Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józefów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józefów. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 lipca 2024

Rowerem, ale pieszo

Kiedyś, chyba raz, pojechałem na RJnO rowerem. Ale do RJnO potrzeba nie tylko rower – bez mapnika to nie jest jazda, a ja mapnika nie posiadam! 

Tym razem zawzięcie na kolejną rundę rowerowego Wszechpucharu (nazywanego skromnie Intergalaktycznym), a przy okazji Grand Prix Dzielnicy Wawer bardzo zapraszał Janek. Wysyłał e-maile, kusił…. Trochę daleko - 20 km w jedną stronę (rowerem), by pokonać rowerem trasę ok. 10km i wrócić (kolejne 20 km rowerem). Ale… można było startować i bez roweru! A co tam i tak miałem zamiar w sobotę pobiegać minimum 10 km, więc pojechałem (autem, a nie rowerem oczywiście) na te rowerowe zawody;-) 

We Wszchpucharze każdy dostaje imienny numer startowy na cały cykl
 
Pogoda upalna, teren to lasek w Michalinie ze znaną Górką Śmieciową, długości tras jak pisałem do jakiś 10km (dla rowerów). Przed zawodami, z rana/ w nocy ulewa. I to taka z tych większych. Gdy przyjechałem organizatorzy na wszelki wypadek rozbijali namiot, choć wg prognoz padać już nie miało. 

Przeczekawszy uzbrojenie bazy startowej w zadaszenie pobrałem mapę i ruszyłem. Dostałem mapę „ze wszystkimi punktami”, ot taki scorelauf i do tego dwie karty startowe. Dwie karty, bo na mapie numeracja PK zaczynała się od 1, a kończyła na 39. Dystans – bliżej nieznany, bo najdłuższe trasy rowerowe miały tylko część z PK obecnych na mapie, a długości scorelaufu nikt nie mierzył. 

Z zapałem ruszyłem na wschód do PK 26, potem PK 27. Odbiegając od niego w kierunku PK 7 zorientowałem się, że przeoczyłem punkt w samym rogu mapy (PK 38). Teraz wracać się po niego to dodatkowy kilometr;-( A mogłem go zaliczyć jako pierwszy, bo był „prawie po drodze”. Popatrzyłem uważniej na mapę i wyszło mi, że mogę go zaliczyć jako ostatni PK - może będzie ciut bliżej, niż gdybym zrobił to teraz. 

Pobiegłem dalej. 

Bieganie na mapie rowerowej, gdzie lampiony są przy drogach, nie daje wielu możliwości wykazania się przedzieraniem przez krzaki na azymut. Drogą biegnie się szybko, punkty nie są w miejscach super charakterystycznych, więc lepiej nabiegać drogą niż na azymut, bo potem nie zawsze widomo czy lampion będzie na prawo, czy na lewo. 

Gdzieś tak od PK 9 zaczęli pojawiać się rowerzyści. Na mapie punkty stały „stadami”, często na sąsiednich drogach. Wyraźnie jeden z nich był na sprint, a drugi na etap middle. Dzięki temu mniej więcej na co drugim PK pojawiali się rowerzyści, bo pierwszy wystartował sprint. Czasami dawało się przebiec „na skróty”, ale były to króciutkie przebiegi. 

Pierwsze mini problemy pojawiły się przy PK 24. Troszkę zniosło mnie w prawo i przymierzałem się do szukania lampionu na sąsiedniej ścieżce. Większą wpadką okazał się PK 11 – tu mnie wyraźnie zniosło (znowu w lewo), nie zauważyłem ścieżki i chwilę miotałem się w poszukiwaniu właściwej ścieżki i lampionu. Tak bywa gdy człowiek przyzwyczaił się do biegania drogami;-) 

PK 30 to długie (rowerowe) przebiegi. Lampion stał przy ulicy, ale na moje oko w zupełnie innym miejscu niż na mapie. Dobrze, że nie było skrótu, bo wtedy jego znalezienie byłoby trudne. 

