Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucień. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 listopada 2018

VIII Nocne Manewry SKPB - zawody na dezorientację

Manewry!!! Hurra!! Manewry!!!
Wreszcie doczekaliśmy się jednaj z moich najbardziej ulubionych imprez. Tej, od której wszystko się zaczęło, ale o tym już było w poprzednich latach.
W sobotę rano dowiedzieliśmy się, że baza imprezy będzie w Lucieniu i nawet się ucieszyliśmy, bo w lipcu byliśmy tam przecież na Grillowaniu Kosmatych Inoków. Bardziej od nas musieli ucieszyć się Basia z Darkiem, którzy byli organizatorami Grillowania, więc teren mieli świetnie obcykany. Farciarze:-)
Tradycyjnie jechaliśmy w dwie ekipy - ja i Tomek oraz Agata ze swoją grupą. Drobnym problemem był egzamin, który jeszcze w sobotę przed zawodami musieli zdać studenci, ale poprosiliśmy wszyscy o późniejsze minuty startowe i udało się zdać i dotrzeć na czas. Co prawda wszystko odbyło się w takim tempie, że w bazie zdążyliśmy tylko założyć legowisko w sali gimnastycznej (a łatwo nie było, bo dziki ścisk) i już musieliśmy pędzić do autobusu jadącego na start. Agata, Natka i Kamil mieli swój autobus godzinę później, więc mogli się zebrać na spokojnie.
Na starcie dostaliśmy trzy arkusze map, oczywiście wszystkie czarno-białe, czyli szare, a ich aktualność datowała się na lata siedemdziesiąte ery kenozoicznej.
Pierwszy punkt wyglądał na łatwy - ścieżką prawie na samo miejsce, a końcówka na azymut ze skrzyżowania. Na mapie było widać... A nie! Ani na mapie, ani w terenie nic nie było widać, bo mgła otulała nas ze wszystkich stron i w świetle czołówek błyskały tylko drobinki wody zawieszone w powietrzu. Z tego nicniewidzenia wywnioskowaliśmy, że punkt jest na jakimś odkształceniu terenu, ale nie wiadomo czy w dołku, czy na górce. Idąc za wskazaniem kompasu natrafiliśmy jednak na lampion i chociaż wydawał się ciut za wcześnie, wbiliśmy go. Jak się potem okazało, zaczęliśmy zabawę od wzięcia stowarzysza.
Drugi punkt był jeszcze bardziej enigmatyczny, bo miał być nad rzeczką, w sumie na niczym charakterystycznym. Rzeczka może i jest charakterystyczna, ale dość długa jednakowoż. Od jedynki w pobliże dwójki prowadziła porządna droga, która nawet była na mapie, więc skorzystaliśmy. Zabawa zaczęła się na ostatnim odcinku. Namierzyliśmy się kompasem ze skrzyżowania i ruszyliśmy w stronę rzeczki. Grunt robił się coraz bardziej mokry, a przez mgłę nawet nie dawało się zaplanować gdzie postawić bezpiecznie stopę. Przeszukaliśmy teren przy granicy kultur, ale nic nie znaleźliśmy. Gdyby podłoże było suche rozszerzylibyśmy zasięg poszukiwań, ale moczyć się już na początki trasy bardzo nie chcieliśmy. Wycofaliśmy się na drogę i zaczęli kombinować. Może drogi się pozmieniały? Może wyszliśmy w innym miejscu niż przypuszczaliśmy? Postanowiliśmy jeszcze raz dokładnie sprawdzić przebieg dróg, szczególnie w odniesieniu do górki, którą Tomek też zresztą dla pewności spenetrował, czy to na pewno ta (na moim śladzie tego nie widać). Odbyliśmy kilka marszrut między skrzyżowaniem, a przewidywanym miejscem ukrycia lampionu i wreszcie po godzinie i dziesięciu minutach znaleźliśmy PK 2. Okazało się, że już przy pierwszym poszukiwaniu byliśmy bardzo blisko niego. Pierwsza wypatrzyłam lampion i z tej radości od razu rzuciłam się w jego kierunku wpadając jedną nogą po kostkę w bagienko. Brrr. Zimna kąpiel w listopadzie to nie jest to, co lubię najbardziej.
Punkt trzeci był za rzeczką. Rzeczka, jak empirycznie doświadczyliśmy, rozlana była szeroko i nie nadawała się do sforsowania bez zmoczenia nóg. A Tomek wciąż miał suche. Wypatrzyliśmy na mapie ścieżkę (drogę) przechodzącą przez rzeczkę, przyjęliśmy więc za pewnik, że musi tam być jakiś mostek. Niestety, droga zanikła nam tuż przed rzeczką i znowu stanęliśmy bezradnie nad rozlewiskiem. Na skraju mapy zauważyliśmy zaznaczony mostek i chociaż niekoniecznie było nam po drodze, postanowiliśmy pójść do niego. Ruszyliśmy więc na północ, a potem na zachód żeby iść równolegle do rzeczki, zakładając, że gdzieś tam, już poza mapą, dojdziemy do drogi, która doprowadzi nas do mostku. Mimo, że oddalaliśmy się od rzeczki, nagle zauważyliśmy ją i to po naszej prawej stronie. ??!! Wyglądało to jakbyśmy już byli po jej drugiej stronie, a przecież nie przechodziliśmy na drugi brzeg! No dobra, skoro jest rzeczka, to może idąc wzdłuż niej znajdziemy ten cholerny mostek i wszystko się wyjaśni. Szliśmy więc i szliśmy wzdłuż brzegu i kiedy trzeci raz znaleźliśmy się w tym samym miejscu, coś nas tknęło. Czy my nie kręcimy się jak pies za własnym ogonem?? Postanowiliśmy wyjąc kompasy i uparcie iść w stronę, gdzie być może jest duża droga. Tak też zrobiliśmy i wkrótce dotarliśmy i do drogi i do mostku. Kiedy już po powrocie do domu obejrzeliśmy nasz ślad, mało nie umarłam ze śmiechu - zamiast iść wzdłuż rzeczki dwa i pół razy okrążyliśmy jeziorko. W końcu woda, to woda. We mgle trudno rozróżnić, czy to rozlany strumyk, czy bajoro. Cała ta zabawa zajęła nam półtorej godzimy!

