piątek, 28 stycznia 2022

Leśny Mózg na końcu świata.

Po niedzielnych wyczynach trochę osiedliśmy na laurach, chociaż solennie sobie obiecywaliśmy, że trochę pobiegamy. Ale to mi się nie chciało, to Tomka coś strzykało w plecach i w efekcie tylko pogarszaliśmy swoją kondycję. Sobotnie FalInO całkiem sobie odpuściliśmy, bo Tomek miał mieć dentystę, a mi się samej nie chciało jechać do Falenicy. W efekcie dentystę odwołano, a my trenowaliśmy jedynie jeżdżenie na szmacie, machanie żelazkiem i stanie przy garach.
W niedzielę za to pojechaliśmy na Leśny Mózg. Jechaliśmy, jechaliśmy i jechaliśmy i wyglądało, że do granicy prędzej dojedziemy niż do Młodzieszyna, bo końca nie było widać. Jednak dojechaliśmy. Teren już z samochodu wyglądał ciekawie, jakieś górki, obniżenia, fajny las, czyli wszystko czego trzeba do szczęścia.
Moja trasa miała mieć aż 5,4 km (nominalnie oczywiście), ale nie opłacało się brać krótszej, ze względu na długość dojazdu. Mapa trochę mnie przestraszyła, bo dużo było punktów na wydmie i do tego na noskach, co to nigdy nie wiem czego szukać w terenie. Tomek stwierdził, że jak pójdę po kresce to na pewno trafię i tego postanowiłam się trzymać. 
 
Przedstartowy wytrzeszcz.
 
Problem to miałam z samym wystartowaniem, bo za nic nie mogłam dopasować dróg widzianych do dróg na mapie. A niby jedno zwykłe skrzyżowanie. Jakieś kompletne zaćmienie mnie dopadło.

Kto żyw, usiłował mi pomóc.

Ale czy na pewno tam mam pobiec?

No dobra, lecę.
 
Już przed pierwszym punktem natrafiłam na wydeptaną inostradę, ale że nie raz taka inostrada wyprowadziła mnie na manowce, postanowiłam nie korzystać i twardo podążać azymutem. Ale nic z tego - inostrada prowadziła dokładnie po azymucie. No to musiałam skorzystać. Pilnowałam tylko, czy aby na pewno ślad dotyczy mojej trasy, ale wszystko idealnie się zgadzało. Z jednej strony - dość wygodnie, z drugiej - zepsuta zabawa, bo fajniej trafić własnym wysiłkiem, niż korzystać z czyjegoś trudu. W każdym razie inostrada bezboleśnie przeprowadziła mnie przez punkty, których najbardziej się obawiałam, czyli od trójki do dziewiątki.
Z dziewiątki do dziesiątki był najdłuższy przebieg, ale nawigacyjnie łatwy, bo było po drodze dużo punktów orientacyjnych. W okolicach jedenastki powitała nas cywilizacja, czyli kilka domów, a po jedenastce trochę się sfrajerowałam. Pobiegłam w dół do drogi, a ponieważ kawałek dalej droga się kończyła, z powrotem musiałam wdrapać się pod górę. Niby większość tak biegła, ale czy ja wiem, czy to było optymalnie. Ale przynajmniej nie musiałam potem przebijać się przez wyższy grzbiet. 
Gdzieś tak od jedenastki biegłam równolegle z jakąś młodą zawodniczka, która poruszała się szybko, ale co chwilę zatrzymywała się i studiowała mapę. Ja pełzłam sobie powoli, ale na mapę patrzyłam dużo rzadziej i to wyrównywało nam szanse. Oczywiście na dobiegu do mety zostałam w tyle, bo tam już mapa nie była tak potrzebna, jak silne nogi.
Ja tak piszę o bieganiu, ale teren to nie za bardzo dał mi pobiegać - albo były górki, więc nie dawałam rady biec, albo teren był zakrzaczony, więc spowalniał, albo pod nogami był taki bałagan, że iść było strach w obawie o całość kończyn, a co dopiero biec. W każdym razie i tak się porządnie zmęczyłam. W wynikach nie spodziewałam się fajerwerków, a jednak znalazłam się mniej więcej w połowie stawki, więc dobra passa trwa. Jakim cudem tak się stało - nie wiem, ale nie narzekam:-)
Impreza była super, ale jednak miała wadę i to ogromną - odległość od domu. Tak w zasadzie, to zmarnowany cały dzień, żeby pobyć w lesie trochę ponad godzinę. Prawdę mówiąc gdybym zdawała sobie sprawę jak to daleko, to nikt by mnie nie namówił do udziału. Wolałabym pobiegać sobie w lesie przed domem i mieć potem cały dzień na inne sprawy. Tak że ten tego - następne to trochę bliżej poproszę.


 Ślad inostrady:-)

sobota, 22 stycznia 2022

Niwka i plecy Konrada

Na niedzielnego ZZK-a (na mapie Niwka) jechałam z przekonaniem, że skoro ścigać się nie daję rady, to skupię się na przyjemnym spędzeniu czasu. 
Zaczęliśmy od zgubienia się, czyli pojechaliśmy na stowarzyszony start. Chwilę po zaparkowaniu zorientowaliśmy się, że coś nie gra, bo nigdzie nie było widać organizatorów, a i uczestników też nie. Za to na starcie właściwym uczestników było aż nadto i nie było gdzie się zatrzymać. Trudno było też wystartować w taki sposób, żeby nie ścigać kogoś z własnej trasy, albo nie być ściganym. Usiłowałam przeczekać Małgosię, ale ponieważ długo tłumaczyła komuś zasady BnO, postanowiłam ruszyć. 
 
Start.
 