Końcówka „zachęcała” do azymutów. Niestety, coś mi te azymuty nie wychodziły. Długie szukanie PK 2 – najpierw zniosło mnie tu wyraźnie w prawo na sąsiednie skrzyżowanie, a że lampiony 2 i 28 zamieniły się miejscami, po znalezieniu PK 2 (w miejscu PK 28) zacząłem szukać PK 28 na północ. Chwilę zajęło mi ogarniecie się w plątaninie ścieżek, zanim znalazłem brakujący lampion. 

Przy PK 36 (koło startomety) zaczęło podać. W efekcie PK 1 szukałem dość nieporadnie i długo. Z PK 1 zaś zamiast wybiec na ulicę trafiłem na płot, który mnie zdezorientował i cofnąłem się prawie do startomety;-( 

Zostały dwa ostatnie PK: PK 14 i ten zapomniany na starcie PK 38. Oba przy głównej drodze. Z nieba - ulewa. I to taka naprawdę dobra ulewa. Czekałem na grad, choć chyba przeszedł bokiem. Ale widoczność (w okularach) ujemna, pot spłukiwany strugami deszczu z czoła zalewa oczy (wiadomo jakie to nieprzyjemne), a ja biegnę skrajem uczęszczanej ulicy, po kałużach mkną oślepione deszczem  samochody… 

Ja, deszcz, namiot i rowerzyści

Ale znalazłem co trzeba i na metę dobiegłem, gdy opad zaczynał słabnąć. No, może bardziej właściwe było by określenie „dopłynąłem”. Nieliczni, którzy wrócili, tłoczyli się pod namiotem niczym zmokłe kury, a Janek nawet nie chciał oglądać przemoczonych kart (wysiadły pisaki którymi na karcie notował czas mety). Zatopione rowery leżały w okolicznych kałużach…. Słowem fajowo;-) 

 
Ostatnie krople deszczu

W gruncie rzeczy, można powiedzieć, że byłem na zawodach rowerów wodnych na piechotę i nawet mi się spodobało;-) Następna runda po wakacjach i może się wybiorę, skoro dostałem na starcie imienny numer startowy;-) 

Już po deszczu - zostało tylko morze śródlądowe

Organizator chyba przewidział powódź bo zapewnił Ratownika;-)

 


 

środa, 5 kwietnia 2023

Trzy kroki od startu, czyli ZAW-OR

Tydzień po niezbyt szczęśliwym dla mojej kostki Leśnym Mózgu pojechaliśmy na ZAW-OR, bo postanowiłam się nie poddawać. Tym razem jednak ubrałam nogę i zapisałam się na krótką trasę. Pogoda była łaskawa, bo ani za zimno, ani za ciepło, więc zapowiadała się przyjemna rozrywka.

 Gotowi do startu.

Jak już ogarnęłam, że mapę dadzą mi dopiero po odbiciu clear, check i start (a nie jak na treningach - od razu), mogłam wreszcie ruszyć. Mogłam,  ale nie ruszyłam dalej niż trzy kroki. Najpierw nie mogłam znaleźć na mapie trójkąta startowego, a potem umiejscowić się w terenie, bo jakoś nie przyszło mi do głowy, że trójkąt z mapy odpowiada wielkiemu banerowi "start", a nie miejscu wydawania map. Rany, człowiek parę tygodni nie biega i już nie może się odnaleźć w swojej dyscyplinie. Zgroza.

Check odbijam z dumą.
 

Tak jakby wystartowałam:-)

Jeszcze bardziej wystartowałam.
 
Do jedynki od razu na azymut, powtarzając sobie w myślach: żeby tylko trafić, żeby tylko trafić... Pomogło. Trafiłam. Dwójka wyglądała na łatwą, bo blisko zabudowań, więc był punkt odniesienia. Poszło. Do trójki pobiegłam głupio, bo pomyliły mi się ścieżki i na skrzyżowaniu drogi z linią energetyczną pobiegłam w prawo zamiast w lewo. W efekcie zamiast lecieć wygodnie ścieżkami pod sam punkt musiałam przedzierać się przez zielone i jeszcze bardziej zielone. W sumie to cud, że w ogóle trafiłam. Ponieważ spotkałam tam Tomka, więc pobyt na punkcie mam udokumentowany.

