Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezioro Zapadliska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezioro Zapadliska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 czerwca 2025

Korona Mazowsza E1 - czyli coś mi nie idzie

Późna wiosna to sezon na BnO. Zaczynają się te najważniejsze imprezy sezonu, a na doczepkę przypominają się te bardziej kameralne, takie w środku tygodnia, gdzie nie ma kategorii wiekowych, a pojawiają się trasy „Zuchwali” lub „Chojrak”. Jedną z takich imprez jest Korona Mazowsza. Nazwa pochodzi nie od korony, tylko Kornowirusa, kiedy wbrew wszelakim ograniczeniom biegi na orientację mnożyły się niczym króliki… 

Etap 1 – Jezioro Zapadliska. Niby teren znany, ale bunkry i sosnowy las zawsze fascynują. Renacie nie chciało się, więc pojechałem sam. 

Ostatni raz gdy biegaliśmy na tym terenie meta była „w środku jeziora” – no może niezupełnie w środku, ale na sucho jej się odbić nie dało. Dodam, że była to jakaś zimna pora. 
Dzisiaj jednak wychłodzenie nie groziło – ciepło, choć zaczynało się chmurzyć i wieczorem miało porządnie popadać. 
Jak zwykle zapisałem się na najdłuższa trasę „Chojrak”- 6,8 km, 26PK. Do startu ze sto metrów, nie to co na BukowaCup;-) 

Ruszyłem. Pierwszy PK – schowany w trzcinach. Lekko wilgotno pod nogami, bo brzeg jeziorka/bagniska. PK 2 i PK 3 prawie na pamięć. PK 4 po drugiej stronie jeziora. Aż kusiło po kresce przez wodę, ale to dopiero początek i nie ma co się od razu moczyć. Obiegłem. 

Po PK 5 zaczynają się młodniki – to typowe w tym terenie. Idzie dość dobrze. Błędy niewielkie, choć mocy w nogach nie ma;-( 

Problem zaczyna się przy PK 16. Ani nie widzę charakterystycznego drzewa, ani lampionu w obniżeniu, sporo ściętych drzew leży na ziemi. Słowem nic mi się nie zgadza i błąkam się trochę nieporadnie. Wreszcie znajduję lampion – w gęstwince, której brak na mapie – na mapie jest tylko biały las i polanka. Ze dwie minuty w plecy. Do PK 16 ścigam się z Marcinem Krasuskim. Na początku nawet go wyprzedzam, ale wiadomo Marcin ma znacznie dłuższe nogi… 

Moje błąkanie się przy PK16
Prawdziwa tragedia zaczyna się przy PK 22. Na bunkrach. Biegnę sobie azymutem, ale nie jestem pewien czy dokładnym azymutem, czy tak na oko. Widzę w pobliżu górkę z bunkrem, to na wszelki wypadek ją przeszukuję. Oczywiście to nie ta górka i minuty straty. Na kolejny bunkier PK 23 także nie trafiam od razu. Widzę jakieś obok azymutu, to je przeszukuję. Na mapie są oznaczone jako studnie… Ale to nie to – szukam dalej, oglądam każde wejście do podziemi. Choć wydruk z chipu mówi, że PK 23 nie podbiłem – moja pamięć mówi, że coś podbijałem jako PK 23, ale ponoć chipy nie kłamią… Ale jak nie patrzeć, czasu na tych trzech PK straciłem co nie miara – aż wstyd. 

Tragedia czyli PK22-24
Końcówka poszła już normalne. Przy mecie lekko wdepnąłem w wodę, bo lampion wisiał na pniu nad wodą. 
Przy odczycie wyników- zdziwienie: MP – ten PK 23. Gdybym miał wszystkie PK czas nie byłby rewelacyjny przez te błądzenie na bunkrach i PK 16. Ale cóż przynajmniej sobie potrenowałem. I zdążyłem przed deszczem, bo rozpadało się, gdy zacząłem podbiłem metę;-)

Ja, mokra meta i początek deszczu

 


piątek, 3 stycznia 2025

Puchar Bielan - E 3, czyli jak umoczyć metę.