Tak się skupiłam na Gosi, że przeoczyłam Konrada, który wystartował jakoś tak albo tuż przede mną, albo tuż za  mną, bo zobaczyłam go jeszcze przed pierwszym punktem. Niestety - nie biegam na tyle szybko, żeby go wyprzedzić, a on nie biega na tyle szybko żeby sprawnie oddalić się z mojego pola widzenia. Tym sposobem, w związku z niską wariantowością trasy, przez kilka początkowych punktów miałam wciąż jego plecy przed sobą, co może i jest wygodne jako dobry naprowadzacz na punkt, ale mimo wszystko - nie gustuję. To znaczy, nie żebym tak ogólnie miała coś przeciwko plecom Konrada (chyba są w porządku), ale wolę nawigować samodzielnie, bo to większa radocha. Wydaje mi się, że dopiero gdzieś za czwórką Konrad zniknął mi z oczu. W lesie ogólnie spotykałam masę ludzi, ale starałam się biec po swojemu, bo też i nigdy nie wiadomo kto jaką trasę biegnie. Dobra - większość biegła moją, bo ciągle ich spotykałam.  Nieustanne spotykanie konkurencji miało i dobre strony - bez przerwy albo usiłowałam kogoś dogonić, albo przegonić, albo głupio mi było wlec się powoli i tym sposobem bardzo sprawnie poruszałam się między punktami. 
 
W okolicach PK 2 tradycyjnie wypatrzył mnie Tomek.
 
Nawigacyjnie szło idealnie, tylko przed dziewiątką przegapiłam ścieżkę i pobiegłam za daleko. Szybko zorientowałam się, że jestem nie tam gdzie trzeba, kiedy natrafiłam na rowy i górkę, których nie powinno być na przelocie. 
W drodze na dziesiątkę spotkałam Hanię, która nagle zaczęła zawracać, twierdząc, że coś jej nie pasuje. Mi pasowało, więc pobiegłam dalej i to było słuszne. Zresztą akurat ten fragment mapy pamiętałam z którychś poprzednich zawodów i byłam pewna, że dobrze biegnę. Po dziesiątce starałam się przyspieszyć, żeby mnie Hania nie dogoniła (jak już ogarnie niepotrzebne zawracanie), bo ona biega dużo szybciej ode mnie i ogólnie ma lepszą kondycję. Tym sposobem na metę wbiegłam już na rezerwie i zastanawiałam się, gdzie najlepiej sobie umrzeć, żeby nikomu nie przeszkadzać. Na szczęście wystarczyło oprzeć się o drzewo, chwilę spokojnie pooddychać i już byłam w stanie iść się sczytać. 
Po chwili na metę dotarła Małgosia i kiedy porównałyśmy wyniki, okazało się, że byłam lepsza o niecałą minutę, ale zawsze! Ostatnie kilka razy to ja dostawałam od niej cięgi, więc bardzo podniosło mnie to na duchu. Ania również na trasie była dłużej niż ja, więc już zupełnie byłam dumna i blada, a Hania przybiegła po dość długim czasie. 
 
Dyskusja nad mapą.
 
To był mój najlepszy wynik od dłuższego czasu - dwudzieste piąte miejsce na czterdzieści sześć osób startujących. Może jednak warto startować "w kupie"? Zawsze to jakaś mobilizacja, albo do ucieczki, albo do gonienia.
 

Mój przebieg.

wtorek, 18 stycznia 2022

WesolInO w nowym terenie

Ponieważ na ZZKu bieganie szło mi marnie (Tomek twierdzi, że jemu też), więc w środku tygodnia zrobiliśmy sobie trening, mając oczywiście świadomość, że jedno pobieganie nie załatwia sprawy. Ale lepiej jedno niż żadne. Tak wytrenowani w sobotę pojechaliśmy na WesolInO. WesolInO kocham za to, że jest blisko, ale tym razem blisko była tylko baza, bo start to już ponad dwa kilometry dalej. Oczywiście do bazy nie wstępowaliśmy, bo nie było po co i od razu pojechaliśmy do Międzylesia, niedaleko CZD.
Jakoś tak z nawyku kazałam Tomkowi zapisać mnie na trasę CK (bo zawsze na WesolnO tak biegałam), tylko zapomniałam o tej swojej kondycji, no i ponieważ jest już po Nowym Roku, to i starsza jestem niż w poprzedniej edycji imprezy. W każdym razie moje zwyczajowe konkurentki zapisały się na BK, a ja zostałam na swojej trasie z samymi wyjadaczami. Ale za to mapa mi się spodobała - duża, wyraźna i jakoś tak na niej wszystko wyglądało blisko. Aż trudno mi było uwierzyć w te nominalne 5,2 km.
 
Cieszymy się na myśl o starcie.
 
 
Start!
 
Akurat pierwszy punkt to był stosunkowo daleko od startu i miałam dylemat jak do niego biec - na azymut?, ścieżkami? techniką mieszaną? Wybrałam to ostatnie, o dziwo wstrzeliłam się we właściwe ścieżki i bezbłędnie trafiłam do celu. Ta bezbłędność nie opuszczała mnie aż do ostatniego punktu. Przy PK 2 spotkałam Tomka - widzę, że dwójka powoli staje się tradycyjnym miejscem spotkań - tak się nam jakoś schodzi.
 