PK 3

Też PK 3
 
Kolejne trzy punkty zaliczyłam w mistrzowskim stylu, choć bardziej pod względem nawigacyjnym niż biegowym. Trzy miesiące siedzenia w domu, obżerania się i tycia jednak zrobiły swoje i bardziej toczyłam się jak mała baryłeczka niż biegłam. Ale co tam... 
Dobra passa skończyła się po szóstce. Niby ustawiłam azymut, ale postanowiłam troszkę naginać w prawo, żeby czasem nie ominąć rowu, na końcu którego miał wisieć lampion. Tak przegięłam z tym naginaniem, że sporo przed początkiem rowu wyszłam na ulicę. Z ulicy to już łatwo było znaleźć rów, a potem jego odległy koniec. Trochę obciachowo wyszło.

Przegięcie przy PK 7.
 
Po tej nauczce już bardziej pilnowałam tego, co robię i znowu zaczęło żreć. Ale azymutu pilnowałam do tego stopnia, że nie przepuściłam żadnej gęstwinie czy młodnikowi, jakie były na linii.
Dwunastki zaczęłam szukać trochę za wcześnie, ale tak mi się dłużyło, że myślałam, że to już. Na szczęście jakaś przebiegająca  konkurencja podpowiedziała mi, że jeszcze kawałek, więc nie straciłam zbyt dużo czasu. Ostatnie dwa punkty litościwie nie sprawiły żadnych problemów i na metę też udało się trafić.
Na koniec trochę poprzepychałam sobie drzewo, bo to taka nasza świecka tradycja po każdym bieganiu i ciut porozciągałam człowieka.

Pchamy, pchamy...

I wykrok....
 
A potem to już tylko cieszyłam się, że wracamy do domu na obiad z deserem i tortem (akurat tak się złożyło). Ale ponieważ miałam już pobiegane, uznałam, że jak najbardziej mi się należy. A co? Może nie?


 A to cały przebieg.

środa, 29 marca 2023

Leśny Mózg, czyli nie do końca udany powrót do gry.

Po Falenicy dwa tygodnie odpoczywałam, ale nie żebym tyle potrzebowała, tylko tak wyszło. Kiedy nadszedł Leśny Mózg byłam już tak wyposzczona, że w porywie szaleństwa zapisałam się na trasę ponad pięciokilometrową, a żeby jeszcze bardziej zamanifestować swoją odwagę, nie założyłam na kostkę ortezy, tylko postanowiłam pobiec na golasa.

Przed startem.

Ruszyłam sobie spokojnie, ale jednak biegiem (no dobra, truchtem, wolnym truchtem). Dla bezpieczeństwa najpierw drogami, dopiero potem w las.

Start.

Jedynka, dwójka, trójka weszły spokojnie. Po trójce doznałam chwilowego zaćmienia umysłu, bo na czwórkę usiłowałam pobiec kilkoma wariantami naraz i w końcu już nie wiedziałam, którym biegnę. Na szczęście teren był charakterystyczny, bo musiałam przebiec za wydmę, a potem dobiec do właściwego skrzyżowania. Przy czwórce dogonił mnie Tomek, mam więc fotki z punktu i z przebiegu na piątkę.

 
PK 4.