Trzeci etap (a dla mnie drugi) to scorelauf, czyli coś, co nawet trochę lubię, ale co mi absolutnie nie wychodzi. Nigdy nie umiem szybko zaplanować trasy i potem kombinuję w dziwny sposób, a na metę z reguły wracam dużo przed czasem, bo ledwo ruszę, już się boję, że się spóźnię.
Tym razem biegaliśmy w okolicy Jeziora Zapadliska, czyli w miejscu znanym już dość dobrze, co oczywiście w moim przypadku niczego nie zmienia:-)
Tym razem starty były masowe według kategorii i z nas dwojga Tomek startował pierwszy. I dobrze, bo on wybrał trasę trzygodzinną, a ja tylko godzinną, więc  w perspektywie miałam długie czekanie na jego powrót. 
Start wyglądał jak jeden wielki chaos, ponieważ każdy ruszył w innym kierunku i wyglądało to tak, jakby już na starcie wszyscy się pogubili.
 
Tomek startuje.
 
Moja kategoria startowała jako trzecia, a tak na starcie wyglądała moja konkurencja, czyli Becia i Gosia. Ja się nie załapałam na fotkę.
 
Gotowe do startu.
 
Chwilę przed startem można było obejrzeć mapę i zaplanować bieg, z tym, że ja do planowania to potrzebuję znacznie więcej czasu, więc zdążyłam wymyśleć tylko, w którą stronę pobiegnę ze startu. Jak się okazało większość ruszyła w przeciwnym kierunku i od razu podświadomość krzyczała do mnie: źle biegniesz! Przed sobą widziałam tylko jakieś dzieciaki i już się nawet zastanawiałam, czy nie zawrócić, ale w sumie po co? Jak mam narobić głupot, to poradzę sobie z tym w każdym miejscu, a jak ma być dobrze, to i tak będzie. Od tych rozmyślań w ogóle nie mogłam się umiejscowić w stosunku do ogrodzenia, które miałam po prawej stronie, a powinno się oddalać i w końcu ruszyłam bardziej w lewo. Dobiegłam do jakiś bunkrów, ale lampionu nie było. Dopiero dokładniejszy ogląd mapy uzmysłowił mi, że przedobrzyłam i szukam w dużym bunkrze zamiast w małym, który ominęłam łukiem. Podbiłam punkt i zaczęłam uciekam przed dziecięcą konkurencją.

Początek taki sobie.

Po PK 35, który po PK 34 sam się narzucał, musiałam zdecydować gdzie dalej. Do wyboru miałam punkty: 36, 42, 55, 43. Wygrał punkt 55. I to był dobry wybór, bo tam grasował Włodek z telefonem i cyknął mi pamiątkową fotkę.  Wiem, wiem - nie po fotki poleciałam do tego lasu, ale pamiątka też ważna rzecz.

PK 55
 
Nie odbiegłam daleko od startu, ale już zaczęłam myśleć o powrocie, więc naturalnym było skierowanie się do PK 43. Punkt w samym środku zielonego, ale poszło łatwo. Zaczęłam kierować się do PK 41, czyli w stronę mety, jednak po konsultacjach z samą sobą ustaliłyśmy, że może jednak starczy czasu na wzięcie wysoko punktowanego 65. Gdybym z 43 od razu ruszyła na 65, tego czasu miałabym jeszcze więcej, bo przy tych kombinacjach nadłożyłam drogi. Ale za to kawałek pobiegłam asfaltem i starałam się nadrobić jak najwięcej podkręcając tempo.
 
Trudna decyzja.
 