Tak wyglądały nasze poszukiwania dwójki i trójki:-)

Od mostku już bez problemu dotarliśmy do trójki. Byliśmy na trasie już cztery godziny, a mieliśmy zaliczone tylko trzy punkty. Z prostych obliczeń wynikało, że jeśli dalej pójdzie nam tak samo dobrze, to na metę dotrzemy po trzydziestu pięciu godzinach!

Sukces - mamy PK 3!

Kolejne punkty na szczęście wpadały nam już łatwiej i szybciej. Czwórka była na górce, a piątka w obniżeniu, które patrząc na mapę początkowo też wzięliśmy za górkę. Niestety, osoby wzrokowo upośledzone na szarej mapie, we mgle g...o widzą:-( Szóstka była śmieszna, bo na styku granicy kultur i granicy gminy. Jak powszechnie wiadomo granice gminy są wymalowane na podłożu, mają zasieki z drutu kolczastego i zaorany pas ziemi i łatwo je w terenie zidentyfikować. Nam się udało bez większych problemów:-)
Kolejne atrakcje zaczęły się dopiero przy dziewiątce. Z mapy wynikało nam, że punkt powinien być na przełączce między dwoma górkami. Zeszliśmy z jednej górki, ale druga coś jakby się przesunęła, bo kompas mówił, że powinna być w innym miejscu. Ale nic to - zaczęliśmy czesanie. Na zaoranym pagórku widzieliśmy masę światełek i chociaż miejsce wydawało się absolutnie niewłaściwe, w końcu skusiliśmy się i tam zajrzeć. No bo skoro tyle luda się tam kręci... Gdzieś tam w końcu znaleźliśmy lampion, ale tak usytuowany, że nawet mocno naciągając fakty, nijak nie pasował do naszej mapy. Najwyraźniej i lampion i kłębiący się jeszcze przed chwilą tłum były z innej trasy. Zaczęliśmy namierzać się od nowa, biorąc pod uwagę drogę, którą odkrył Tomek i która zawijała podobnie jak zaznaczona na mapie. Przy okazji przyglądając się bliżej mapie odkryliśmy, że to co braliśmy za sporą górkę, w rzeczywistości jest dupną dziurą, a to całkowicie zmieniało postać rzeczy. Po czterdziestu minutach od rozpoczęcia poszukiwań wreszcie znaleźliśmy dziewiątkę, oczywiście tuż obok miejsca, gdzie byliśmy na samym początku.

Tak blisko, a tak daleko...

Dziesiątkę wzięliśmy stowarzyszoną, bo kółeczko z wijącą się poziomnicą w środku nie informowało o żadnym charakterystycznym miejscu, a że się trochę rozkalibrowaliśmy, zaczęliśmy szukać za wcześnie i pierwszy napotkany lampion wzięliśmy za właściwy. Uwielbiam takie punkty na poziomnicy. Wrrr.
Jedenastka i dwunastka były już bardziej konkretne, a na trzynastce znowu nie dopatrzyliśmy się czego mamy szukać, szczególnie, że akurat przez punkt na mapie był poprowadzony południk i zakłócał nam odbiór. Tak to posłać ślepych nocą do lasu. Dlaczego czternastkę wzięliśmy nie tę co trzeba, to zupełnie nie wiem, bo tu akurat miejsce było konkretne i w zasadzie nie było żadnych racjonalnych przesłanek do tego. Chyba za bardzo już się spieszyliśmy na ognisko:-)
Ognisko było na piętnastce, więc już z daleka widać było łunę i nie sposób było by nie trafić. Głodna byłam już strasznie bo, jak nigdy dotąd, już w pierwszej połowie trasy pochłonęłam niemal wszystkie wzięte zapasy, a w żołądku wciąż był nadmiar pustej przestrzeni. Kiełbaski musieliśmy piec przy ognisku obsługi punktu, bo przy ognisku głównym to raczej można było upiec siebie w całości - tak dołożyli do ognia. Chwila odpoczynku, pogaduszki ze spotkanymi znajomymi i po pół godzinie relaksu byliśmy gotowi ruszyć w dalszą drogę.

Przypiekamy sobie plecy.

Do ogniska dotarliśmy koło drugiej, czyli po ośmiu godzinach od startu, mając na stanie15 punktów z dwudziestu sześciu. Nasze tempo wyraźnie wzrosło i teraz groziło nam już tylko czternaście godzin, a nie, jak początkowo, trzydzieści pięć:-) Oczywiście mogliśmy odpuścić część trasy i nawet zmieścić się w limicie podstawowym, ale przecież nie po to przyjechaliśmy żeby coś odpuszczać. Postanowiliśmy iść "na Leszka" i nie przejmować się czasem, byle tylko zdążyć przed zamknięciem mety, żeby być w ogóle klasyfikowanym. W InO ostatecznie (oprócz wyniku, na który już nie liczyliśmy) liczy się przelicznik cena/czas. No to przecież nie mogliśmy dać się oszukać:-)
Czekał nas teraz rodzaj odcinka specjalnego, czyli dziewięć punktów na warstwicówce w skali 1:10000. Założyliśmy, że chodzimy na azymut, bo na rzeźbę nie widząc za dokładnie mapy i prawie wcale terenu, nie miało sensu. Trochę mieliśmy problemów z pierwszym punktem A, bo trzeba było w trakcie marszu zmienić skalę i przestawić się ze ścieżek na łażenie po bezdrożach, ale w końcu wstrzeliliśmy się gdzie trzeba. Z kolejnymi punktami już nie mieliśmy większych problemów, bo co to jest szukanie lampionu przez dziesięć minut naprzeciwko wieczności?

