piątek, 28 stycznia 2022
Leśny Mózg na końcu świata.
sobota, 22 stycznia 2022
Niwka i plecy Konrada
wtorek, 18 stycznia 2022
WesolInO w nowym terenie
poniedziałek, 17 stycznia 2022
ZZK Jabłonna - łatwo, ale powoli
W weekend pobiegane, a tu jeszcze nie pochwaliłam się trasą sprzed tygodnia. Po nieudanym (acz przyjemnym) FalInO, w niedzielę pojechaliśmy na ZZK do Jabłonnej. Moja trasa - B - miała mieć prawie 5 kilometrów, czyli taka już konkretna. Na ZZKu przynajmniej miałam pewność, że organizatorzy nie zaskoczą mnie scorelaufem, ale na wszelki wypadek sprawdziłam to od razu:-) Było OK.
Pierwszy punkt był tak blisko, że aż się musiałam upewnić czy mi się nie przewidziało, ale Tomek obejrzał mapę i potwierdził. Lubię jak początek jest łatwy. Do dwójki większość odległości biegło się ścieżką, dopiero końcówka przez las. Przy dwójce dogonił mnie Tomek, bo ten punkt mieliśmy wspólny.
Cóż, spotkanie z Tomkiem było w zasadzie jedyną atrakcją na trasie, bo ani się nie zgubiłam, ani się z nikim nie ścigałam, leciałam sobie powoli (bo wydma) z punktu na punkt, albo ścieżkami, albo po kresce i tylko trochę się dziwiłam, że jest tak zadziwiająco łatwo. Zdziwiłam się też oglądając wyniki, bo kurna, tak mi dobrze szło, a wynik taki marny - czwarty od końca. I pomyśleć, że na mecie byłam taka dumna z siebie. Tak więc nawigacja idzie jak z płatka, bieganie idzie jak po grudzie. Ale co tam... Jak będę 20 lat młodsza, to ja wszystkim dopiero dokopię.... Zobaczycie - będę pierwsza!
czwartek, 13 stycznia 2022
FalInO - reaktywacja
W końcu udało się znaleźć bazę, pobrać mapy i można było ruszyć. Tradycyjnie ja pierwsza, po mnie Tomek.
wtorek, 11 stycznia 2022
Orient ciasny w wynikach.
czwartek, 6 stycznia 2022
Na dobry roku początek
Początek roku (dokładnie 1 stycznia) to nie czas, aby się obijać, ale czas, by ruszyć na Noworoczno-Bąbelkowe InO. Jest to specyficzne InO - pomijając fakt bąbelków uderzających do głowy (akurat w tym roku organizator z bąbelków się nie wywiązał), chodzi o to, aby w nim nie wygrać. Znaczy przejść, znaleźć wszystkie PK, ale „specjalnie” popełnić taki błąd, by nie było wstyd, ale by nie wygrać. Bo nagroda jest bardzo specyficzna: puchar przechodni (ma już kilka ładnych lat) oraz zaszczyt organizacji kolejnej edycji zawodów za rok. Czyli zwycięzca pierwszego stycznia od rana wiesza lampiony w lesie i inne takie. Ciężkie zadanie – więc wiadomo czemu nikt nie pali się do wygrywania.
W tym roku ubiegłoroczni zwycięzcy zaprosili nas na Plażę Romantyczną do Wawra. Pogoda dopisała – nie padało, stanowczo powyżej zera, śniegu bark. Zaprosili nas na godzinę 15-stą – widać przewidywali ciężki poranek po Sylwestrze;-). Zwykle na N-B InO były także trasy sportowe BnO – w tym roku niestety ich zabrakło;-(
Wybraliśmy się z Agatą. Agata na TP, my na TU/TZ. Godzina 15-sta gwarantowała chodzenie po nocy. W regulaminie było coś o terenach podmokłych, zadziwiająco ukształtowanych i jakoś tak groźnie brzmiał opis terenu. Nic to – pobraliśmy mapę i ruszyliśmy.