Po 65 kolejność była już praktycznie niewybieralna, brałam co jest po drodze, czyli 41, 57 i 31. Przez chwilę łudziłam się, że zdążę jeszcze pobiec do PK 36, ale odpuściłam. Na mecie byłam jakieś 7 minut przez limitem czasu.  Nie, nie byłam na mecie - widziałam metę. Bo meta tym razem stanowiła nie lada wyzwanie. Człowiek ją widział, a w żaden sposób nie można było się do niej dostać. Lampion stał pośrodku bajora i można było dojść albo w wodzie po kolana, albo w wodzie po kostki. Zaczęłam od pierwszego wariantu, ale szybko się wycofałam, obiegłam bajoro i próbowałam od drugiej strony. Od drugiej strony niby było łatwiej, a późniejsza legenda głosi, że komuś udało się podbić metę "na sucho".  Ja oczywiście wpadłam w wodę przy samym podbijaniu. W sumie byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie perspektywa czekania na Tomka dwóch godzin w tych mokrych butach.
 
Tomek zalicza metę od "mokrzejszej" strony.
 
Moje zakończenie etapu przed limitem miało okazać się zbawienne, bo byłam jedną z niewielu osób, której nie odliczało się z trudem zdobytych punktów. Te 7 minut pozwoliło mi powalczyć z metą i jeszcze zmieścić się w czasie. A jak zobaczyłam wyniki to aż oniemiałam - zajęłam trzecie miejsce! Niektórzy nazbierali dużo punktów, a potem "utopili" je w mecie. I jak to czasem warto być asekurantką:-)

Cała mapa i mój skromny śladzik.
 

piątek, 29 grudnia 2023

Dystans Świąteczno-Stołeczny

W drugi dzień Świąt pojechaliśmy biegać. Musiałam zrzucić trochę kalorii przed kolejnym popołudniem za stołem, bo moja kulistość zaczęła się niebezpiecznie powiększać. Wiecie - to serniczek, to piernik, to sałatka, to śledzik i człowieka przybywa. Na szczęście na odsiecz przybył Dystans Stołeczny. Dojazd mieliśmy fajny bo stosunkowo niedaleko (Rynia), a ruch mały. Szybko wzięliśmy mapy i w las.

Clear, check i te sprawy.
 
Start!
 
Pierwszy punkt zapowiadał się łatwo - drogą do odchodzącej ścieżki, a potem kawałek na azymut, a punkt powinien stać przed pustym polem. Kawałek przed tym polem dogonił mnie Tomek, który zaczynał od tego samego punktu i zaczął nakierowywać w prawo, a w końcu wołać, że przebiegłam. No ale jak to? Wiecie co? Biegnąc odwróciłam sobie mapę do góry nogami i byłam pewna, że lampion będzie za tym polem. Coś mi ostatnio nie idzie z tymi pierwszymi punktami.

Wspólnym wysiłkiem zaliczona jedynka.


I co dalej?
 
Kolejne punkty już mieliśmy inne, więc każde ruszyło w swoją stronę. Nie wiem jak to zrobiłam, ale zniosło mnie w lewo. W lewo! Nie w prawo, jak zawsze. Co i tak nie zmienia postaci rzeczy, że przeszłam obok lampionu w odległości kilku, kilkunastu metrów i nie zauważyłam go. W końcu dla stuprocentowej pewności trafienia wyszłam na drogę, doszłam do skrzyżowania i z niego się namierzyłam. Tym razem poszło dobrze. Ale tak się zastanawiam - co ze mną jest nie tak, że ostatnio w ogóle sobie w lesie nie radzę?

Z dwójką się rozminęłam.
 