Zawsze mam fotkę z PK 2:-)
 
Do trójki znowu była możliwość skorzystania ze ścieżek, z czego skwapliwie skorzystałam. 
Jakoś te punkty dość prędko następowały po sobie i nawet myślałam, że jestem taka szybka, ale potem okazało się, że co prawda na mapie było napisane 1:10000, ale w rzeczywistości skala była coś koło 1:7500. To dlatego mapa tak mi się od razu podobała:-)
Tak dla zmyłki na trasie w terenie pojawiały się ploty, których nie było na mapie, ale ponieważ ostatnio płoty w lasach rosną jak grzyby po deszczu i w jeden dzień ich nie ma, w drugi są, więc specjalnie nie przejmowałam się tymi niezgodnościami. Natomiast zirytował mnie trochę PK 8 - w młodniku, wśród maleńkich sosenek (czy co to tam rosło). Naprawdę nie powinno się tam stawiać, a jeśli na przelocie jest młodnik, to warto zaznaczyć teren zakazany.
Najbardziej dumna jestem z przebiegu z trzynastki do czternastki - idealnie po kresce. Aż miło na ślad popatrzyć.
Tak ogólnie to z prędkością znowu było słabo, ale też w wielu miejscach las nie sprzyjał rozwijaniu prędkości, jeśli planowało się wrócić na metę z kompletnym uzębieniem i całymi kończynami. Tak po cichu jednak liczyłam na to, że może inni się chociaż troszkę pogubią, albo co, żebym znowu taka ostatnia nie była. Niestety, tylko Ula nie zawiodła i uplasowała się za mną, ale najwyraźniej miała jakiś słabszy dzień. 
 
Meta zdobyta!

W sumie to nawet dobrze, że byłam na trasie C, a nie B, bo gdybym na B była przedostatnia, to już byłby wstyd, a tak to jest jakieś wytłumaczenie. Poza tym mam więcej pobiegane i to też się liczy.





poniedziałek, 17 stycznia 2022

ZZK Jabłonna - łatwo, ale powoli

W weekend pobiegane, a tu jeszcze nie pochwaliłam się trasą sprzed tygodnia. Po nieudanym (acz przyjemnym) FalInO, w niedzielę pojechaliśmy na ZZK do Jabłonnej. Moja trasa - B - miała mieć prawie 5 kilometrów, czyli taka już konkretna. Na ZZKu przynajmniej miałam pewność, że organizatorzy nie zaskoczą mnie scorelaufem, ale na wszelki wypadek sprawdziłam to od razu:-) Było OK.

Clear - obowiązkowo.

I można startować.

Pierwszy punkt był tak blisko, że aż się musiałam upewnić czy mi się nie przewidziało, ale Tomek obejrzał mapę i potwierdził. Lubię jak początek jest łatwy. Do dwójki większość odległości biegło się ścieżką, dopiero końcówka przez las. Przy dwójce dogonił mnie Tomek, bo ten punkt mieliśmy wspólny.

PK 2

Cóż, spotkanie z Tomkiem było w zasadzie jedyną atrakcją na trasie, bo ani się nie zgubiłam, ani się z nikim nie ścigałam, leciałam sobie powoli (bo wydma) z punktu na punkt, albo ścieżkami, albo po kresce i tylko trochę się dziwiłam, że jest tak zadziwiająco łatwo. Zdziwiłam się też oglądając wyniki, bo kurna, tak mi dobrze szło, a wynik taki marny - czwarty od końca. I pomyśleć, że na mecie byłam taka dumna z siebie. Tak więc nawigacja idzie jak z płatka, bieganie idzie jak po grudzie. Ale co tam... Jak będę 20 lat młodsza, to ja wszystkim dopiero dokopię.... Zobaczycie - będę pierwsza!




czwartek, 13 stycznia 2022

FalInO - reaktywacja

FalInO wróciło! W zeszłym roku pandemia zmiotła rywalizację w Falenicy, ale w końcu ile można bać się wirusa? Co prawda baza zawodów miała być na zewnątrz szkoły, a nie jak dawniej w środku, ale przecież nie siedzimy w bazie, tylko ganiamy po lesie. 
Przyjechaliśmy dość wcześnie i od razu zaczęliśmy szukać Jasia z mapami. "Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej tam Prosiaczka nie było." Im bardziej szukaliśmy, tym bardziej bazy zawodów nie było. Grupa poszukiwawcza coraz bardziej się rozrastała, aż w końcu Mistrzu (Marcin) powiedział nam, gdzie mamy szukać. Ale prawda była taka, że organizator późno rozłożył biuro i tyle.

Chodzimy dookoła szkoły szukając bazy.

W końcu udało się znaleźć bazę, pobrać mapy i można było ruszyć. Tradycyjnie ja pierwsza, po mnie Tomek.

W oczekiwaniu na pipnięcie zegara startowego.
 
