poniedziałek, 27 maja 2024

World Orienteering Week czyli z mapą na hamburgery!

World Orienteering Week zdarza się raz w roku. W tym roku zdarzył się na Bemowie w parku Górczewska. Renacie wystarczyło poranne bieganie w Popowie i nie dała się namówić na popołudniową wyprawę na drugi koniec miasta. 

Popołudniem miało coś popadać. Jak jechałem na Bemowo, nad punktem docelowym zaczynały zbierać się czarne chmury. Ciekawe czy zdążymy pobiegać przed deszczem? Na miejscu skierowałem się na upatrzony parking i zadziwiły mnie tłumy ludzi na drodze dojazdowej do parkingu. Potem zaczęły dolatywać zapachy smażonej niezdrowej żywności. Jak nic jakiś piknik i zlot FoodTrucków. Na szczęście udało się znaleźć ostatnie wolne miejsce do zaparkowania.
Teraz dopadł mnie dylemat, czy biegać, czy obżerać się egzotycznie niezdrowymi potrawami? Wygrało bieganie. Poszedłem szukać lampionów i baneru z napisem „start”. Wkrótce moje oczy ujrzały poszukiwane elementy krajobrazu oraz… najdłuższą kolejkę do atrakcji w parku jaką udało mi się ujrzeć. Nie ma wybacz, ustawiłem się grzecznie w kolejce.

A za czym ten ogonek stoi?

Co chwila podchodzili jacyś ludzie, pytali się „do czego ten ogonek?”, a bardziej obrotni zaraz pytali się „a co można wygrać?”. Odchodzili co nieco zniesmaczeni słysząc „satysfakcję”. Dziwni ci ludzie;-)

Wreszcie nadeszła moja kolej. Poprosiłem o mapę „odwróconą i najdłuższą” a co! Bo z okazji WOD Andrzej przygotował dla chętnych specjalną mapę – zlustrowaną. Zasadniczo nie planowałem wyprawy na WOD, ale przekonały mnie zasłyszane na GP Mazowsza rozmowy jak to fajnie będzie biegać na mapie zlustrowanej.

Do startu już tak dużej kolejki nie było

Dostałem mapę i ruszyłem. Największym problemem było odczytanie z mapy kodów lampionów. Samo poruszanie się na lustro mam opanowane – to całkiem proste: do przodu to  znaczy do przodu, a w prawo to znaczy w lewo, a w lewo to w prawo. Tylko trzeba pamiętać, by po skręcie odpowiednio obrócić mapę, odwrotnie niż się skręciło. Wszystko jest fajne, ale wymaga chwili zatrzymania się i pomyślenia po podbiciu punktu, czy po innej rozpraszającej uwagę sytuacji. Problem zaczyna się gdy nie biegniemy wzdłuż elementów liniowych, tylko na azymut. Tu jeszcze nie opanowałem jak to robić sprawnie. Niestety, kilka takich przebiegów było. Do tego dochodzi jeszcze samo szukanie lampionu – zwykle kępę krzaków obiegałem w poszukiwaniu lampionu od tej najmniej ergonomicznej strony;-)

Lampion w środku zlotu Food Trucków;-)

Ważne że udało się w miarę sprawnie pokonać cały dystans. Jak patrzę sobie na wyniki, to co niektórym chyba nie robiło różnicy, czy biegali na mapie normalnej czy „odwróconej”. Ale pamiętajmy WOD to wydarzenie popularyzacyjne bieg na orientację, a nie prawdziwe zawody! 


Grand Prix Mazowsza 2024 im. Andrzeja Krochmala - etap trzeci w Popowie.

Kilka  dni przed Grand Prix Tomek wygrzebał moją starą relację z Popowa, gdzie biegaliśmy w czasach zarazy i to chyba nie był dobry pomysł. Tylko mnie postraszył przypomnieniem jak to potrafiłam 9 km przebiec w 18 km. i ile razy i jak bardzo błądziłam. Utrwalił mi przekonanie, że okolica jest trudna i na zawody jechałam z duszą na ramieniu. Na wszelki wypadek przygotowałam dużą porcję wody do wzięcia na trasę i tylko kanapek nie miałam gdzie spakować.
Tym razem to ja startowałam pierwsza i nie musiałam w skwarze czekać na swoją kolej. Do startu było krótsza dojściówka niż dzień wcześniej, więc i rozgrzewka była słabsza:-)
 
Idziemy na start.
 
 Z dumą prezentujemy nasze koszulki klubowe.
 
Poprzedniego dnia dałam sobie przykleić opisy na żywe ciało, bo nie brałam opisownika, ale tym razem uznałam, że wystarczy jak je przeczytam na miejscu. Na trasie w czasie szukania opisów na mapie jest okazja, żeby odpocząć i to mi bardzo pasowało.

Ruszyłam.
 