Do trójki też nie trafiłam tak od razu i znowu zniosło mnie w lewo, więc potem już się naprawdę zawzięłam i  czwórkę znalazłam od razu, a do piątki to już zasuwałam idealnie po kresce.
Szóstka była tak sprytnie schowana za drzewem, że minęłam ją o centymetry i nie zauważyłam. Dopiero kiedy weszłam wyżej i odwróciłam się zaniepokojona brakiem lampionu, zobaczyłam ją tuż przy drodze.
Okolice siódemki i kolejnych punktów pamiętałam z licznych poprzednich zawodów, więc czułam się w miarę pewnie.
Przy ósemce znowu strzeliłam babola. Niedokładnie popatrzyłam na opisy na mapie i zamiast opis do ósemki, zakodowałam sobie opis do dziewiątki i aczkolwiek szukałam w dobrym miejscu, to nie tego to trzeba. Tym sposobem musiałam obejść cały wielobunkrowy obiekt dookoła. Niby nic wielkiego, ale za to bez sensu.
Na szczęście z resztą punktów już nie miałam żadnych problemów i szłam jak po sznurku. Widocznie dopiero teraz zaczęłam się rozkręcać - rychło w czas:-(
Ponieważ Tomek był na najdłuższej trasie, więc chwilę mu zeszło, a potem jeszcze musiał się porozciągać. Cierpliwie czekałam, nawet z uśmiechem na ustach (patrz poniżej).

Przepychanie szlabanu.

Cały przebieg.

sobota, 14 stycznia 2023

Trochę wiosny w środku zimy;-)

Podobno 1 stycznia to środek zimy. Powinien być śnieg, lód, a nie bieganie w krótkim rękawku. Ale skoro „taki mamy klimat”… 

Po nocy sylwestrowej, przed Noworoczno-Bąbelkowym InO postanowiłem pobiegać na Dystansie Stołecznym. Jezioro Zapadliska, bunkry, pięknie przebieżne sosnowe lasy - ciężko było się temu oprzeć. 

Czekając na organizatora

Na starcie gęsto od oczekujących na organizatora, który „zaginął w lesie”. Wreszcie wyłonił się z lasu i zakomenderował ustawienie biura zawodów w miejscu, w którym nikt się nie spodziewał. 

Karol rozstawia biuro na górce

A uczestnicy czekają aż biuro się rozłoży

Dostałem mapę i w las. 

Lampion startowy

Jedynka, dwójka… długi przebieg do trójki i pierwszy „błąd”. No, może nie błąd tylko asekuracja i zamiast na kreskę przez jakiś młodnik ciut nadrobione drogą. Na szczęście dalej idzie lepiej. Wybiegłem chyba jako pierwszy na trasę, więc jest tak jak lubię – nikt mnie nie goni (w zasięgu wzroku), nie rozprasza. 

PK 8 - zaczynają się „wojskowe nasypy”. Do dziewiątki droga niby prosta – szukam „dziury w całym” przy jakiejś gęstwince. Nagle pojawia się droga. Jestem za daleko! Musiałem przebiec o „metr” od lampionu schowanego w owej dziurze;-( 

Od PK 17 zaczynają się bunkry. Zwykle tu najłatwiej o pomyłkę, bo wszędzie wokoło jakieś betonowe konstrukcje, a lampion raz „na dachu”, a raz na dole schowany w wejściu do podziemi. Ale udaje się, żadnej skuchy.

Na trasie

Pora na PK 22 - przy jeziorze Zapadliska. Długi przebieg drogą (tu wyprzedza mnie Marcin, ale to było do przewidzenia). Wbiegam na górkę nad brzegiem i rozglądam się za dołkiem. Nie widzę. Zniosło mnie? Szukam po prawej, ale tam nic nie ma. Słyszę kolejnego konkurenta. Zawracam i znajduję dołek z lampionem. Wybiegłem dokładnie na niego, ale widać „schował mi się za drzewem” - ech znowu strata;-( 

Okrążam jezioro goniąc Sławka, ale on biega szybciej. Tyle że PK 24 jest w takim specyficznym miejscu mapy, gdzie nic się nie zgadza. Pamiętam ten fakt z jakiś innych zawodów i wierzę tylko kompasowi, a nie ukształtowaniu terenu. Dzięki temu prawie doganiam konkurenta;-) 

Ostatnie PK to typowe punkty na szybkie bieganie. Tu już zostaję wyraźnie w tyle. Uff- sylwestrowy szampan wybiegany. Jeszcze sczytać się i „dokręcić” brakujące kilkaset metrów brakujących do pierwszych w tym roku 10 km. I biegusiem do domu, bo za chwilę organizujemy Noworoczno-Bąbelkowe InO 


 

czwartek, 28 stycznia 2021

Dystans Stołeczny 8, czyli jak mnie wkręcili na maksa.