Po pipnięciu wcale nie ruszyłam na pierwszy punkt tylko stałam i szukałam na mapie startu, a potem usiłowałam zlokalizować ten pierwszy punkt. Jakoś wydawało mi się, że po rozbudowie szkoły zmieniło się całe otoczenie, ale oczywiście wcale tak nie było. Po chwili niepewnie ruszyłam, bo wciąż miałam zaćmienie umysłu i nie dowierzałam mapie. W końcu coś się odblokowało i znalazłam jedynkę. Dwójka była przy kościele i widzieliśmy ją podjeżdżając do szkoły. Po dwójce wzięłam trójkę stojącą w tradycyjnym miejscu, w lasku przed szkołą, a potem... A potem dotarło do mnie, że nie muszę podbijać punków w kolejności, bo to scorelauf. 
Skoro nie musiałam już lecieć na czwórkę, trzeba było zastanowić się co brać, a co pominąć i jaką kolejność przyjąć. Okazało się, że to są strasznie trudne decyzje. Dobiegłam do skrzyżowania Podkowy z Kudowską i za nic nie mogłam zdecydować się co dalej. Stałam jak ta niemota i robiłam krok w jedną stronę, krok w drugą. Pewnie stałabym tam tak do końca świata, gdyby nie świadomość, że trzeba się sprężać, bo w domu należy polatać na szmacie i obiad ugotować. Wbiegłam w Kudowską, ale wcale jeszcze nie miałam planu co dalej robić. W końcu wykombinowałam, że wezmę 19, 17 i 18. Po dziewiętnastce przeliczyłam punkty i stwierdziwszy, że starczy mi tych u góry mapy, odpuściłam siedemnastkę. Osiemnastki nie mogłam znaleźć. Nawet już zwątpiłam w to, czy jestem tam, gdzie myślę, że jestem i pobiegłam do skrzyżowania, żeby to zweryfikować. Byłam tam, gdzie powinnam być, wróciłam więc czesać dalej. Oczywiście wcześniej przeszłam koło punktu, nie zauważając go w dołku. 
Z osiemnastki pobiegłam na czternastkę i nawet trafiłam bez problemu. Teoretycznie to wszędzie powinnam trafiać bez problemu, bo teren mam oblatany, a dodatkowo kilka lat mieszkałam tuż przy lesie w Falenicy, ale tym razem, po tej rocznej przerwie, czułam się jak w zupełnie nowym, nieznanym terenie.
Po czternastce stanęłam przed dylematem - biec do trzynastki, czy do szóstki? Wcale nie wiedziałam jak będzie lepiej, więc na początek pobiegłam ścieżką, z której mogłam skręcić potem albo w prawo, albo w lewo. Wreszcie zdecydowałam - szóstka, dziewiątka, piątka i dopiero na trzynastkę. Nie żeby decyzja była czymś uzasadniona, po prostu - bo tak. Z piątką miałam drobny problem, ale ze śladu wychodzi mi, że ona i tak źle stała. W każdym razie jakoś znalazłam.
Do trzynastki chciałam biec docelowo najgłówniejszą ścieżką, ale oczywiście mi się poptaszkowało i zeszłam gdzieś na manowce. Nie wiem czy nie poleciałam za biegaczami  ZBG, ale teraz nie pamiętam. Po chwili zorientowałam się, że coś mi mapa nie pasuje do terenu i przez wydmę przebiłam się do właściwej drogi. Miałam nadzieję, że wypatrzę ze ścieżki charakterystyczne drzewo i lampion, ale zamiast trzynastki wypatrzyłam piętnastkę po drugiej stronie ścieżki. Jak to mówią - lepszy wróbel w ręku niż cietrzew na sęku - wzięłam więc piętnastkę. Miałam jednak szczęście, bo wracając z powrotem do ścieżki przyuważyłam coś pomarańczowego w oddali przed sobą i to była trzynastka.
 
Może i mało optymalnie, ale skutecznie:-)
 
Po trzynastce to już wybrałam najdurniejszy wariant, bo zamiast wziąć 8, 10, 11, 4 i 7, to ja poleciałam po 12 i 16 nadkładając drogi i tracąc czas. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że przy okazji traciłam też kalorie. W sumie to tej wersji będę się trzymać. Kurczowo będę się trzymać.
Dwunastka i szesnastka były blisko zabudowań, więc łatwo było się orientować w terenie, a poza tym były tuż przy ścieżkach. Do dziesiątki niosło mnie trochę zakosami, ale taka wersja mi się podobała i już. Jedenastka i czwórka były całkiem proste, a potem już tylko dobieg do mety, który zresztą musiałam powtarzać, bo Tomek nie zdążył nakamerować.

Pierwszy (i na szczęście jedyny) dubel finiszu.
 
Cóż - skopałam, co tylko dało się skopać, ale ten scorelauf tak mnie wyprowadził z równowagi, że nie mogłam się nijak pozbierać. Podejmowanie decyzji okazało się za trudne dla tak niezdecydowanej osoby jak ja, a wielokrotne przeliczanie ilości już odbitych punktów zabierało masę czasu. Oczywiście zajęłam ostatnie miejsce z haniebnym czasem dwa razy dłuższym niż czas Karoliny, która wygrała.
Chyba pora wziąć się za siebie!


 

wtorek, 11 stycznia 2022

Orient ciasny w wynikach.

W Nowy Rok weszliśmy marszem, ale już na Trzech Króli rozpędziliśmy się i na Orient zapisaliśmy się na biegi. To znaczy ja i Tomek, bo Agata twardo maszeruje. 
Zawody odbywały się w Lesie Młocińskim i o dziwo, nawet miałam jakieś przebłyski pamięci jak tam wygląda teren, bo już kiedyś tam biegaliśmy. 
 
Przed startem
 
Po marnej końcówce ubiegłego roku nie nastawiałam się na żadne sukcesy, a głównym założeniem było: nie zgubić się tak bardzo, żeby trzeba było się wstydzić. I trochę biec.
Najpierw wystartowaliśmy Agatę, potem ruszyłam ja, a na końcu Tomek - jak już nas pofilmował:-)
 
 
W drogę!
 
Do pierwszego punktu biegło się alejką, potem mostek i parę kroków w krzaki. Póki miałam siłę, starałam się biec, bo potem nigdy nic nie wiadomo. Zaraz za jedynką dogonił mnie Tomek i poganiał mnie aż do trójki, bo ten kawałek mieliśmy taki sam. Tym sposobem na kolejnych punktach znowu byłam szybciej niż przewidywałam. 
 
Dobieg do PK 2
 
 Na czwórkę mogłam już pobiec w swoim tempie.  Jak teraz patrzę na swój ślad, to zastanawiam się, po co leciałam przez krzaki, jak niemal na samo miejsce można było ścieżkami. A ja oczywiście na azymut.
Od piątki do ósemki teren był już pofałdowany, więc i tempo znacząco spadło - raz, że nie dawałam rady biec, dwa - częściej musiałam zerkać na mapę, żeby się nie zgubić. Na szczęście to nie był dzień na gubienie się i idealnie wychodziłam wprost na lampiony. Dziewiątka była spoko, a do dziesiątki był najdłuższy przebieg, ale za to dużymi alejkami. Na alejkach wypadało biec, więc robiłam co mogłam, żeby mój sposób poruszania się wyglądał na coś więcej niż marsz. Od dziesiątki do czternastki teren znowu zrobił się bardziej urozmaicony, ale przesadziłabym nazywając go górzystym, czy nawet pagórkowatym. Ot, drobne odkształcenia w górę i w dół. 
Czternastka była już ostatnim punktem i w sumie najtrudniejsze okazało się wstrzelenie się w metę, bo jakoś wydawało mi się, że powinna być bliżej. Chwila zawahania, które ognisko jest "nasze", kosztowała mnie stratę dwóch pozycji w rankingu. Tuż przede mną, z minimalną różnicą czasową, uplasowały się Małgosia i Hania. Zobaczcie tę różnicę, aż nie do wiary: 
 
