Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puchar Bielan 2024. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Puchar Bielan 2024. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 stycznia 2025

Puchar Bielan - E 4, czyli w sztafecie z samym sobą.

Uskrzydlona trzecim miejscem z dnia poprzedniego, po cichu miałam nadzieję, że znowu pójdzie dobrze i zajmę porządne miejsce.  Tym razem jako atrakcję organizator wymyślił sztafety jednoosobowe, czyli bieg dwa razy na tym samym terenie, z nieco innymi punktami. Mapa miała dwie strony i najpierw biegliśmy pierwszą stronę, potem drugą.
 
Czy ja na pewno dam radę?
 
Start znowu był grupowy, ale już nie tak chaotyczny, bo wszyscy biegli w tę samą stronę. Startowaliśmy kategoriami i Tomek wybiegał w grupie przede mną. W mojej kategorii była garstka osób - raptem siedem, więc w sumie miejsce w pierwszej dziesiątce miałam gwarantowane.
Biegaliśmy w Popowie, tam gdzie za pierwszej bytności z dziewięciu kilometrów wyszło mi osiemnaście, czy jakoś tak. Do tej pory zdążyłam już oswoić teren i nigdy więcej nie zdarzyło mi się tak błądzić, więc zakładałam, że i tym razem pójdzie dobrze.
 
Przygotowania do pierwszego startu.
 
Do pierwszego punktu lecieliśmy całą grupą, więc tylko pierwsi musieli nawigować, zresztą punkt był tak łatwy, że wystarczyło nie zamykać oczu, żeby trafić. Po jedynce stawka zaczęła się z lekka rozciągać i pojawiły się warianty autorskie, no i teren był coraz bardziej urozmaicony. Ja tam leciałam swoje azymutem i starałam się nie sugerować innymi. Punkty okazały się łatwe i do tego widoczne z daleka i to działało na moją niekorzyść. Nie było praktycznie szansy, żeby ktoś czegoś nie mógł znaleźć, czy żeby ktoś się zgubił. Zapomnij. Wygrywał ten, kto biegł szybciej.

Pierwsza część mapy.
 
Pierwsza część biegu kończyła się na PK 9, który był jednocześnie startem drugiej mapy. Druga część poszła równie dobrze nawigacyjnie jak pierwsza, czyli po kreskach i równie marnie biegowo jak pierwsza, czyli kto chciał, to mnie wyprzedzał. Dopiero na samej końcówce powalczyłam o miejsce - najpierw przegoniła mnie Małgosia, ale potem ja urwałam się Agnieszce dosłownie na ostatniej prostej. Za to na mecie aż musiałam przysiąść, bo tak mnie to osłabiło. I tyle w temacie moich możliwości.
Ale i tak co najważniejsze w całej tej imprezie, że można było zrzucić nadmiar poświątecznych kalorii i mieć poczucie dobrze zakończonego roku - zdrowo i aktywnie.

Druga część mapy.

piątek, 3 stycznia 2025

Puchar Bielan - E 3, czyli jak umoczyć metę.

Trzeci etap (a dla mnie drugi) to scorelauf, czyli coś, co nawet trochę lubię, ale co mi absolutnie nie wychodzi. Nigdy nie umiem szybko zaplanować trasy i potem kombinuję w dziwny sposób, a na metę z reguły wracam dużo przed czasem, bo ledwo ruszę, już się boję, że się spóźnię.
Tym razem biegaliśmy w okolicy Jeziora Zapadliska, czyli w miejscu znanym już dość dobrze, co oczywiście w moim przypadku niczego nie zmienia:-)
Tym razem starty były masowe według kategorii i z nas dwojga Tomek startował pierwszy. I dobrze, bo on wybrał trasę trzygodzinną, a ja tylko godzinną, więc  w perspektywie miałam długie czekanie na jego powrót. 
Start wyglądał jak jeden wielki chaos, ponieważ każdy ruszył w innym kierunku i wyglądało to tak, jakby już na starcie wszyscy się pogubili.
 
Tomek startuje.
 
Moja kategoria startowała jako trzecia, a tak na starcie wyglądała moja konkurencja, czyli Becia i Gosia. Ja się nie załapałam na fotkę.
 
Gotowe do startu.
 
Chwilę przed startem można było obejrzeć mapę i zaplanować bieg, z tym, że ja do planowania to potrzebuję znacznie więcej czasu, więc zdążyłam wymyśleć tylko, w którą stronę pobiegnę ze startu. Jak się okazało większość ruszyła w przeciwnym kierunku i od razu podświadomość krzyczała do mnie: źle biegniesz! Przed sobą widziałam tylko jakieś dzieciaki i już się nawet zastanawiałam, czy nie zawrócić, ale w sumie po co? Jak mam narobić głupot, to poradzę sobie z tym w każdym miejscu, a jak ma być dobrze, to i tak będzie. Od tych rozmyślań w ogóle nie mogłam się umiejscowić w stosunku do ogrodzenia, które miałam po prawej stronie, a powinno się oddalać i w końcu ruszyłam bardziej w lewo. Dobiegłam do jakiś bunkrów, ale lampionu nie było. Dopiero dokładniejszy ogląd mapy uzmysłowił mi, że przedobrzyłam i szukam w dużym bunkrze zamiast w małym, który ominęłam łukiem. Podbiłam punkt i zaczęłam uciekam przed dziecięcą konkurencją.

Początek taki sobie.

Po PK 35, który po PK 34 sam się narzucał, musiałam zdecydować gdzie dalej. Do wyboru miałam punkty: 36, 42, 55, 43. Wygrał punkt 55. I to był dobry wybór, bo tam grasował Włodek z telefonem i cyknął mi pamiątkową fotkę.  Wiem, wiem - nie po fotki poleciałam do tego lasu, ale pamiątka też ważna rzecz.

