze i przerzucił go nad wodą. No dobra, nie całkiem nad wodą, ale dawało się przejść mocząc nogi tylko do kostek. Kinga popatrzyła na chwiejną prowizorkę i jeszcze bardziej stanowczo powtórzyła:
- Nie przejdę!
Strumyk ciągnął się po horyzont w prawo i lewo. I w promieniu kilkudziesięciu metrów nigdzie nie był węższy. Michał zademonstrował samodzielne przechodzenie przez "mostek", Agnieszka zademonstrowała przechodzenie z asekuracją, ja zademonstrowałam bezsilność. Namawialiśmy i namawiali, obiecywali ciągnąć i pchać, do tego królestwo i pół córki... A, wróć! Tego już nie obiecywaliśmy. W końcu Kinga postanowiła postawić wszystko na jedną kartę i spróbować. Sukces! Sukces! Sukces! Trzy osoby przeprawione przez strumyk! Po chwili i ja dołączyłam do reszty grupy i mogliśmy zacząć szukać kładki nad jeziorkiem. Kładki nie znaleźliśmy, ale był pomost z lampionem - co prawda niekoniecznie w tym miejscu, który wskazywała mapa, ale co się będziemy czepiać.


Po akcji "strumyk"postanowiliśmy odpuścić PK 5, bo wiadomo było, że nie zdążymy. Ruszyliśmy więc od razu na trójkę, ale idąc już najgłówniejszymi drogami - trochę dalej, ale po drodze na skróty czaił się kolejny strumyk, a woleliśmy z nim nie zadzierać. Czasu robiło się coraz mniej. Mimo, że idąc na czele grupy narzuciłam mordercze tempo (mordercze, jak na blisko pięćdziesiąty kilometr), czas kurczył się nam w zastraszającym tempie. Jakieś 700 metrów od PK 3 postanowiliśmy odpuścić, bo w obie strony to już półtora kilometra, a jeszcze trzeba było wrócić do bazy. To już woleliśmy zmieścić się w limicie i być klasyfikowani, niż zaliczyć ten jeden punkt więcej.

 A już blisko bazy natknęliśmy się na takie urocze świnki.

Do samej mety, już na terenie bazy, trzeba było jeszcze przedrzeć się przez błoto po uszy, wyrobione nogami i kołami rowerów wszystkich zawodników, którzy przybyli przed nami (czyli prawie wszystkich). Dostaliśmy po pamiątkowym medalu, uścisku dłoni nie wiem kogo i popędziliśmy na obiad, który za moment miał się przestać wydawać. Zdążyliśmy.
W momencie naszego przybycia (wciąż w limicie, żeby nie było) baza wyglądała już jak kilka godzin po imprezie - oficjalne zakończenie i dekoracja zwycięzców dawno odbębniona, bannery reklamowe pozdejmowane, wszelaka infrastruktura w trakcie demontażu. Poczułam się absolutnie zbędna i niepotrzebna nikomu. I zrobiło mi się po prostu przykro. Przecież to, że docieram na metę później (ale w limicie) niż inni (bo takie są moje fizyczne możliwości) nie znaczy, że jestem jakiś gorszy sort, a dokładnie tak się poczułam. Takie: załatw sprawę i żegnaj. Z nostalgią wspomniałam sobie Świętokrzyską Jatkę, gdzie każdy uczestnik czuł się, jakby to on był najważniejszy dla organizatora, mimo że organizator naprawdę żadnych niezwykłych cudów na naszą cześć nie wyczyniał.
Summa summarum cieszę się, że dałam radę przejść 52 kilometry, co wydawało mi się do tej pory zupełnie abstrakcyjne, że nie pokonała mnie niesprzyjająca aura i nie wycofałam się z imprezy, a podejście organizatorów olać - było, minęło.

A tak wygląda nasz TRACK.


Nie lubię Mazur?