W drodze na PK 5

Znowu przez kilka kolejnych punktów szło całkiem dobrze, chociaż gdzieś od ósemki musiałam zwolnić, bo jednak czułam nogę. Lecąc na azymut (a głównie tak) musiałam dobrze uważać na podłoże, które było takie sobie. Ale w lesie było tak przyjemnie, że aż szkoda było by się spieszyć, więc akurat.
Do dwunastki można było dotrzeć albo obiegając wydmę, albo włażąc na nią i złażąc potem w odpowiednim miejscu. Nie wiem co mnie podkusiło, żeby włazić zamiast obiec. Przy włażeniu zmachałam się trochę i miałam wrażenie, że idę i idę i w efekcie zaczęłam szukać punktu za wcześnie. No bo skoro tak idę i idę... Miejsce było całkiem podobne (między dwoma gęstwinkami), a i jakiś innych zawodników widziałam czeszących. Ku swojemu zdumieniu lampionu nie znalazłam. Konkurencja też. Postanowiłam zejść do zabudowań i od nich się namierzyć, ale nawet trochę wcześniej  zidentyfikowałam jedno ze skrzyżowań i ostatecznie namierzyłam się od niego. Pełen sukces, punkt podbity.

 No gdzie ta dwunastka?
 
Do trzynastki poszłam jak po sznurku, a potem została już tylko "drogowa" czternastka i meta. I na tej ostatniej prostej drodze, gdzie sterczał jeden jedyny korzeń, ja oczywiście musiałam przywalić zepsutą (gołą) nogą z całej siły. W pierwszej chwili wydawało mi się, że końcówkę zrobię już na czworakach, ale zacisnęłam zęby i doszłam w pozycji pionowej, a do samej mety nawet podbiegłam.

 Uff..., meta.

Było bardzo miło, pogoda świetna, wynik nie ważny z założenia, tylko ta noga... Na wieczór trochę spuchła i pobolewała, ale przede mną i tak były dwa tygodnie bez zawodów, więc spoko. Przez dwa tygodnie to ho, ho....

 
Moja trasa


piątek, 31 grudnia 2021

Gambit, czyli nie myśl brzuchem tylko głową!

Coś mi ta końcówka roku słabo wychodzi i już regularnie wlokę się w ogonie wyników. Oczywiście wcale mnie to nie zniechęca i z niesłabnącym entuzjazmem gubię się i wlokę po lesie:-)
W drugi dzień Świąt tradycyjnie wybraliśmy się na Gambit. We trójkę. Ja i Tomek nastawiliśmy się na biegi, Agata na marsze.
 
Idziemy na start.
 
Impreza odbywała się w Józefowie, w dość cywilizowanej okolicy, więc teoretycznie szanse na gubienie się były niewielkie. Najpierw wystartowaliśmy Agatę, a potem my ruszyliśmy - każde w swoją stronę. 
 
Start.
 
Do jedynki, prawie pod sam lampion, prowadziły drogi i ścieżki, a dobiegając z daleka widziałam skąd wychodzi Marzena i gdzie idzie dalej. Ponieważ najczęściej biegamy te same trasy, więc starałam się zapamiętać te ważne fakty. Ale i tak aż do czwórki była łatwizna. Piątka w sumie też była łatwa, ale zupełnie pokićkały mi się drogi i oczywiście poszłam w złą stronę. Jeśli krzyżują się więcej niż dwie drogi w jednym miejscu, to dla mnie od razu robi się totalny bałagan i nie ogarniam. Tak jakoś mam. Dobrze, że teren przy drodze, w którą weszłam był inny niż ten spodziewany, więc w miarę szybko zorientowałam się, że coś nie gra. Tym to sposobem z czwórki na piątkę poszłam przez ósemkę. Można i tak.

 
Bardzo naokoło do piątki.
 
Szóstka i siódemka weszły gładko - zdecydowanie łatwiej mi się kierować kompasem niż kierunkami dróg:-) Byłam pewna, że ósemkę znajdę bez problemu, w końcu już na niej raz byłam. Ta pewność mnie zgubiła, bo zamiast patrzeć na kompas, to patrzyłam po krzakach, które okażą się znajome. A krzaki, jak to krzaki - wszystkie takie same. Zamiast więc po kresce, na ósemkę poszłam łukiem. Piszę - poszłam, bo jakoś od tej wpadki z piątką trochę podupadłam na duchu i nie chciało mi się za bardzo biegać, szczególnie jeśli teren nie sprzyjał bieganiu.