Punkt pierwszy był w dołku przy drodze, ale w takich krzaczorach, że aż strach wchodzić i sama nie wiem jakim cudem trafiłam na niego od pierwszej próby. Do dwójki ustawiłam azymut i usiłowałam ruszyć, ale po drugiej stronie drogi zatrzymała mnie ściana lasu, bo krzaczory były takie same (a może większe) jak przy jedynce. Co ja się nakombinowałam, żeby wbić się w którymkolwiek miejscu. Już nawet olałam azymut, chciałam tylko ruszyć z miejsca. Tak po prawdzie to mogłam obiec tę gęstwinę, no ale przecież ja nie idę na łatwiznę, a nawet wręcz - im większe przeszkody, tym mnie tam więcej. Jakieś takie mam masochistyczne ciągoty na widok lasu. Nie wiem czy to się leczy. Mimo utraty azymutu, idąc tak bardziej "na oko" jednak trafiłam na dwójkę i to bez błądzenia.
Na pozostałe punkty szłam już jak po sznurku wzorcowymi azymutami. Człapałam sobie powoli, bo raz - gorąco, dwa - wydma, trzy - totalny bałagan w lesie i ciągle coś pod nogami, więc nawet gdybym jakimś cudem była zdolna do biegu, to i tak się nie dało (no, może nie wszędzie, ale przemilczmy). Czuję się usprawiedliwiona.
Trzynastka była przy bajorku, gdzie cztery lata temu natrafiliśmy na truchło łosia, ale tym razem obeszło się bez zwłok. Zresztą bezzwłocznie oddaliłam się na następny punkt.
Szesnastka stała na najwyższej górce w okolicy. Miałam już tak dość, że nawet widok obiektywu wycelowanego we mnie nie wykrzesał iskry i nie zmusił do biegu. Do punktu raczej się dowlokłam i to w w marnym stylu.

PK 16
 
Za to do siedemnastki było już tylko w dół, potem osiemnastka przy drodze i meta.

Ostatni punkt - PK 18.
 

Na metę dotarłam w niezbyt rewelacyjnym stanie i musiałam czym prędzej udać się do samochodu na leżakowanie. Dobrze, że Tomek długo nie wracał, bo zdążyłam pozbierać się do kupy, pójść na metę i uwiecznić jego powrót.

Tomek na mecie.
 
Tak się bałam tego Popowa, a w sumie nawigacyjnie poszło mi rewelacyjnie, a że kondycja nieobecna, no to raczej norma. Gosia dokopała mi prawie jedenaście minut, ale i tak mam pudło, bo nas dwie ukończyło bieg. Drugie miejsce w generalce brzmi dobrze. Większość znajomych i tak nie wie, że to w kategorii wiekowej i przy niskiej frekwencji, więc chwalić się można.

Cała trasa. Ładnie to wygląda.

czwartek, 23 maja 2024

Grand Prix Mazowsza 2024 im. Andrzeja Krochmala- etap drugi, czyli pełzający sprint.

Po kąpieli, obiedzie i chwili odpoczynku po porannym etapie, poczułam, że jestem gotowa na ciąg dalszy, czyli sprint w Serocku. Pocieszałam się dodatkowo, że sprint trwa krótko, w mieście ciężko się zgubić i w sumie raz, dwa przebiegniemy i po sprawie.
Biuro zawodów znajdowało się na rynku, więc tam usiłowaliśmy zaparkować. Prawie się udało, czyli trochę dalej.

Przy biurze zawodów.
 
Start był niedaleko rynku, ale dojście do niego nieoczywiste, bo wyznakowano je tak, żeby nie przejść przez teren zawodów.
W oczekiwaniu na swoją kolej, można było jeszcze podyskutować z konkurencją.

Czekamy na nasze minuty startowe.
 
I wreszcie start!
 
Trasę miałam krótką - raptem 2 km. Najpierw dobieg do lampionu startowego, a potem decyzja jak dalej. Ja oczywiście z nawyku ustawiłam azymut, a że mniej więcej pokrywał się z alejką, to pobiegłam nią. Wkrótce zobaczyłam lampion. Niestety - kilkanaście (a może więcej) metrów w dole, do tego za wodnym rozlewiskiem. Dopiero wtedy dokładniej przyjrzałam się mapie i wyszło, że trzeba było trochę obiec obniżenie i zbiec do lampionu po schodkach od drugiej strony. Tak też zrobiłam, ale strata w sprincie jest trudna do odrobienia.

 Zaczęłam od głupiego błędu.
 
Zbieg do jedynki nie był problemem, ale już wdrapanie się z powrotem na górę nieco nadwyrężyło moje i tak już wątłe siły. Dobrze, że dwójka stała przy ulicy. 
Do trójki biegłam przez piątkę i czwórkę. Trochę bez sensu taki przebieg, ale chyba nie było lepszego sposobu, bo wszyscy, których widziałam, tak biegli.
 