Nie lubię Mazur. Właściwie nie chodzi o nielubienie Mazur jako takich, ale na wszystkich (no, aż dwóch) 50-tkach mapy całkiem mi nie leżały. Nie leżały, bo była jakaś niekonsekwencja oznaczania dróg, czy przecinek (czytaj - na mapie coś jest, a w terenie ani widu ani słychu, albo jest w zupełnie innym miejscu, jakby się czasoprzestrzeń mapy zakrzywiała) i najgorsze jest to, że budowniczowie tras perfidnie lokują PK w miejscach największych niegodności mapy z terenem. Efekt wiadomy – jak ktoś akurat wybierze wariant dojścia zgodny z zamysłem budowniczego, dociera do PK sprawnie i szybko, ale ten idący z drugiej strony wpada w krzale czy inne dość urokliwe miejsca. Gdyby budowniczy pisał jaka jego koncepcja drukowanymi literami….
Ale po kolei. Abnetojra 2017. Akurat miałem wolny termin to, się zapisałem. Trochę tak w odwecie za to, że nie mogę jechać na Mordownika (co tu dużo mówić, nazwa Mordownik i lokalizacja jakiejś dawnej edycji w okolicach Jaślisk mnie urzekła – oczywiście wtedy o 50-tkach nawet nie myślałem).  Barbara miała mieć wtedy zajęty weekend. Wiadomo jednak że wszystko się zmienia i Barbara wkrótce dopisała się na Abntojrę. Ale to nie wszystko. Moja Druga Połowa wreszcie „dojrzała” do regularnej 50-tki i wydała polecenie „zapisz mnie”. Jak wiadomo, z kobietami się nie dyskutuje, więc ją zapisałem. Do kompletu pozostało znaleźć partnera/partnerkę dla Mojej Drugiej Połowy (co tu dużo mówić - w pojedynkę to nudno, chyba że się biega w tempie olimpijskim – wtedy nie ma co się dłużyć pobyt na trasie). Padło na Kingę, która kiedyś zadeklarowała się wrócić do 50-tek. Oczywiście do naszej ekipy dołączyli „stali bywalcy”, czyli Chrumkająca Ciemność oraz  Robert, który od czasu do czasu wyskakuje na dłuższy dystans.
Ustaliliśmy logistykę i w piątek ruszyliśmy w kierunku Butryn (nasze auto jak zwykle naokoło turystyczno-krajoznawczo poznając okolicę).
Na miejscu przywitał nas dość chłodny (ok. 12 stopni), wietrzny i wilgotny wieczór (wg prognoz w nocy miało lać, a w sobotę możliwe, że kropić). Pierwsze wrażenie po przyjeździe – ogrom.  Właściwie wszystkie 50-tki w jakich startowałem były kameralne. Max ze 150 osób.  Ot, takie imprezki organizowane przez jedną czy kilka osób, gdzie każdy zna organizatora, a tu przywitały nas wielkie konstrukcje z logami sponsorów, wielki bramki start i meta, rzędy toj-tojek i tabun organizatorów/ obsługi imprezy. Gdy przyjechaliśmy stanowczo wyglądało na to, że ilość organizatorów przekraczała ilość uczestników. Niech o rozmachu mówi mapka, którą dostaliśmy w pakiecie startowym – jak odnaleźć prysznice, toalety czy inne istotne elementy na terenie bazy imprezy. Słowem pełna profeska i spodziewaliśmy się najazdu tłumów (lista uczestników była dłuuuga). Co tu dużo mówić - czuło się profesjonalną organizację. No dobra, z jednym organizatorzy sobie nie poradzili – widać nie mieli odpowiednich kontaktów, by załatwić lepszą (mniej mokrą) pogodę;-) I jeszcze ponarzekam na mapę bazy – szukając po ciemku pryszniców (no dobra, drugi zarzut – jeden prysznic męski (jednoosobowa kabina!)  i jeden damski na cały ten spodziewany tłum) narysowana na planie ścieżka wyprowadziła mnie w krzaki, zamiast do właściwego budynku;-)
Sobota. W nocy zgodnie z zapowiedziami lało. Rano człowiek sięga po buty, a tu na „podłodze” bajorko. Dobrze, że buty nie wypłynęły z namiotu;-) Szybkie śniadanko i odprawa pod namiotem.
Czekamy na odprawę
Chyba była planowana odprawa na wolnym powietrzy, ale deszcz siąpiący z nieba przegonił nas pod dach – niestety nagłośnienie było ustawione tak, że w namiocie mieliśmy zerową słyszalność.  Na szczęście donośny głos organizatora załatwił sprawę. Zresztą nic nie powiedział ponad to, co było w komunikacie technicznym. Dostaliśmy mapy i nas wystartowano (bez tradycyjnego odliczania).
Jak zwykle możliwe dwa wariant w prawo i w lewo. Kilka punktów z nieoczywistymi przebiegami. Wybieramy wariant prawoskrętny (podobnie jak i większość naszej ekipy). Wybiegamy z bazy i w prawo asfaltem do drogi w prawo na PK 2. Z nieba ciągle coś tam kropi i okularnicy są w kropce – bez okularów nic nie widać, w okularach także. Powinniśmy mieć jakieś bonusy w taką pogodę!
