Zasadniczo można ogłosić już pełnowymiarową wiosnę. Zarzekałam się, że zimą nie biegam, a skoro wczoraj wystartowałam w Warszawie Nocą, to widomy znak nowej pory roku. Co prawda jedna jaskółka nie czyni wiosny, ale już jedna Renata - owszem.
Całą zimę spędziłam na kanapie pogryzając czekoladę lub inne tuczące rzeczy, a kilkukrotne wybryki w postaci krótkich MnO właściwie można pominąć. Jak powszechnie wiadomo jest to niezawodny sposób na zbudowanie formy i właśnie miałam się o tym dogłębnie przekonać.
Ponieważ w tej edycji zawodów przepadły mi trzy starty (a wszystkie opłacone), to żeby mi się skalkulowało nie mogłam się przepisać do niższej kategorii, a właściwie powinnam wręcz pobiec w profesjonalistach. Na szczęście trasy były dość długie i zuchwali mieli ponad cztery kilometry. Zresztą długość zawsze można sobie samemu wyregulować.
Mapa była wielkości obrusu na stół i już to utrudniało mi poruszanie się, bo jak trzymałam tę płachtę przed oczami, to nic więcej nie widziałam, a jak nie trzymałam, to nie wiedziałam gdzie biec. Ponieważ start był masowy, wiedziałam przynajmniej jak ruszyć, bo założyłam, że PK 1 wszyscy mamy wspólny, a dopiero potem zaczyna się wariantowość. W międzyczasie nawet udało mi się znaleźć na mapie start i stwierdziłam, że nawigacyjnie będzie raczej dobrze, bo teren mały i konstrukcyjnie przyjazny. W związku z tym już tak nie pędziłam za innymi na złamanie karku, tylko potruchtałam swoim tempem. Tylko dwóm osobom nie udało się mnie wyprzedzić. Za to do PK 2 (na drugim rogu budynku) już chyba dotarłam ostatnia. Kolejny punkt był poczwórny, co dla niektórych jest ułatwieniem, bo już wiedzą gdzie go szukać, ale przecież nie dla mnie. Nawet za czwartym pobytem musiałam dobrze się rozglądać.
Póki biegaliśmy po centralnej części kampusu, jeszcze spotykałam innych biegaczy, ale gdy nadeszła pora na te bardzie poboczne części, okazało się, że biegam zupełnie sama. Szczególnie w drugiej części trasy zaczęło mnie to niepokoić, bo z mapy wynikało, że wcale się nie zgubiłam, a niemożliwe przecież żeby zgubiło się pozostałe kilkadziesiąt osób! W limicie czasu wciąż się mieściłam, bo lampionów jeszcze nie zbierali, więc gdzie cała reszta??? Ale nic to. Skupiłam się na mapie i cały czas truchtając zbierałam kolejne punkciki. Nawigacyjnie było prosto, łatwo i przyjemnie i nawet już przestałam sprawdzać kody, bo nijak nie dawało się wziąć niewłaściwego. Lekki problem miałam ze znalezieniem mety. To znaczy wiedziałam, że jest przed wejściem do budynku, gdzie była baza zawodów, ale przed budynkiem kręcili się ludzie i zasłaniali widok. Okazało się, że część tych ludzi to mój komitet powitalny i fotoreporterzy w postaci Tomka, Barbary, Ani i nie wiem kogo tam jeszcze. A w bazie znaleźli się też wszyscy zagubieni biegacze, co to ich na trasie nie było. Jakoś im się tak szybciej pobiegło niż mi i kiedy ja zaliczałam drugą część trasy, oni już wypoczywali.
Kiedy już nacieszyłam się szczęśliwym powrotem na metę, wreszcie
zwróciłam uwagę na Tomka i co zobaczyłam? Stał ociekający krwią, z
wyłupanym (prawie) okiem - istna ofiara napadu. Okazało się, że tak
zaciekle walczył o zwycięstwo - aż do krwi. Jego przeciwnikiem był
krzak, który rzucił się na niego i siekł gałęziami po twarzy nie chcąc
przepuścić dalej.
Nie czekając na część oficjalną zakończenia imprezy pognaliśmy do autka, bo Tomek był mało wyjściowy wizualnie, a ja marzyłam tylko o kąpieli, kolacji i łóżku. Wsiadamy, a tu chała - auto stoi na feldze i jechać się nie da. Jako porządni i przewidujący kierowcy, w bagażniku mieliśmy oczywiście koło zapasowe, tylko zapomnieliśmy wziąć do niego powietrze. Nie pozostało nic innego jak dzwonić do szwagra z prośba o przywiezienie z domu kolejnego koła. Dobrze, że na strychu mieliśmy ich cztery. W domu byliśmy tak późno, że nie wiem, czy szybciej nie byłoby przybiec ....
czwartek, 16 marca 2017
wtorek, 14 marca 2017
Zagubione kalorie
To miał być ciężki weekend. Nawet bardzo ciężki. Ale zacznijmy od początku. A zaczęło się oczywiście od „niemoralnych” pomysłów Pani Prezes (fajnie jest na kogoś zwalić). Najpierw (dawno temu) podesłała info o rajdzie w Łodzi (20-30km BnO) organizowanym przez AR Team. Wpisowe symboliczne (bo to dodatek do rajdu przygodowego), Łódź blisko, termin „wolny”, więc się zapisałem na wszelki wypadek. Zapisałem i wręcz „zapomniałem”, że to zrobiłem. Potem był Skorpion i niezły wynik i na poważnie zacząłem myśleć nad kolejnymi 50-tkami. I jakoś tak wyszło, że po tym sobotnim rajdzie, w niedzielę, jest Złoto dla Zuchwałych. Nagle okazało się, że wszyscy wkoło zapisali się na jedno i na drugie. Nawet ustalili co jak i kiedy dowiozę ich autem. No cóż, metodą faktów dokonanych musiałem zapisać się na Złoto.W ramach przygotowań udało się w środę sklecić dłuższą, 10 km trasę na ZPK-ach i przebiec. O dziwo dałem radę (to prawie najdłuższy dystans jaki w życiu jednym cięgiem przebiegłem – jedynie rok temu na Szwendzie zrobiłem ze 12km) i to bez strasznej zadyszki. Dobrze jest, skoro poszło 10km pójdzie 25km i 50km!
Co tu dużo pisać – wyruszyliśmy skoro świt, potem dostaliśmy mapy i w las. Wiadomo – Przemek to umknął w siną dal na początku, Anie zostały za nami, a my spokojnie i planowo truchtaliśmy między punktami. Właściwie to się oszczędzaliśmy przed niedzielną 50-tką i tempo takie nie najszybsze było. Ale równe. Gdzie się dało woleliśmy obiec krzaki czy górki drogami. Jakieś drobne przeoczenia i nadłożyliśmy
pewnie łącznie z kilometr. Głównie z mojej winy, szczególnie gdy wpadłem na genialny pomysł zaliczenia PK 29 przed PK 30 i zanim się zorientowaliśmy, nie warto było już wracać. Przy ostatnim PK dopadła nas jakaś konkurencja i zebraliśmy się do sprintu zostawiając ją daleko z tyłu. Jednak zabrakło kilkunastu sekund do „okrągłego” wyniki 3:33. Na przyszłość się poprawimy i może nieobarczeni wizją 50-tki pobiegniemy ciut szybciej. Na mecie od razu obwieszono nas drewnianymi medalami (ciekawe czy to jakaś aluzja to drewno).
Ja zająłem 14 miejsce, Przemek 4-te, Barbara zaś wybiegała 3-ci stopień podium. Anie walcząc z kontuzją jednej (z 4) kostek wyrobiły się w limicie, ale bez kilku PK. I Ania M, która miała z nami jechać na Złoto dla Zuchwałych, stanowczo odmówiła dalszych występów i postanowiła wrócić do Warszawy.Mój super smartwatch z Biedronki wskazał, że na bieganie zużyłem dobrze ponad 2 tys. kalorii. A podobno należy jak najszybciej taki niedobór kalorii wyrównać. Przemek, jak to porządny Ultras jest na diecie wegetariańskiej i zostaliśmy „zmuszeni” znaleźć punkt żywienia zbiorowego, który takie dania serwuje. Wiadomo – ulubiony MacDonald odpada (choć można by same bułki z frytkami zjadać!). Przemek jak zwykle przygotowany wyjął listę lokali w Łodzi i zaczęliśmy wybierać. Wprawdzie jedna nazwa przypadła wszystkim do gustu, ale dojazd do wskazanego miejsca okazał się jakiś trudny. Padło wreszcie na coś, co nazywa się „Zielona” – w Manufakturze. Jakoś udało się dojechać i nawet zaparkować, a następnie znaleźć lokal. Dostaliśmy całkiem fajne i intrygujące karty z menu. Chyba wtedy Ania M. zorientowała się, że nie dostanie tu nic ludzkiego typu schabowy… Można powiedzieć „jej wzrok zabijał”;-)
Problemem, który wyszedł przy wertowaniu karty dań okazała się kaloryczność oferowanych potraw. Zwykle to było coś około 300 kcal. Mam zjeść 6 obiadów??? Nie zmieści się! Ci ultrasi to mają przechlapane – nabiega się taki kilkaset kilometrów, spali nadmiarowo 6 tys. kalorii i ile potem musi tego zielska zjeść, by się najeść!
Dobra – zmówiłem jakąś egzotycznie brzmiącą z nazwy potrawę + zupę dnia. Wszystko okazało się nawet zjadliwe, ale jakoś tak czułem niedosyt w żołądku. Nic to – bieganie z pełnym brzuchem nie popłaca, więc stwierdziłem, że jakoś przeżyję.
Pojechaliśmy do Cierpic (to gdzieś na peryferiach Torunia). Znaleźliśmy bazę, w bazie jakieś dobre miejsce do spania. Wiedząc wcześniej, że tuż obok (ze 3 km) jest całkiem nowoczesny basen, szybko pojechaliśmy z Barbarą się zregenerować. Co tu dużo pisać – po takim bieganiu pomoczenie się w wodzie jest bardzo fajne. Stawia człowieka na nogi.
Powrót do bazy, spakowanie się na niedzielę (start o 6 rano, więc nie ma co marudzić z rana) i w śpiwory. Na szczęście na 50-tkach uczestnicy nie hałasują po nocy jak to robiła młodzież na BeneInO. Wprawdzie po wysiłku mam zespół „niespokojnych nóg” i ze spaniem marnie, ale coś udało się zdrzemnąć.
Nie powiem, że wyspany i rześki zerwałem się rano. Grunt, że się zwlokłem z materaca. Szybkie śniadanko i odprawa. Prosta i krótka, bo co tu omawiać na 50-tce bez stowarzyszy? Chyba, że potwierdzanie PK, bo można to było zrobić na wiele sposobów – tradycyjnie dziurkując kartę (i wpisując czas na PK), aplikacją na smartfona i wysyłając smsa. My postanowiliśmy wszystkie sposoby naraz wypróbować;-)
Dostaliśmy mapy i w las. W ostatniej chwili zostawiłem ciepłą bluzę w bazie – prognozy pogodowe były dobre, a w sobotę dobrze sprawdziło się lekkie wiosenne ubranie.