Na ósmy etap Dystansu Stołecznego zapisałam się tak z rozpędu, no bo przecież to Dystans. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że biegać będziemy po ciemku i nie po parku, tylko po najprawdziwszym lesie. A w lesie to wiadomo - wilcze doły, krwiożercze bestie, partyzanci i nie wiadomo co jeszcze. Jednym słowem - niebezpiecznie. Nie lubię, boję się i unikam jak mogę, a tymczasem tak się dałam wkręcić. Już od południa miałam palpitacje serca i nadczynność żołądka i liczyłam na kolejne przypadłości, które w pełni tłumaczyły by moją rezygnację z zawodów. Jak na złość po południu polepszyło mi się, no to pojechałam.
Nad lampionem startowym stałam i stałam i nie mogłam się przemóc, żeby się odbić. Przepuszczałam kolejne osoby i wciąż nie byłam gotowa zmierzyć się z ciemnością. 
 
To biec or not to biec?
 
Dopiero wobec realnej groźby, że wystartuję ostatnia i nikogo już nie będzie w lesie, ruszyłam. I od razu głupio. Zamiast pobiec drogą, ja oczywiście wlazłam w największe krzaki, przebiłam się przez gęstwinę i.... wróciłam na drogę, z której tak ochoczo zeszłam. Dobiegłam do ostatniego skrzyżowania przed punktem, ustawiłam azymut, weszłam w las i... za nic nie mogłam znaleźć lampionu. Widziałam światełka wielu osób, ale w żaden sposób nie naprowadzały mnie one na punkt, bo były praktycznie z każdej strony. Wydawało mi się, że błąkam się tam już z pół godziny i coraz bardziej byłam skłonna poddać się i wrócić na start. Nawet zaczęłam już podążać w kierunku parkingu, ale jakiś litościwy człowiek pokazał mi gdzie mniej więcej iść i o dziwo, po chwili natknęłam się na lampion. Uffff.....
 
Najtrudniejszy był początek.
 
Skoro się udało, to postanowiłam iść dalej. Punkty 2, 3 i 4 były blisko startu i w każdej chwili mogłam zrezygnować. Dwójka weszła gładko, co mnie trochę podniosło na duchu. Dookoła wciąż pojawiały się światełka, więc czułam się w miarę bezpiecznie. Szkoda tylko, że tak krótko, bo w drodze na trójkę zauważyłam, że jestem zupełnie sama i nawet się zastanawiałam, czy aby na pewno idę w dobrym kierunku. Mapa mówiła, że w dobrym. Punkt miał być w samym środku sporej zieloności, nie było więc szans, że zobaczę go z daleka. Przedzierałam się więc, rozpaczliwie szukając wzrokiem jakiegokolwiek światełka, ale nic. I nagle zobaczyłam lampion. Tak znienacka. Jak ja się ucieszyłam! Kawałek za lampionem pojawiło się pierwsze światełko. To Karolina, która na mój widok ucieszyła się nie mniej, niż ja na jej. 
W drodze na czwórkę pomyliły mi się skrzyżowania Przedarłam się (wciąż ten młodnik) do pierwszego i nie wiem skąd ubzdurało mi się, że jestem przy drugim i dalej trzeba już na azymut. Dziwiło mnie tylko to, że wszyscy inni zawodnicy (którzy nagle pojawili się na drodze) lecą w innym kierunku niż ja. Twardo jednak ruszyłam po swojemu. Na szczęście nieprzychylny człowiekowi teren powstrzymał mnie na tyle długo, że zdążyłam ogarnąć te skrzyżowania i czym prędzej pobiec na właściwe. Oczywiście w międzyczasie wszystkie światełka już zdążyły zniknąć z pola widzenia. Tłum, który przeszedł przede mną, wydeptał mi ścieżkę, która choć mało widoczna po ciemku, ale doprowadziła mnie na punkt.
Na piątkę był dluuugi przebieg. Najpierw kawałek przyjemnym lasem (o ile w nocy las może być przyjemny) a potem teren tak kijowy, że bałam się czy nóg nie połamię, albo nie powyrywam z d.... (jak na grzybobraniu) przy skakaniu z bruzdy na bruzdę. Odetchnęłam dopiero na drodze. Jeszcze tylko musiałam znaleźć skrzyżowanie, z którego planowałam się namierzyć, a z którego zniosło mnie w lewo i potem już z górki. To znaczy w przenośni, bo w terenie to akurat zaczął się teren z górkami i obniżeniami. 
Do szóstki niemal po linii prostej. Bardzo prawdopodobne, że i tam trafiłam na wydeptaną ścieżkę, choć akurat chodzenie po prostej na ogół nieźle mi wychodzi. Do siódemki leciałam za jakimś światełkiem, ale ponieważ przebieg był długi, to oczywiście nie byłam w stanie nadążyć. Trochę po śladach, ale głównie wpatrując się w kompas, jakoś trafiłam.  Między siódemką a ósemką był dość wysoki wał ziemny. Jasne - można było go obejść, nawet daleko nie było, ale czy ja tam byłam dla przyjemności?  I co? Głupiego wału nie pokonam. Oczywiście, że poszłam po kresce, trafiając idealnie na punkt. 
 