Z trójki trzeba było wrócić do czwórki i piątki i tu zaczęły się schody. To znaczy te schody były już wcześniej (przed piątką), ale w dół - teraz trzeba było pokonać je w górę. Niestety, to raczej one mnie pokonały. Lazłam schodek po schodu zatrzymując się co chwilę, szczególnie już na odejściu z piątki.
Do dziesiątki szło mi dobrze, żadnych schodów w górę nie było, a do PK 7, 8 i 9 nad rzeką wręcz było w dół. Ponieważ z dziewiątki zaczęło się podejście, to przy dziesiątce byłam zbyt zmęczona, żeby ją zauważyć i wzięłam ją z okrążenia. Ale grunt, że wzięłam.

Przeleciałam dziesiątkę.
 
Po dwunastce było już tylko pod górę. Co prawda nie schodami, ale wcale nie łatwiej. Przez rynek to już się niemal przeczołgałam dopingowana przez Becię, która chyba była już po swoim biegu. Cudem dotarłam do ostatniego punktu, a potem siłą woli na metę. 
Ten sprint okazał się chyba gorszy niż poranny las. A niby po mieście lekko, łatwo i przyjemnie. Gosia, z którą wydawało mi się, że rywalizuję (a w rzeczywistości gonię ją z językiem na brodzie) dokopała mi ile wlezie, a  wlazły 3 minuty. Ale w sumie i tak drugie miejsce w końcowej klasyfikacji miałam już zapewnione, bo tylko my dwie ukończyłyśmy oba etapy. 
Pozostał jeszcze jeden rozstrzygający etap następnego dnia, czyli bieg w Popowie. A u mnie Popowo to cała historia pt. jak przebyć 9 km w 18 km. No to będzie ciekawie.

Cały przebieg.
 

środa, 22 maja 2024

Grand Prix Mazowsza im. Andrzeja Krochmala - etap pierwszy.

Na Grand Prix to wiadomo, że chcieliśmy się wybrać, a już na imprezę upamiętniającą Andrzeja, to wręcz czuliśmy się wewnętrznie zobligowani, więc rączo się zapisałam i dopiero po kilku dniach dotarło do mnie, że w sobotę to odbywają się dwa biegi i w obu uczestniczę. Ale, oj tam. Najwyżej się zarżnę - pomyślałam.
Impreza była poważnej rangi, o czym świadczyły kible na starcie. Bo na imprezach mniej poważnych są tylko krzaki. Aha, jeszcze były minuty startowe i boksy. Tych naszych minut to nie mogłam spamiętać i wciąż musiałam sprawdzać w rozpisce.
 
 To którą to ja mam w końcu minutę?

Z bazy zawodów na start było 1700 metrów, czyli ponad połowa mojego dystansu. Za to chociaż raz miałam przed bieganiem rozgrzewkę inną niż ciepły nawiew w samochodzie.

Idziemy na start.
 
Niektórzy orientaliści polegli już na dojściówce, bo przegapili skręt, ale my nie daliśmy się na to nabrać. 
Okazało się też, że start usytuowany jest na pustyni, o czym nie było mowy w komunikacie technicznym. Bieganie po piachu nie jest łatwe, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz.

 Piach dookoła.
 
Tomek startował pół godziny przede mną, więc potem musiałam przeczekiwać skwar wśród rachitycznych drzewek, czekając na swoją kolej. Z boksu do lampionu startowego było 220 metrów po piachu, więc praktycznie na starcie byłam już wykończona i do tego nie pomyślałam o wzięciu wody na trasę, a żar lał się z góry strumieniami. Pustynia, normalnie pustynia.
No ale dobra, sprawa jest poważna, więc nie ma co narzekać tylko spiąć się w sobie i lecieć, choćby powoli.
Spięłam się. Ludzie, jak ja się spięłam. Leciałam po kreskach niczym natchniona, ale ostatecznie obsługi kompasu i nawigacji uczyłam się od Andrzeja, więc nie mogłam inaczej. 
Niestety - nic nie może przecież wiecznie trwać, co zesłał los, trzeba będzie stracić.... No i straciłam kreskę po dziewiątce. Nie dość, że zaczęło mnie ciut ściągać w lewo (w lewo! nie jak zawsze w prawo!), to jeszcze w pobliżu dziesiątki zauważyłam innych zawodników i tak się nimi zasugerowałam, że trafiłam na lampion nie z mojej trasy. A tyle razy sobie powtarzam: Umiesz liczyć? Licz na siebie! Kiedy po chwili błądzenia spotkałam Małgosię, miałam co najmniej ambiwalentne uczucia. Z jednej strony - mogłam liczyć na jej pomoc (bo to dobra kobieta jest), z drugiej - dogoniła mnie, a startowała po mnie, więc nie ma co marzyć o miejscu przed nią. Oj, bolało, bolało. Gosia wybrała lepszą strategię - namierzała się na dołki, a ja na wykroty. Dołki jak są, to są. Wykroty są albo jest ich więcej niż na mapie, a najczęściej jest ich dużo, dużo więcej i tym samym nie stanowią żadnego wartościowego punktu odniesienia.
 