Ruszyliśmy niespiesznie analizując w marszu warianty przejścia. Dużego wyboru nie było. Poszliśmy „za tłumem” na pierwszy PK 9. Nawet po chwili zaczęliśmy truchtać. Mapa powiedziała nam, że większość punktów jest prawie „na przecinkach”. Żadne skróty „na azymut” raczej nie miały racji bytu. I dobrze, bo okazało się, że las na początku to takie ledwo wyrośnięte młodniki – i przedzieranie się na azymut nie ma sensu. Po dłuższej chwili dogonił nas superlider wszelakich maratonów InO. Pewno spokojnie po starcie wypił kawę, zjadł śniadanko i dopiero ruszył w trasę, by jak zwykle wygrać z dużą przewagą. Słyszeliśmy legendy o tym, jak to nawet najgęstszy młodnik nie spowalnia jego biegu (a biega najkrótszymi wariantami – znaczy na krechę), ale tutejsze gęstwiny musiały go wystraszyć, bo biegł grzeczne drogą. Nawet się zastanawialiśmy czy z nim się nie pościgać, ale ostatecznie postanowiliśmy go nie zawstydzać – niech sobie biegnie w swoim tempie;-).
Już na drugi PK pobiegliśmy nieoptymalnie. Niby nieduża różnica, ale zawsze. Na naszym trzecim PK spotkaliśmy kolejnych „naszych” – Chrumkająca Ciemność wyłoniła się z lasu. Nie widzieliśmy ich na odprawie – zaspali czy co?
Jak na razie właściwie cały czas truchtaliśmy. Z założenia nie biegaliśmy pod górę, ale po płaskim lub w dół jak najbardziej.
Mapa okazała się nadzwyczaj dokładna. Właściwie wszystkie drogi na niej były i zgadzały się z terenem. A teren stawał się coraz bardziej pagórkowaty. Przecinki proste jak strzelił szły raz w dół raz w górę. Zaczęliśmy tak wybierać trasę by omijać co większe wzniesienia (wiadomo – pod górę nie biegamy). Ale nie wszędzie się to udawało. I oczywiście staraliśmy się biec jak najwięcej.
Zadziwiająco szybko dotarliśmy do PK 12. Start o 6 rano spowodował, że właściwie dotarliśmy tam przed tradycyjną poranną kawą!
Z takich atrakcji na trasie – zadziwiły nas perforatory przy niektórych PK. Organizatorzy wyraźnie zadbali o względy estetyczne – część dziurkaczy była ozdobna i zamiast tradycyjnych dziurek wycinała różne zwierzątka. Szczególnie spodobała nam się dziurka w kształcie żaby na PK koło jeziorka! Niestety wycięte w ten sposób dziurki niezbyt mieściły się w polach karty i wkrótce karta bardziej przypominała kurpiowską wycinankę niż poważny dokument będący podstawą klasyfikacji na rajdzie. Teraz już wiem czemu organizator tak lansował używanie telefonów do potwierdzeń – karta na metę trafiła w stanie raczej opłakanym!
Teraz zmiana mapy na 15-stkę do BnO. Tu dokładnie widać poziomnice i przebieżność lasu. Coś sporo ciemnozielonego i sporo tych poziomnic. Patrząc dokładniej okazało się, że drogi są poprowadzone bardzo mądrze i sensownie okrążają górki. Niewielkie te górki, ale strome i wysokie. Wybraliśmy więc wariant drogowy. Przy PK 24 spotkaliśmy konkurencję (ze stroju i zasapania taką „biegową”), która pobiegła „na azymut” na PK 18. My zaś drogą najpierw na PK 22 (na najwyższej w okolicy górze), a potem na PK 18. Jak odbiegaliśmy z PK 18 widzieliśmy, że konkurencja dopiero wyłania się z krzaków przy PK 18. Czyli jednak okrążanie górek ma sens! Uskrzydleni sukcesem zaczęliśmy modyfikować przebiegi tak…. że daliśmy ciała. Z przebiegów optymalnych udało nam się zrobić o wiele mniej optymalne. Na szczęście na takiej mapie różnice nie są jakieś wielkie.
Po mapie do BnO czas na PK 1Ż (Ż jak Żywieniowy). Tu mała być woda i coś słodkiego, więc warto do niego dotrzeć. Na tym kawałku zaczęli pojawiać się zawodnicy idący/biegnący w przeciwnym kierunku. I to by się zgadzało jesteśmy troszkę za połową trasy – więc jest to podobna klasa zawodników jak my. Spotykamy także Mateusza K. On biega znacznie szybciej niż my, ale dzisiaj coś jest wyraźnie nie w formie. Ponoć kłopoty żołądkowe – pewnie coś kombinuje z wegetariańskimi kaloriami (powiem, że ten wegetariański obiad ciągle mi jakoś leżał na żołądku).
Wreszcie dotarliśmy do PK 1. Oczywiście punkt na szczycie jakiejś wielgaśnej i stromej góry. Pod górą masa porzuconych rowerów, a kolarze drapią się na czworakach na szczyt by spróbować tych zapowiedzianych słodkości.
Umiejscowienie punktu żywnościowego to lekkie przegięcie. Aby zjeść ciasteczko czy wypić łyk wody trzeba spalić 1500 kcal i wypocić ze dwa litry wody! Na górze ze słodkościami krucho (jakieś resztki kruchych ciasteczek), ale na szczęście sporo wody. Nagle na szczycie pojawia się Karolina P. Nie widzieliśmy jej zapisanej – ale jest na trasie TR100.
Ruszamy dalej. Przed nami punkty, których nie daje się zaliczyć w sensownej kolejności. Każdy wariant jest zły i w pewnym momencie trzeba się wrócić. Krzyżówka, szczyt i znowu krzyżówka. Przy tej ostatniej jakieś zgromadzenie i szukanie lampionu „60 m na SEE od skrzyżowania”. Jest to punkt wspólny dla TP i TR. Jedno skrzyżowanie wcześniej dwie dziewczyny na rowerach szukają lampionu. Za wcześnie szukają. Wreszcie jest lampion. W opisie powinno być dopisane „w największych krzakach”.
W drugiej połowie trasy wyszło słoneczko. Piękne zielone mchy, górki i dołki, przemykające co chwila sarny, jeden szarak i jeden spotkany dorodny lis, który najpierw nas nie zauważył, a potem uciekł jak szalony. Para wielkich ptaszysk latająca wokół PK 2. Słowem bardzo fajny i malowniczy niedzielny spacerek;-)
Od kilku PK „ścigamy się” z jakąś parą MM. Raz my na przedzie raz Oni. Już tak pozostanie do mety.
Przed nami „najgorszy” PK. Trzeba się cofnąć do 10-tki. I przy tej dziesiątce nie wpaść do rowu pełnego wody. Udało się – wprawdzie karta startowa próbowała odpłynąć w siną dal ale jakoś udało się ją wyłowić.
Do 8-ki idziemy bezpiecznym wariantem skrajem lasu i konkurencja ucieka nam o jakieś 2 minuty do przodu wychodząc poza mapę. Zresztą jak widać co chwila starają się podbiegać. My powoli mamy dość biegania – trasa jest wyraźne przeszacowana: na liczniku mamy prawie 50 km, a do mety jeszcze z 7 km. Ale i tak idziemy na swój rekord – wreszcie złamiemy granicę 10 godzin!
Do zmęczenia dochodzi bolące kolano Barbary. Podbiegamy bardzo sporadyczne, ale i tak tempo biegu jest śmiesznie niskie. Przy ostatnim PK 3 zbliżamy się do konkurencji, ale oni przechodzą do kurcgalopku widząc nas z tyłu, a my normalnie maszerujemy. Lampion PK 3 wisi oczywiście w najtrudniejszym do dojścia miejscu, ale udaje się go zaliczyć i to bez zmoczenia nóg (Barbara już była gotowa pokonywać rzeczkę w bród)… Wleczemy się do mety. Nie mogło z
abraknąć selfie na rogatkach Cierpic. Ostatnie kilkaset metrów- -finisz biegowy – wiadomo trzeba zrobić dobre wrażenie na mecie. Przedzieramy się przez dziurę w płocie na boisko szkolne i efektowny dobieg na metę.
Uff. Wreszcie możemy uzupełnić brakujące kalorie. Zegarek wskazuje, że dobrze ponad 3 tys. Chwila grozy, bo nie pamiętam gdzie zapodziałem kartkę na posiłek, ale się znajduje. Coś dużo tych kalorii ten posiłek nie uzupełnił. Ale zbieramy się i w drodze powrotnej przypuszczamy atak na sklep. Czekolada i inne takie coś tam uzupełnią. Przed nami kilka godzin jazdy do domu. Z trasy patrzymy w wynikach na żywo jak idzie innym. Dziwne uczucie wrócić z 50-tki przed nocą do bazy, a do domu dobrze przed północą!
Teraz czeka mnie walka ze zgubionymi kaloriami – kursuję miedzy lodówką a jadalnią – na razie jeszcze wszystkich kalorii nie odnalazłem!
W drugiej połowie trasy wyszło słoneczko. Piękne zielone mchy, górki i dołki, przemykające co chwila sarny, jeden szarak i jeden spotkany dorodny lis, który najpierw nas nie zauważył, a potem uciekł jak szalony. Para wielkich ptaszysk latająca wokół PK 2. Słowem bardzo fajny i malowniczy niedzielny spacerek;-)
Od kilku PK „ścigamy się” z jakąś parą MM. Raz my na przedzie raz Oni. Już tak pozostanie do mety.
Przed nami „najgorszy” PK. Trzeba się cofnąć do 10-tki. I przy tej dziesiątce nie wpaść do rowu pełnego wody. Udało się – wprawdzie karta startowa próbowała odpłynąć w siną dal ale jakoś udało się ją wyłowić.
Do 8-ki idziemy bezpiecznym wariantem skrajem lasu i konkurencja ucieka nam o jakieś 2 minuty do przodu wychodząc poza mapę. Zresztą jak widać co chwila starają się podbiegać. My powoli mamy dość biegania – trasa jest wyraźne przeszacowana: na liczniku mamy prawie 50 km, a do mety jeszcze z 7 km. Ale i tak idziemy na swój rekord – wreszcie złamiemy granicę 10 godzin!
Do zmęczenia dochodzi bolące kolano Barbary. Podbiegamy bardzo sporadyczne, ale i tak tempo biegu jest śmiesznie niskie. Przy ostatnim PK 3 zbliżamy się do konkurencji, ale oni przechodzą do kurcgalopku widząc nas z tyłu, a my normalnie maszerujemy. Lampion PK 3 wisi oczywiście w najtrudniejszym do dojścia miejscu, ale udaje się go zaliczyć i to bez zmoczenia nóg (Barbara już była gotowa pokonywać rzeczkę w bród)… Wleczemy się do mety. Nie mogło z
abraknąć selfie na rogatkach Cierpic. Ostatnie kilkaset metrów- -finisz biegowy – wiadomo trzeba zrobić dobre wrażenie na mecie. Przedzieramy się przez dziurę w płocie na boisko szkolne i efektowny dobieg na metę.Uff. Wreszcie możemy uzupełnić brakujące kalorie. Zegarek wskazuje, że dobrze ponad 3 tys. Chwila grozy, bo nie pamiętam gdzie zapodziałem kartkę na posiłek, ale się znajduje. Coś dużo tych kalorii ten posiłek nie uzupełnił. Ale zbieramy się i w drodze powrotnej przypuszczamy atak na sklep. Czekolada i inne takie coś tam uzupełnią. Przed nami kilka godzin jazdy do domu. Z trasy patrzymy w wynikach na żywo jak idzie innym. Dziwne uczucie wrócić z 50-tki przed nocą do bazy, a do domu dobrze przed północą!