W drodze na dziewiątkę (Fot. Andrzej)
 
Końcówki dziewiątki i dziesiątki trochę spitoliłam, bo nagle zrobiłam jakieś odchyłki w bok, zupełnie nie wiem po co i dlaczego. Najwyraźniej znudziło mi się przedzieranie przez gęstwinę. Za to kolejne trzy punkty poszły dobrze, noo prawie dobrze, bo trzynastki szukałam na sąsiednim dołku. Ale znalazłam! 
Na czternastkę szłam z dużą pewnością, bo przecież znalezienie charakterystycznego drzewa, blisko ogrodzenia, to przecież pestka, bułka z masłem, pikuś. No więc otóż właśnie nie. W sumie to tam były głównie drzewa charakterystyczne. Obejrzałam wszystkie i przy żadnym nie było lampionu. Dobrze, że w międzyczasie przybiegła Ula i Małgosia i z ich  poczynań widzianych z oddali wywnioskowałam gdzie rośnie to cholerne drzewo.

Niby łatwo, a trudno.
 
Ostatnie dwa punkty to już brałam za pomocą koleżanek, nie siląc się na samodzielne myślenie skoro tak mi marnie w tym dniu wychodziło. Chyba za dużo się obżarłam w Święta i całe myślenie zużyłam na trawienie. Na metę biegłam z Ulą, bo Gosię bolała noga i szła sobie wolniej. Okazało się, że znalezienie mety wcale nie jest takie proste. Najpierw podbiegłyśmy do startu, potem do oznaczenia miejsca zawodów i dopiero ktoś nas litościwie wykierował na właściwy lampion. A wystarczyłoby żeby choć jedna z nas popatrzyła na mapę...
No i tak właśnie gubiąc się w prostym terenie zapracowałam sobie uczciwie na ostatnie miejsce. Dobrze, że chociaż trochę kalorii też udało się zgubić:-)

Moje nieoczywiste warianty.


sobota, 4 stycznia 2020

Noworoczne Bąbelki

Ledwo skończył się stary rok, a już od razu zaczął się nowy. Nawet człowiek nie miał kiedy odpocząć po Sylwestrze, a już trzeba było jechać na pierwsze InO w tym roku. Noworoczno-Bąbelkowe tym razem odbyło się w Józefowie, więc mieliśmy blisko. Może nie tak blisko jak w zeszłym roku, ale przynajmniej nie musieliśmy organizować:-)
Podobnie jak większość uczestników zgubiliśmy się już na dojeździe do startu, bo nawigacja swoje, a życie swoje. Twórcy nawigacji chyba powinni wziąć parę lekcji orienteeringu, żeby tak głupio nie prowadzić. Chociaż nie wiadomo, czy wtedy nie kazali by jechać na azymut przez krzaki:-)

Noworoczny tost.

Tradycyjnie zaczęliśmy od noworocznego toastu i życzeń, a potem jako pierwsi dopchaliśmy się do startu. Ponieważ byliśmy we trójkę z Agatą, a zapisaliśmy się na TZ (jest ryzyko, jest zabawa*), musieliśmy podzielić się na dwa zespoły - męski i żeński. Znaczy, nie musieliśmy akurat w takim układzie, ale tak nam wyszło. Mapa nie wyglądała jakoś groźnie, a ponieważ Tomek odbierał fanty od znajomych i trochę mu zeszło, więc postanowiłyśmy ruszyć same. Takie bohaterki jesteśmy:-) A nie, zanim ruszyłyśmy jeszcze dopasowałyśmy część wycinków. No dobra, Agata większość dopasowała. Ale ona w Sylwestra wcześniej poszła spać niż ja:-)
No to w drogę! Na trzynastkę. Znalazłam polanę, już miałam włazić na jej róg, a Agata mi na to, że po złej stronie ścieżki. Nooo, jakby faktycznie. Wszystko się zgadza, tylko strony nie. Zgłupiałam totalnie i nijak nie umiałam rozwiązać tego problemu. No bo niby lustro, a jak nie lustro to nie pasuje do schematu i rób co chcesz - nie ugryziesz. Z tego zgłupienia zaczęłyśmy wracać po Tomka, co się nam gdzieś zawieruszył, bo w nim cała nadzieja. I wiecie co się okazało, jak już go znalazłyśmy? Że jesteśmy ciemnoty i nie zauważyłyśmy, że cały schemat był zlustrowany, a nie wycinek. Cha, cha, cha. Taki żarcik noworoczny autora trasy. A dodatkowo dopasowuje się po dwa (na ogół) wycinki w jedno miejsce. Do spółki dopasowaliśmy resztę wycinków i dalej już ruszyliśmy rodzinnie.
W okolicach PK X nad wodą.