 Dołek przy wykrotach.

Z dziesiątki spylałam ile sił w nogach (więc w sumie niewiele), żeby tylko być jak najdalej od konkurencji. Na jedenastce czekał Tomek, żeby cyknąć fotkę poniżej, a potem on pognał na metę, a ja jeszcze na PK 12 na górce.
 
Przedostatni punkt.

Na metę dotarłam co prawda przed Małgosią, ale ostatecznie to ona okazała się lepsza. No, nie ma mocnych na tę kobitę!
 
Zobaczcie jaki bałagan na mecie!
 
Po tym końcowym wyścigu padłam i nawet mapę i kompas musiał mi Tomek potrzymać, bo były dla mnie za ciężkie. Podniosła mnie dopiero myśl, że trzeba się szybko zbierać do domu, żeby w przerwie między etapami coś zjeść i chwilę odpocząć.
 
Dałam z siebie wszystko.


Cały przebieg.
 

środa, 15 maja 2024

MP 2024 w middlu czyli perypetii z mapą ciąg dalszy

Po nocy spędzonej w warunkach turystycznych (czytaj: na twardej podłodze + lodowaty prysznic hartujący charakter) nastaje nowy dzień i nowe wyzwanie MP- middle. Plan na dzisiaj – dobiec do mety z kompletem PK. Nieśmiałe oczekiwania – powalczyć o jakiś dyplom (bo na medal nie ma zbytnich szans). Najgorzej, że ruszam pierwszy ze stawki – w zeszłym roku nie biegałem, to nie mam za wiele punktów rankingowych, a z tego roku jakoś organizatorzy nie spieszą się przesłać wyniki moich sukcesów na stronę PZOS. Bieganie pierwszym ma zalety: nie ma ścieżek i ja wyznaczam nowe szlaki i wady: jak się zgubię to na dobre. Są zawodnicy, co uwielbiają biegać w tramwaju – ja tego nie znoszę – dla mnie jest to „oszukiwanie”, gdy wozisz się na plecach konkurencji. Niestety, interwały nie są 10-cio minutowe, tylko 2 minutowe, więc o tramwaje nietrudno. 

Na start wiedzie wyznakowane dojście omijające wszelakie znane drogi. Pewno aby zdezorientować biegających, by nie byli w stanie trafić na metę. Co sprytniejsi w zegarkach zaznaczali sobie miejsce startu jako bazę zawodów… na wypadek gdyby się pogubili zupełnie;-) 

Wypikała minuta zerowa i ruszyłem w las. Na jedynkę na azymut. Już zaczynałem wątpić czy znajdę, gdy jakiś szybkobiegacz podążający moim śladem, z obłędem w oczach rzucił hasło „133?” i po moim stwierdzeniu, że „gdzieś tu być powinno” zataczał kręgi i natknął się na lampion kilka metrów dalej. No cóż, nie wróży to dobrze na przyszłość, że z kilku metrów nie widać ani lampionu, ani miejsca charakterystycznego. 

Czekając na start

Ustawiłem azymut i ruszyłem na dwójkę. Na mapie zielone i żółte, w otoczeniu wszystko takie samo. Przecinam jedną ścieżkę, drugą, widzę trzecią idącą w pętelkę, a pośrodku mokradełko, tyle że nie ma lampionu. Może mnie zniosło w bok? Po prawej widać kolejne mokradełko i jakieś koleiny, jakby ścieżka. Także jest pętelka z dróg i brak lampionu. Idę dalej - może jestem za wcześnie? Znowu droga, ale chyba nie ta, bo długa i prosta, choć mało wyraźna w terenie. Wokół pojawia się coraz więcej osób szukających tego samego lub innego punktu. Wszyscy miotają się tu i tam. Pojawia się i moja konkurencja startująca po mnie. Podłącza się ona pod jakiegoś zawodnika z lepszej kategorii, ale także długo miota się wokoło, zanim zginęła mi z oczu. Ja co chwilę znajduję miejsce pasujące na punkt, ale bez lampionu lub z lampionem o innym numerze. Wreszcie namierzam się od ogrodzenia (za pierwszym razem trafiając na stowarzyszone bagienko) i wreszcie mam PK 2 . Po… 20 minutach poszukiwania!
Rozumiem, że MP to trudniejszy teren, mapa, zawody, ale mapa powinna być dokładna bez dwóch zdań. Gdy na mapie jest zaznaczona co któraś droga, co któreś mokradełko, a nie ma połowy dróg, czy rzeczywistych mokradeł, to naprawdę namierzenie się na punkt jest kwestą szczęścia lub szukania lampionu w tramwaju. I ci co startują później mają już wydeptane ścieżki do lampionów. Przepisy są jakie są, ale mocno niesprawiedliwe;-) 

Wszędzie były małe mokradełka z pętelką drogi wokoło...