Teraz czeka mnie walka ze zgubionymi kaloriami – kursuję miedzy lodówką a jadalnią – na razie jeszcze wszystkich kalorii nie odnalazłem!
poniedziałek, 13 marca 2017
AR Team Cup
Dzisiaj wpisem zaszczyciła nas sama Pani Prezes (łubudubu) :-)
Jako, że zawody blisko, a start dopiero o 11, wyjeżdżaliśmy
z Warszawy o 8 rano. Czteroosobową gromadką sprawnie dotarliśmy do centrum
zawodów w Lesie Łagiewnickim, po chwili dotarła Ania N., która wybrała wariant
pociągowo-autobusowy. Szybka rejestracja, założenie biegowych ciuchów i
czekanie… Do godziny zero została jeszcze ponad godzina. W końcu i na nas
nadszedł czas. Mapa pod nogę, odliczanie i start! Mapa w skali 1:15 000,
formatu A3, 31 PK do zaliczenia. Super – lubię kiedy jest dużo PK! Założenie
jest takie, że trasę planujemy przetruchtać, ale nie na maksymalnym
wykorzystaniu sił (w końcu kolejnego dnia czeka nas 50-tka, ale o tym w
oddzielnym wpisie).
Wybieramy wariant na północ i potem prawoskrętnie. Anie
wybrały taki sam wariant, a Przemek przeciwny (spotkaliśmy go po ponad
godzinie, kiedy to skakał przez gałęzie jak sarenka). Na początku mamy PK zlokalizowane
dość blisko siebie, niektóre pochowane w chaszczach i „zielonym” lesie. Teren
trochę dla mnie znany – kilka lat temu robiłam tu etap na „Przejściu Smoka”. Im
dalej w trasę tym odległości między PK się zwiększają. Cały czas truchtamy,
jedynie pod górki podchodzimy (a tych kilka się trafiło). W lesie spora sieć
szybkich ścieżek, które często wykorzystujemy, ale i cięcia na azymut nie
odpuszczamy. Stwierdzamy wtedy, że północ na mapie się zgadza z północą na
kompasie, nie to co na naszych ZPKach :)
Większa część trasy prowadzi po terenie leśnym, jednak kilka
PK (dla nas prawie na końcu) umieszczono na terenie Arturówka: tam trochę
zabudowań działkowo-jednorodzinno-wypoczynkowych i dwa jeziorka, które trzeba
ominąć. Mijamy rodziny z dziećmi i biegaczy bez map, którzy korzystają z
ładnego, choć pochmurnego, wiosennego dnia. Przemek od prawie
godziny już na mecie, a Ań jeszcze nie ma. Odsapnięcie, zmiana ciuchów i
organizator anonsuje, że podsumowanie będzie za 15 min, a nie 16:30 jak
było zaplanowane. Ku mojemu zaskoczeniu zajęłam 3 miejsce w kategorii kobiecej
:) Do bazy docierają kolejny zawodnicy, jedni mniej, drudzy bardziej zmęczeni.
W końcu pojawiają się i Anie :) Zdążyły przed limitem, ale z powodu kontuzji
niestety nie udało się zaliczyć wszystkich PK. Zbiórka i w piątkę ruszamy na
zasłużony obiad do Łodzi. W samochodzie wesoło, Panowie analizują ile i czego
muszą zjeść, żeby nadrobić spalone kalorie :)
Na metę docieramy z niezłym czasem
3:34:13. i 25,18 km na liczniku.
Na wyjazd do Łodzi na pierwszą edycję ARCup zdecydowaliśmy
się z Tomkiem już miesiąc temu. Wybraliśmy trasę reklamowaną jako „BnO 25-30
km” z limitem 5 godzin (alternatywą był 24-godzinny rajd przygodowy). W tzw.
międzyczasie do listy startowej dopisała się Ania M. i Przemek, a na ostatnią
chwilę na udział zdecydowała się też Ania N.
Jako, że zawody blisko, a start dopiero o 11, wyjeżdżaliśmy
z Warszawy o 8 rano. Czteroosobową gromadką sprawnie dotarliśmy do centrum
zawodów w Lesie Łagiewnickim, po chwili dotarła Ania N., która wybrała wariant
pociągowo-autobusowy. Szybka rejestracja, założenie biegowych ciuchów i
czekanie… Do godziny zero została jeszcze ponad godzina. W końcu i na nas
nadszedł czas. Mapa pod nogę, odliczanie i start! Mapa w skali 1:15 000,
formatu A3, 31 PK do zaliczenia. Super – lubię kiedy jest dużo PK! Założenie
jest takie, że trasę planujemy przetruchtać, ale nie na maksymalnym
wykorzystaniu sił (w końcu kolejnego dnia czeka nas 50-tka, ale o tym w
oddzielnym wpisie).
Wybieramy wariant na północ i potem prawoskrętnie. Anie
wybrały taki sam wariant, a Przemek przeciwny (spotkaliśmy go po ponad
godzinie, kiedy to skakał przez gałęzie jak sarenka). Na początku mamy PK zlokalizowane
dość blisko siebie, niektóre pochowane w chaszczach i „zielonym” lesie. Teren
trochę dla mnie znany – kilka lat temu robiłam tu etap na „Przejściu Smoka”. Im
dalej w trasę tym odległości między PK się zwiększają. Cały czas truchtamy,
jedynie pod górki podchodzimy (a tych kilka się trafiło). W lesie spora sieć
szybkich ścieżek, które często wykorzystujemy, ale i cięcia na azymut nie
odpuszczamy. Stwierdzamy wtedy, że północ na mapie się zgadza z północą na
kompasie, nie to co na naszych ZPKach :)
Większa część trasy prowadzi po terenie leśnym, jednak kilka
PK (dla nas prawie na końcu) umieszczono na terenie Arturówka: tam trochę
zabudowań działkowo-jednorodzinno-wypoczynkowych i dwa jeziorka, które trzeba
ominąć. Mijamy rodziny z dziećmi i biegaczy bez map, którzy korzystają z
ładnego, choć pochmurnego, wiosennego dnia. Przemek od prawie
godziny już na mecie, a Ań jeszcze nie ma. Odsapnięcie, zmiana ciuchów i
organizator anonsuje, że podsumowanie będzie za 15 min, a nie 16:30 jak
było zaplanowane. Ku mojemu zaskoczeniu zajęłam 3 miejsce w kategorii kobiecej
:) Do bazy docierają kolejny zawodnicy, jedni mniej, drudzy bardziej zmęczeni.
W końcu pojawiają się i Anie :) Zdążyły przed limitem, ale z powodu kontuzji
niestety nie udało się zaliczyć wszystkich PK. Zbiórka i w piątkę ruszamy na
zasłużony obiad do Łodzi. W samochodzie wesoło, Panowie analizują ile i czego
muszą zjeść, żeby nadrobić spalone kalorie :) piątek, 10 marca 2017
Noc po nocy
Nie dość człowiekowi chodzenia po nocy w Łętowni, to oczywiście pójdzie biegać nocą do lasu. Oczywiście na Stowarzyszony Trening na ZPK-ach. Tym razem wyjątkowo nie padało oraz pojawił się nowy uczestnik, taki który zwykle występuje Incognito. Oczywiście jak przystało na nowego, pojawił się pierwszy. Niby by wypróbować jakąś nową super latarkę. Choć z drugiej strony po co mu super latarka, skoro przy pomocy tej co ma lub wręcz pożyczonego od kogoś bździdła (wiem bo sam mu pożyczałem) wygrywa co chce, kiedy chce i jak chce. I oczywiście najczęściej wygrywa NMP. W każdym razie pobrał mapę, chwilę pogadał, zaświecił tę super latarkę… i tyle go widziano;-)
Pozostali – w miarę standardowy zestaw. Trasa – ciut dłuższa, prawie 6 km i dla utrudnienia mapa niepełna. Zasadniczo – dziwnie się biega po lesie bez śniegu i deszczu. Słupki, których szukaliśmy w śniegu zyskują nowy wymiar: chowają się w krzakach lub są w pełni niewidoczne w dołkach. Oczywiście pobiegliśmy w pełni nieoptymalnie aby mieć lepszy przelicznik zł/km. Poza Marcinem, który zniknął na początku, na trasie widzieliśmy w jednym miejscu kilkoro uczestników, ale na metę przybyliśmy samotnie. Zima się skończyła i czas zmienić formułę – jakieś bardziej skomplikowane lub dłuższe trasy. Muszę coś wymyślić na przyszły tydzień!
Kolejny dzień - a właściwie kolejna noc. XIV Kurs Animatorów i Organizatorów InO. Najpierw produkowałem się jako wykładowca - chyba marny, bo dawno już nie trenowałem występów przed szerszą publicznością. Publiczność (znaczy uczestnicy) dopisali. Szybko zabrakło książeczek OInO i krzeseł w sali. Jeśli zainteresowanie się utrzyma będziemy mieli sporo nowych twarzy na imprezach!
Jak na każdym Kursie OInO/AInO nie mogło zabraknąć trasy szkoleniowej po wykładach. I to takiej całkiem porządnej, gdzie trzeba było wykazać się umiejętnością składania wycinków z różnych rodzajów map i wyznaczaniem azymutu. Do tego wszystko w deszczu, który stanowczo nie pomagał. Dobrze, że etap miejski i raczej krótki- ponoć 1400m. Poszliśmy grupą instruktorską, bo ambitni uczestnicy woleli sami zmierzyć się z mapą. Z zasady postanowiliśmy nie wygrać i odpuściliśmy dwa punkty. I zaliczyliśmy klasyczną wpadkę – Ania wypełniająca kartę źle usłyszała numer punktu i zamiast H wpisała K. No cóż, bywa. Ważne, że człowiek choć troszkę się rozruszał. Bo w najbliższy weekend kolejna 50-tka – więc trzeba!
Pozostali – w miarę standardowy zestaw. Trasa – ciut dłuższa, prawie 6 km i dla utrudnienia mapa niepełna. Zasadniczo – dziwnie się biega po lesie bez śniegu i deszczu. Słupki, których szukaliśmy w śniegu zyskują nowy wymiar: chowają się w krzakach lub są w pełni niewidoczne w dołkach. Oczywiście pobiegliśmy w pełni nieoptymalnie aby mieć lepszy przelicznik zł/km. Poza Marcinem, który zniknął na początku, na trasie widzieliśmy w jednym miejscu kilkoro uczestników, ale na metę przybyliśmy samotnie. Zima się skończyła i czas zmienić formułę – jakieś bardziej skomplikowane lub dłuższe trasy. Muszę coś wymyślić na przyszły tydzień!