Jest jakaś droga w prawo, ale coś za wcześnie. Biegniemy dalej. Powinna być kolejna droga, a tu nic nie ma. Mijamy jakieś „coś” co nawet trudno nazwać drogą, biegniemy jeszcze kawałek i nie widać żadnej z dróg zaznaczonych na mapie. Fajnie. Szybka decyzja cofamy się 150 m i „tym czymś” idziemy w las. Tu widzimy Renatą i Kingę, które całkiem sprawnie nas doganiają i idą dalej asfaltem wesoło nam machając. W lesie o dziwo wzdłuż „ścieżki” (no nie nazwałbym tego nawet ścieżką) widać znaki szlaku konnego. Czyżbyśmy jednak trafili na drogę oznaczoną na mapie? Chyba nie całkiem, bo nie trafiamy na tę główniejszą idącą do Starej Kaletki. Są za to jakieś inne z kierunkami tak sobie pasującymi. Przebijamy się czym się da i dochodzimy do czegoś, co wydaje się zgadzać z mapą. Podejrzewamy, że możemy być bliżej PK6 niż PK2, ale nie jesteśmy pewni gdzie wypadliśmy na drogę. Decydujemy się dalej iść w kierunku PK2, bo to pewny kierunek. Niestety, po dłuższej chwili okazuje się byliśmy „tuż tuż” koło PK 6, więc nasza asekuracyjna decyzja była niewłaściwa. Zdegustowani tymi drogami na mapie do PK 2 dochodzimy ciut naokoło, pierwszą solidną drogą jaką spotkaliśmy. Pierwszy PK zajął nam prawie godzinę, czyli jak mówi prosta arytmetyka na trasie spędzimy 16 godzin! Coś za dużo! No dobra, strzeliliśmy babola na dobre 20 minut;-(
Kolejne wyzwanie - PK 4. Na szczęście znajdujemy tu dobrą drogę zgadzająca się z mapą. I pojawiają się jacyś inni uczestnicy TP 50. Tyle, że oni już maja zaliczony PK 6!
"Obalone drzewo" na PK4 (obalić to można pół litra!)
Z PK 4 wychodzimy niezdecydowani czy wracać po własnych śladach (dobra, znana droga, ale ciut dalej) czy odkrywać nowe szlaki. Decydujemy się na nowe, ale zamiast pomyśleć przy wyjściu z PK, cofamy się i dodajemy sobie dystansu. Ale dzięki temu będziemy mieli lepszy przelicznik wpisowego na kilometr;-) Droga, którą idziemy planowo się kończy, chodzimy wiec troszkę na azymut, ale wszystko w miarę się zgadza z mapą. Znajdujemy także dwa lampiony „nie nasze” i kilka osób z psami – znaczy  są to lampiony od DogTrekkingu!
Mamy wreszcie PK 6 i ruszamy na PK 11 – wygodną drogą. Przy PK 11 jacyś rowerzyści i ogólnie kilka osób. Zresztą na drogach widać coraz więcej śladów rowerów. Do PK 8 prowadzi dokładnie przecinka. Zero kombinowania. Po drodze wyprzedzamy zaprzyjaźnioną ekipę „maszerującą” – my gdzie się da podbiegamy i to dość szybko, a oni idą i są przed nami! Zgroza! Ostatni kawałek do PK 8 to zanikająca przecinka (po skrzyżowaniu z drogą). Wokoło krążą jakieś peletony kolarzy. Chyba szukają tego samego lampionu. Sam lampion stoi po drugiej stronie drogi niż zaznaczone to na mapie, ale odległość na tyle nieduża, że nie stwarza to żadnego problemu. Wychodzimy z PK na azymut (przecinka którą można by skrócić nie istnieje w terenie) i ratujemy jakiś kolarzy wskazując im gdzie jest lampion.
Przed nami PK 12. Z mapy wynika, że leży „za bagnem”. Wariant południowy wydaje się krótszy i szybszy. Niestety „wydaje się”. Do pewnego momentu idzie fajnie, a potem droga rysowana ciągłą kreską na mapie okazuje się wytworem fantazji kartografa. Zresztą na śladzie GPS dokładnie widać, że w tym rejonie kartograf miał nie najlepszy dzień rysując mapę. Później Kinga poopowiadała nam jak to jest z kreśleniem map (sama się tym zajmuje) – niestety studenci często rysują mapy na kacu czy będąc niedouczeni, puszczają wodze fantazji. A mapy z geoportalu (na których bezkrytycznie bazowała mapa rajdu) w tych okolicach są powiedzmy… mocno fantazyjne. Wracając do terenu – wpadliśmy na podmokłą łąkę, którą chcieliśmy obejść lasem, niestety w pełni nieprzebieżnym. Po krótkiej walce z jeżynami wróciliśmy na łąkę i wesoło rozchlapując wodę dotarliśmy do PK 12. Tu dogonili nas wcześniej wyprzedzeni na drodze do PK 11 znajomi (oczywiście przyszli wariantem północnym suchą nogą).
Tam w kępie drzew jest lampion PK12
Przed nami długi przelot na PK 9. Bez historii. A samo jeziorko urokliwe, aż chciało się wskoczyć i popływać!
Przed PK12 nurkowałem w błocie - tu na PK9 dało rade wreszcie się obmyć!