Dostaliśmy schemat dróg i do przypasowania kołowe wycinki. By było łatwiej, ich środki były zaznaczone na schemacie kolorowymi kropkami oznaczającymi odpowiednio wycinek orto, starej mapy lub nowej mapy. Pierwsze trzy wycinki koło startu. Bułka z masłem – bo jak widać ich skala zbliżona do schematu i wszystko w miarę pasowało. Idziemy na drugą „grupę wycinków”. Tu pierwsze trudności – droga błotnista niczym z Beskidzie Niskim. Tak to już bywa na skarpie wiślanej!
| Pierwsze punkty zdobyte "za dnia" |
| Malowniczy PK3 nad Wisłą |
Z krzaków wypełza Przemek, który ruszył w trasę zdecydowanie wcześniej niż my. Razem znajdujemy oczywisty PK 15. Następny powinien być kopczyk z PK 7. Mapa tak sobie oddaje rzeczywistość, ale wyznaczamy azymut i idziemy. Tylko problem z kopczykiem. Nie ma. Jest jeden mniej więcej pasujący z kierunku, ale nie skarp na mapie - przy drodze którą przeszliśmy (tam z krzaków wypełzał Przemek właśnie), ale nie ma lampionu. Przemek szukający razem z nami potwierdza, że już tu czesał i niczego nie znalazł. Wreszcie jest jakiś lampion na kopczyku, ale takim trochę za daleko. Przypominam sobie, że mamy nie wygrać, to go biorę. Stowarzysz to zawsze lepszy wybór niż wątpliwy BPK.
Za PK 13 kolejna grupa kropek. Robi się ciemno, wyjmujemy czołówki, by dojrzeć coś na mapie. Przypasowujemy wycinki z PK 5 i PK 9. PK 5 to drzewo na lewo od drogi prostopadłej do naszego kierunku marszu. Tak z położenia żółtej kropki wychodzi nam, że powinno być to przy drodze wyłożonej płytami betonowymi. Jest drzewo, ale nie ma lampionu. Szukamy wokoło – nic. Pojawia się Przemek i jakiś tramwaj (z trasy TP?). Dostrzegam w oddali drzewo z lampionem. Trochę nie pasuje z umiejscowienia kropki oznaczającej środek wycinka (jest bliżej startu niż powinno), ale reszta się zgadza. Wbijam. Wychodzę z krzaków i idę do Renaty, która szuka już PK 9. I nagle olśnienie! Ta droga przy której ma być drzewo, powinna być dalej. Na orto widać brzeg budynku. Może kropka nie jest idealnie w środku kółeczka, ale reszta się zgadza. Będzie zmiana (pamiętam, aby nie wygrać!).
PK 9 jest oczywisty (późniejsza analiza mapy ujawnia, że zarówno dla PK 5 jak i PK 9 kropki na mapie mające oznaczać środek wycinków były bardzo abstrakcyjnie naniesione – można było spokojnie wbijać BPK;-)
Do kolejnej kropki z PK 2 idziemy drogą „na skróty”. Sęk w tym, że w terenie nagle droga zanika. Może za dnia byśmy ją wypatrzyli, ale po nocy, w zaroślach (chwasty, trawa o wysokości 170 cm – jak się podskoczy, to coś się zobaczy, a tak widoczność na 1m) zostaje tylko kompas. Przebijamy się do „główniejszej drogi” nad skarpą. Jest obniżenie, charakterystyczne drzewo i ścieżka wydeptana na azymucie w kierunku lampionu PK 2.
Podbijamy i przez dziury w ziemi przebijamy się na drogę, która ma nas doprowadzić do kolejnej niebieskiej kropki. Metodą eliminacji wychodzi nam że znajdziemy tu PK 4. Problem w tym, że coś się nie zgadza. Jest niby jakaś skarpa, ale lampion nie na zakręcie skarpy tylko w oddali. Znowu przypominam sobie „mamy nie wygrać” i biorę go jako PK 4.