Na skróty.
 
Nie powiem, z lekka się nawet rozochociłam i przestałam myśleć o dzikich zwierzętach i partyzantach. Przypomniało mi się o nich w młodniku, przy dziesiątce, bo przyszło mi do głowy, że młodnik to idealna kryjówka dla dzików, wilków i tygrysów szablozębnych.  Miałam wątpliwości czy lepiej skradać się cichutko, czy wręcz przeciwnie iść z pieśnią na ustach, żeby przepłoszyć ewentualnego napastnika. Przy moich zdolnościach wokalnych to nawet miałoby sens. Tak sobie rozmyślałam, zamiast porządnie nawigować i w efekcie punkt mi się zgubił w tym młodniku, a raczej w ogóle nie znalazł.. Dopiero jak trafiłam na rowek, to wiedziałam w którą stronę iść. Przy punkcie spotkałam Krzysztofa i bardzo się ucieszyłam, że to on, a nie na przykład dzik i że nie muszę śpiewać. I tak bym przecież z przerażenia nie wydobyła z siebie żadnego innego dźwięku jak tylko: aaaaaaaa!!!!!!
Jedenastka, dwunastka i trzynastka były o tyle łatwe, że znowu pojawiły się światełka wskazujące kierunek, a i niezłe inostrady były już wydeptane do tej pory.  Na drodze przed czternastką znowu spotkałam Karolinę, z lekka nie wiedzącą gdzie jest i w ogóle mającą latarkowe przygody na trasie. Jak dobrze, że moja czołówka działała bez zarzutu.
W sumie na piętnastce to już trochę odetchnęłam z ulgą, bo szesnastka miała być przy znanym mi płocie, siedemnastka nad jeziorem, czyli oba punkty łatwe i nie do przeoczenia, a potem to już blisko do mety, a jak blisko, to wiadomo, że jakoś to będzie. I faktycznie - jakoś to było. Nawet nie przeszkadzał mi brak światełek w okolicy (bo przecież wszyscy byli już na mecie), bo byłam pewna, że dam radę.  Oczywiście w lesie byłam tak długo, że Tomek dawno ukończył swoją dłuższą trasę i czekał na mnie przy lampionie metowym. 
 
Na mecie

Wkroczyłam dumna i blada, bo oto chyba pierwszy raz w życiu samiusieńka, po ciemku, w groźnym terenie pokonałam cały dystans, znalazłam wszystkie punkty i cała i zdrowa (przynajmniej na ciele) wróciłam na metę. Jakiś medal mi się należy za odwagę, czy chociaż dyplom, czy co...