Jeziorko z PK 9
Do PK 15 nie szukaliśmy drogi, tylko odbiliśmy z przyzwyczajenia  w krzaki. Chwila szukania lampionu, bo oczywiście stał „ na niczym”, czyli „Brzeg mokradeł” – a wiadomo brzeg mokradeł to całkiem spory teren. Na szczęście dotarło już do nas, że budowniczy starał się „dogodzić” uczestnikom i stawiał lampiony tak, by były widoczne z największej drogi (próbowałem dojrzeć lampion od strony mokradeł, ale nie szło). Po PK 15 mamy awarię. Po raz pierwszy odkąd startuję z Barbarą mamy u niej awarię stopy. Niby tylko pęcherzyk, ale daje popalić. Chwila na opatrunek i ruszamy dalej.
Na drodze pojawiają się osoby idące z naprzeciwka. Nie wiemy czy to ci, którzy wybrali wariant przeciwny, czy tylko ci, co wybrali odwrotną kolejność PK 16-P K9.
Przy PK 16 wita nas maszyna do wycinania drzew. Taka z filmików na YouTube – puszczana przy okazji zawieruchy z wycinką Puszczy Białowieskiej. Niczym jakiś Transformer wielka łapa chwyta drzewo, obcina u podstawy, obcina wszystkie gałęzie i tnie drzewo na odpowiednie odcinki. Kilkanaście sekund i rosnące drzewo zamienia się w stertę bali. Robi to wrażenie!
Kierunek na punkt żywieniowy. Dobra, łatwa droga. Tu już spotykamy sporo osób idących „wariantem odwrotnym”.
Od PK 13 idziemy na PK 14. Przed nami zawodnik „zielony”, z którym spotykamy się już od pewnego czasu na trasie. Przy PK 14 znowu na mapie jakieś bagna. Wybieramy drogę, która ma je obejść. Tyle, że droga (przecinka) nagle się kończy na drodze (całkiem porządnej), której brak na mapie. Nic, idziemy nią. Przed nami jakiś lampion. Coś za blisko. Jakieś 400 m za wcześnie. Pojawiają się kolarze i go podbijają”.  Zielony także rzuca się na lampion i go podbija. Nam coś nie pasuje, sprawdzamy jeszcze raz odległość – stanowczo za blisko jesteśmy! Podglądamy mapę rowerzystów mają jednak inny punkt i wszystko się zgadza. Powinniśmy przejść jeszcze 400m przecinką przechodzącą przez mała niebieską plamkę do „skrzyżowania przecinek”. Kompas w dłoń – patrzymy jest jakaś przecinka we właściwym kierunku. Idziemy. „Zielony” za nami.  Jest jakiś teren z szuwarami (pewno to niebieskie na mapie) i wreszcie jest przecinka. Tylko brak lampionu.
Pod tym świerkiem po prawej szukaliśmy bezskutecznie lampionu PK14
Sprawdzamy tu i tam i nic. Wszystko pasuje – kierunki przecinek, podwyższenie, odległość. Dobra, telefon do budowniczego czy mu się coś nie pomyliło (np. miał być punkt rowerowy, tylko się „obsunął” na naszej mapie). Problemy z zasięgiem, ale się dodzwaniamy. Kategorycznie autor twierdzi, że PK jest przy słupku granicznym. Hmmm, na naszym skrzyżowaniu nie ma słupka granicznego. Nie dajemy za wygraną i wracamy w kierunku lampionu rowerowego. Znowu spotykamy zaprzyjaźnionych piechurów, którzy mówią, że jesteśmy nie na przecince, tylko na innej drodze. Hmmm, tylko czemu nasze kompasy wskazywały, że wszystko się zgadza? Idziemy w krzaki i jest oczko wodne i wkrótce lampion. Tyle że skrzyżowania przecinek tu nie uświadczysz. Samotny słupek na jednej niewyraźnej przecince! Co szkodziło autorowi napisać w opisie, że