Przez PK 14 idziemy szukać kolejnej niebieskiej kropki. PK 8 taki „występek” przy wale wiślanym. Drugi z kolei. Przy pierwszym jakieś światełka czeszą krzaki – pewno TP. Przy drugim – tym właściwym - z krzaków wyplątuje się Leszek. Wyplątuje z trudem, bo krzaki gęste i czepliwe – jak to nad Wisłą. Tyle, że mówi, iż lampionu brak. Nie wierzę i idę w krzaki. Rzeczywiście nie ma! Wracam się do pierwszego wypustka – może tu będzie jakiś PS? Także nie ma. A grupa szukająca całkiem spora. Dobijają do nas Barbara z Pawłem. Nic nie znajdujemy. Idziemy dalej na PK 6. Z Pawłem wchodzimy w krzaki „za wcześnie”. A to całkiem porządne krzaki! Uprzedzając fakty - analiza mapy w domu pokazuje, że to kolejna kropka postawiona nie w środku wycinka – wręcz na jego brzegu! Przypominam sobie, że nie mamy PK 8, więc lampion PK 6 także na dziubku i całkiem niedaleko PK 8 wbijam jako stowarzysza.
Wesołą grupką zmierzamy do następnego zagęszczenia kropek. Nam z takich „wątpliwych” wycinków został jeden - PK 17. A Barbarze i Pawłowi PK 4. Ciekawe. Okazuje się, że rację mieli oni. Czyli wbijam właściwy PK 4, a tamten zaznaczam, że powinien mieć opis PK 17. Znowu analiza w domu pokazuje, że kropka przy PK 17 była „od czapy” i mogliśmy szukać długo i niczego nie znaleźć wg wycinka właściwego! Ostanie PK to formalność. Także tajemnicza LOPK-a okazała się formalnością – nie trzeba było rozpoznawać państw po flagach, ani domofonami pytać o nazwiska „państwa zamieszkującego posiadłość” ;-) Oczywiście ostatnia kropka do wycinka także była błędnie umiejscowiona, ale wycinak tak oczywisty, że nikt nie miał wątpliwości.
| Ostatni PK10 - nie zgadzał się z kropką ale co tam... |
Na mecie piękny widok na elektrownię Siekierki i nocną Warszawę. Jeszcze chwila czekania na Agatę i do domu. I znowu zwycięstwo – na pewno nie wygraliśmy z tyloma błędami;-)
| Ognisko z widokiem na Elektrociepłownię |
piątek, 31 grudnia 2021
Gambit, czyli nie myśl brzuchem tylko głową!
czwartek, 30 grudnia 2021
Na przystanek 3!
Renata znowu znalazła wymówkę przed bieganiem. A bo to okna, ciasta, pierogi, barszczyk… Każda wymówka dobra!
| Lampion startowy |
Na starcie raczej kameralnie. Niewiele aut, żadnego tłumu… Pewno dlatego, że w sobotę zaanonsowały się trzy „konkurencyjne” imprezy i nie dało się wszystkich obskoczyć. Trasa C – prawie 7 km. Do pierwszego punktu – krzale, leżące gałęzie po niedawnej wycince – słowem niefajnie;-( Jedyny plus, że teren podmokły okazał się raczej suchy. Do PK 2 nawet znalazłem kawałek drogi. Niestety, nie biegła w idealnie dobrym kierunku i musiałem z niej zrezygnować gdzieś tak w połowie odległości do lampionu.
Do PK3 daleeeeko. Tu już nie pchałem się przez to pobojowisko ściętych gałęzi i ile się da drogami. PK 4 i PK 5 po kresce, przez krzaki, bo niedaleko, zresztą trochę się przejaśniło w poszyciu lasu. Do PK 6 pioruńsko daleko. Ponad kilometr. Najpierw „wpław” przez wyschnięte mokradło, potem drogami, których nie ma na mapie. W pewnym miejscu „zakręciłem się”: w terenie drogi jak byk, na mapie niespecjalnie coś tu powinno być. W efekcie trafiłem na lampion z PK 12. Gdyby go tam nie było, pewno dłużej lokalizowałbym miejsce swojego pobytu.