4 Małgorzata   42:45
5 Hanna          42:48
6 Renata         42:49
 
Strata tych dwóch pozycji wcale nie zepchnęła mnie na koniec tabeli wyników, a swoje szóste miejsce traktuję jako sukces, bo pokonałam aż 10 osób. Po grudniowej zapaści to po prostu rewelacyjny wynik!
Żeby tylko nie był to jednorazowy wyczyn, ale prognostyk na nadchodzące rok...
 



czwartek, 6 stycznia 2022

Na dobry roku początek

Początek roku (dokładnie 1 stycznia) to nie czas, aby się obijać, ale czas, by ruszyć na Noworoczno-Bąbelkowe InO. Jest to specyficzne InO - pomijając fakt bąbelków uderzających do głowy (akurat w tym roku organizator z bąbelków się nie wywiązał), chodzi o to, aby w nim nie wygrać. Znaczy przejść, znaleźć wszystkie PK, ale „specjalnie” popełnić taki błąd, by nie było wstyd, ale by nie wygrać. Bo nagroda jest bardzo specyficzna: puchar przechodni (ma już kilka ładnych lat) oraz zaszczyt organizacji kolejnej edycji zawodów za rok. Czyli zwycięzca pierwszego stycznia od rana wiesza lampiony w lesie i inne takie. Ciężkie zadanie – więc wiadomo czemu nikt nie pali się do wygrywania. 

W tym roku ubiegłoroczni zwycięzcy zaprosili nas na Plażę Romantyczną do Wawra. Pogoda dopisała – nie padało, stanowczo powyżej zera, śniegu bark. Zaprosili nas na godzinę 15-stą – widać przewidywali ciężki poranek po Sylwestrze;-). Zwykle na N-B InO były także trasy sportowe BnO – w tym roku niestety ich zabrakło;-( 


Wybraliśmy się z Agatą. Agata na TP, my na TU/TZ. Godzina 15-sta gwarantowała chodzenie po nocy. W regulaminie było coś o terenach podmokłych, zadziwiająco ukształtowanych i jakoś tak groźnie brzmiał opis terenu. Nic to – pobraliśmy mapę i ruszyliśmy. 


Dostaliśmy schemat dróg i do przypasowania kołowe wycinki. By było łatwiej, ich środki były zaznaczone na schemacie kolorowymi kropkami oznaczającymi odpowiednio wycinek orto, starej mapy lub nowej mapy. Pierwsze trzy wycinki koło startu. Bułka z masłem – bo jak widać ich skala zbliżona do schematu i wszystko w miarę pasowało. Idziemy na drugą „grupę wycinków”. Tu pierwsze trudności – droga błotnista niczym z Beskidzie Niskim. Tak to już bywa na skarpie wiślanej! 

Pierwsze punkty zdobyte "za dnia"

Malowniczy PK3 nad Wisłą

Z krzaków wypełza Przemek, który ruszył w trasę zdecydowanie wcześniej niż my. Razem znajdujemy oczywisty PK 15. Następny powinien być kopczyk z PK 7. Mapa tak sobie oddaje rzeczywistość, ale wyznaczamy azymut i idziemy. Tylko problem z kopczykiem. Nie ma. Jest jeden mniej więcej pasujący z kierunku, ale nie skarp na mapie - przy drodze którą przeszliśmy (tam z krzaków wypełzał Przemek właśnie), ale nie ma lampionu. Przemek szukający razem z nami potwierdza, że już tu czesał i niczego nie znalazł. Wreszcie jest jakiś lampion na kopczyku, ale takim trochę za daleko. Przypominam sobie, że mamy nie wygrać, to go biorę. Stowarzysz to zawsze lepszy wybór niż wątpliwy BPK. 

Za PK 13 kolejna grupa kropek. Robi się ciemno, wyjmujemy czołówki, by dojrzeć coś na mapie. Przypasowujemy wycinki z PK 5 i PK 9. PK 5 to drzewo na lewo od drogi prostopadłej do naszego kierunku marszu. Tak z położenia żółtej kropki wychodzi nam, że powinno być to przy drodze wyłożonej płytami betonowymi. Jest drzewo, ale nie ma lampionu. Szukamy wokoło – nic. Pojawia się Przemek i jakiś tramwaj (z trasy TP?). Dostrzegam w oddali drzewo z lampionem. Trochę nie pasuje z umiejscowienia kropki oznaczającej środek wycinka (jest bliżej startu niż powinno), ale reszta się zgadza. Wbijam. Wychodzę z krzaków i idę do Renaty, która szuka już PK 9. I nagle olśnienie! Ta droga przy której ma być drzewo, powinna być dalej. Na orto widać brzeg budynku. Może kropka nie jest idealnie w środku kółeczka, ale reszta się zgadza. Będzie zmiana (pamiętam, aby nie wygrać!). 

PK 9 jest oczywisty (późniejsza analiza mapy ujawnia, że zarówno dla PK 5 jak i PK 9 kropki na mapie mające oznaczać środek wycinków były bardzo abstrakcyjnie naniesione – można było spokojnie wbijać BPK;-) 

Do kolejnej kropki z PK 2 idziemy drogą „na skróty”. Sęk w tym, że w terenie nagle droga zanika. Może za dnia byśmy ją wypatrzyli, ale po nocy, w zaroślach (chwasty, trawa o wysokości 170 cm – jak się podskoczy, to coś się zobaczy, a tak widoczność na 1m) zostaje tylko kompas. Przebijamy się do „główniejszej drogi” nad skarpą. Jest obniżenie, charakterystyczne drzewo i ścieżka wydeptana na azymucie w kierunku lampionu PK 2. 