PK I - podstępny japoniec.

Niefart przyszedł przy PK H - zamiast iść cały czas na azymut, chcieliśmy sobie ułatwić i skorzystaliśmy z przecinki. Wygodnictwo zostało ukarane wzięciem stowarzysza, co miało niebagatelne skutki w najbliższej przyszłości. Idąc do kolejnego punktu ze stowarzysza na azymut wstrzeliliśmy się o jedną górkę za blisko i PK G szukaliśmy w miejscu, gdzie budowniczemu nawet nie przyszło do głowy postawić jakieś lampiony. Górka  na którą trafiliśmy ciągnęła się niemal równolegle do właściwej, w związku z czym nic nie budziło naszych podejrzeń. Po trzydziestu minutach bezowocnych poszukiwań, przejściu górki od początku do końca i z powrotem nasz hart ducha mocno podupadł. Dochodziła godzina piąta, do bazy było koło pięciu kilometrów, cztery punkty do znalezienia, a my nie pamiętaliśmy nawet o której jest zamknięcie mety. Minut lekkich i ciężkich nawet nie liczyliśmy w myśl zasady, że szczęśliwi czasu nie mierzą. Chociaż z tym szczęściem to też bym nie przesadzała, bo byłam zmęczona, śpiąca, głodna i sfrustrowana niemożnością znalezienia tego G. Ale czego się w sumie spodziewać po punkcie G? Zawsze tak jest - wszyscy o nim mówią, a nikt nie może znaleźć. W końcu poddaliśmy się całkowicie i postanowili wracać do bazy, biorąc po drodze jeszcze PK 16 i 17. Koło punktu F przeszliśmy o kilka metrów, ale nie byliśmy tego świadomi i dopiero track obejrzany w domu nam to pokazał. Szkoda, wielka szkoda.
PK 16 i 17 były łatwe, w dużej odległości od siebie i zbiorowiska poprzednich punktów, tak jakby autorowi trasy wena nagle się urwała i postanowił zakończyć trasę zejściówką. Do bazy dotarliśmy o wpół do siódmej i była to głupia godzina, bo to ani kłaść się, a siedzieć ciężko, bo spać się chce. Zjedliśmy ciepły żurek (o niebo lepszy niż na GEZnO!) i tym sposobem mieliśmy śniadanie z głowy. Ja w końcu nie wytrzymałam i padłam tak jak stałam, brudna, w brudnym ubraniu, ale było mi wszystko jedno. Ledwo przyłożyłam głowę do poduszki, ledwo zamknęłam oczy, a już jakaś organizacyjna zołza (sorry, ale wtedy tak pomyślałam) przyszła robić pobudkę, bo rozdanie nagród sobie wymyśliła. No ludzie - w środku nocy??? Ograniczyłam się tylko do przyjęcia pozycji siedzącej i trwałam tak jak zombi, a Tomek pakował nasze rzeczy. Ekipa Agaty wróciła koło trzeciej, więc mieli więcej czasu na regenerację i wyglądali ciut lepiej niż ja. Zakończenie nawet przebiegło sprawnie (a może je po prostu przespałam) i po chwili ruszaliśmy do domu, gdzie kusiła wizja ciepłej kąpieli i miękkiego łóżka.

Nasz manewrowy urobek.

Na trasie byliśmy 754 minuty i zrobiliśmy trochę ponad czterdzieści kilometrów, czyli wyszła prawie taka lajtowa pięćdziesiątka. Ale co się dziwić kiedy autorem trasy był długodystansowiec:-)
Wynik mamy najgorszy ze wszystkich naszych startów na manewrach, ale zmęczyłam się chyba najmniej i po raz pierwszy nie łapały mnie skurcze czy inne nożne dolegliwości. Trochę mi szkoda, że nie było czasu na pobycie w bazie, spotkanie się ze znajomymi i chłonięcie tej niepowtarzalnej atmosfery, ale cóż - tak wyszło. 
A teraz znowu trzeba czekać cały rok na kolejną edycję...

poniedziałek, 23 lipca 2018

Ostatnie Grillowanie

Na niedzielę zostały ostatnie 3 etapy. To zawsze są takie najbardziej męczące etapy – po całym tym grillowaniu, błąkaniu się po nocy, bieganiu,  w niedzielny poranek gwałtownie spada entuzjazm wyruszenia na trasę. Ale Kicha to Kicha i trzeba się ruszyć.  Mapy w dłoń i nad jezioro.
Wreszcie był czas zobaczyć jezioro;-)
Początek znany z BnO. Problem pojawił się, gdy mapa przestała zgadzać się z terenem, ale pomnik przyrody był jeden jedyny w okolicy.
Miał być pomnik przyrody, ale jakiś taki pusty się ostał!
Także chwilę zeszło na poszukiwaniu  dwóch lidarowych dołków, a właściwie jednego z PK 95.  Problem pojawił się przy ostatnim lidarze z PK 93 i 92. Nijak wycinek nie pasował. Doszliśmy do wniosku, że może jednak się zlustrował? Coś wpisaliśmy ale bez przekonania. A nawet odchodząc  to z wręcz z pewnością, że wzięliśmy stowarzysza, ale nie chciało nam się już robić przebitki;-) Potem długo, długo asfaltem na tradycyjne samoobsługowe międzyetapie.