PK 7 przebiegłem. Ot, taki „dupny” kopczyk w terenie, na mapie oznaczony był mizerną kropką, a taki na mapie oznaczony dwoma poziomnicami w terenie prezentował się mizernie. Dlatego szukałem lampionu znacznie dalej. Pamiętam, że już kiedyś w tej okolicy także miałem trudności z namierzeniem się na punkt - widać mapa musi być tu dość „specyficzna”. Oczywiście ósemki, która była niedaleko, także dłuższą chwilę poszukałem;-(
Przy PK 9 pojawił się jakiś taki dwuosobowy tłum z krótszych tras, przemieszczający się w przeciwną stronę niż ja.
Na dziesiątkę udało się sprawnie trafić – bądź co bądź to punkt podwójny i byłem na nim wcześniej. I zaczynamy zabawę z „rodzynkiem” czyli PK 11. Samotny dołek na zielonym. Może nieduży obszar do przeczesania, ale zielone na mapie sugeruje słabą widoczność. I tak jest w praktyce. O dziwo, nie było aż tak źle – owszem, najpierw znalazłem „ten drugi” samotny dołek, ale wtedy już wiedziałem gdzie szukać tego właściwego, z lampionem.
PK 12 – już wcześniej odwiedziłem, więc „bułka z masłem”. PK 13 i znowu powrót na dołek znany z PK 11 – tym razem „bezbłędnie”. PK 15 ciężko przeoczyć, bo u podnóża nasypu wysokiego na kilka pięter. Może przeoczyć niełatwo, ale znowu nie wszedłem na punkt „czysto”. Niby te 20-30 metrów różnicy, ale człowiek musi zwolnić, rozejrzeć się, a nieraz nawet zatrzymać i zerknąć w mapę. Zawsze to dobre kilkanaście sekund straty…
Przedostatni PK 17 miał być na końcu mokradła. Biegnę drogą, przecinam mokradło i za mokradłem w lewo (najlepiej ścieżką zaznaczoną na mapie) prosto na punkt. Tak mówi mapa. Więc się rozpędzam, przebiegam przez obniżenie z mokradłem, droga w lewo to skręcam. Przebiegam te 100m i na wszelki wypadek zbiegam na brzeg obniżenia, gdzie ma być lampion. Tyle, że lampionu nie ma. I to mokre obniżenie wcale się nie kończy jak powinno! Może jestem za blisko? Biegnę dalej obserwując mokradło. Nie – jestem stanowczo za daleko, mokradło znowu się pogłębia- tak być nie miało! Zatrzymuję się i studiuję mapę. Chwila… to mokradło się rozdziela na mapie przed drogą którą je przecinałem i powinienem przebiec dwa mokradła i dopiero skręcić w lewo! Ok, wiem gdzie jestem ale strata czasowa znacząca;-( Znajduję po chwili właściwe miejsce i lampion.
Jeszcze ostatni PK 18 ukryty w rowie i dobieg na metę. Dodam, że meta „trudnozajdowalna”- takie miejsce łatwe do przeoczenia – bez spektakularnego miejsca na finisz (byli tacy, co nie odbili mety, jak widać w wynikach). I w dodatku daleko od punktu sczytywania chipów. Truchtam do sczytania naokoło – tak, by dobić do 10 km – zawsze to ładniejszy dystans widoczny na Stravie;-)
Coś ostatnio się rozkalibrowałem – takie głupie wpadki jak z PK 18 czy PK 7 i to nagminne nietrafianie w lampion i straty czasu na jego poszukiwanie.
środa, 22 grudnia 2021
Zamiast tortu
„Tradycyjnie” zamiast spędzać kolejny jubileusz za stołem pochłaniając ciasta i wysokooprocentowane trunki, poszedłem w las. Nie dość, że poszedłem, to jeszcze zorganizowałem. UrodzInO. Ot, taka „nowa świecka tradycja”.
Zaczynają mi się kończyć lokalizacje na UrodzInO. Jako że 17 grudnia zwykle nie wypada w dzień wolny od pracy – musi być miejsce z dobrą komunikacją i blisko mojego domu. A to rzeczy ciężkie do pogodzenia. Rembertów, Kawęczyn, Marysin już wyeksploatowałem. Metodą eliminacji padło na Ząbki. Taki niewielki kawałek, gdzie nigdy nic nie robiłem. Niby niewielki kawałek terenu, ale czy na UrodzInO trzeba go dużo?