Podbijamy i przez dziury w ziemi przebijamy się na drogę, która ma nas doprowadzić do kolejnej niebieskiej kropki. Metodą eliminacji wychodzi nam że znajdziemy tu PK 4. Problem w tym, że coś się nie zgadza. Jest niby jakaś skarpa, ale lampion nie na zakręcie skarpy tylko w oddali. Znowu przypominam sobie „mamy nie wygrać” i biorę go jako PK 4. 

Przez PK 14 idziemy szukać kolejnej niebieskiej kropki. PK 8 taki „występek” przy wale wiślanym. Drugi z kolei. Przy pierwszym jakieś światełka czeszą krzaki – pewno TP. Przy drugim – tym właściwym - z krzaków wyplątuje się Leszek. Wyplątuje z trudem, bo krzaki gęste i czepliwe – jak to nad Wisłą. Tyle, że mówi, iż lampionu brak. Nie wierzę i idę w krzaki. Rzeczywiście nie ma! Wracam się do pierwszego wypustka – może tu będzie jakiś PS? Także nie ma. A grupa szukająca całkiem spora. Dobijają do nas Barbara z Pawłem. Nic nie znajdujemy. Idziemy dalej na PK 6. Z Pawłem wchodzimy w krzaki „za wcześnie”. A to całkiem porządne krzaki! Uprzedzając fakty - analiza mapy w domu pokazuje, że to kolejna kropka postawiona nie w środku wycinka – wręcz na jego brzegu! Przypominam sobie, że nie mamy PK 8, więc lampion PK 6 także na dziubku i całkiem niedaleko PK 8 wbijam jako stowarzysza. 

Wesołą grupką zmierzamy do następnego zagęszczenia kropek. Nam z takich „wątpliwych” wycinków został jeden - PK 17. A Barbarze i Pawłowi PK 4. Ciekawe. Okazuje się, że rację mieli oni. Czyli wbijam właściwy PK 4, a tamten zaznaczam, że powinien mieć opis PK 17. Znowu analiza w domu pokazuje, że kropka przy PK 17 była „od czapy” i mogliśmy szukać długo i niczego nie znaleźć wg wycinka właściwego! Ostanie PK to formalność. Także tajemnicza LOPK-a okazała się formalnością – nie trzeba było rozpoznawać państw po flagach, ani domofonami pytać o nazwiska „państwa zamieszkującego posiadłość” ;-) Oczywiście ostatnia kropka do wycinka także była błędnie umiejscowiona, ale wycinak tak oczywisty, że nikt nie miał wątpliwości.

Ostatni PK10 - nie zgadzał się z kropką ale co tam...

Na mecie piękny widok na elektrownię Siekierki i nocną Warszawę. Jeszcze chwila czekania na Agatę i do domu. I znowu zwycięstwo – na pewno nie wygraliśmy z tyloma błędami;-) 

Ognisko z widokiem na Elektrociepłownię

 


piątek, 31 grudnia 2021

Gambit, czyli nie myśl brzuchem tylko głową!

Coś mi ta końcówka roku słabo wychodzi i już regularnie wlokę się w ogonie wyników. Oczywiście wcale mnie to nie zniechęca i z niesłabnącym entuzjazmem gubię się i wlokę po lesie:-)
W drugi dzień Świąt tradycyjnie wybraliśmy się na Gambit. We trójkę. Ja i Tomek nastawiliśmy się na biegi, Agata na marsze.
 
Idziemy na start.
 
Impreza odbywała się w Józefowie, w dość cywilizowanej okolicy, więc teoretycznie szanse na gubienie się były niewielkie. Najpierw wystartowaliśmy Agatę, a potem my ruszyliśmy - każde w swoją stronę. 
 
Start.
 
Do jedynki, prawie pod sam lampion, prowadziły drogi i ścieżki, a dobiegając z daleka widziałam skąd wychodzi Marzena i gdzie idzie dalej. Ponieważ najczęściej biegamy te same trasy, więc starałam się zapamiętać te ważne fakty. Ale i tak aż do czwórki była łatwizna. Piątka w sumie też była łatwa, ale zupełnie pokićkały mi się drogi i oczywiście poszłam w złą stronę. Jeśli krzyżują się więcej niż dwie drogi w jednym miejscu, to dla mnie od razu robi się totalny bałagan i nie ogarniam. Tak jakoś mam. Dobrze, że teren przy drodze, w którą weszłam był inny niż ten spodziewany, więc w miarę szybko zorientowałam się, że coś nie gra. Tym to sposobem z czwórki na piątkę poszłam przez ósemkę. Można i tak.

 
Bardzo naokoło do piątki.
 
Szóstka i siódemka weszły gładko - zdecydowanie łatwiej mi się kierować kompasem niż kierunkami dróg:-) Byłam pewna, że ósemkę znajdę bez problemu, w końcu już na niej raz byłam. Ta pewność mnie zgubiła, bo zamiast patrzeć na kompas, to patrzyłam po krzakach, które okażą się znajome. A krzaki, jak to krzaki - wszystkie takie same. Zamiast więc po kresce, na ósemkę poszłam łukiem. Piszę - poszłam, bo jakoś od tej wpadki z piątką trochę podupadłam na duchu i nie chciało mi się za bardzo biegać, szczególnie jeśli teren nie sprzyjał bieganiu.