Obróciliśmy kartkę i ukazały nam się Pyszczaki. I to Kolorowobrzuche! Na szczęście Pyszczaki owe miały bliznę w postaci rowu lub drogi i szybko dało się je odpowiednio ustawić. Zostało tylko znaleźć właściwe punkty w terenie.  Asekuracyjnie podreptaliśmy na PK 107. Gdzieś w okolicy pojawiła się wesoła drużyna harcerzy z Mińska Mazowieckiego. Niby na trasie TO, ale ciągle kręcili się wokół nas.

Drugi wycinek to PK 113. Taki jeden z dołków w lesie, w jakimś tam oddaleniu od rowu-przewodnika. Po skomplikowanej nawigacji trafiliśmy na rów w odpowiednim miejscu (chyba), wyznaczyliśmy zlustrowany azymut, wyliczyliśmy przeskalowane parokroki i ruszyliśmy na poszukiwanie dołków. Dołki owszem pojawiły się, ale nie w takiej ilości co trzeba. Dobrą chwilę miotaliśmy się po lesie sprawdzając każdą dziurę. Był jeden lampion, ale w ewidentnie niewłaściwym dołku. Została nam jedna możliwość – gęstwina po drugiej stronie drogi. Nie zachęcała ona do wejścia ale cóż - trzeba. Był to strzał w dziesiątkę – znalazły się zaraz brakujące dołki i lampion!

Dalej było prosto – rowem (takim mniejszym rowem) i znaleźć odpowiednie dołki. Tu znowu spotykamy harcerzy – wyglądali chwilami na dość zagubionych szukając swoich dołków;-)
Da się przejść czy nie?
Potem w lesie odkryliśmy w lesie prefabrykowaną… wieżę. Ot, taki domek na nogach – chyba by było gdzie uciec przed szarżującym dzikiem;-)
Do mety – odmierzanie przecinek i nadrabianie kilometrów dla jedynego samotnego PK po drugiej stronie drogi.
Kolejny międzystart i ostatni „wypasiony” etap. Wypasiony, bo punktów całe zatrzęsienie, choć tylko we fragmentach mapy. I na koniec przebiegi inspirowane chyba Harpaganem czy innymi maratonami na orientację dla szybkobiegaczy. Zaczęliśmy od mapy historycznej i punktu na przecince – łatwizna. Potem drugi PK na mapie historycznej i tu zagwozdka. Kółeczko „na niczym”. Trochę tak na zachodnim zboczu niewielkiego obniżenia, ale żadnego innego charakterystycznego elementu brak! Wyskalowani, odmierzyliśmy odległość, było zbocze i był lampion. Spisaliśmy. Niestety w wynikach mamy Psa, choć (jak pokazuje tabela) w tak doborowym towarzystwie, że wygląda to na błąd budowniczego, a nie nasz!

Dalej zaczęły się schody, a  właściwie oczy. Oczy Man Pacyka. I plątanina ścieżko/przecinek, na tyle zagmatwana, że bez pocięcia mapy nie byliśmy pewni czy to ta, czy ta obok. Nożyczki w ruch i wszystko stało się jasne! No dobra jasne, tyle, że PK 125 stał tak jakby obok. Ale nie było nic lepszego więc zawierzyliśmy dobrym chęciom budowniczego. Dalej miotaliśmy się po oczach bo nie było szans na żadne sensowne przejście. Tu na szczęście żadnych wątpliwości gdzie co jest nie było.
Został teraz przeskok nad jezioro, punkt z dołka i dłuuugi powrót do bazy.
Ostatni PK nad jeziorem
Trochę czasu nam zeszło to nawet ciut podbiegaliśmy. I znowu punkty znane z pierwszej piątkowej dojściówki i piątkowego etapu.
W piątek tu pływały łabędzie
Tak to już jest na Grillokach, że ostatni etap często można robić „na pamięć”. Udało nam się nie zapomnieć o ostatnich PK przy bazie i szczęśliwie zdążyliśmy w czasie.
Po tylu atrakcjach uznaliśmy, że zasłużyliśmy na porządny niedzielny obiad i zamiast czekać w kolejce do grilla poszliśmy sobie do restauracji. Pyysznie było.

C.D.N.N
No dobra będzie filmik, ale za chwilę!