Odświeżyłem mapę, którą kiedyś rysowałem i poszedłem w las. W terenie co chwila dołek. Pomyślałem i zrobiłem wersję pierwszą mapy. Taką na czasie. Coś tam o Omikronie i reszcie wirusów. 34 PK. Dałem ją Renacie do przetestowania…. Nie wyszłaby w ogóle do lasu. Słowem - za trudna.
Musiałem ją znacznie uprościć. Wiadomo, w nocy wszystkie dołki są takie same, ale założyłem, że lampion co 20 m w ciemnym lesie sprawi wiele uciechy uczestnikom i coś tam zawsze znajdą;-)
W TEN dzień najpierw tyrałem przy robieniu nietypowych lampionów (nietypowy jest wtedy, gdy lampion jest mniejszy od kredki do niego przyczepionej;-), a około godziny 14-tej poszedłem je wieszać w lesie. Myślałem, że pójdzie szybciej, ale zeszło mi prawie 2 godziny! Tyle czasu (a nawet mniej) będą mieli uczestnicy, by odszukać lampiony w lesie po nocy! Na szczęście nie muszą odszukiwać wszystkich, w szczególności tych stowarzyszonych…
Nadeszła ciemna noc, zza chmur jak zwykle świecił księżyc, więc nastał czas wyruszenia na start. Niby podjechaliśmy wcześniej, ale już po drodze widzieliśmy uczestników kończących dojściówkę. Jeden stał już przy szlabanie, drugi chował się w krzakach….
Rozłożyliśmy stolik, włączyliśmy zegar i się rozpoczęło. W ruch poszła wymiana życzenia/żelki za mapę;-) Niektórzy wykazali się inwencją. Zamiast żelek znalazł się dżemik, ogórki, a nawet nalewka…
| Ciekawe co Paweł wyciągnie z plecaka... |
| Jak widać nie tylko żelki były w ruchu |
| Jak nic jakiś granat? |
| I do kompletu tajemniczy pakunek |
W zamian uczestnicy dostali po dwie kartki. Zalaminowane, by było trudno na nich pisać. Niby zadanie proste – latarka, nałożyć jedno na drugie, podświetlić – ze szwajcarek robi się prawie pełna mapa i w las. Jakoś nie wszyscy wpadli na ten oczywisty pomysł. Stali długo zastanawiając się nad mapą. No dobra, matematyka użyta do wyznaczania ilości punktów, do potwierdzenia, czy limitów czasów niektórych wyraźnie zaskoczyła. Liczyli i liczyli i wychodziły im dziwne wartości….
| fot. Andrzej Krochmal |
| fot. Andrzej Krochmal |
| fot. Andrzej Krochmal |
| Mapy należało sobie "wylosować" |
Wreszcie wszyscy zniknęli w lesie. Od czasu do czasu coś błysnęło w krzakach, ale wyraźnie wszyscy skupili się na eksploracji tych dalszych terenów lasu. Z relacji wiem, że jeden zespół postanowił przepłynąć jedyne „bagienko” w okolicy. Od innych uczestników słyszałem, że grupowe poszukiwanie punktu przy zabudowaniach ul. Wrzosowej zaniepokoiło mieszkańców, którzy przyszli pomóc w poszukiwaniach;-). Właściwie to żałuję, że sam nie startowałem – miotanie się po tak małym terenie, wśród takiej ilości dołków musiało być fajne;-)
| fot Andrzej Krochmal |
Wreszcie co niektórzy zaczęli wracać. Dorobek punktowy różny. Jedni znaleźli wszystko (no, stowarzysze bywały), inni brali tylko jedną szwajcarkę. Decydująca rolę grał czas. Tak to jest przy krótkich etapach - czas jest decydujący.
O dziwo, wszyscy wrócili przed zamknięciem mety! Zostało zebrać co się da z lasu i pojechać do domu liczyć wyniki. Za rok jak nic sam pójdę na swoją trasę, a co!