Poza psikusem ze zlustrowanym schematem przejścia, więcej problemów już nie było. Akurat na tę imprezę autorzy nie przesadzają z utrudnieniami, bo i tak jest deficyt wygrywców:-) Wiadomo - kto wygra, musi organizować, więc czujność w poszukiwaniu punktów potrzebna jest często, żeby zamiast właściwego wziąć stowarzysza.
Cały czas poruszaliśmy się w tłumie, bo chyba wszystkie trasy marszowe miały tę samą trasę, a do tego jeszcze była cała masa biegaczy. W sumie szukać punktów nie trzeba było wcale, bo wystarczyło iść za wszystkimi i jedyną ewentualną trudnością było rozpoznanie jaką punkt ma nazwę:-) Sfrajerowaliśmy się trochę z PK 15, bo za późno zauważyliśmy, że jest na tym samym kawałku co jedynka i czwórka. Do tej pory w jedno miejsce wchodziły dwa wycinki, a jak autor mapy już uśpił czujność zawodników, to nagle walnął trzy. Taka przebiegła bestia. Czujnością wykazał się oczywiście Tomek, bo my nawet nie zauważyłyśmy, że jakaś piętnastka jest do wzięcia. Na szczęście niezbyt daleko musieliśmy wracać.


 Tę fotkę cyknął nam na trasie Andrzej.

Tak gdzieś od połowy trasy coraz mniejszą uwagę zwracałam na mapę, bo cała skupiłam się na szampanie, co to go przed wyjściem na trasę wypiłam (swoją i tomkową porcję), a który to szampan właśnie dotarł do przeciwległego końca układu pokarmowego i strasznie mnie uwierał. A tu tłum ludzi dookoła, ustronnego miejsca nie uświadczysz. Jakoś udało się dotrzeć na metę, tylko cały czas bałam się, że Tomek będzie chciał jeszcze pobiec na BnO, a ja chciałam w stronę domu. O dziwo, nawet specjalnie nie nalegał na to bieganie, szczególnie kiedy ustaliliśmy, że po przyjeździe do Zielonki od razu przelecimy się po naszym lasku. 

 I już na mecie.
 
Na mecie czekały pyszne sałatki, których nie omieszkałam spróbować i dopiero po fakcie przypomniało mi się, że właśnie zaczęłam się odchudzać. Ale nie żałuję - były warte grzechu. Czy ktoś wie kto jest autorem? Przepis bym wzięła na tę żółtą z kukurydzą.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Korzystając z okazji życzę wszystkim czytaczom dobrego 2020 roku - niech się Wam wiedzie!

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
* Kto wygra TZ, ten organizuje kolejną edycję imprezy.

piątek, 15 lutego 2019

Orient czyli spacer po wysypisku.

Po sobotnim bieganiu nadszedł czas na niedzielne maszerowanie, czyli Orient Trepa. Przed rozpoczęciem imprezy miało jeszcze odbyć się podsumowanie TMWiM-a za zeszły rok, a ponieważ Tomek jest sędzią konkursu, więc miał odpowiedzialne zadanie uhonorowania statuetkami i dyplomami najlepszych uczestników. Poszło sprawnie i nawet sam sobie wręczył nagrodę - taki jest wielofunkcyjny. Tylko w nagłośnieniu wspomagał go Piotrek, bo to człowiek o wielkim głosie i dobrze się sprawdza w roli megafonu.