chodzi o słupek lub o nieistniejącą przecinknę? Opis powinien definiować umiejscowienie lampionu/PK opisując to, co jest niewidoczne na mapie. Przy skali 1:50000 na mapie widzimy tylko dość wyraźne obiekty, ale niestety część budowniczych chyba nie kuma idei opisów, marnując papier na takie truizmy jak „brzeg jeziora” czy „brzeg mokradeł”, nie dopisując  cech szczególnych typu „cypel” czy „południowy”. W każdym razie punkt nas zbulwersował. Idąc w przeciwnym kierunku ta istniejąca przecinka była jedynym sensownym wariantem dojścia, a idąc z naszej strony trafiało się na zagwozdkę ciężką do przebycia. Z tego co wiem, wiele ekip miało tu problemy i zastanawiam się ile osób w dobrzej wierze wbiło lampion z trasy TR, a nie TP! Wystarczył lepszy opis lub lekka ingerencja w mapę, by wyrównać szanse, a tak część jest „pokrzywdzona”. I podobnych punktów było kilka – ogólnie wariant prawoskrętny był poszkodowany!
Wkurzeni biegniemy na PK 10. Dobra droga, skrzyżowanie i… lampion. Przy „leśnym grobie”. Niby się zgadza, oprócz tego, że o dobre 150 m za wcześnie i przed przecinką, a nie za. „Zielony” podbija PK i leci dalej. My mamy wątpliwości, że może to znowu punkt rowerowy. Akurat najeżdża kolarz, zerkamy w jego mapę - ma dokładnie ten sam punkt co my. Dobra, pomyliło się budowniczemu – bo ile może być „leśnych mogił” w pobliżu? Podbijamy PK i lecimy w kierunku PK 7. Przebiegamy ze 200 metrów i konsternacja. Przy drodze kolejna mogiła! Wracamy i idziemy sprawdzić. W miejscu zaznaczonym na mapie jest kolejna mogiła! I kilka dodatkowych. 150m czyli wg regulaminu PMnO niedopuszczalne.
Prawidłowa mogiłka z PK10
Tu spotykamy naszą klubową parę kolarzy, która także szuka lampionu (no cóż, wychowani na turystycznych MnO potrafimy dość dokładnie wychwycić niedokładności). My lecimy dalej i międzyczasie dzwonię nawtykać budowniczemu. Kurcze, jak ktoś robi imprezę pucharową z „pełną wagą” to niby znaczy, że powinien umieć to robić. A tu jest zbyt dużo zastrzeżeń do jakości trasy/mapy. Widać kapituła bardziej zwraca uwagę na otoczkę organizacyjna, a nie na meritum (czyli trasy). W przypadku tego punktu myślę, że wszyscy, którzy potwierdzili ten PK bez zgłaszania organizatorowi uwag powinni mieć PK niezaliczony lub inną karę czasową (przynajmniej do punktacji PMnO, bo wiadomo medale i te sprawy rozdane). 
Lecimy na PK 7, emocje trochę opadają. Tyle, że na PK 7 znowu źle stoi lampion! Ponad 100 m na północ! I opis „kładka” dotyczący… pomostu. Spotkani inni uczestnicy także wyśmiewają się z fantazji twórcy opisów.
Miała być "Kładka" na PK7....
Do PK 5 nie ma dobrej drogi. Najkrótsza to na krechę przez jakiś bagna. Właściwie już kilka kąpieli zaliczyliśmy (ja nawet kąpiel błotną, gdy skacząc z kępki ma kępkę coś nie wcelowałem i zanurkowałem w jakimś fajnym błocku przed PK 12). Dobra idziemy. Przed wejściem w bagno spotykamy jakąś ekipę z trasy rodzinnej. Próbują iść za nami, ale po pierwszej wodzie zawrócili. My twardo idziemy przed siebie. Trochę pokrzyw, ale bagno płytkie i nie wciągające. Wychodzimy prawie dokładnie na PK 5.