czwartek, 19 lipca 2018

Wakacje z duchami

Noc druga. Kolejka do startu, bo wszyscy rwali się na etapy nocne.
Ostatnie przygotowania
Co niektórzy nawet na trzy na raz! Tak to jest, gdy w piątek się bumeluje;-) Znowu dłuuugaśna dojściówka – 4,5 km w obie strony przy etapie o nominalnej długości 4 km. Twardo postanowiliśmy iść piechotą – bo trzeba gdzieś kilometry wychodzić. Pozwoliło to na wcześniejsze wyjście, przed oficjalną godziną startu.
Zaraz po starcie dopadliśmy Tomka Gronaua, który tasował swoje mapy (a miał ich sporo: 3 etapy nocne + 2 dojściówki). Uświadomiliśmy go, że trzeba „iść w lewo” i wyruszyliśmy razem na pierwszy PK z dojściówki.
Z Tomkiem G. szukamy PK na dojściówce
Dalej Tomek odbił w lewo na etap podwójny, a my poszliśmy dobrze znaną drogą z pierwszej piątkowej dojściówki na start etapu #012 czyli po naszemu nr 8. W oddali świecił księżyc (prawie pełnia), a w lesie straszyły duchy. Przed nami widać było grupę harcerzy Damiana, co chwila wyprzedzały nas samochody kolejnych zespołów.
Zapowiada się noc z duchami;-)
Mapa wydawała się „ludzka”. Dwa zestawy letnich duszków w trochę innej skali, ale nakładające się na siebie wyraźnie charakterystycznymi elementami. Na dojściówkę/zejściówkę był przewidziany czas 55 minut, ale okazało się że droga „tam” zajęła nam dobre 40 minut. I jak tu ma być sprawiedliwie? Bądź co bądź, po drodze trzeba czesać transformatory lub lampiony! Na przyszłość poprosimy więcej czasu na takie maratony!
Poszliśmy zbierać duchy w prawo. Przy granicy lasu natknęliśmy się na D.M. i M.P. niepewnych czy tu powinien być punkt. A powinien, więc wbiliśmy i poszliśmy dalej. Początek wyglądał prosto – drogi się zgadzały, orto sporo podpowiadało, a na horyzoncie było widać światła latarek, więc nie czuliśmy się samotni. Pierwsza poważna decyzja po zaliczeniu PK 151 – kolejny PK 154 jest blisko, ale za gęstym młodnikiem. Można obejść, ale daleko. Ruszamy zatem przez gąszcz i włączamy kamerkę – powinien z tego wyjść niezły horror! Widoczność zerowa.
Droga na PK 154
Pod nogami wądoły. Ale jakoś się udaje przeczołgać i idealnie trafić na punkt. I nawet lepiej, bo przecinka, ta którą można było obejść, dość niewyraźna i można było ja przeoczyć obchodząc młodnik.
Kierunek na PK 142, a potem 144. 144 autor ręcznie na mapie przesunął. Wkrótce wyjaśnia się czemu – drogę przegradza płot – pierwotnie PK wychodził w ogrodzonym obszarze. Sęk w tym, że płot przegradza drogę, przy której powinien być kolejny PK. Zostaje obejść ogrodzony obszar drogą „prawie równoległą”. Zaraz okazuje się, że płot ciągnie się i ciągnie. Strasznie daleko. Wreszcie się kończy, a nasze liczenie parokroków wskazuje, że czas odbić w prawo.  Oczywiście na kierunku marszu wyrasta… kolejny młodnik. Zbyt duży by warto było go obejść. Na szczęście bardziej przebieżny. Przebijamy się i znajdujemy ślad drogi, którą mieliśmy iść pierwotnie. Zostaje znaleźć właściwy lampion. Wyjątkowo okazuje się, że tu akurat budowniczy lampionów nie poskąpił. Nadmiar lampionów oznacza i nadmiar uczestników, którzy krążą w koło i zastanawiają się, który lampion lepszy. Przy średnio aktualnej mapie zostaje przejść się kawałek i dokładnie namierzyć.
Teraz przed nami dwa kolejne punkty – jeden z ortofotoducha (łatwizna) drugi z ducha zdezaktualizowanego. Dodatkowo dowiadujemy się, że lampion leży zerwany. Zostaje namierzać się na odległości. Znajdujemy lampion i koszulkę – dla ułatwienia następnym wieszamy go gdzie być powinien.

lampion przed reanimacją
Następny zdezaktualizowany duch znowu daje lekką zagadkę. Nie zgadza się przebieg dróg, a i lasy podrosły, więc w nocy ciężko na oko ocenić gdzie jest właściwa granica kultur. Znowu mierzymy odległość i znajdujemy lampion tam, gdzie być powinien. Szkoda tylko, że nie ma w terenie drogi, która by skróciła przebieg na ostatnie duszki. Idziemy naokoło. Właściwie podbiegamy, by oderwać się od krakowskiej konkurencji.
Gdzieś w lesie
 I czasu zaczyna być niedużo (pamiętajmy o zejściówce, na którą zostało coś mało czasu). Nauczeni doświadczeniem mierzymy parokroki i zaliczamy ostatnie dwa PK. Czasu jest na styk, więc ruszamy biegiem do bazy. Mamy całkiem dobre tempo, więc końcówkę pokonujemy już spokojnym marszem. Oddajemy karty i czas wypocząć przed kolejnym męczącym dniem – na niedzielę został nam etap potrójny! Wracając spotkamy Ciastka, który dopiero wyrusza na kolejny (chyba trzeci) etap nocny, a w bazie Przemek szykuje się na kolejny etap rowerowy. Ci to mają zdrowie!!!

C.D.N.

Za starzy na płoty?

Kiedy po etapie podwójnym (a nawet jeszcze w jego trakcie) Tomek zaczął zastanawiać się nad etapem potrójnym, pomyślałam sobie o nim różne brzydkie rzeczy. Znaczy o Tomku. Ale o etapie też. Ja już po porannym starcie miałam dosyć i jedyne co chciałam to jeść i spać. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę z tego, że jeśli chcę mieć Kichę, to nie ma zmiłuj - trzeba iść, ale czy ja na pewno muszę mieć tę Kichę? Jednak chciałam. Odpoczęłam, zjadłam i poszliśmy. Na etap pojedynczy, bo tylko na to się zgodziłam. Bardzo ucieszyło mnie, że start i meta są na terenie ośrodka, bo te dojściówki już mnie wykańczały.
Mapa była jakoś dziwnie prosta - jedynie dwa wycinki, z czego jeden zlustrowany, opis całkiem po ludzku - jak na możliwości autora dziwne..., baaaardzo dziwne.
To, że było łatwe oczywiście nie znaczy, że od razu ogarnęłam i już przy pierwszym punkcie stoczyliśmy z Tomkiem potyczkę na temat wyższości punktu po prawej nad punktem po lewej.

 Poważnie? To lustro?