Kolejny dzień - a właściwie kolejna noc. XIV Kurs Animatorów i Organizatorów InO. Najpierw produkowałem się jako wykładowca - chyba marny, bo dawno już nie trenowałem występów przed szerszą publicznością. Publiczność (znaczy uczestnicy) dopisali. Szybko zabrakło książeczek OInO i krzeseł w sali. Jeśli zainteresowanie się utrzyma będziemy mieli sporo nowych twarzy na imprezach!
Jak na każdym Kursie OInO/AInO nie mogło zabraknąć trasy szkoleniowej po wykładach. I to takiej całkiem porządnej, gdzie trzeba było wykazać się umiejętnością składania wycinków z różnych rodzajów map i wyznaczaniem azymutu. Do tego wszystko w deszczu, który stanowczo nie pomagał. Dobrze, że etap miejski i raczej krótki- ponoć 1400m. Poszliśmy grupą instruktorską, bo ambitni uczestnicy woleli sami zmierzyć się z mapą. Z zasady postanowiliśmy nie wygrać i odpuściliśmy dwa punkty. I zaliczyliśmy klasyczną wpadkę – Ania wypełniająca kartę źle usłyszała numer punktu i zamiast H wpisała K. No cóż, bywa. Ważne, że człowiek choć troszkę się rozruszał. Bo w najbliższy weekend kolejna 50-tka – więc trzeba!
środa, 8 marca 2017
Wyczerpująca noc druga i na szczęście ostatnia
Druga noc nie wyzwoliła już we mnie takiego entuzjazmu jak pierwsza, energia kształtowała się na poziomie zerowym, za to współczynnik senności dramatycznie wzrastał. Do tego mieliśmy ostatnią minutę startową. Umówiliśmy się z Anią M., że idziemy razem, i jakoś wybłagała żeby puścili ją jeszcze po nas. Ani my, ani ona nie mieliśmy szans na zwycięstwo w całej rywalizacji, więc nasze stramwajenie się nie wpływało i tak na wyniki.
Tym razem organizatorzy wywieźli nas w siną dal, ale przynajmniej na starcie było porządne ognisko i kiełbaski, których nie trzeba było samemu piec, tylko dostawało się gotową z rusztu - ot, taka odrobina luksusu. Ponieważ start się trochę opóźniał wrąbałam profilaktycznie pół kiełbaski, bo licho wie ile czasu miałam spędzić w lesie. Ostatecznie lepiej być z pełnym żołądkiem niż z pustym.
Pierwszy etap - "Przechylona ścieżka" jakoś dramatycznie groźnie nie wyglądał. Postanowiliśmy pójść wariantem dolnym i już na pierwszym wycinku nas zastopowało. Najpierw przymierzaliśmy się do dwójki, potem do czwórki, w końcu stanęło na czternastce. Znaleźliśmy odchodzącą ścieżkę, charakterystyczne drzewo, granicę kultur, tylko lampionu nie było. Przy proporcji 3:1 na korzyść czternastki zarezerwowaliśmy bepeka (jeszcze bez wbijania) i poszli próbować dalej.
Ciut na północ wyhaczyliśmy szóstkę, po czym bezskutecznie usiłowaliśmy dopasować coś do kolejnego wycinka. Ze schematu wynikało, że brzegiem wycinka powinna iść droga, a w rogu odchodzić ścieżka. W realu przez środek przechodziła duża droga. Jeszcze raz przeczytaliśmy opis, czy czasem wycinki nie są zubożone o treść, ale autorka zarzekała się, że tylko płotów nie naniosła. Napotkane zespoły były równie zdezorientowane i też miały jedynie pojedyncze punkty. Odpuściliśmy felerny wycinek i poszli na dwunastkę, która wyjątkowo wynikała nam dość jednoznacznie. Udało się także z trzynastką, ale w następnym miejscu gdzie powinien być wycinek nic nie znaleźliśmy, choć pasowały nam dwa - bez dróg, za to z granicami kultur. Granic było do wyboru, do koloru, tylko znowu ani jednego lampionu. Nawet takiego nadającego się na stowarzysza. Polataliśmy trochę po krzakach i poszli dalej.
Koło PK 3 najpierw przeszliśmy obojętnie, bo do niczego nam nie pasował, ale kiedy pobłąkaliśmy się chwilę po błocku, rozlewisku, a wręcz bagnie od razu uznaliśmy, że ta trójka jest jednak jak najbardziej OK. Byle zebrać chociaż stowarzysza. Siódemkę zlokalizowała Ania, kolejny wycinek olaliśmy, a dół przy czwórce pamiętał Darek z jakichś wcześniejszych zawodów na tym terenie, więc wiedział gdzie iść. Na koniec wbiliśmy tę nie znalezioną czternastkę i oddaliśmy kartę raptem z siedmioma punktami. Mój wkład w ten etap ograniczył się do czesania terenu oraz liczenia kroków. Na mecie okazało się, że nie tylko my mamy taki marny uzysk i tak niekomfortowe odczucia. A jeszcze później okazało się, że z wycinków były pousuwane drogi, ale jakoś autorce umknął ten fakt przy opisywaniu mapy.
Kolejny etap na szczęście okazał się normalny, a w porównaniu do wcześniejszego, wręcz lekki i przyjemny. Mapa składała się z wycinków zachodzących na siebie i nie było głupiego dopisku o zakazie cięcia mapy:-) Oczywiście, że zrobiliśmy to, co lubimy najbardziej - pociachaliśmy mapę i poskładali tak, jak powinna od razu wyglądać. A potem poszliśmy, znaleźliśmy wszystko i wrócili na metę. Ponieważ mieliśmy tylko jedną mapę złożoną do kupy, zaszczyt jej dzierżenia (a więc i prowadzenia wycieczki) przypadł Darkowi. Na początku nie pałał entuzjazmem, ale przecież z dwoma babami nie miał szans wygrać. Dla przyzwoitości czasem zaglądałam mu w tę mapę, żeby wykazać się aktywnością i zaangażowaniem, ale generalnie przez całą drogę nie wiedziałam gdzie jestem i dokąd idziemy. Poza tym tak gdzieś w połowie drogi (a może i wcześniej) zaczęłam wymiękać i coraz więcej wysiłku kosztowało mnie zwykłe przekładanie nóg jedna przed drugą celem przemieszczania się w przestrzeni. Na metę doszłam chyba siłą woli.
W bazie oczywiście życie towarzyskie młodego pokolenia kwitło w najlepsze. A tak się głupio łudziłam, że w końcu się zmęczą:-) Jedna grupa hałasowała za pomocą gitar, druga usiłowała zagłuszyć pierwszą za pomocą różnej maści odtwarzaczy. O ile pierwszy hałas był całkiem przyjemny dla ucha, a nawet dostarczył mi pozytywnych wrażeń, o tyle drugi wzbudził najpierw zdziwienie, a potem zniesmaczenie. Na turystycznej imprezie jakieś łubudubu z odtwarzacza??? No, ludzie, do czego ten świat dąży???
Rano Tomek usiłował wyciągnąć mnie ze śpiwora, który trzeba było spakować, a ja bardzo starałam nie dać się obudzić. Wiadomo, że byłam na przegranej pozycji, ale zawsze parę minut wytargowałam. Wyglądałam żałośnie, mniej więcej jakby mnie po trzech dniach wykopano z grobu. Mogę nie dojeść, nie dopić, ale niedospanie rujnuje mnie doszczętnie. Jakoś przetrwałam całą ceremonię zakończenia imprezy, zapozowałam do pamiątkowej fotki, pomachałam organizatorom i znajomym i wreszcie mogłam dospać w samochodzie.
W sumie bardzo pozytywna imprezka była i nawet jak ponarzekałam, to tak żeby nie wyjść z wprawy:-)
c. d. n. n.
Tym razem organizatorzy wywieźli nas w siną dal, ale przynajmniej na starcie było porządne ognisko i kiełbaski, których nie trzeba było samemu piec, tylko dostawało się gotową z rusztu - ot, taka odrobina luksusu. Ponieważ start się trochę opóźniał wrąbałam profilaktycznie pół kiełbaski, bo licho wie ile czasu miałam spędzić w lesie. Ostatecznie lepiej być z pełnym żołądkiem niż z pustym. Pierwszy etap - "Przechylona ścieżka" jakoś dramatycznie groźnie nie wyglądał. Postanowiliśmy pójść wariantem dolnym i już na pierwszym wycinku nas zastopowało. Najpierw przymierzaliśmy się do dwójki, potem do czwórki, w końcu stanęło na czternastce. Znaleźliśmy odchodzącą ścieżkę, charakterystyczne drzewo, granicę kultur, tylko lampionu nie było. Przy proporcji 3:1 na korzyść czternastki zarezerwowaliśmy bepeka (jeszcze bez wbijania) i poszli próbować dalej.
Ciut na północ wyhaczyliśmy szóstkę, po czym bezskutecznie usiłowaliśmy dopasować coś do kolejnego wycinka. Ze schematu wynikało, że brzegiem wycinka powinna iść droga, a w rogu odchodzić ścieżka. W realu przez środek przechodziła duża droga. Jeszcze raz przeczytaliśmy opis, czy czasem wycinki nie są zubożone o treść, ale autorka zarzekała się, że tylko płotów nie naniosła. Napotkane zespoły były równie zdezorientowane i też miały jedynie pojedyncze punkty. Odpuściliśmy felerny wycinek i poszli na dwunastkę, która wyjątkowo wynikała nam dość jednoznacznie. Udało się także z trzynastką, ale w następnym miejscu gdzie powinien być wycinek nic nie znaleźliśmy, choć pasowały nam dwa - bez dróg, za to z granicami kultur. Granic było do wyboru, do koloru, tylko znowu ani jednego lampionu. Nawet takiego nadającego się na stowarzysza. Polataliśmy trochę po krzakach i poszli dalej.
Koło PK 3 najpierw przeszliśmy obojętnie, bo do niczego nam nie pasował, ale kiedy pobłąkaliśmy się chwilę po błocku, rozlewisku, a wręcz bagnie od razu uznaliśmy, że ta trójka jest jednak jak najbardziej OK. Byle zebrać chociaż stowarzysza. Siódemkę zlokalizowała Ania, kolejny wycinek olaliśmy, a dół przy czwórce pamiętał Darek z jakichś wcześniejszych zawodów na tym terenie, więc wiedział gdzie iść. Na koniec wbiliśmy tę nie znalezioną czternastkę i oddaliśmy kartę raptem z siedmioma punktami. Mój wkład w ten etap ograniczył się do czesania terenu oraz liczenia kroków. Na mecie okazało się, że nie tylko my mamy taki marny uzysk i tak niekomfortowe odczucia. A jeszcze później okazało się, że z wycinków były pousuwane drogi, ale jakoś autorce umknął ten fakt przy opisywaniu mapy.