PK 55
 
Nie odbiegłam daleko od startu, ale już zaczęłam myśleć o powrocie, więc naturalnym było skierowanie się do PK 43. Punkt w samym środku zielonego, ale poszło łatwo. Zaczęłam kierować się do PK 41, czyli w stronę mety, jednak po konsultacjach z samą sobą ustaliłyśmy, że może jednak starczy czasu na wzięcie wysoko punktowanego 65. Gdybym z 43 od razu ruszyła na 65, tego czasu miałabym jeszcze więcej, bo przy tych kombinacjach nadłożyłam drogi. Ale za to kawałek pobiegłam asfaltem i starałam się nadrobić jak najwięcej podkręcając tempo.
 
Trudna decyzja.
 
Po 65 kolejność była już praktycznie niewybieralna, brałam co jest po drodze, czyli 41, 57 i 31. Przez chwilę łudziłam się, że zdążę jeszcze pobiec do PK 36, ale odpuściłam. Na mecie byłam jakieś 7 minut przez limitem czasu.  Nie, nie byłam na mecie - widziałam metę. Bo meta tym razem stanowiła nie lada wyzwanie. Człowiek ją widział, a w żaden sposób nie można było się do niej dostać. Lampion stał pośrodku bajora i można było dojść albo w wodzie po kolana, albo w wodzie po kostki. Zaczęłam od pierwszego wariantu, ale szybko się wycofałam, obiegłam bajoro i próbowałam od drugiej strony. Od drugiej strony niby było łatwiej, a późniejsza legenda głosi, że komuś udało się podbić metę "na sucho".  Ja oczywiście wpadłam w wodę przy samym podbijaniu. W sumie byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie perspektywa czekania na Tomka dwóch godzin w tych mokrych butach.
 
Tomek zalicza metę od "mokrzejszej" strony.
 
Moje zakończenie etapu przed limitem miało okazać się zbawienne, bo byłam jedną z niewielu osób, której nie odliczało się z trudem zdobytych punktów. Te 7 minut pozwoliło mi powalczyć z metą i jeszcze zmieścić się w czasie. A jak zobaczyłam wyniki to aż oniemiałam - zajęłam trzecie miejsce! Niektórzy nazbierali dużo punktów, a potem "utopili" je w mecie. I jak to czasem warto być asekurantką:-)

Cała mapa i mój skromny śladzik.
 

środa, 1 stycznia 2025

Puchar Bielan - E 1, czyli łatwa nawigacja i zbyt wolne nogi.

Żeby stary rok zakończyć mocnym akcentem, zapisaliśmy się na pięciodniowy Puchar Bielan. To znaczy - Tomek na pięciodniowy, a ja tylko na etapy dzienne, więc wyszły trzy dni. Ale też nieźle jak na mnie.
Etap pierwszy na mapie Dąbkowizna. Ja dość zachowawczo (ale rozsądnie) wybrałam kategorię Maniak, Tomek - jak zawsze chojrak - wybrał Chojraka.
Chociaż start był niedaleko biura zawodów, to organizatorzy wyznakowali dojście wstążkami, ale myślę, że tylko po to, żeby pochwalić się jakie mają śliczne znaczniki. W sumie się nie dziwię, bo byłam pod wrażeniem.

Dla mnie - bomba!
 
Tradycyjnie ja wystartowałam pierwsza, Tomek chwilę po mnie.

Start.
 
Do PK 1 planowałam biec ścieżkami, ale las wyglądał tak zachęcająco, że jednak skusiłam się  na azymut i poleciałam po kresce. Pierwsze punkty mieliśmy różne, ale ponieważ Tomek przebiegał koło mojej jedynki, to załapałam się na fotkę przy lampionie.

PK 1 
 
Między jedynką a dwójką na mapie było trochę zielonego, więc tu już skorzystałam ze ścieżek i to była dobra opcja. Trójki zaczęłam szukać ciut za wcześnie i w efekcie musiałam zaglądać do wielu dołów, zanim natrafiłam na właściwy, ale tym sposobem wykazałam się pracowitością

PK 3
 
Od trójki szło idealnie, punkty były łatwe i w sumie tylko moje tempo było przeszkodą w wygraniu tych zawodów:-) Przed dziewiątką ciut mnie ściągnęło w lewo, ale nie było to żadną przeszkodą w znalezieniu puntu. Tylko do dziesiątki pobiegłam trochę głupio, bo zamiast brać ogrodzenie od północy, to wzięłam je od południa, przy czym nie dość, że ciut nadłożyłam, to jeszcze musiałam biec po ornym polu, co nie było łatwe, bo ziemia lepiła mi się do butów. Dzielnie biegłam cały czas, bo nagle zrobiło mi się głupio, że taki beznadziejny wariant wybrałam i chciałam jak najszybciej stamtąd zniknąć.

PK 9 i PK 10
 
Dalej znowu szło po kreskach, ale po dwunastce celowo ominęłam szczyt wydmy i zeszłam z kreski, bo już nie czułam się na siłach wspinać tylko po to, żeby za chwile złazić po drugiej stronie. Tak, że odchył  widoczny na śladzie jest celowy i planowany. Żeby nie było.

PK 12-13
 
Po trzynastce już tylko meta przy drodze, więc łatwo. Wynik? Jak zawsze słaby - piąte miejsce na siedem osób w kategorii, ale za to bardzo miło spędzony czas i świetny relaks. I o to chodzi.

Cała trasa.