"Bród/ścieżka" - PK5 nie robi już wrażenia po przeprawie przez bagna
Zostały jeszcze dwa PK. Odchodząc z PK 5 spotykamy „zielonego”, który mówi, że przebijał się przez bagna – ale chyba jakoś naokoło.
Na PK 3 o intrygującym opisie „biskup Rudnicki” idziemy może nie najkrótszą drogą, ale szybko i sprawnie. Bardzo fajny punkt. Taka „Aleja Sław” na skraju pola! Zadziwiające!
Zaskakujący PK3
Do PK 1 droga w miarę oczywista. W okolicach PK sporo dróg (i to całkiem porządnych) a na mapie pusto. Spotykamy rowerzystów – chyba mają ten sam punt. Ciekawe – zawsze myślałem, że trasy rowerowe robi się tak, by punkty były osiągalne drogami (wrysowanymi na mapie), a nie stały na środku lasu!
Gdy idziemy drogą w pobliżu punktu, nagle zaszeleściły krzaki po lewej i wypadła z nich spieszona kobieca postać w kasku rowerowym. To, że kolarza wypadają z krzaków to w miarę normalny widok, nawet to, że wypadają z kierunku nijak nieobiecującego znalezienie lampiony, ale rzadko zdarza się by wypadały krzycząc „k..a m..ć – zgubiłam rower!” Chwila konsternacji. Gdzie i kiedy zgubiła rower? Tu? Czy 20 km wcześniej? Co nieco zdezorientowani staramy się pomóc, ale postać owa wyprzedza nas i biegnie drogą głośno zastanawiając się, czy tą drogą jechała, czy nie. Po chwili wskakuje w krzaki i z okrzykiem zwycięstwa podnosi z ziemi rower. Rower leżał ze 100 m od lampionu. Wskazujemy gdzie jest lampion, ale rowerzystka krzyczy, że czas jej się kończy i odjeżdża w kierunku bazy.
Mamy ostatni PK i teraz biegiem do bazy by nie dognał nas „Zielony” i znajoma para piechurów. Mamy „niechlubny rekord”, czyli czas coś ponad 10 godzin, 59 km i sporo wtop nawigacyjnych.
Wreszcie na mecie z medalem na osłodę
Najgorsza ta na początku, potem 12-tka, nieszczęsna 14-tka, gdzie przy naszym wariancie nic się nie zgadzało, źle postawiona 10-tka. W bazie czekamy na resztę ekipy – są dobre kilka punktów za nami. Przychodzą chwilę przed limitem, bez kompletu PK. Niestety organizator zakończenie zrobił szybciej niż zamknięcie mety (i niż napisał w regulaminie) – a szkoda, bo wszyscy chcieli zobaczyć dekorację. Tym bardziej, że miały być różne atrakcje nie tylko dla zwycięzców!
Po imprezie, analizując na spokojnie, mam mieszane odczucie co do Abnetojry. Z jednej strony plus za masowość, ale znacznie fajniejsze są imprezy kameralne, gdzie widać, że organizator się stara. Wtedy mu łatwiej wybaczyć wszelakie błędy i niedociągnięcia. Tu zaś sztab ludzi i wpadki zarówno organizacyjne (prysznice, zakończenie przed powrotem wszystkich z tras w regulaminowym czasie) jak i poważniejsze wpadki z samą trasą (mapy całkiem niedopracowane, opisy do bani i zbyt dużo źle rozstawionych PK). Z tego co wiem, wszystkim przebiegi wychodziły dobrze powyżej 50 km pomimo chodzenia na azymut – ja nie podejmuję się wyznaczenia przebiegu „regulaminowego” spełniającego wymogi PMnO co do długości – bo elementy te (przebieżne) muszą być zarówno na mapie jak i w terenie.  Na pewno lepsza pogoda znacznie by uatrakcyjniła trasę, ale tego od organizatora trudno wymagać;-)