Kolejny etap na szczęście okazał się normalny, a w porównaniu do wcześniejszego, wręcz lekki i przyjemny. Mapa składała się z wycinków zachodzących na siebie i nie było głupiego dopisku o zakazie cięcia mapy:-) Oczywiście, że zrobiliśmy to, co lubimy najbardziej - pociachaliśmy mapę i poskładali tak, jak powinna od razu wyglądać. A potem poszliśmy, znaleźliśmy wszystko i wrócili na metę. Ponieważ mieliśmy tylko jedną mapę złożoną do kupy, zaszczyt jej dzierżenia (a więc i prowadzenia wycieczki) przypadł Darkowi. Na początku nie pałał entuzjazmem, ale przecież z dwoma babami nie miał szans wygrać. Dla przyzwoitości czasem zaglądałam mu w tę mapę, żeby wykazać się aktywnością i zaangażowaniem, ale generalnie przez całą drogę nie wiedziałam gdzie jestem i dokąd idziemy. Poza tym tak gdzieś w połowie drogi (a może i wcześniej) zaczęłam wymiękać i coraz więcej wysiłku kosztowało mnie zwykłe przekładanie nóg jedna przed drugą celem przemieszczania się w przestrzeni. Na metę doszłam chyba siłą woli.
W bazie oczywiście życie towarzyskie młodego pokolenia kwitło w najlepsze. A tak się głupio łudziłam, że w końcu się zmęczą:-) Jedna grupa hałasowała za pomocą gitar, druga usiłowała zagłuszyć pierwszą za pomocą różnej maści odtwarzaczy. O ile pierwszy hałas był całkiem przyjemny dla ucha, a nawet dostarczył mi pozytywnych wrażeń, o tyle drugi wzbudził najpierw zdziwienie, a potem zniesmaczenie. Na turystycznej imprezie jakieś łubudubu z odtwarzacza??? No, ludzie, do czego ten świat dąży???
Rano Tomek usiłował wyciągnąć mnie ze śpiwora, który trzeba było spakować, a ja bardzo starałam nie dać się obudzić. Wiadomo, że byłam na przegranej pozycji, ale zawsze parę minut wytargowałam. Wyglądałam żałośnie, mniej więcej jakby mnie po trzech dniach wykopano z grobu. Mogę nie dojeść, nie dopić, ale niedospanie rujnuje mnie doszczętnie. Jakoś przetrwałam całą ceremonię zakończenia imprezy, zapozowałam do pamiątkowej fotki, pomachałam organizatorom i znajomym i wreszcie mogłam dospać w samochodzie.
W sumie bardzo pozytywna imprezka była i nawet jak ponarzekałam, to tak żeby nie wyjść z wprawy:-)
c. d. n. n.
wtorek, 7 marca 2017
Dobre piwo w czteropaku
W sobotę obudziłam się już o siódmej i nie udało mi się zasnąć, mimo że mogłam spać prawie do dziesiątej. Taka strata! Zjadłam śniadanie, wystroiłam się w koszulkę organizacyjną i snułam się po bazie w oczekiwaniu na oficjalne rozpoczęcie. Kiedy zaczęły się przemówienia, podsumowania, wręczania byłam już tak zmęczona, że niemal przysypiałam. Nagle z odrętwienia wyrwało mnie hasło - "InO z Niepoślipką". Co? Jak? Gdzie? Okazało się, że w konkursie na najlepszą imprezę pucharową za ubiegły rok zdobyliśmy trzecie miejsce. Od razu się ożywiłam i wypchnęłam Tomka po odbiór dyplomu. Myślę, że miejsce na podium zajęliśmy głównie dzięki moim pierniczkom i warto było spędzić przy ich produkcji długie tygodnie:-) Poczułam się doceniona, dumna i blada, przy czym blada to chyba jednak z niedospania.

Po rozpoczęciu wszyscy jechaliśmy do Leżajska na trino, zwiedzanie muzeum browarnictwa i obiad. Można było jechać autobusem lub indywidualnie samochodem i załapaliśmy się na samochód prezesostwa. Ponieważ siły trzeba było rozłożyć racjonalnie na cały dzień i noc, więc trino zrobiliśmy w przeważającej części samochodowo. W muzeum najbardziej podobała mi się degustacja piwa, ale mogła potrwać ze dwie szklanki dłużej. Niestety muzeum jest małe i nie było pretekstu do przedłużania, aczkolwiek jednostki bardziej operatywne poradziły sobie w tym zakresie. W muzeum mieli jeszcze fajne kufle i szklanki ale pozamykane w gablotkach i ostatecznie nic nie wyniosłam z tego zwiedzania. Chociaż nie! Zaposiadłam ważną informację - dobre piwo zaczyna się w okolicach siedmiu, ośmiu złotych. Żeby więc mieć pewność, że pije się dobre, to takich za dwa złote trzeba wypić cztery! Chyba podoba mi się ta idea.
Obiadem (porcja jak dla drwala) napchałam się po czubek kokardy i ledwo dotoczyłam się do samochodu. Dobrze, że blisko.Korzystając z tego, że do bazy wróciliśmy przed resztą grupy i nie miał kto wylać całej ciepłej wody, wreszcie wymoczyłam się pod prysznicem do woli, a potem padłam na materac i odleciałam. Tym sposobem ominął mnie bieg na orientację, bo Tomek nie miał sumienia budzić mnie brutalnie, a budzenie subtelne nie odniosło skutku. Mniej subtelna była młodzież (tak, ta sama co w nocy) i w końcu produkowane przez nich decybele postawiły mnie do pionu. Wstałam, obejrzałam wyniki, sfotografowałam wzorcówki i powoli, ale za to z najwyższą niechęcią, zaczęłam myśleć o kolejnych etapach. Nawet przemknęła mi przez głowę myśl, żeby odpuścić, no ale tak samego Darka puścić w nocy do lasu? A jak by mi go co zjadło, to z kim bym na InO chodziła?
c. d. n.
poniedziałek, 6 marca 2017
A my wciąż idziemy....
Z drugim etapem nie ociągaliśmy się zbytnio, bo trzeba było iść póki rozpierała mnie energia. Chapsnęłam więc batonika (niby rzuciłam słodycze, ale przecież ciemny las w środku nocy jest okolicznością łagodzącą, nieprawdaż?), zapiłam herbatą i ruszyliśmy. To znaczy nie żeby od razu w las, tylko stanęliśmy zobaczyć co nam tak łopoce na chorągiewkach. No to z jednej strony łopotał schemat, a z drugiej wycinki. Na szczęście wycinki udało się raz dwa dopasować i zgarnąwszy po drodze towarzyszki poprzedniego etapu teraz już dosłownie ruszyliśmy.Trochę się martwiłam, że na takim łatwym etapie nie trafi się żadna przygoda życia, więc próbowałam sama taką zorganizować. Darek chciał z pierwszej chorągiewki wrócić na dużą drogę, zejść na południe i znowu wbić na kolejną chorągiewkę, a ja zarządziłam, że idziemy od razu na południe. Niestety w pewnym momencie ścieżka się rozwidlała i trzeba było zdecydować - w prawo, czy w lewo. Darek zdecydował, że w prawo. Szliśmy, szliśmy, szliśmy, a tu lampionu ani śladu. Sprawdziliśmy kawałek w prawo, kawałek w lewo i ... wróciliśmy na punkt L, z którego przyszliśmy. Na szczęście odległości nie były duże i przejście na PK F naokoło nie nadwyrężyło zbytnio naszych sił. Kosmie i Izie udało się przejść skrótem, więc najwyraźniej trzeba było wybrać lewą odnogę. Ale oj, tam.
Dalej z przygodami było jeszcze gorzej, bo praktycznie szło się dużymi drogami i tylko na chwilę schodziło z nich gdzieś w bok po punkt. Ja robiłam za krokomierz, Darek pilnował kierunku. Przystopowało nas dopiero przy PK I, bo rowy owszem były (co prawda bliżej siebie niż na rysunku), ale lampionu już nie. Inne zespoły też bezskutecznie szukały w tym miejscu, więc w końcu z czystym sumieniem wbiliśmy bepeka i poszli dalej. Zlustrowane D i E chwilę nas zatrzymały, ale przy czteroosobowej tyralierze dołki nie miały szans i musiały się ujawnić.
Na mecie czekała nas niespodzianka - prawie dwa kilometry powrotu do bazy. Nogami oczywiście. Bez mapy.
- Prosto, w prawo, w lewo i już baza - podał nam namiary organizator i poszliśmy, bo ze stania i tak nic by nie wynikło. Poszliśmy prosto, potem faktycznie było skrzyżowanie, więc w prawo, a potem nic, nic i nic. Zaczęliśmy się z lekka niepokoić, czy aby na pewno mieliśmy skręcić w prawo, bo może jednak w lewo? Nawigacja, którą włączyły dziewczyny potwierdziła, że idziemy dobrze, aczkolwiek wcale nie przekonała do końca. Tymczasem był środek nocy, żywego ducha w okolicy żeby zasięgnąć języka, we wszystkich mijanych domach pogaszone, a wieś zaczęła się kończyć. Wizja powrotu na metę żeby dokładnie dopytać się o drogę raczej odpadała, założyliśmy więc, że gdzieś w końcu dojdziemy. I rzeczywiście, zanim do końca straciliśmy nadzieję, doszliśmy do główniejszej drogi i zaraz za zakrętem ukazał nam się upragniony budynek.
Podczas obu etapów i dojściówek przeszliśmy w sumie szesnaście kilometrów z hakiem i coraz bardziej czułam je w nogach. Marzyłam tylko o kąpieli i śnie. Ale gdzie tam. Pod prysznicami została już tylko zimna woda, więc mycie było mocno powierzchowne i dotyczyło jedynie newralgicznych części człowieka. A spać nie pozwoliła liczna młodzież rozlokowana razem z nami na sali gimnastycznej. Z jednej strony ich rozumiałam, że takie zawody to dla nich emocje, że są w grupie, więc jakieś tam interakcje wzajemne, że młodzi, więc więcej siły mają, ale z drugiej strony mogliby trochę brać pod uwagę, że spora część osób odczuwa jednak potrzebę snu w okolicach godziny drugiej, trzeciej, czwartej. Jednym słowem miałam ochotę poukręcać im te rozwrzeszczane łebki, ale moje dobre wychowanie, a może przede wszystkim zmęczenie i pioruński ból nóg (skurcze) ocaliły im życie.
Tak sobie marzę, że fajnie jakby były takie dźwiękoszczelne pomieszczenia w każdej bazie zawodów...
c. d. n.
niedziela, 5 marca 2017
Nocna "przygoda życia"
Dopiero niedawno były Mistrzostwa w Nocnych MnO w Krakowie, a tu już po niecałych czterech miesiącach kolejne, tym razem w Łętowni. Ponieważ pierwsze etapy miały być już z piątku na sobotę, wypadało przyjechać odpowiednio wcześnie. Ja tam prawie od południa byłam silna, zwarta i gotowa, ale Tomek opóźniał, bo go praca dopadła. W końcu wyjechaliśmy sporo po planowanym czasie, ale dzięki temu tuż za Warszawą spotkaliśmy Prezesostwo z Pawłem i dalej jechaliśmy zderzak w zderzak (ale bez zderzeń).