Wyszło na tomkowe, ale ja w lustrach to się zawsze gubię. Zrobiliśmy kilka punktów po drodze do bramy, a im bardziej w lustro, tym bardziej się odnajdywałam. Na zewnętrzu ośrodka stowarzyszyliśmy się z Zuzą i Darkiem, ale nie dlatego, że sobie nie radziliśmy, tylko po drodze nam było. Dla rozrywki urządziliśmy sobie wyścigi do lampionu, co skończyło się urwaniem kredki i szukaniem jej w trawie. Ale rozrywka była przednia:-)

 Kredka znaleziona, można spisać kod.

Potem pozwoliliśmy naszym towarzyszom pójść przodem, bo Tomek musiał rozstrzygnąć poważną kwestię jednego z PK, który coś mu się nie podobał i była to chyba dwunastka. Kiedy z powrotem doszliśmy w okolice ośrodka, okazało się, że jesteśmy po niesłusznej stronie ogrodzenia, a do furtki w pieron daleko. A lampiony widać było przez siatkę i tak kusiły, kusiły... Przypomniało mi się jak za młodu człowiek śmigał przez płoty i myślałam, że nic się nie zmieniło od tego czasu. A tymczasem dupsko okazało się za ciężkie żeby je przerzucić na drugą stronę i jak niepyszna musiałam zejść z ogrodzenia.

Rozpaczliwa próba sforsowania płotu.

Poszliśmy więc dalej w poszukiwaniu dziury, o której poinformowali nas Zuza z Darkiem będący już po słusznej stronie.

Taka metoda jest bardziej adekwatna do naszego wieku.

Jak już zebraliśmy wszystko, co było do zebrania, pognaliśmy na metę i wykonaliśmy widowiskowy dobieg. Oczywiście zupełnie niepotrzebny, bo tym razem zmieściliśmy się w czasie. Ale przynajmniej pokazaliśmy nasze zaangażowanie.

Tuż przed metą.

C. D. N.

sobota, 14 lipca 2018

Grillowania dzień drugi

Właściwie sobota zastała nas na etapie nocnym, ale to już opisałem. Dodam tylko, że gdy po godzinie 3-ciej poszliśmy spać , gdy już zdążyłem się nawet wyspać, obudził mnie wracający z etapów nocnych/dziennych? Boguś, który spał na sąsiednim łóżku. Ten to ma zdrowie.
My spokojnie pospaliśmy do godziny ósmej i poszliśmy w las około godziny 9-tej. Tym razem etap podwójny dzienny do TMWiM-u. Oczywiście na początek…  dojściówka;-)  Do Lucienia. Popatrzyliśmy na mapę…  a tu - świńskie ryjki…  z jednym rogiem na czole.  Świniorożce! Nie takie mapy już widzieliśmy, więc po chwilowej konsternacji, gdy przywykliśmy do świńskich ryjów,  zaczęliśmy dopasowywać co trzeba, do czego trzeba. Tak na marginesie – zdaje się, że rok wcześniej na Griilowaniu etapy TMWiM-a uraczyły nas… muszymi kupkami. Normalnie autorka lubi robić jakieś takie kontrowersyjne mapy!
Mapa ze świnkorożcami wydawała się prosta – tak na poziomie TU – pozamieniać ryjki i pamiętać, że lewa to prawa.
Pierwszy PK zaliczony

Kłody rzucane pod nogi;-)
Wprawdzie budowniczy i przyroda rzucali nam kłody pod nogi, ale początek poszedł gładko.


Komary wesoło bzykały, pokrzywy parzyły, a my ciągle do przodu. Dopiero pod koniec , przy PK 48 spotkaliśmy Joasię i Jacka, który zaliczali etapy „od drugiej strony” i wyszli sporo przed nami. To dawało pojęcie, że etap drugi będzie trudniejszy!
Jedyni spotkani na trasie

Świniorożec obserwuje nasze poczynania
Do międzyetapia, czyli sklepu doszliśmy całkiem sprawnie. Niestety, szybkość obsługi w sklepie i kolejka spowodowała, że nie dopchaliśmy się do lady i poszliśmy dalej. To znaczy aż na przystanek, gdzie w ruch poszły nożyczki i taśma klejąca.  Składanka była ciężka do ogarnięcia w pamięci, przynajmniej dla nas. Bo gdy ruszyliśmy w trasę widzieliśmy plecy Mistrza Marcina, który bez wycinania pomknął dalej. Pierwszy PK okazał się wredny,  bo teren swoje, a mapa swoje;-) Dalej szło wszystko dobrze aż do  PK 67. Następny PK 68 powinien być na samotnej górce. Fragmenty drogi mieliśmy, więc nawet podbiegliśmy. Tyle, że coś brakowało zakrętu drogi i odległości się nie zgadzały . Wreszcie górka. I młodnik czy inne takie przeszkody. Drzemy na górę, a na górze brak lampionu. I widać kolejny wierzchołek! A górka miała być samotna z jednym szczycikiem. Wracamy, krążymy, ciągle nas wyrzuca na tę samą górkę, tyle, że na różne wierzchołki (było ich trzy). Zajęło nam to dokładnie godzinę, ale punkt został znaleziony.
Poszukiwania PK 68

Czyli ciężko liczyć na dobry wynik;-(.  Oczywiście po takich poszukiwaniach nie byliśmy niczego pewni i ostatni kawałek mapy, który właściwie przeszliśmy na poprzednim etapie sprawił nam problem. Na szczęście rozpoznaliśmy PK zaliczany etap wcześniej i wszystko wróciło do normy.
Wracamy po swoich śladach
 Do bazy oczywiście biegiem by zminimalizować straty (chyba już ciężkie minuty). Czemu na Grillokach etapy TMWiM nam nie wychodzą? Nie są jakieś trudne, ale mają coś takiego, że się gubimy!

czwartek, 12 lipca 2018

Mięsożerna Babcia, mięsożerne Wnuczki i nie taki straszny Stwór Zębaty!