PK 3 poszedł w miarę, choć bieganie po terenie mocno pofałdowanym ciągle mi nie idzie pod względem szybkości, a że troszkę mnie zniosło, to więcej biegałem po górniczych kretowiskach. 

PK 4, 5, 6 - jedyny problem to podłoże i osiągana prędkość w moim kuśtykaniu pomiędzy lampionami;-(

PK 7 znowu dał popalić. Niby jasna sprawa – wyraźna forma terenowa i gdzieś na zboczu, pod kopczykiem dołek z lampionem. Lekko zbił mnie z kierunku jakiś poszukiwacz tego samego lampionu (123), ale tuż za formą terenową droga, której brak na mapie. I konsternacja, czy na pewno jestem we właściwym miejscu, bo droga powinna być przy podobnej formacji o 100 m na wschód. No cóż, znowu nieaktualna mapa mnie pokonała – za dużo myślę i tyle! 

Na południe to szedłem wraźną drogą...

Na szczęście znalezienie kolejnych PK 8 i 9 było niezależne od tego, czy autor na mapie narysował wszystkie, czy nie wszystkie drogi ;-) 

Na PK 10 przedzieranie się przez krzaki – ścieżkami dzików lub takimi wydeptanymi przez InOwców. W okolicy lampionu była już porządna InOstrada wydeptana w błocie. A za lampionem ciek wodny i fotograf polujący na biegaczy. Na razie zdjęcia ze mną forsującym przeprawę wodną nie opublikował – pewno jestem mało fotogeniczny;-( 

Jednak doczekałem się zdjęcia ze strony oragnizatora i firmowego fotografa;-)

PK 11 łatwizna - skałka (jedna z dwóch) u podnóża. Azymut – trafiam na skałkę. Brak lampionu! Może to nie ta? Lecę na wschód, ale drugiej skałki jakoś nie widzę, a tym bardziej lampionu. To może na zachód? Nie, tu stanowczo nie ma skałki. Zdaje się, że rozpoznaję spory dół zaznaczony na mapie. Wracam i dostrzegam ludzi wyczołgujących się z jakiegoś dołu. Okazuje się, że z góry skałka była niewidoczna, a lampion sprytnie za nią schowany. Tu ciężko zwalić winę ma mapę – to po prostu mój brak obycia z górkami, skałkami i tego typu sprawami niespotykanymi na mazowieckich nizinach. 

Do PK 12 przyspieszam – ścigam się jakimiś dziewczynami. Powinna być wyraźna zielona plama (jak te krzaki przy PK 10) niedaleko od „wyrębu”. Nie da się przeoczyć. Ale oczywiście dało się przeoczyć, bo to zielone na mapie ledwo odróżniało się od dobrze przebieżnego lasu. Do tej pory autor map był moim ulubionym kartografem, ale po tych zawodach zmieniam zdanie. Chyba w ogóle nie był w terenie. Albo może ten co wymyślał trasę wybrał miejsca, ale nie poprosił o korekcję mapy w okolicach wybranych lokalizacji. A szkoda;-(
Znalazłem inny lampion z innej trasy i po chwili błąkania się zidentyfikowałem, gdzie ten lampion stoi na mapie, ale kolejne 8 minut w plecy;-( 

"Ciemnozielone" powinienem dostrzec za pierwszym przebiegiem....aż tak ślepy nie jestem!

|Jeszcze ostatni PK i jestem na mecie. Plan minimum spełniony czyli komplet PK i w limicie czasu, ale satysfakcji brak. Moje błędy to moje błędy - tu i ówdzie mnie zniosło, ciągle mam problemy z bieganiem po nierównym terenie oraz interpretację form ze skałkami, ale niedoskonałości mapy pozostawiają niesmak. Jak coś jest zaznaczone na mapie powinno być w terenie i na odwrót. Jednoznacznie. A nie na zasadzie raz jest, raz nie ma. Idąc na start etapu wokoło słyszałem dyskusje o „zielonym”. Czy las po lewej to powinien być na mapie biały, zielony, a może na żółto? Słyszałem także dyskusje o karpach na etapie nocnym, których na mapach nie było, a były bardzo charakterystyczne. Ja dokładam swoją cegiełkę do dyskusji z drogami uznaniowymi: albo wszystkie albo nic, a nie wybiórczo! 


 

poniedziałek, 13 maja 2024

Nocna porażka czy MP Bliżyn

Nadeszła sobota i ruszyłem w Świętokrzyskie do Bliżyna. Wieczorem MP w nocnym BnO, ale wcześniej – oficjalny trening. Docieram do Bliżyna koło godziny 13-tej. Leśny parking, trochę zapakowanych samochodów, samotny stolik z mapami i piękny, przebieżny las widoczny z drogi. To lubię! 