W drodze na dziewiątkę (Fot. Andrzej)
 
Końcówki dziewiątki i dziesiątki trochę spitoliłam, bo nagle zrobiłam jakieś odchyłki w bok, zupełnie nie wiem po co i dlaczego. Najwyraźniej znudziło mi się przedzieranie przez gęstwinę. Za to kolejne trzy punkty poszły dobrze, noo prawie dobrze, bo trzynastki szukałam na sąsiednim dołku. Ale znalazłam! 
Na czternastkę szłam z dużą pewnością, bo przecież znalezienie charakterystycznego drzewa, blisko ogrodzenia, to przecież pestka, bułka z masłem, pikuś. No więc otóż właśnie nie. W sumie to tam były głównie drzewa charakterystyczne. Obejrzałam wszystkie i przy żadnym nie było lampionu. Dobrze, że w międzyczasie przybiegła Ula i Małgosia i z ich  poczynań widzianych z oddali wywnioskowałam gdzie rośnie to cholerne drzewo.

Niby łatwo, a trudno.
 
Ostatnie dwa punkty to już brałam za pomocą koleżanek, nie siląc się na samodzielne myślenie skoro tak mi marnie w tym dniu wychodziło. Chyba za dużo się obżarłam w Święta i całe myślenie zużyłam na trawienie. Na metę biegłam z Ulą, bo Gosię bolała noga i szła sobie wolniej. Okazało się, że znalezienie mety wcale nie jest takie proste. Najpierw podbiegłyśmy do startu, potem do oznaczenia miejsca zawodów i dopiero ktoś nas litościwie wykierował na właściwy lampion. A wystarczyłoby żeby choć jedna z nas popatrzyła na mapę...
No i tak właśnie gubiąc się w prostym terenie zapracowałam sobie uczciwie na ostatnie miejsce. Dobrze, że chociaż trochę kalorii też udało się zgubić:-)

Moje nieoczywiste warianty.


czwartek, 30 grudnia 2021

Na przystanek 3!

Renata znowu znalazła wymówkę przed bieganiem. A bo to okna, ciasta, pierogi, barszczyk… Każda wymówka dobra!

Lampion startowy
 
Na starcie raczej kameralnie. Niewiele aut, żadnego tłumu… Pewno dlatego, że w sobotę zaanonsowały się trzy „konkurencyjne” imprezy i nie dało się wszystkich obskoczyć. Trasa C – prawie 7 km. Do pierwszego punktu – krzale, leżące gałęzie po niedawnej wycince – słowem niefajnie;-( Jedyny plus, że teren podmokły okazał się raczej suchy. Do PK 2 nawet znalazłem kawałek drogi. Niestety, nie biegła w idealnie dobrym kierunku i musiałem z niej zrezygnować gdzieś tak w połowie odległości do lampionu. 

Do PK3 daleeeeko. Tu już nie pchałem się przez to pobojowisko ściętych gałęzi i ile się da drogami. PK 4 i PK 5 po kresce, przez krzaki, bo niedaleko, zresztą trochę się przejaśniło w poszyciu lasu. Do PK 6 pioruńsko daleko. Ponad kilometr. Najpierw „wpław” przez wyschnięte mokradło, potem drogami, których nie ma na mapie. W pewnym miejscu „zakręciłem się”: w terenie drogi jak byk, na mapie niespecjalnie coś tu powinno być. W efekcie trafiłem na lampion z PK 12. Gdyby go tam nie było, pewno dłużej lokalizowałbym miejsce swojego pobytu. 

PK 7 przebiegłem. Ot, taki „dupny” kopczyk w terenie, na mapie oznaczony był mizerną kropką, a taki na mapie oznaczony dwoma poziomnicami w terenie prezentował się mizernie. Dlatego szukałem lampionu znacznie dalej. Pamiętam, że już kiedyś w tej okolicy także miałem trudności z namierzeniem się na punkt - widać mapa musi być tu dość „specyficzna”. Oczywiście ósemki, która była niedaleko, także dłuższą chwilę poszukałem;-( 

Przy PK 9 pojawił się jakiś taki dwuosobowy tłum z krótszych tras, przemieszczający się w przeciwną stronę niż ja. 

Na dziesiątkę udało się sprawnie trafić – bądź co bądź to punkt podwójny i byłem na nim wcześniej. I zaczynamy zabawę z „rodzynkiem” czyli PK 11. Samotny dołek na zielonym. Może nieduży obszar do przeczesania, ale zielone na mapie sugeruje słabą widoczność. I tak jest w praktyce. O dziwo, nie było aż tak źle – owszem, najpierw znalazłem „ten drugi” samotny dołek, ale wtedy już wiedziałem gdzie szukać tego właściwego, z lampionem. 

PK 12 – już wcześniej odwiedziłem, więc „bułka z masłem”. PK 13 i znowu powrót na dołek znany z PK 11 – tym razem „bezbłędnie”. PK 15 ciężko przeoczyć, bo u podnóża nasypu wysokiego na kilka pięter. Może przeoczyć niełatwo, ale znowu nie wszedłem na punkt „czysto”. Niby te 20-30 metrów różnicy, ale człowiek musi zwolnić, rozejrzeć się, a nieraz nawet zatrzymać i zerknąć w mapę. Zawsze to dobre kilkanaście sekund straty… 

Przedostatni PK 17 miał być na końcu mokradła. Biegnę drogą, przecinam mokradło i za mokradłem w lewo (najlepiej ścieżką zaznaczoną na mapie) prosto na punkt. Tak mówi mapa. Więc się rozpędzam, przebiegam przez obniżenie z mokradłem, droga w lewo to skręcam. Przebiegam te 100m i na wszelki wypadek zbiegam na brzeg obniżenia, gdzie ma być lampion. Tyle, że lampionu nie ma. I to mokre obniżenie wcale się nie kończy jak powinno! Może jestem za blisko? Biegnę dalej obserwując mokradło. Nie – jestem stanowczo za daleko, mokradło znowu się pogłębia- tak być nie miało! Zatrzymuję się i studiuję mapę. Chwila… to mokradło się rozdziela na mapie przed drogą którą je przecinałem i powinienem przebiec dwa mokradła i dopiero skręcić w lewo! Ok, wiem gdzie jestem ale strata czasowa znacząca;-( Znajduję po chwili właściwe miejsce i lampion. 