Dla dociekliwych ślad z GPSu

niedziela, 3 września 2017

Pizza z czerwonego pieca kontra namiot NS

 I w końcu nadszedł przełomowy dzień w mojej turystyczno-sportowej karierze - wyjazd na pierwszą pełnowymiarową pięćdziesiątkę. Tradycyjnie wyjechaliśmy w miarę wcześnie, żeby po drodze zaliczyć jakieś trina. Tomek odebrał mnie w południe spod Instytutu i pojechaliśmy po Roberta. Drogę do Olsztyna przeleżałam na tylnej kanapie samochodu odurzone "odświeżaczem" powietrza, za pomocą którego Tomek najwyraźniej chciał się mnie pozbyć z tego świata. 
Powiew świeżego olsztyńskiego powietrza postawił mnie jednak na nogi i mogliśmy iść zwiedzać. "Spacer po Starym Mieście" i "Wokół Starego Ratusza" robiliśmy synchronicznie i to były bardzo dobre trina, bo jedno miało 1,6 km, a drugie tylko 400m. Nie żebym nie lubiła dłuższych tras, ale po zrobieniu tych dwóch mieliśmy coś zjeść. A sami wiecie jak to się zwiedza z pustym żołądkiem...


 W Olsztynie wypada mniej więcej jedna knajpa na jednego mieszkańca, więc było w czym wybierać. I niewiele brakowało, a byłoby jak z osiołkiem, co to mu w żłoby dano - za nic nie mogliśmy się zdecydować co i gdzie zjeść. W końcu padło na włoską pizzę z czerwonego pieca opalanego drewnem. Wybór był trafny, bo pizza była smaczna, ludzkich rozmiarów, a czerwony piec bardzo malowniczy.


Po posiłku zrobiliśmy jeszcze trzecie trino, a potem ruszyliśmy do bazy. Przyjechaliśmy kilka minut przed drugą naszą ekipą, która wyjechała z Warszawy sporo później, ale jechała bez postojów.
Abentojra słynie z noclegów w namiotach wojskowych i może nawet byłoby to całkiem fajne gdyby nie panująca aura. I ilość łóżek w namiocie. I braku bezbłotnego miejsca na bagaże. Ponieważ jednak nie było alternatywy, wybraliśmy namiot stojący na skraju, blisko parkingu i usiłowaliśmy się jakoś w nim pomieścić. Było z przepychem. To znaczy - do prycz ustawionych w głębi namiotu trzeba się było przepychać, bo przejścia praktycznie nie było. Co gorsza nie było też światła, bo poza czołówkami nikt nic nie wziął. Ten problem na szczęście szybko rozwiązali organizatorzy dostarczając do każdego namiotu po lampce.
Wybrałam sobie łóżko tuż przy wejściu, bo coś miałam przeczucie, że będę chciała stamtąd uciec, a poza tym wstaję w nocy do toalety, więc z kraja bliżej. No właśnie - toalety... Rząd toj-tojek ustawiony na końcu świata, oddzielony od namiotu rozrastającym się bagnem. Gdzieś - podobno, za górami, za lasami były nawet prysznice, ale tak daleko nawet nie planowałam się wybierać.
Ogarnęła mnie czarna rozpacz. Jak nic jestem już za stara na takie warunki. Trzydzieści lat temu pewnie byłabym zachwycona, ale teraz zdecydowanie preferuję nocleg pod solidnym dachem, z łazienką i ciepłą wodą.
Jakoś udało się Tomkowi namówić mnie na przygotowanie sobie plecaka na następny dzień, tak żeby rano tylko go wziąć i iść. Aaallleee... Czy to prawdziwa kobieta może się spakować z takim wyprzedzeniem?? A czy ja wiem, czy mi się rano nie zmieni koncepcja, co wziąć ze sobą? A czy wciąż będę chciała mieć w tym plecaku tak samo poustawiane? W końcu coś tam powkładałam do środka, przypięłam numer startowy, przyczepiłam kartę startową, żeby jej nie zapomnieć i odstawiłam plecak na wolne łóżko, na którym zrobiliśmy sobie przechowalnię rzeczy. Bidony z wodą i sokiem, za radą Tomka, wyniosłam do samochodu.
W końcu jako tako wszyscy się oporządziliśmy i poszliśmy się zrelaksować przy ognisku. Organizatorzy dostarczyli pod wiatę pizzerinki, pączki i ptysie w ilości nie do przejedzenia, ale próbowaliśmy sprostać wyzwaniu. Nie dało rady. Poza nami uczestników było jeszcze niewielu, bo ludzie dopiero przyjeżdżali, a tambylczy zawodnicy mieli dotrzeć rano. Dość szybko wróciliśmy do namiotu, bo start następnego dnia miał być stosunkowo wcześnie i trzeba było się wyspać. Kiedy już wszyscy zawinęliśmy się w śpiwory, zrobiło się zupełnie jak w wierszu:
O namiot deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny...