Zwycięzcy kategorii TU.
Fot.: Andrzej Krochmal

Po zakończeniu części oficjalnej mogliśmy ruszyć na trasę. Mapa pierwszego etapu poszatkowana była na dwanaście części, każda w kształcie trylinki, a na domiar złego wycinki stykały się ze sobą, a nie pokrywały. Nawet na milimetr. I jeszcze dodatkowo były poobracane, a niektóre zlustrowane. Od razu wyjęliśmy nożyczki i taśmę klejącą i usiłowaliśmy poskładać to do kupy. Jakoś po sklejeniu trzech wycinków poddaliśmy się i postanowili resztę dopasowywać w terenie. Okazało się, że wcale to nie był głupi pomysł. Szło dobrze aż do wysypiska śmieci, które w tym rejonie uchodzi za główną atrakcję turystyczną i już w kolejnych zawodach stawiane są tam punkty. Usytuowanie wycinków względem siebie wciąż nam się zgadzało, ale względem dołączonego schematu, to mi jakoś przestało. Tomek utrzymywał, że jest dobrze, ale ja wcale nie umiałam się odnaleźć w tej śmietnikowej rzeczywistości. Dodatkowo dotarliśmy do wycinków zlustrowanych i wtedy już całkowicie straciłam wątek. Luster to ja nie ogarniam i nawet już nie próbuję niczego z tym zrobić. Poddaję się. Przez jakiś czas szłam więc tak za Tomkiem, ufając, że wie co robi i specjalnie nie angażując się w prowadzenie. Pod sam koniec trasy, jak wyszliśmy z luster, ogarnęłam się i znowu wiedziałam gdzie jestem. 
Cała ta wyprawa zajęła nam mnóstwo czasu, ale uznaliśmy, że zapłacone, to trzeba wykorzystać do maksimum i wcale, ale to wcale nie spieszyliśmy. Tylko za czas udało nam się uzyskać 100 punktów karnych:-)
Drugi etap wyglądał przyjaźniej, bo były tylko cztery wycinki i to zachodzące na siebie, czyli to, w czym czuję się dobrze. Od razu udało mi się poskładać mapę, a Tomek pracowicie posklejał ją do kupy. I poszliśmy. A tak w ogóle, to w lesie było wyjątkowo przyjemnie - zacisznie, ciepło, zielone mchy - no, tak już wiosennie. Też się nie spieszyliśmy, bo i po co?

Na żywo wyglądało znacząco ładniej.

Ja to miałam więcej czasu na delektowanie się spacerem, bo swoją robotę (składanie mapy) odwaliłam na samym początku, a prowadzeniem zajął się Tomek. Dwóch poskładanych map nie mieliśmy, więc czułam się zwolniona z obowiązku śledzenia trasy. No dobra, tak kontrolnie zaglądałam mu przez ramię, głównie żeby sprawdzić czy daleko jeszcze.

Tomek ustala (sam ze sobą) gdzie pójdziemy dalej.

Udało nam się załapać na stowarzysza, bo jakoś mało czujni byliśmy. I tylko 17 minut lekkich. Tak trochę zaczęliśmy się nawet spieszyć, bo zapisaliśmy się też na biegi. Ostatecznie jednak zrezygnowaliśmy z biegania, bo organizator też człowiek i do domu kiedyś musi wrócić, a tak to czekałby na nas i czekał i czekał. No to ruszyło nas sumienie i odpuściliśmy. Ja i tak czułam w plecach te przebyte kilometry. Zauważyłam, że ta sama ilość kilometrów przebiegnięta jest mniej męcząca (dla kręgosłupa) niż przejdzięta (no właśnie, co zrobiona??). Ale mi się porobiło!
Ostatecznie po obu etapach zajęliśmy ósme miejsce na jedenaście zespołów i to nam trochę przypomniało, że coś rzadziej ostatnio startujemy w MnO. A wiadomo, że praktyka czyni mistrza. Ponieważ jednak z czasem krucho, to z tym "mistrzostwem" może być lekki problem.