Noc pierwsza. Nauczeni doświadczeniem wybraliśmy na nią etap podwójny. Bo wiadomo - na początku sił jest więcej. Barbara wydająca mapy uświadomiła nas o dojściówce. Takiej 4,5 km!
Wzięliśmy mapy, zaświeciliśmy czołówki i wyruszyliśmy. Za bramą mała konsternacja: zgodnie z ustną zapowiedzią start ma być zaznaczony na bramie ośrodka  - nie patrząc w mapę dokładnie ruszyliśmy w lewo, ale przyjrzałem się dokładniej trójkącikowi startu i…. wynikałoby, że mapa jest przekręcona o 180 stopni. Udało mi się przekonać Renatę, że tak właśnie jest (ona po ciemku nie patrzy na takie szczegóły na mapie) i zawróciliśmy by iść w prawo. Przemaszerowaliśmy przed bramą ośrodka idąc w kierunku Lucienia. Jednak coś nam się nie zgadzało - mianowicie domki letniskowe, które mamy po lewej ręce. Po przejściu kilkuset metrów jednak doszliśmy do wniosku, że to tylko symbol startu obsunął się z bramy, wiec zawróciliśmy. W ten sposób do dojściówki dodaliśmy co najmniej jeden dodatkowy kilometr:-)
Na starcie właściwego etapu powitała nas Babcia z wnuczętami. Taka mięsożerna, co nieco przypominająca rosiczkę. Szybko udało się znaleźć wspólne punkty na mapie i ruszyliśmy ostrożnie w stronę pierwszego PK, by mapę wyskalować. Mapa składała się w dość skomplikowany sposób, więc po pierwszym PK jedyna  słuszna decyzja – nożyczki i taśma w dłoń. Szybko pocięliśmy, skleiliśmy i poszliśmy na kolejny PK  z wycinka babciowego. Potem mieliśmy przejść na  wycinek z wnuczętami. Odmierzyliśmy odległość i zaczęliśmy szukać poprzecznego rowu z PK 170. Jest jakieś obniżenie, ale rowek raczej symboliczny. I to bez lampionu. Odległość się zgadza, skrzyżowanie, przecinki także. Czeszemy las, by znaleźć inne elementy charakterystyczne – dołki. Niestety, żadnych dziur w ziemi nie ma. Jedyny lampion w okolicy to skrzyżowanie przecinek. Zjawia się ekipa krakowska, podbija go i idzie tam, gdzie nie powinno być innych punktów. Rozszerzamy teren czesania i sprawdzamy okoliczne kwartały lasu. Coś przestają się zgadzać drogi. Wracamy do znanego skrzyżowania, przyglądamy się naszej wyklejance i … znajdujemy inną możliwość dopasowania drugiego wnuczka. Wystarczy go przekręcić do góry nogami! Teraz wyjaśnia się dziwny kierunek marszu konkurencji i niestety okazuje się, że przeszliśmy obok kilku PK. Zostaje podkasać kiecę i przebiec podbić to, co przeoczone!
Nasz autorski układ Wnuczków na Babci. Ten przekręcony wnuczek na wierzchu;-)

Przy dobrze sklejonej i wyskalowanej mapie znalezienie właściwych PK to łatwizna. Pod koniec trasy na jednym ze skrzyżowań trafiamy na piknik. Z daleka poznajemy Przemka, który rozłożył kocyk, jedzenie i zrobił sobie majówkę w świetle czołówki. No tak, pewnie chce zrobić wszystkie etapy bez przerwy – kiedyś trzeba coś zjeść;-)
Przy ostatnich PK spotkamy tramwaj wrocławski. Nie wiem co to za przyjemność szukać PK tak liczną grupą – cała satysfakcja to samodzielnie rozkminić zagadki stawiane przez budowniczego! Może gdyby etap był jakiś strasznie trudny i niezrozumiały, a tak… po prostu wstyd się tramwaić!
Zamieniamy kartki na te z drugiego etapu. Coś jakiś zbyt prosty się wydaje. Taki najwyżej na poziomie TU i to niezbyt wyrafinowanym! Szybko dopasowujemy co trzeba i bez wycinania idziemy na pierwsze  PK przy starcie. Dziwna prostość mapy i opis „TO:14PK” przy 15 punktach na mapie zastanawia. Może jakaś pomyłka? Wyciągamy telefon i budzimy budowniczego (podał numer na mapie to niech nie narzeka teraz!) Trafiamy na pewne trudności z zasięgiem, drugi telefon jednak daje rade i po długim dzwonieniu słyszymy zaspany głos Darka. Potwierdza, że mamy zebrać 14 PK i że jest błąd na mapie. Nie wnikamy jaki.
W ferworze telefonów do budowniczego przeoczamy jeden punkt. Nie chce nam się wracać, a że jest nadmiar, możemy sobie na to pozwolić. Przy PK 184 trafiamy na BePeKa. Znaczy jest dołek (nawet dwa jak być powinny), a lampionu brak. W żadnym z dołków nie ma, choć kilkaset metrów wcześniej lampionów kilka było. Szukamy, czeszemy, odmierzamy i wreszcie wpisujemy BePeKa.  Czasu coraz mniej, więc lecimy „na zęby”. Podbiegamy. Chodzi o zęby stworka z mapy – polustrowane i pozamieniane miejscami. Intryguje nas zadanie „PK 191 – jaki to gatunek pomnika?” Obstawiamy że pewnie dąb. Okazuje się jednak, że to okazała sosna!
PK 191 - pomnik gatunku "sosna"