c. d. n.

piątek, 1 września 2017

49. OrtInO

W ogóle nie pamiętam żebym się zapisywała na OrtInO, a już żeby na TZ, to tym bardziej. I w ogóle nie pamiętałam, że to już w ten czwartek, więc z lekka się zdegustowałam, kiedy moje plany uwalenia się na łóżku z książka zostały brutalnie zniweczone hasłem - szykuj się na OrtInO!
Jakoś się zebrałam w sobie.
Najpierw oczywiście nie mogliśmy znaleźć startu, ale napotkani uczestnicy wykierowali nas w przybliżonym kierunku. Okazało się, że zaparkowaliśmy w pieron daleko.
Mapa teoretycznie nie była zbyt trudna i gdybym na jej rozpracowanie miała z tydzień, to spokojnie bym sobie poradziła. Tymczasem Tomek rzucił na nią raz okiem i zaordynował wymarsz. Ja w tym czasie zdążyłam tylko przeczytać opis. Odginanie w wyobraźni pasków mapy jest dla mnie zdolnością kompletnie paranormalną i choć kombinowałam jak koń pod górę, to Tomek ciągle mnie poprawiał, o ile w ogóle miał co poprawiać. Żeby mieć jakikolwiek wkład w etap, zostałam operatorem karty startowej, czyli pilnowałam jej i spisywałam kody. W efekcie w ogóle nie miałam kiedy spojrzeć na mapę, bo zanim wyjęłam, spisałam i schowałam kartę, to Tomek już ruszał spod punktu. No luuudzie! Tak się nie da!
W połowie trasy byłam już dobrze zmęczona, a przecież miałam oszczędzać siły na Abentojrę. Nawet proponowałam, żebyśmy sobie z połowę punktów odpuścili, ale nie z Tomkiem takie numery. Przeciągnął mnie po całym Wierzbnie, ale w zamian zażądałam dostępu do mapy i nawet dawał mi ułamki sekundy na jej obejrzenie. Tak, że chwilami nawet wiedziałam gdzie jestem:-)
Polegliśmy na zadaniach. Tomkowi poprzestawiał się wschód z zachodem, a ja w swej ufności nie kontrolowałam jego poczynań. a przecież powinnam pamiętać, że to jego typowy błąd. W azymut w ogóle nie wnikałam, ale mogłam przypilnować żeby przynajmniej nie odwracał kalki na drugą stronę...
Powrót do domu o mały włos, a nie doszedł by do skutku, bo nie mogliśmy znaleźć samochodu. Malutki jest, niepozorny i jak mówiłam został w pieron daleko. Błąkaliśmy się we czwórkę po osiedlu (bo odwoziliśmy Darka i Mariusza) wypatrując Malusia, a Tomek usiłował sobie przypomnieć gdzie zaparkował. Jednym słowem - drugi etap marszu na (dez)orentację:-))