Zgodnie z planem, autobus mający nas wywieźć na start miał wyjechać z bazy o dwudziestej i dojeżdżaliśmy tak prawie na styk. Tymczasem okazało się, że nigdzie nas nie wywożą, bo zmienił się teren zawodów i wychodzimy z bazy. W poprzedniej lokalizacji jakieś ważne ptaszysko przejęło teren przez zasiedzenie (a raczej zagniazdowanie) i leśniczy pod wpływem ekologów pogonił ludzi z lasu. Trzy dni przed zawodami! Nam akurat to spasowało, bo dzięki temu teraz mieliśmy chwilę czasu żeby się rozpakować i nawet odpocząć, ale co musieli przeżyć organizatorzy na taką wiadomość, to nie chciałabym przekonać się na własnej skórze.
Tak więc o dwudziestej zamiast wyjazdu odbyło się nieoficjalne otwarcie imprezy ze wszystkimi komunikatami i objaśnieniami co i jak. My z Darkiem mieliśmy trzydziestą drugą minutę startową. Kiedy nadszedł czas, zameldowaliśmy się przy zegarze startowym, a tam żadnych map tylko informacja, w którym kierunku i jak daleko mamy iść po nie. No to poszliśmy, bo cóż było robić. Zresztą noc była taka przyjemna na romantyczny spacer przy świetle księżyca. Mniej romantycznie zrobiło się kiedy już dostaliśmy nasze mapy i trzeba było masę wycinków złożyć w całość, do tego bez użycia nożyczek. Ja byłam skłonna dopasować wszystko na starcie, choćby z użyciem kalki, ale Darek poganiał żeby iść, bo w terenie zobaczymy gdzie co jest. Na początek zebraliśmy PK 3, co to na zachętę postawili go blisko startu, a potem wyskalowaliśmy mapę. Jak już wyskalowaliśmy, to zauważyłam na mapie taki pięciocentymetrowy odcinek z napisem 500 m :-)
Weszliśmy na pierwszy wycinek. Ponieważ byłam stuprocentowo pewna, że to ten z PK 13, nie pozwoliłam Darkowi dziamgać i szukać dziury w całym i faktycznie po chwili trzynastka była nasza. Dalej ruszyliśmy na północ, nie bardzo wiedząc po jaki punkt. Żadne z naszej czwórki (bo dołączyły do nas Krysia i Stasia) nie miało sensownego pomysłu. Kiedy natknęliśmy się na lampion na ambonie Darek wymyślił, że to będzie szóstka, chociaż szóstka miała być na zakręcie. Z najwyższą niechęcią wbiłam na kartę, bo ja zgodna istota jestem (co mi nie zawsze na dobre wychodzi). Dalej poszliśmy drogą gdzie znikała część zawodników, bo nigdy nie zawadzi sprawdzić czego tam szukają. Droga powoli zamieniała się w grzęzawisko, a w końcu zaniknęła. Można było przedzierać się przez nieprzebieżny las, ale po co? Zawróciliśmy.
Duch w narodzie podupadł. Postanowiłam sobie jednak, że nie złamią mnie żadne przeciwności i nawet jeśli się zgubimy, to potraktuję to jako przygodę życia. Ponieważ nie za bardzo wiedzieliśmy gdzie konkretnie jesteśmy (bo tak mniej więcej, to Darek owszem wiedział) postanowiliśmy iść na wycinki położone bardziej na północ i tam coś dopasowywać. Darek wymyślił czwórkę i czwórka faktycznie stała w przewidzianym miejscu. Jedynki byłam pewna i znowu nie dałam się zbałamucić, dwunastkę dla odmiany zlokalizował Darek. Kiedy w drodze na dwunastkę zobaczyłam rów, byłam przekonana, że gdzieś tam dalej musi być dziewiątka. Ponieważ energia mnie rozpierała (ta przygoda życia), pogoniłam to coraz mniej ruchliwe i coraz bardziej zblazowane towarzystwo na rowy i dopadliśmy dziewiątki. Po dziewiątce nas zastopowało i w końcu olewając jeden z trójkątów zeszliśmy do wycinków w dolnym rzędzie. Dwójkę i jedenastkę zebraliśmy bezproblemowo, a z jedenastki wyznaczyłam azymut na PK X (co to go trzeba było sobie wyznaczyć samemu) i poooooszłam, a reszta za mną. Daleko nie uszliśmy, bo drogę zagrodził rów z wodą. Taki konkretny. I gdzie się nie ruszyliśmy to kolejny rów, zazębiający się rów, prostopadły rów, odchodzący rów. Jednym słowem - rowy osaczyły nas ze wszystkich stron. Ostatkiem sił i zdrowego rozsądku
wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje, czyli do PK 11. Postanowiliśmy odpuścić i wracać na metę. Darek wykoncypował co prawda gdzie będzie dziesiątka, ale żeby ją dopaść nie narażając się na kontakty z krwiożerczymi rowami, trzeba było obejść dookoła zagrodzony teren i nie do końca było wiadomo ile tych hektarów tam jest zagrodzonych. Ale, jak już mówiłam, energia mnie rozpierała (co zresztą w moim przypadku jest dziwne, a wręcz jakieś chorobliwe) i w końcu poszliśmy. I bardzo dobrze, bo wpadł nam kolejny punkcik. Na tym jednak postanowiliśmy zakończyć przygodę życia, bo i tak szanse na znalezienie czegokolwiek więcej szacowaliśmy na zero procent, a przed nami przecież był kolejny etap, na który trzeba było trochę sił zachować.
Nie da się ukryć, że mogło nam pójść trochę lepiej i uroczyście oświadczam, że następnym razem będę się upierać przy użyciu kalki, jeśli nie będzie wolno ciąć mapy. Howgh!
c. d. n.
Zgodnie z planem, autobus mający nas wywieźć na start miał wyjechać z bazy o dwudziestej i dojeżdżaliśmy tak prawie na styk. Tymczasem okazało się, że nigdzie nas nie wywożą, bo zmienił się teren zawodów i wychodzimy z bazy. W poprzedniej lokalizacji jakieś ważne ptaszysko przejęło teren przez zasiedzenie (a raczej zagniazdowanie) i leśniczy pod wpływem ekologów pogonił ludzi z lasu. Trzy dni przed zawodami! Nam akurat to spasowało, bo dzięki temu teraz mieliśmy chwilę czasu żeby się rozpakować i nawet odpocząć, ale co musieli przeżyć organizatorzy na taką wiadomość, to nie chciałabym przekonać się na własnej skórze.
Tak więc o dwudziestej zamiast wyjazdu odbyło się nieoficjalne otwarcie imprezy ze wszystkimi komunikatami i objaśnieniami co i jak. My z Darkiem mieliśmy trzydziestą drugą minutę startową. Kiedy nadszedł czas, zameldowaliśmy się przy zegarze startowym, a tam żadnych map tylko informacja, w którym kierunku i jak daleko mamy iść po nie. No to poszliśmy, bo cóż było robić. Zresztą noc była taka przyjemna na romantyczny spacer przy świetle księżyca. Mniej romantycznie zrobiło się kiedy już dostaliśmy nasze mapy i trzeba było masę wycinków złożyć w całość, do tego bez użycia nożyczek. Ja byłam skłonna dopasować wszystko na starcie, choćby z użyciem kalki, ale Darek poganiał żeby iść, bo w terenie zobaczymy gdzie co jest. Na początek zebraliśmy PK 3, co to na zachętę postawili go blisko startu, a potem wyskalowaliśmy mapę. Jak już wyskalowaliśmy, to zauważyłam na mapie taki pięciocentymetrowy odcinek z napisem 500 m :-)
Weszliśmy na pierwszy wycinek. Ponieważ byłam stuprocentowo pewna, że to ten z PK 13, nie pozwoliłam Darkowi dziamgać i szukać dziury w całym i faktycznie po chwili trzynastka była nasza. Dalej ruszyliśmy na północ, nie bardzo wiedząc po jaki punkt. Żadne z naszej czwórki (bo dołączyły do nas Krysia i Stasia) nie miało sensownego pomysłu. Kiedy natknęliśmy się na lampion na ambonie Darek wymyślił, że to będzie szóstka, chociaż szóstka miała być na zakręcie. Z najwyższą niechęcią wbiłam na kartę, bo ja zgodna istota jestem (co mi nie zawsze na dobre wychodzi). Dalej poszliśmy drogą gdzie znikała część zawodników, bo nigdy nie zawadzi sprawdzić czego tam szukają. Droga powoli zamieniała się w grzęzawisko, a w końcu zaniknęła. Można było przedzierać się przez nieprzebieżny las, ale po co? Zawróciliśmy.
Duch w narodzie podupadł. Postanowiłam sobie jednak, że nie złamią mnie żadne przeciwności i nawet jeśli się zgubimy, to potraktuję to jako przygodę życia. Ponieważ nie za bardzo wiedzieliśmy gdzie konkretnie jesteśmy (bo tak mniej więcej, to Darek owszem wiedział) postanowiliśmy iść na wycinki położone bardziej na północ i tam coś dopasowywać. Darek wymyślił czwórkę i czwórka faktycznie stała w przewidzianym miejscu. Jedynki byłam pewna i znowu nie dałam się zbałamucić, dwunastkę dla odmiany zlokalizował Darek. Kiedy w drodze na dwunastkę zobaczyłam rów, byłam przekonana, że gdzieś tam dalej musi być dziewiątka. Ponieważ energia mnie rozpierała (ta przygoda życia), pogoniłam to coraz mniej ruchliwe i coraz bardziej zblazowane towarzystwo na rowy i dopadliśmy dziewiątki. Po dziewiątce nas zastopowało i w końcu olewając jeden z trójkątów zeszliśmy do wycinków w dolnym rzędzie. Dwójkę i jedenastkę zebraliśmy bezproblemowo, a z jedenastki wyznaczyłam azymut na PK X (co to go trzeba było sobie wyznaczyć samemu) i poooooszłam, a reszta za mną. Daleko nie uszliśmy, bo drogę zagrodził rów z wodą. Taki konkretny. I gdzie się nie ruszyliśmy to kolejny rów, zazębiający się rów, prostopadły rów, odchodzący rów. Jednym słowem - rowy osaczyły nas ze wszystkich stron. Ostatkiem sił i zdrowego rozsądku
wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje, czyli do PK 11. Postanowiliśmy odpuścić i wracać na metę. Darek wykoncypował co prawda gdzie będzie dziesiątka, ale żeby ją dopaść nie narażając się na kontakty z krwiożerczymi rowami, trzeba było obejść dookoła zagrodzony teren i nie do końca było wiadomo ile tych hektarów tam jest zagrodzonych. Ale, jak już mówiłam, energia mnie rozpierała (co zresztą w moim przypadku jest dziwne, a wręcz jakieś chorobliwe) i w końcu poszliśmy. I bardzo dobrze, bo wpadł nam kolejny punkcik. Na tym jednak postanowiliśmy zakończyć przygodę życia, bo i tak szanse na znalezienie czegokolwiek więcej szacowaliśmy na zero procent, a przed nami przecież był kolejny etap, na który trzeba było trochę sił zachować.