Las zapowiadał się całkiem przyjemnie

Niestety nie ma pomiaru. Trochę słabo jak na „Oficjalny trening”. W porównaniu np. z WawelCup pod tym względem impreza przegrywa – tylko jedna trasa (ale w 2 skalach) i brak jakichkolwiek numerków na lampionach, o braku pomiaru czasu już pisałem. 

Na start daleko. W miarę dojścia las zaczyna być mniej przyjemny. Może i wzrok sięga daleko, ale grunt pokryty jagodami, wyraźnie nierówny i widać sporo „śmiecia” na podłożu. 

Na starcie las już nie wygląda tak dobrze

Docieram na start, „pikam” dla dodania sobie animuszu i ruszam… wpław przez pobliski strumyk. Po lesie biegać trudno z powodu podłoża (oczywiście nie przeszkadza to jakimś harpaganom z M21). Lampiony widoczne z daleka, aż miło. Tylko teren coraz bardziej „nierówny”, także i na drogach (koleiny, zaschłe błoto). Wreszcie docieram do kopczyków pogórniczych. Tu zasugerowany jakimś konkurentem zamiast na PK 6 idę na PK 9. Trafiam idealnie (w odróżnieniu od konkurencji), ale orientuję się, że to nie ten PK co miał być i zaczynam szukać PK 6. Szukam, szukam i nic. Po dłuższej chwili cofam się do drogi i namierzam się raz jeszcze - w to samo miejsce, gdzie byłem kilka razy. Chwila wpatrywania się w ślady na ziemi i odkrywam niepozorną gęstwinkę z kolejnym zestawem kopczyków i jest wreszcie lampion. Tak to jest z tym terenem – małe przeoczenie i od razu katastrofa.

Najpierw trafiłem na PK9, ale dalej to już katastrofa

Jeszcze przebieg PK 9-10-11 daje się we znaki – tylko na azymut, a teren wyjątkowo niezachęcający do przemieszczania się. Na końcówce podłączam się do jakichś szybkobiegaczy i dobiegam na metę. 

 

A to mapa treningowa

Do wieczora jeszcze sporo czasu. Postanawiam coś przetrącić i przy okazji zrobić TRInO w pobliskiej Sielpi. Google coś mówiło o 20 km, a tu nawigacja gogle pokazuje prawie 40! Ale skoro czas, to jadę. TRInO takie nudnawe – spacer wokół zalewu, ledwo co zrewitalizowanego (czyli „gołe” wyspy, kilka mostków i martwy poza sezonem turystyczny deptak z kramami. Gdy kończę TRInO zegarek odgrywa mi pochwałę za 10 tys. kroków. 

 

Martwy sezon w Sielpi Wielkiej

Powrót do Bliżyna, wmeldowanie się na nocleg na sali gimnastycznej (jak za dawnych dobrych czasów) i nierozważna wycieczka do biura zawodów po numer startowy. Nierozważna, bo do biura jest 1,6 km w jedną stronę. Czyli tam i z powrotem daje 3.2 km. Potem dojście na etap nocny: 1,6 km do biura + 1,3km na start, że o powrocie na nocleg nie wspomnę! W efekcie na starcie etapu nocnego zegarek pokazuje dobrze ponad 20 tys. kroków!!! Dobrze, że to nie zawody w Longu;-) 

Oznaczenia "Do Centrum Zawodów" całkiem porządne, tylko strasznie daleko

 Straty etapów nocnych są widowiskowe. Gdy wszyscy zapalają latarki, a grupa startujących jest duża, robi się w nocnym lesie jasno jak w dzień! 


Ja startuję w trzeciej fali – obejrzałem więc starty dwóch poprzednich grup. Wreszcie nadchodzi nasz pora: odliczanie i start. Najpierw biegnie się za wszystkimi. Przy lampionie start chwila zastanowienia i już w mniejszej grupce ruszam w kierunku PK 1. Najpierw biegniemy rządkiem, potem zaczynamy się rozpraszać. W efekcie na dość przeziernym lesie widać dziesiątki lub wręcz setki ludzi biegających w zasięgu wzroku w różne strony, każdy świeci przed siebie, każdy biegnie w innym kierunku i każdy szuka niepozornego stojaka z odblaskiem. 

