Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DMP Budzyń 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DMP Budzyń 2015. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 września 2015

Ciemna noc w lesie i basenie.

Wyników dziennych etapów nie doczekaliśmy się, ale przynajmniej pojawiły się listy startowe nocnego. Tym razem mieliśmy jechać pierwszym autobusem i to było pocieszające. Gdzieś tam przed nami miał iść T. z T. D. , a parę osób po nas B. S. i D. W.
Zamiast mapy dostaliśmy tylko breloczek z fajnymi przypinkami. Czyżby klucze do lasu????
Bardzo wzruszyłam się na widok mojego "ulubionego" lidaru na etapie nocnym, bo to zawsze obiecuje dobrą zabawę, a już na pewno długi pobyt w lesie. Pięć jajowatych wycinków ze szczątkami treści też nie wyglądało obiecująco.  A tak poza wszystkim to boję się nocą chodzić do lasu, o!
W zasadzie w zasięgu moich możliwości były tylko punkty H i G, czyli te najbliżej mety. I mnie w zasadzie to by już satysfakcjonowało, no ale nie szłam sama i D. też miał coś do powiedzenia.
Zaczęliśmy więc od tych najłatwiejszych. Co prawda D. usiłował zaciągnąć mnie w inną część lasu, ale twardo obstawałam przy swoim. Z pomocą lupy (dwie ślepoty nad mapą) udowodniłam, że moja ścieżka jest lepsza i przynajmniej początek mieliśmy z głowy. Z braku pomysłów dalszą inicjatywę oddałam D. Pogapił się w wycinki, poprzykładał lusterko i zarządził gdzie idziemy. Niestety, nie był to jedyny słuszny kierunek i po bezowocnych poszukiwaniach wróciliśmy do punktu wyjścia. Kolejna koncepcja okazała się już słuszniejsza i wreszcie zaczęliśmy znajdować jakieś lampiony.
Założyliśmy, że idziemy drogą i bacznie rozglądamy się po okolicy. Jak wiadomo nocą rozglądanie się po ciemnym lesie jest niezwykle efektywne i na ogół widzieliśmy wielkie NIC. Mimo to D. twierdził (w odróżnieniu ode mnie), że wie gdzie jesteśmy i w zasadzie nie miałam podstaw żeby mu nie wierzyć. Mało tego, nawet udawałam, że ja też wiem. Zawzięcie patrzyłam w wycinki i robiłam mądre miny. Kiedy tylko znaleźliśmy jakiś lampion ze wszystkich sił staraliśmy się go dopasować do swoich potrzeb i tym sposobem udało nam się nazbierać masę stowarzyszy, a nawet i mylniaka. W końcu uznaliśmy, że najwyższa pora zacząć zbliżać się do mety. Oczywiście zrobiliśmy to strategicznie i zgodnie z ogólnym planem ułożenia wycinków. A przynajmniej tak się nam wydawało. Co chwilę spotykaliśmy inne ekipy,
a przynajmniej migały nam światła latarek, więc byliśmy chociaż pewni, że wciąż jesteśmy na terenie zawodów:-) Już pod koniec natknęliśmy się na T., nie wiedzieć czemu samego. Pewnie jakąś pojedynczą strategię obrali. Udało się wyszarpnąć trochę informacji i do naszych zbiorów dołożyliśmy dwa punkciki.
Na mecie D. miał już dość i wrócił do bazy najbliższym autobusem, ja zostałam czekać na T. i resztę.
Kolejny autobus miał odjechać dopiero jak wszyscy wrócą z lasu. Czas oczekiwania spędziłam na napychaniu się pieczonymi nad ogniskiem kaloriami i tym sposobem odchudzający aspekt łażenia po lesie poszedł w krzaki.
W końcu wróciliśmy do bazy. Marzyłam jedynie o położeniu się, a tu jeszcze czekało nas InO w basenie. Słyszałam o nim już tyle opowieści, że choćby na rzęsach, ale musiałam iść zobaczyć na własne oczy to dziwo. Nawet planowałam wziąć w nim udział. Na robienie wyniku się nie nastawiałam bo po pierwsze nie umiem pływać, a jedynie nie tonę od razu, tylko po chwili, po drugie nie wsadzam głowy pod wodę, bo zazwyczaj kończy się to zapaleniem ucha, po trzecie nie miałam okularów podwodnych, a maska, którą pożyczył mi D. W. usiłowała mnie udusić i musiałam natychmiast zerwać ją z głowy. Czaiłam się więc na brzegu basenu i kombinowałam jak by tu zdobyć chociaż jeden, zaliczający imprezę punkt. Wreszcie powiedziałam sobie - raz kozie śmierć! Wlazłam do wody (w płytkiej części basenu oczywiście) i trzymając się czego się dało podeszłam do lampionu zatopionego na dnie. Kod dało się przeczytać z powierzchni. Byłam uratowana! Bohatersko dotarłam do jeszcze dwóch punktów i mimo zapasu czasu podziękowałam za dalszą współpracę. Nie żeby mi się nie podobało, bo było super, ale stres był już ponad moje siły. Jeszcze chwilę posiedziałam mocząc nogi w wodzie i kibicując T., przepłynęłam kawałeczek na nielegalu (bo osoby niestartujące nie powinny przebywać w wodzie) i koniec zabawy. Wreszcie pora na sen.