Nie da się ukryć, że mogło nam pójść trochę lepiej i uroczyście oświadczam, że następnym razem będę się upierać przy użyciu kalki, jeśli nie będzie wolno ciąć mapy. Howgh!
c. d. n.
czwartek, 2 marca 2017
Spacer z mapą
Na spacer z mapą – niby tak się nazywa, ale powinno być „zadyszka z mapą”. Bo oczywiście chodzi o biegi z mapą, takie raczej na mapach sprinterskich. Oczywiście długości są ciut większe niż sprinterskie, a dla tych zapisanych na trasę „długą” (czyli mojej osoby) powiedzmy mocno dłuższe. Ale optymalizując przelicznik zł/km bardziej opłaca się startować na najdłuższej trasie, zresztą co to jest 6-7 km po mieście wobec 50 km po zaśnieżonych wąwozach? Ale zadyszka jak nic murowana!
Etap drugi – po Żoliborzu Oficerskim. W zapowiedziach miało być 6,5 km. Spoko.
Wyjątkowo musiałem dojechać komunikacją publiczną. Udało mi się po dłuższym czasie przejechać pociągiem i tramwajem. Nawet udało mi się skasować bezproblemowo bilet (zawsze mam dylemat która stroną włożyć go do kasownika, a potem się z nim siłuję jak mi go wyrywa z ręki). Dotarłem właściwie równo z organizatorami (wiadomo dojazd z peryferii bywa nieobliczalny). Musiałem chwilę poczekać zanim napłynęli uczestnicy. Co kto przychodził znajomy, okazywało się, że startuje na trasie krótszej „normalnej”. Cieniasy! Tylko kilkoro odważyło się na najdłuższą.
Ja miałem 17 minutę startową i dostałem chipa bez udziwnień – nie będzie mi groziło przypadkowe zaliczanie wszystkich PK koło których niechcący przebiegam! Start i poleciałem po mapę. Znowu obrus formatu A3. Wyjątkowo szybko znalazłem start i pierwszy PK. Pobiegłam może mniej optymalnym wariantem, ale różnica była minimalna, a prosta droga pozwoliła przeanalizować mapę i numery lampionów. Na szczęście wszystkie były po kolei i końcówki zgodne z numerami PK. W porównaniu z Szybkim Mózgiem czy podobnymi zawodami raczej kameralnie – więc większość trasy człowiek biegnie sam. Wiadomo – ściganci doganiają i przeganiają – ale to zupełnie oczywiste. Na kolejne PK także niezbyt optymalnie biegłem, ale wolałem nie ryzykować przejść, które niby były zaznaczone na mapie jako otwarte, ale kto tam wie czy na pewno są otwarte. Do PK 4 zbieg po stromej błotnistej skarpie w dół. No powiedzmy – prawie zjazd. Przy piątce dogoniłem i przegoniłem mojego poprzednika i kilka innych osób. Całkiem fajnie tak wyprzedzać! Po siódemce nie zauważyłem na mapie ósemki i próbowałem pobiec na ósemkę. Niestety ze 20 sekund straty (dogonił mnie poprzednik). Do dziewiątki na mapie skrót – przebieżna brama. Ale tylko na mapie przebieżna. Pocałowaliśmy klamkę i trzeba było okrążać! Ech te mapy! Ogólnie sporo długich przebiegów. Ot, choćby taki przebieg 11-12-13 to ok 1400m w linii prostej, a w praktyce znacznie więcej. PK 13 sprytnie umieszczony w fosie Cytadeli, na dole całkiem wysokiej kamiennej ściany. Nie odważyłem się skoczyć z nastu metrów i zjechałem znowu po stromej i błotnistej skarpie. Inni chyba także nie skakali bo nie widziałem w okolicy krwawych plam. Potem nie popatrzyłem i wbiegłem na skarpę szukać lampionu co był na dole. Po raz kolejny na skarpę wbiegłem elegancko schodami zamiast na czworaka na skróty. Ostatnie punkty to miły biegowy finisz. Meta, a na mecie... sesja zdjęciowa. Fajny banner mety mają organizatorzy!
Odczytuję wyniki. I niestety przegrałem z panią Prezes i Pawłem. O drobiazgi. Po analizie międzyczasów to z Barbarą dokładnie o te popełnione błędy. Niby na prostych odcinkach troszkę nadrabiałem (pojedyncze sekundy), ale błędy przy PK 8, 14 i 17 dały w efekcie różnice ponad minutę. A mogłem biec szybciej, a nie jak z przyzwyczajenia truchtem na 50 km…. Na kolejnym etapie od razu ruszę ostro i ja będę lepszy!
Etap drugi – po Żoliborzu Oficerskim. W zapowiedziach miało być 6,5 km. Spoko.
Wyjątkowo musiałem dojechać komunikacją publiczną. Udało mi się po dłuższym czasie przejechać pociągiem i tramwajem. Nawet udało mi się skasować bezproblemowo bilet (zawsze mam dylemat która stroną włożyć go do kasownika, a potem się z nim siłuję jak mi go wyrywa z ręki). Dotarłem właściwie równo z organizatorami (wiadomo dojazd z peryferii bywa nieobliczalny). Musiałem chwilę poczekać zanim napłynęli uczestnicy. Co kto przychodził znajomy, okazywało się, że startuje na trasie krótszej „normalnej”. Cieniasy! Tylko kilkoro odważyło się na najdłuższą.
Ja miałem 17 minutę startową i dostałem chipa bez udziwnień – nie będzie mi groziło przypadkowe zaliczanie wszystkich PK koło których niechcący przebiegam! Start i poleciałem po mapę. Znowu obrus formatu A3. Wyjątkowo szybko znalazłem start i pierwszy PK. Pobiegłam może mniej optymalnym wariantem, ale różnica była minimalna, a prosta droga pozwoliła przeanalizować mapę i numery lampionów. Na szczęście wszystkie były po kolei i końcówki zgodne z numerami PK. W porównaniu z Szybkim Mózgiem czy podobnymi zawodami raczej kameralnie – więc większość trasy człowiek biegnie sam. Wiadomo – ściganci doganiają i przeganiają – ale to zupełnie oczywiste. Na kolejne PK także niezbyt optymalnie biegłem, ale wolałem nie ryzykować przejść, które niby były zaznaczone na mapie jako otwarte, ale kto tam wie czy na pewno są otwarte. Do PK 4 zbieg po stromej błotnistej skarpie w dół. No powiedzmy – prawie zjazd. Przy piątce dogoniłem i przegoniłem mojego poprzednika i kilka innych osób. Całkiem fajnie tak wyprzedzać! Po siódemce nie zauważyłem na mapie ósemki i próbowałem pobiec na ósemkę. Niestety ze 20 sekund straty (dogonił mnie poprzednik). Do dziewiątki na mapie skrót – przebieżna brama. Ale tylko na mapie przebieżna. Pocałowaliśmy klamkę i trzeba było okrążać! Ech te mapy! Ogólnie sporo długich przebiegów. Ot, choćby taki przebieg 11-12-13 to ok 1400m w linii prostej, a w praktyce znacznie więcej. PK 13 sprytnie umieszczony w fosie Cytadeli, na dole całkiem wysokiej kamiennej ściany. Nie odważyłem się skoczyć z nastu metrów i zjechałem znowu po stromej i błotnistej skarpie. Inni chyba także nie skakali bo nie widziałem w okolicy krwawych plam. Potem nie popatrzyłem i wbiegłem na skarpę szukać lampionu co był na dole. Po raz kolejny na skarpę wbiegłem elegancko schodami zamiast na czworaka na skróty. Ostatnie punkty to miły biegowy finisz. Meta, a na mecie... sesja zdjęciowa. Fajny banner mety mają organizatorzy!
Odczytuję wyniki. I niestety przegrałem z panią Prezes i Pawłem. O drobiazgi. Po analizie międzyczasów to z Barbarą dokładnie o te popełnione błędy. Niby na prostych odcinkach troszkę nadrabiałem (pojedyncze sekundy), ale błędy przy PK 8, 14 i 17 dały w efekcie różnice ponad minutę. A mogłem biec szybciej, a nie jak z przyzwyczajenia truchtem na 50 km…. Na kolejnym etapie od razu ruszę ostro i ja będę lepszy!
środa, 1 marca 2017
Kusaki, a właściwie prawie kłusaki
Faceci to jednak są z Marsa... Przed wyjściem na drugą część Kusaków mówię do Tomka, że zastanawiam się czy nie iść z Darkiem, bo on ma dla mnie zawsze jakiegoś batonika, a ten zamiast lecieć w te pędy do sklepu, mówi, żebym sobie szła z Darkiem. No, ludzie! Ale najwyraźniej chciał się mnie pozbyć, bo na starcie wepchnął mnie Maćkowi (Darka nie było pod ręką) i poszedł sam. Przynajmniej nominalnie sam, bo jak tam było, to nie wiem.
Pójście z Maćkiem wymagało ode mnie sprężenia szarych komórek, bo za Tomkiem lezę jak ostatnia ciemnota, ale z nowym partnerem nie uchodziło i jakoś wykazać się trzeba było. Wzięliśmy mapy i poszli pod latarnię, co w zasadzie jest inockim rytuałem przy wieczornych miejskich imprezach. Praktycznie jedyną konkluzją było stwierdzenie, że skoro mapę robiła Ania, to musi być do przejścia, bo ona trudnych nie robi. Za to w żaden sposób nie wiedzieliśmy jak przejść i co się z czym łączy. Zebraliśmy pierwszy punkt leżący tuż przy starcie i żeby głupio nie stać, poszliśmy przed siebie w nadziei, że nazwy ulic coś nam podpowiedzą, bo litościwie mapa była z nazwami. Strategia okazała się słuszna, bo przy Witebskiej zebraliśmy dziewiątkę. Potem metodą marszu na inny bok trójkąta niż ten z którego przyszliśmy, znaleźliśmy się na Smoleńskiej. Na jednym z wycinków, owszem, była Smoleńska, ale jakoś zabudowa wyglądała całkowicie inaczej niż w terenie. Przeszliśmy ulicę kilkakrotnie od krańca do krańca (jak nam się wtedy wydawało) i wciąż zamiast prostego odcinka mieliśmy pięcioblokowy zawijas. Napotkani mieszkańcy na pytanie o ulicę Poleską, która widniała na mapie w pobliżu, bezradnie rozkładali ręce. W pewnym momencie przyuważyłam, że na jednym z drzew wisi lampion i ludzie go biorą. Dopiero Maćka olśniło, że wcale nie jesteśmy na wycinku z PK 7 i 8, tylko przy PK 13. Uff, a wydawało się, że na zawsze zostaniemy na Smoleńskiej.
Z trzynastki przez krzaki, obok rury, przy parkingach, bocznymi dróżkami i nie wiem jakim cudem przedarliśmy się na Pratulińską. Tutaj błysnęłam intelektem i połączyłam rozcięty na dwa wycinki kościół w całość, co pozwoliło nam zlokalizować jedenastkę i dwunastkę. Kto z nas i jak wymyślił jedynkę - nie pamiętam, ale co do czternastki nie miałam wątpliwości. To znaczy miałam, już na miejscu, bo lampion wisiał na złym brzegu bloku, ale już nie chcieliśmy robić Ani przykrości i wpisywać bepeka, więc wzięliśmy co było.