W takim zgiełku, gdy wszystko w lesie błyska, odblasku oczywiście nie widać, chyba że o niego się potkniesz. Udaje mi się w miarę sprawnie zlokalizować pierwszy stojak z odblaskiem. Na pierwszym PK od razu następuje rozbicie na motylki. Specjalnie się nie spieszyłem, bo ciągle kuruję staw skokowy po kontuzji, więc grupa biegnących moim wariantem nie jest specjalnie liczna. I konkurenci wybierają inny wariant, więc można powiedzieć, że jestem sam w lesie. Po drodze do PK 3 zaczynam spotykać jakieś „obce” lampiony. W każdym razie idzie mi coraz lepiej - zaliczam jedno skrzydełko motylka, ruszam na drugie. PK 6 bez problemu. Na PK 7 łatwizna – ustawiam azymut i ruszam. Po pewnym czasie po lewej jakiś lampion nad mokradełkiem – sprawdzam – obcy. Ruszam dalej. Pojawiają się jakieś drogi (na mapie nie ma takowych), kilka bardzo charakterystycznych karp (na mapie także ich nie ma), co chwila w terenie jakieś gęstwinki (na mapie są całe dwie w okolicy). Kierując się gęstwinką szukam lampionu – kolejny obcy. Szukam coraz bardziej. Wszyscy biegają zdezorientowani i szukają czegoś tam. Nikt nie wie, gdzie jesteśmy. Przeszukuję wszystkie gęstwinki (mokradełko miało być tuż obok) znajduję kolejny lampion, a na końcu ciek wodny. Znaczy jestem za daleko. Kilka kolejnych prób szukania i wreszcie wracam w kierunku poprzedniego PK. Tak trafiam na lampion znany – punkt węzłowy PK1/5/8. Tu ustawiam uważnie azymut i wolno idąc znajduję właściwy lampion. Wszystko fajnie, tyle że zamiast 2 minuty, zajęło to prawie 22! 

Poszukiwania PK7 - to ten u dołu po prawej

PK 9 i 10 wchodzą dobrze. Doganiam, a nawet przeganiam jakąś konkurencję. PK 11 - kolejny punkt węzłowy. I tu uskrzydlony sukcesem przegonienia konkurencji ruszam nie na to skrzydełko co trzeba: zamiast na PK 12 lecę na PK 15! Przy powrocie na punkt węzłowy znowu mnie znosi i pozwalam się zbliżyć konkurencji. Przyspieszam i lecę na PK 18. I nie trafiam. Chwila szukania, ale nie 20-stominutowa;-) 

Na PK 20 droga prosta (na azymut). Przecinam drogę i wpadam w chaszcze. Tu dołącza się do mnie jakiś konkurent z innej kategorii – szuka innego kodu lampionu, ale także nad bagienkiem. Przedzieramy się przez krzaki. Chwilami jest mokrawo, widoczność w krzakach zerowa. Coś za długo to trwa. Wreszcie wypadam na porządną drogę. Chwila konsternacji – musiałem przebiec lampion. Znajduję charakterystyczne rozgałęzienie i na spokojnie kierując się azymutem znajduję dół z wodą. Teraz zostaje przebiec przez bagno obwiedzione gruba czarną linią (nie było wcale mokro), wdrapać się na górę i finiszować w świetle jupiterów. 

Dobieg do mety - w świetle jupiterów

Dumny idę sczytać chipa, a tu wynik świeci się na czerwono: NKL/MP. Przemek zerka na wydruk i mówi: brak 132 i 145. Chwila analizy mapy i rzeczywiście – nie przypominam sobie szukania tych kodów.
Ech, tyle biegania się zmarnowało – bo ja lubię biegać po nocy. Zniechęcony wracam na nocleg. Zegarek pokazuje ponad 31 tys. kroków – nieźle! 

Trochę się nadreptałem!

Po prysznicu w lodowato zimnej wodzie – śledzę wyniki live na komórce. Czas mija, a w lesie dwóch znajomych Piotrek i Bartek. Mija czas zamknięcia mety – Piotrek wrócił, ale Bartka nie ma. Sprawdzam jeszcze po północy - Bartek ciągle biega w/g wyników. Ale nagle Bartek pojawia się w drzwiach witany okrzykami radości przez cały Team360 – chyba spisali go już na straty! Jak się później okazało Bartek zdążył na metę w ostatniej chwili – do limitu czasu (150 minut) zostało mu 8 sekund! Zresztą fajne wyniki są M 50 – pierwszy Marcin, ostatni Bartek – bracia. Czas Marcina 50 minut, Bartka prawie 2,5 godziny! 

No cóż, pora spać - jutro kolejny bieg – muszę bardziej uważać by nie mieć MP.

 


niedziela, 12 maja 2024

KOSowa Majówka w Twierdzy Modlin, czyli - NIGDY WIĘCEJ !!!

Dobrze, że między drugą, a trzecią rundą KOSowej Majówki mieliśmy 3 dni przerwy, bo miałam chwilę, żeby się zregenerować. Trzech dni pod rząd w tym gorącu już bym nie uciągnęła, szczególnie, że ostatni bieg zapowiadał się bardzo męczący. Bieganie w Twierdzy Modlin już kiedyś zaliczyłam i choć jest to fascynujące doświadczenie, to jednocześnie wyniszczające fizycznie, przynajmniej w moim przypadku.
Zaczęło się od problemów ze znalezieniem bazy zawodów, bo jednak twierdza mała nie jest, a w internecie był podany zły link. Wspólnym wysiłkiem kilku ekip udało nam się w końcu ustalić, gdzie należy zaparkować, żeby było jak najbliżej i mogliśmy zacząć przygodę.
 