I na koniec fotka rodzinna.

wtorek, 5 stycznia 2021

Zdystansowani nad jeziorem

Rozpędzili się z tym Dystansem Stołecznym na całego. Jeszcze nie doszłam do siebie po nocnej edycji, a tu już w niedzielę kolejny etap. Tym razem za dnia, w okolicach Jeziora Zapadliska. Kilka imprez już było w tym miejscu i choć teren dość trudny, to jak widać, na żadnej imprezie nie zgubiłam się na zawsze. To było pocieszające.

  Ekipa w drodze na start.
 
Oboje z Tomkiem mieliśmy pierwsze trzy punkty takie same, Agata dla odmiany ruszała w całkiem innym kierunku. Wystartowałam jako pierwsza. 
 

 Zrywam się do biegu

Trochę bałam się jak sobie poradzę w gąszczu przebogatej mikrorzeźby, ale na szczęście lampiony były widoczne z daleka, więc wystarczyło biec mniej więcej w dobrym kierunku i jakoś się trafiało. Ja oczywiście starałam się biec więcej niż mniej w dobrym.
Tomek dogonił mnie przy trójce, biegliśmy kawałek razem, ale kolejne punkty już mieliśmy rozdzielne. Tomek twierdzi, że tak go zdekoncentrowałam, że zupełnie nie pamiętał czy podbił trójkę i aż na wszelki wypadek wrócił na nią. Czyżbym mu przyniosła pecha?
Kolejne punkty wpadały bezproblemowo, to znaczy bezproblemowo pod względem nawigacyjnym, bo biegało mi się fatalnie. Dzień wcześniej chyba przesadziłam z treningiem i jakaś taka zmarnowana byłam. Za to truchtając sobie powolutku mogłam delektować się widokami, a las w tamtych okolicach jest ładny, przebieżny, wciąż zielony od mchu i nawet jakieś grzyby widziałam po drodze.
Gdzieś w połowie trasy organizatorzy władowali nas w młodnik i to akurat taki z przecinką, więc mieliśmy lekkie urozmaicenie, ale punkty były łatwe do znalezienia.
Dobra passa opuściła mnie przy PK 21. Zniosło mnie w prawo z azymutu i w żaden sposób nie mogłam trafić na punkt. Oprócz mnie jeszcze kilka osób miało problem z wyczesaniem lampionu, szczególnie, że tu już las nie był przebieżny i samo rozglądanie się dookoła nic nie dawało. W końcu zdecydowałam się wyjść na skrzyżowanie i namierzyć się z niego. Podziałało.
Końcówka trasy przebiegała przez teren mocno naszpikowany bunkrami, który pamiętałam z kilku innych imprez. Super przefajna sprawa.
Biegnąc z PK 27 na PK 28 (za niebieską zawodniczką, która  już jakiś czas temu zaczęła mi się pojawiać w tle) ucieszyłam się, że lampion widać już z daleka. Co prawda wydawało mi się, że powinien być bardziej w lewo, ale wiadomo jak to jest z azymutem - czasem się zatraca.  "Niebieska" biegła tak przekonująco, że po chwili obie stałyśmy pod lampionem z PK 31. I znowu pokarało mnie wożenie się na kimś:-) Na 29 leciałam więc po swojemu, a daleka omijając właściwy dołek, ale "niebieska" koleżanka poczuła chyba więź duchową ze mną i kiedy znalazła punkt, od razu zaczęła mnie wołać. Dzięki!
 Przed ostatnim punktem znowu spotkałam Tomka, a na bunkrze, w którym wisiał lampion czaił się Andrzej z aparatem, dzięki czemu mam rzeczowy dowód, że tam byłam.

  PK 32 okiem Andrzeja.

Na mecie czekała już Agata, a na Tomka musiałyśmy dobrą chwilę poczekać. On miał do zaliczenia aż 43 punkty.
A tak wygląda mój przebieg - w sumie całkiem przyzwoity.