Jeszcze ostatni PK 18 ukryty w rowie i dobieg na metę. Dodam, że meta „trudnozajdowalna”- takie miejsce łatwe do przeoczenia – bez spektakularnego miejsca na finisz (byli tacy, co nie odbili mety, jak widać w wynikach). I w dodatku daleko od punktu sczytywania chipów. Truchtam do sczytania naokoło – tak, by dobić do 10 km – zawsze to ładniejszy dystans widoczny na Stravie;-) 


 

Coś ostatnio się rozkalibrowałem – takie głupie wpadki jak z PK 18 czy PK 7 i to nagminne nietrafianie w lampion i straty czasu na jego poszukiwanie. 


 

środa, 22 grudnia 2021

Zamiast tortu

„Tradycyjnie” zamiast spędzać kolejny jubileusz za stołem pochłaniając ciasta i wysokooprocentowane trunki, poszedłem w las. Nie dość, że poszedłem, to jeszcze zorganizowałem. UrodzInO. Ot, taka „nowa świecka tradycja”.
Zaczynają mi się kończyć lokalizacje na UrodzInO. Jako że 17 grudnia zwykle nie wypada w dzień wolny od pracy – musi być miejsce z dobrą komunikacją i blisko mojego domu. A to rzeczy ciężkie do pogodzenia. Rembertów, Kawęczyn, Marysin już wyeksploatowałem. Metodą eliminacji padło na Ząbki. Taki niewielki kawałek, gdzie nigdy nic nie robiłem. Niby niewielki kawałek terenu, ale czy na UrodzInO trzeba go dużo?
Odświeżyłem mapę, którą kiedyś rysowałem i poszedłem w las. W terenie co chwila dołek. Pomyślałem i zrobiłem wersję pierwszą mapy. Taką na czasie. Coś tam o Omikronie i reszcie wirusów. 34 PK. Dałem ją Renacie do przetestowania…. Nie wyszłaby w ogóle do lasu. Słowem - za trudna. 

Musiałem ją znacznie uprościć. Wiadomo, w nocy wszystkie dołki są takie same, ale założyłem, że lampion co 20 m w ciemnym lesie sprawi wiele uciechy uczestnikom i coś tam zawsze znajdą;-) 

W TEN dzień najpierw tyrałem przy robieniu nietypowych lampionów (nietypowy jest wtedy, gdy lampion jest mniejszy od kredki do niego przyczepionej;-), a około godziny 14-tej poszedłem je wieszać w lesie. Myślałem, że pójdzie szybciej, ale zeszło mi prawie 2 godziny! Tyle czasu (a nawet mniej) będą mieli uczestnicy, by odszukać lampiony w lesie po nocy! Na szczęście nie muszą odszukiwać wszystkich, w szczególności tych stowarzyszonych… 

Nadeszła ciemna noc, zza chmur jak zwykle świecił księżyc, więc nastał czas wyruszenia na start. Niby podjechaliśmy wcześniej, ale już po drodze widzieliśmy uczestników kończących dojściówkę. Jeden stał już przy szlabanie, drugi chował się w krzakach…. 

Rozłożyliśmy stolik, włączyliśmy zegar i się rozpoczęło. W ruch poszła wymiana życzenia/żelki za mapę;-) Niektórzy wykazali się inwencją. Zamiast żelek znalazł się dżemik, ogórki, a nawet nalewka… 

Ciekawe co Paweł wyciągnie z plecaka...

Jak widać nie tylko żelki były w ruchu

Jak nic jakiś granat?

I do kompletu tajemniczy pakunek
 
W zamian uczestnicy dostali po dwie kartki. Zalaminowane, by było trudno na nich pisać. Niby zadanie proste – latarka, nałożyć jedno na drugie, podświetlić – ze szwajcarek robi się prawie pełna mapa i w las. Jakoś nie wszyscy wpadli na ten oczywisty pomysł. Stali długo zastanawiając się nad mapą. No dobra, matematyka użyta do wyznaczania ilości punktów, do potwierdzenia, czy limitów czasów niektórych wyraźnie zaskoczyła. Liczyli i liczyli i wychodziły im dziwne wartości…. 

fot. Andrzej Krochmal

fot. Andrzej Krochmal

fot. Andrzej Krochmal



Mapy należało sobie "wylosować"




Wreszcie wszyscy zniknęli w lesie. Od czasu do czasu coś błysnęło w krzakach, ale wyraźnie wszyscy skupili się na eksploracji tych dalszych terenów lasu. Z relacji wiem, że jeden zespół postanowił przepłynąć jedyne „bagienko” w okolicy. Od innych uczestników słyszałem, że grupowe poszukiwanie punktu przy zabudowaniach ul. Wrzosowej zaniepokoiło mieszkańców, którzy przyszli pomóc w poszukiwaniach;-). Właściwie to żałuję, że sam nie startowałem – miotanie się po tak małym terenie, wśród takiej ilości dołków musiało być fajne;-) 

fot Andrzej Krochmal


Wreszcie co niektórzy zaczęli wracać. Dorobek punktowy różny. Jedni znaleźli wszystko (no, stowarzysze bywały), inni brali tylko jedną szwajcarkę. Decydująca rolę grał czas. Tak to jest przy krótkich etapach - czas jest decydujący. 

O dziwo, wszyscy wrócili przed zamknięciem mety! Zostało zebrać co się da z lasu i pojechać do domu liczyć wyniki. Za rok jak nic sam pójdę na swoją trasę, a co!