 Z powodu pominiętego na początku punktu musimy krążyć nieoptymalnie. Wreszcie zaliczamy ostatni punkt i zostaje zejściówka. Mamy ponad 2 km do mety (pewnie 2,5 km z miejsca gdzie jesteśmy) i jakieś 16-17 minut. Niebo powoli jaśnieje, a my truchtamy do mety. Jak pokaże GPS zrobiliśmy dzisiaj ponad 30 km, więc nie biegniemy tempem olimpijskim. Niestety, spóźniamy się o dwie minuty;-( Wszystko przez ten źle narysowany start na dojściówce!
Nasz nieoptymalny ślad coś ponad 23 km;-)
C.D.N.

niedziela, 8 lipca 2018

6 Grillowanie Kosmatych Inoków - dzień pierwszy

Spieszyliśmy się na Grillowanie bardzo, bo to jedna z naszych ulubionych imprez i nawet wzięłam pół dnia urlopu żeby było szybciej. W tym roku planowałam zdobyć Kichę, więc z etapami trzeba było się sprężać.  Po przyjeździe do bazy wrzuciliśmy bagaże do domku, przebraliśmy się i od razu poprosiliśmy o mapy.

 Nasz domek

Teoretycznie w etapach można było wybierać jak w ulęgałkach, ale praktycznie zaproponowano nam konkretny etap. My tam wybredni nie jesteśmy, więc wzięliśmy co dawali.  Pierwszym zaskoczeniem była dojściówka. Ja rozumiem pół kilometra, kilometr dojściówki, ale prawie cztery?! Co prawda te cztery wychodziły  tam i z powrotem, ale jednak to w zasadzie dodatkowy etap. Dojściówka szybko jednak zeszła na plan dalszy, kiedy zobaczyliśmy mapę właściwą. Już tytuł („Mouskorek omiśniak”) sugerował autora, więc spodziewać można było się wszystkiego, bo te środki co on bierze, to dają niesamowite efekty.
Dojściówka jak dojściówka – banalna, bo w sumie miała tylko doprowadzić na start etapu.  Jedyną atrakcją był łabądek na PK C. No dobra – jeszcze jezioro w pobliżu bazy, ale to mogliśmy zobaczyć i bez dojściówki.

 Łabądek na drugim brzegu - niestety nie widać :-(

Po drodze usiłowaliśmy zrozumieć coś z opisu etapu zasadniczego i w sumie to był nasz błąd. Bez czytania opisu byłoby dużo, dużo łatwiej. Wycinki były wklęśnięte, uwypuklone, rozciągnięte, zlustrowane – dla każdego coś miłego. Trochę mnie zdziwiło, że ta sama mapa była też dla trasy TO, a w regulaminie jak wół było napisane, że TO jest na poziomie TT/TU.  Ale jak się później okazało, trasa faktycznie była na poziomie TU i tylko opis na poziomie mocno zaawansowanego TZ :-)
Pierwsze dwa punkty mieliśmy na wycinku startowym, więc nie było problemu, ale potem musieliśmy już coś dopasować. Wiedzieliśmy, że musimy dopasować jedno z małych kółek, coś z zielonego stwora i coś z dużej kuli – a przynajmniej tak nam wychodziło. To, że PK 26 pokrywa się z PK 36 rzucało się w oczy, ale, że jest to punkt potrójny z PK 32 do kompletu, to trochę mnie zaskoczyło. Szczególnie, że dopasowanie tego PK 32 nie było takie jednoznaczne. Mamy nadzieję, że dobrze to sobie wykoncypowaliśmy. Wychodziło nam, że kolejny punkt będzie dla odmiany tylko podwójny (25 i 35) i ja dałabym się nabrać na tę podwójność, ale Tomek zachował czujność i wypatrzył, że jeden to skrzyżowanie rowów, a drugi skrzyżowanie dróg, tyle, że położone bardzo blisko siebie. Punkt 35 mimo wszystko okazał się podwójny, tyle, że z PK 33. Nie od razu zorientowaliśmy się w tej kombinacji i musieliśmy się wracać. Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.
W drodze na 34 spotkaliśmy ekipę krakowską, z lekka jakby zdezorientowaną, bo najwyraźniej przeszli już punkt idąc wariantem przeciwnym do naszego. Razem więc dotarliśmy do 34, który znowu okazał się podwójny (34/28). Karta startowa zapełniała nam się błyskawicznie tymi punktami wielokrotnymi i było to całkiem miłe.
Począwszy od PK 28 cztery kolejne punkty mieliśmy na jednym wycinku, więc było dość łatwo, nawet jeśli wycinek był porozciągany jak stary sweter. Przy PK 29 pomachaliśmy napotkanej ekipie z Rumii. Ponieważ na mapie mieliśmy więcej punktów niż trzeba było zebrać, bez żalu odpuściliśmy sobie PK 23, bo mimo, że byliśmy blisko niego, jakoś się nam nie chciał rzucić w oczy. Jego strata. PK 27 i 24 to już była formalność. Zadanie – kolor szlaku – wpisaliśmy już z dojściówki, ale wcale nie było sprecyzowane, gdzie ten szlak miał przebiegać, więc praktycznie mogliśmy wpisać całkiem dowolny.


Nasz ostatni punkt na trasie.

W bazie, po oddaniu karty startowej, ochoczo podjęliśmy czynności nawiązujące do nazwy imprezy, czyli rozpaliliśmy grilla i dołączyliśmy do innych grillujących inoków. Przed etapami nocnymi musieliśmy uzupełnić stracone na etapie kalorie i zregenerować nadwątlone siły.

C. D. N.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Zgrillowana

Ponieważ po Grillowych dojściówkach totalnie zeszłam, a przed nami jeszcze Wawel Cup, więc na relację trzeba będzie chwilę poczekać. Ale obiecuję - napiszę, a i filmik spreparujemy.

Jak Grillowanie, to grillowanie!