Po zebraniu czternastki znaleźliśmy się zasadniczo w okolicy mety i ze schematu trasy wynikało, że zrobiliśmy małe kółeczko, a żeby zebrać resztę musimy zrobić duże kółko okrążające to, co już przeszliśmy. Trochę niefajnie. Koło startu/mety usiłowaliśmy iść prawie kanałami, a przynajmniej schowani za krzakami żeby nie dostarczać radości organizatorom, bo zagubiony zawodnik, to wymarzony zawodnik:-)
Przeszliśmy więc ponownie przez wycinek z dziewiątką i szóstką i jak przedtem z Witebskiej skręciliśmy w lewo, tak teraz dla odmiany w prawo. I znów byliśmy na Smoleńskiej, ale tym razem na jej prostym odcinku, przy którym był PK 7, a kawałek dalej ósemka. Na Oszmiańskiej Maćkowi pomyliły się kierunki i zamiast w stronę Świętego Wincentego, ruszyliśmy dokładnie w przeciwną. Maciek prowadził z taką pewnością, że nawet nie popatrzyłam w mapę gdzie idziemy. Zresztą do tej pory dobrze kombinował, to co miałam mu nie ufać. Poza tym w drodze na zawody pożarłam chałwę (wymusiłam na Tomku) i miałam trochę kalorii do spalenia, więc nie marudziłam na nadkładanie drogi. W końcu zebraliśmy szesnastkę i bezsensownie wpakowaliśmy się w ulicę Biruty prowadzącą donikąd. A nam trzeba było za tory. Nie było zmiłuj, trzeba było wrócić na większą drogę i przejść przez tory jak cywilizowani ludzie. Za torami bez problemu zgarnęliśmy dwójkę i trójkę, chociaż za mną od jakiegoś czasu chodziła czwórka i piątka i co wycinek miałam nadzieję, że to już. Były po dwójce i trójce i z tej radości, że są, wsmarowałam w kartę stowarzysza, bo tak ucieszył mnie pierwszy napotkany lampion. Maciek na szczęście wykazał się czujnością i dokładniej spenetrował teren. Musieliśmy zrobić przebitkę.
Ponieważ zostały nam już tylko dwa wycinki, dopasowanie ich nie stanowiło problemu i po chwili mieliśmy komplet punktów i parę kilometrów do mety. Ponieważ raz przechodziliśmy przez tory, chciałam przejść z powrotem na drugą stronę, ale Maciek z kamienną pewnością stwierdził, że to nie te tory i poprowadził mniej więcej w kierunku skąd przyszliśmy. Coś mnie tknęło żeby zobaczyć jak na schemacie wygląda miejsce naszego pobytu w stosunku do mety i stron świata i ... okazało się, że idziemy nawet w dobrym kierunku, tylko zwrot mamy nie ten co trzeba. Zawróciliśmy (a trochę już uszliśmy). Pi razy drzwi wiedziałam jak w stosunku do Radzymińskiej umiejscowiona jest meta, ale jak tam dotrzeć przez te wszystkie zagrodzenia związane z budową metra, to już nie. Szliśmy na czuja. Ja po wejściu między bloki od razu pogubiłam się co do kierunku dalszego marszu, ale Maciek po chwili zaczął rozpoznawać miejsca, w których byliśmy za pierwszą rundką i jakoś doprowadził nas do celu. Jeszcze po drodze obliczył przybliżoną odległość z PK 3 do PK 15, czyli zadanie. Nawet mu wyszła zbliżona liczba do przeczuwanej przeze mnie, choć jak się okazało i tak zbyt duża.

Chodzenie z Maćkiem jest wyczerpujące. Sadzi wielkie kroki i na każdy jego krok przypadają moje dwa. Teraz już wiem dlaczego Jola od jakiegoś czasu przestała się pokazywać na imprezach - Maciek zachodził ją na śmierć. Dodatkowo przy każdym przekraczaniu jezdni moje nerwy wystawiane były na wielką próbę, bo Maciek programowo nie uznaje przyjętej powszechnie kolorystyki świateł i przechodzi wyłącznie na czerwonym albo przynajmniej w pewnej odległości od pasów. A może on jest daltonistą?
Jak przyszliśmy (sporo po czasie), Tomka jeszcze nie było. Okazało się, że zrobił jeszcze więcej kilometrów niż my i jeszcze mniej optymalnie. A myślałam, że bardziej już się nie da:-)
Pójście z Maćkiem wymagało ode mnie sprężenia szarych komórek, bo za Tomkiem lezę jak ostatnia ciemnota, ale z nowym partnerem nie uchodziło i jakoś wykazać się trzeba było. Wzięliśmy mapy i poszli pod latarnię, co w zasadzie jest inockim rytuałem przy wieczornych miejskich imprezach. Praktycznie jedyną konkluzją było stwierdzenie, że skoro mapę robiła Ania, to musi być do przejścia, bo ona trudnych nie robi. Za to w żaden sposób nie wiedzieliśmy jak przejść i co się z czym łączy. Zebraliśmy pierwszy punkt leżący tuż przy starcie i żeby głupio nie stać, poszliśmy przed siebie w nadziei, że nazwy ulic coś nam podpowiedzą, bo litościwie mapa była z nazwami. Strategia okazała się słuszna, bo przy Witebskiej zebraliśmy dziewiątkę. Potem metodą marszu na inny bok trójkąta niż ten z którego przyszliśmy, znaleźliśmy się na Smoleńskiej. Na jednym z wycinków, owszem, była Smoleńska, ale jakoś zabudowa wyglądała całkowicie inaczej niż w terenie. Przeszliśmy ulicę kilkakrotnie od krańca do krańca (jak nam się wtedy wydawało) i wciąż zamiast prostego odcinka mieliśmy pięcioblokowy zawijas. Napotkani mieszkańcy na pytanie o ulicę Poleską, która widniała na mapie w pobliżu, bezradnie rozkładali ręce. W pewnym momencie przyuważyłam, że na jednym z drzew wisi lampion i ludzie go biorą. Dopiero Maćka olśniło, że wcale nie jesteśmy na wycinku z PK 7 i 8, tylko przy PK 13. Uff, a wydawało się, że na zawsze zostaniemy na Smoleńskiej.
Z trzynastki przez krzaki, obok rury, przy parkingach, bocznymi dróżkami i nie wiem jakim cudem przedarliśmy się na Pratulińską. Tutaj błysnęłam intelektem i połączyłam rozcięty na dwa wycinki kościół w całość, co pozwoliło nam zlokalizować jedenastkę i dwunastkę. Kto z nas i jak wymyślił jedynkę - nie pamiętam, ale co do czternastki nie miałam wątpliwości. To znaczy miałam, już na miejscu, bo lampion wisiał na złym brzegu bloku, ale już nie chcieliśmy robić Ani przykrości i wpisywać bepeka, więc wzięliśmy co było.
Po zebraniu czternastki znaleźliśmy się zasadniczo w okolicy mety i ze schematu trasy wynikało, że zrobiliśmy małe kółeczko, a żeby zebrać resztę musimy zrobić duże kółko okrążające to, co już przeszliśmy. Trochę niefajnie. Koło startu/mety usiłowaliśmy iść prawie kanałami, a przynajmniej schowani za krzakami żeby nie dostarczać radości organizatorom, bo zagubiony zawodnik, to wymarzony zawodnik:-)
Przeszliśmy więc ponownie przez wycinek z dziewiątką i szóstką i jak przedtem z Witebskiej skręciliśmy w lewo, tak teraz dla odmiany w prawo. I znów byliśmy na Smoleńskiej, ale tym razem na jej prostym odcinku, przy którym był PK 7, a kawałek dalej ósemka. Na Oszmiańskiej Maćkowi pomyliły się kierunki i zamiast w stronę Świętego Wincentego, ruszyliśmy dokładnie w przeciwną. Maciek prowadził z taką pewnością, że nawet nie popatrzyłam w mapę gdzie idziemy. Zresztą do tej pory dobrze kombinował, to co miałam mu nie ufać. Poza tym w drodze na zawody pożarłam chałwę (wymusiłam na Tomku) i miałam trochę kalorii do spalenia, więc nie marudziłam na nadkładanie drogi. W końcu zebraliśmy szesnastkę i bezsensownie wpakowaliśmy się w ulicę Biruty prowadzącą donikąd. A nam trzeba było za tory. Nie było zmiłuj, trzeba było wrócić na większą drogę i przejść przez tory jak cywilizowani ludzie. Za torami bez problemu zgarnęliśmy dwójkę i trójkę, chociaż za mną od jakiegoś czasu chodziła czwórka i piątka i co wycinek miałam nadzieję, że to już. Były po dwójce i trójce i z tej radości, że są, wsmarowałam w kartę stowarzysza, bo tak ucieszył mnie pierwszy napotkany lampion. Maciek na szczęście wykazał się czujnością i dokładniej spenetrował teren. Musieliśmy zrobić przebitkę.
Ponieważ zostały nam już tylko dwa wycinki, dopasowanie ich nie stanowiło problemu i po chwili mieliśmy komplet punktów i parę kilometrów do mety. Ponieważ raz przechodziliśmy przez tory, chciałam przejść z powrotem na drugą stronę, ale Maciek z kamienną pewnością stwierdził, że to nie te tory i poprowadził mniej więcej w kierunku skąd przyszliśmy. Coś mnie tknęło żeby zobaczyć jak na schemacie wygląda miejsce naszego pobytu w stosunku do mety i stron świata i ... okazało się, że idziemy nawet w dobrym kierunku, tylko zwrot mamy nie ten co trzeba. Zawróciliśmy (a trochę już uszliśmy). Pi razy drzwi wiedziałam jak w stosunku do Radzymińskiej umiejscowiona jest meta, ale jak tam dotrzeć przez te wszystkie zagrodzenia związane z budową metra, to już nie. Szliśmy na czuja. Ja po wejściu między bloki od razu pogubiłam się co do kierunku dalszego marszu, ale Maciek po chwili zaczął rozpoznawać miejsca, w których byliśmy za pierwszą rundką i jakoś doprowadził nas do celu. Jeszcze po drodze obliczył przybliżoną odległość z PK 3 do PK 15, czyli zadanie. Nawet mu wyszła zbliżona liczba do przeczuwanej przeze mnie, choć jak się okazało i tak zbyt duża.

Chodzenie z Maćkiem jest wyczerpujące. Sadzi wielkie kroki i na każdy jego krok przypadają moje dwa. Teraz już wiem dlaczego Jola od jakiegoś czasu przestała się pokazywać na imprezach - Maciek zachodził ją na śmierć. Dodatkowo przy każdym przekraczaniu jezdni moje nerwy wystawiane były na wielką próbę, bo Maciek programowo nie uznaje przyjętej powszechnie kolorystyki świateł i przechodzi wyłącznie na czerwonym albo przynajmniej w pewnej odległości od pasów. A może on jest daltonistą?
Jak przyszliśmy (sporo po czasie), Tomka jeszcze nie było. Okazało się, że zrobił jeszcze więcej kilometrów niż my i jeszcze mniej optymalnie. A myślałam, że bardziej już się nie da:-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)