Ruszamy na poszukiwania bazy zawodów.
 
W bazie pobraliśmy mapy i idąc w kierunku startu analizowaliśmy warianty przebiegu do PK 1, który mieliśmy wspólny. Były dwie opcje - po kresce przez wał, albo obiec wał i lecieć naokoło, ale po płaskim.
 
Jak będzie lepiej?
 
Strasznie długo nie mogłam zebrać się do tego startu. Po konsultacjach z Tomkiem jeszcze z Asią przegadałyśmy ten problem, a kiedy ona stwierdziła, że leci przez wał, nie wypadało mi pójść na łatwiznę i obiegać.
 
To co robimy?
 

Start.
 
My przedzierałyśmy się przez wał (Asia pierwsza, ja chwilę po niej), a Tomek pobiegł naokoło i oczywiście był szybciej niż ja, choć ruszył chwilę po mnie.
Po jedynce trzeba było wrócić na pierwszą stronę wału, żeby pobiec na dwójkę. Mało optymalnie mi to wyszło, bo tak się skupiłam na wałach, że o rozsądnych i ekonomicznych przebiegach już nie myślałam. Trójka oczywiście znowu za wałem. Myślałam, że sprytnie będzie pobiec (to znaczy przeczołgać się, bo przecież nie biegłam ani w górę, ani w dół, ani nawet po płaskim) koło ósemki, bo tam wał był najwęższy, ale bo ja wiem, czy to miało sens. Wał to wał i może lepiej było lecieć na krechę.
 
Sama nie wiem jak lepiej.
 
Czwórka była nawet dość dostępna, ale za to przy piątce chwilkę mi zeszło zanim namierzyłam dołek na wale. Tam spotkałam Tomka i razem ruszyliśmy na szóstkę, czyli z jednego wału na drugi. Ja to już wybierałam coraz większy trawers, żeby tylko nie piąć się pionowo w górę.
 
W drodze na PK 6
 
I jest szóstka!
 
Po szóstce było trochę mniej skakania z wału na wał, ale za to pojawiły się dłuuugie przebiegi: z dziesiątki na jedenastkę i z jedenastki na dwunastkę. Przy dwunastce czepiłam się nie tego muru co trzeba i całe szczęście, że pojawili się inni zawodnicy i ich tropem trafiłam na punkt. Po dwunastce była pętelka: 13, 14 i 15 tożsame z PK 12. 
Do szesnastki znowu długaśny przebieg, ale przynajmniej po płaskim. Siedemnastka na wale, ale z długim i dość łagodnym podejściem. Po siedemnastce skończyła mi się woda, siły i chęci. Jeszcze z rozpędu wzięłam osiemnastkę, a potem zaliczyłam odlot. Odwodniony mózg wyłączył mi się całkowicie, a nogi pozbawione kierownictwa prowadziły mnie gdzie tylko chciały, a chciały naprawdę głupio i do tego daleko. Popitoliły mi się wały i nawet dojście do ewidentnie złych miejsc nie dało mi nic do myślenia. To znaczy, może i dało, ale czym miałam myśleć? Kiedy w końcu nogi zawiodły mnie na właściwy wał, bynajmniej nie był to koniec problemu, bo punktu i tak nie mogłam znaleźć. Co prawda  dwukrotnie byłam we właściwym dołku, ale najwyraźniej na oczy też mi padło, bo lampionu nie zauważyłam. Już nawet pomyślałam, że tak bardzo jestem poza wszelkimi limitami, że punkty pozbierali. Już miałam wracać na metę i zaliczyć nkl-kę, ale jeszcze ostatni raz wlazłam na wał (chyba już z przyzwyczajenia) i ... znalazłam.

Wędrować przed siebie, gdzie oczy poniosą...
 
Schodząc z wału znowu spotkałam Tomka, ale ja już kierowałam się na metę, a on jeszcze coś miał do zebrania. 
Meta była sprytnie schowana wewnątrz umocnień i gdybyśmy jej przed startem nie obejrzeli, to w stanie ducha, w jakim się znajdowałam, w życiu bym na tę metę nie trafiła.
 
Meta przyczajona przy wejściu - widok z wewnątrz.

Po sczytaniu czipa padłam i piłam, piłam , piłam....
 
Ślad gps powiedział mi, że punkty odległe o 60 metrów zaliczałam 19 minut! I nie uwierzycie - w wynikach nie jestem ostatnia, bo za mną są jeszcze 3 osoby.
W każdym razie, gdybym jeszcze kiedykolwiek chciała tam biegać - błagam - odwiedźcie mnie od tego pomysłu!!!!

Cała ciężka trasa.