Zakończenie całej imprezy miało mieć miejsce o barbarzyńskiej ósmej rano następnego dnia. Jakoś wstaliśmy, ale większość osób zgromadzonych  na sali wyglądała jak zombi.
Nasza drużyna zajęła siódme miejsce w Polsce! Tego się trzymamy i nie dodajemy, że na siedem drużyn:-) Za to nasza przedstawicielka  dostała medal w kategorii TF, więc nie można powiedzieć, że wracamy na tarczy, nieprawdaż?
Bierzemy się ostro do roboty i za rok wskakujemy na pudło! A nowosarzyńskie imprezy dopisuję sobie do obowiązkowego kalendarza, bo są super!

wtorek, 22 września 2015

DMP - międzyetapie

W tym miejscu chciałabym złożyć podziękowania specjalistom ds. żywienia na DMP:
- za bułkę z serem i wędliną (a nie drożdżówkę czy słodycze) na śródmeciu - moja wdzięczność będzie Was ścigać po okolicznych łąkach i wzgórzach do śmierci mojej lub Waszej - tego mi było trzeba po pierwszym etapie;
- za zupę pomidorową, bo lubię i za ziemniaki, bo za ryżem nie przepadam i tylko mam prośbę na przyszłość - mięso krójcie w poprzek włókien, bo łatwiej pogryźć.

No to, jak się łatwo domyślić, po powrocie do bazy był obiad. Nawet nie dali nam się umyć i przebrać, ba - nawet zdjąć brudnych butów - tylko od razu zagonili na stołówkę. Czyżby bali się, że im połowa ekip wymrze z głodu przed etapem nocnym??
Po obiedzie tylko zdążyłam zdjąć buty, wziąć do ręki ręcznik, a tu już kolejne atrakcje. A pal licho mycie! Wszyscy śmierdzą, to i ja mogę.
Okazało się, że z tym obiadem poganiali, bo stołówka potrzebna na InO Memory. Dla odróżnienia od nieInO Memory, to nie miało na obrazkach kotków, piesków, ptaszków itp., tylko fragmenty map. Nie jest to raczej gra dla sklerotyków, ale jak wszyscy, to wszyscy - babcia też! W pierwszej rundzie B. S. pozwoliła mi wygrać, w drugiej pozwolił D. W. (może myśleli, że to moja ostatnia okazja, bo z racji wieku mogę nie dożyć kolejnej edycji), a w trzeciej trafiłam na przeciwnika z konkurencyjnej drużyny i on mi już nie dał wygrać. Trudno nie miał, bo nawet nie starałam się zapamiętać obrazków, pominąwszy już fakt, że bez okularów widziałam piąte przez dziesiąte. Zresztą nie było co przeciągać zabawy, bo zbliżał się wyjazd na etap nocny, a ja jeszcze nie zdążyłam odpocząć w pozycji horyzontalnej. Poza tym czekaliśmy na wyniki etapów dziennych i trzeba było pilnować tablicy ogłoszeń. Tak pilnowaliśmy i pilnowaliśmy i ...

c. d. n.

DMP - drewniany etap

Etap drugi musiał być sponsorowany przez jakiś tartak, bo mapy dostaliśmy na bukowych klockach. Wzruszył mnie szczególnie lidar, z którym mam zasadniczo na pieńku. Pi razy drzwi ustaliliśmy gdzie będzie większość punktów, tylko szóstka i siódemka raz pasowały nam w kilka miejsc, a za chwilę nie pasowały nigdzie.
Skalę wymierzaliśmy sobie w drodze na jedynkę, a potem jeszcze ze dwa razy i za każdym razem wychodziła jakaś inna, aczkolwiek w pewnym ograniczonym zakresie. Ja to się ostatnio coś rozkalibrowałam ze swoimi dwukrokami i chyba muszę się oddać do jakiegoś laboratorium wzorcującego. Na szczęście mam takie w pracy.
W okolicach jedynki znaleźliśmy mnóstwo pipantów, a na każdym lampion. Nie mając jeszcze świadomości ich ilości, wybraliśmy jeden, co to nam się wydawało, że stoi w najwyższym miejscu. Po chwili okazało się, że może jednak ten kolejny stoi wyżej i tym sposobem zmieniliśmy jednego stowarzysza na drugiego. Ruszyliśmy szukać czwórki, bo mieliśmy co do niej pewne podejrzenia. Szliśmy grzbietem i mijali te setki lampionów. W końcu nas tknęło, że gdzieś tu może być piątka. Potwierdziła to napotkana ekipa wspinająca się na wzniesienie ze ścieżki. Coś tam więc wybraliśmy do roli piątki i poszli dalej. Nagle D. stanął jak wryty i podniósł lament, że zgubił okulary.
- Te co masz na nosie? - zainteresowałam się życzliwie. No bo w końcu jeśli miałam szukać, to musiałam wiedzieć jak wyglądają, prawda?
D. obmacał sobie twarzoczaszkę i odetchnął z ulgą.
- Te!
Uspokojeni, że nie musimy się wracać, ruszyliśmy dalej. Czwórkę zaliczyliśmy równie nieortodoksyjnie jak poprzednie punkty, czyli:
- Może być ten? Pasuje?
- Może być. Bierz go.
Dwójka miała stać na niewiadomoczym. Ponieważ i ja i D. jesteśmy ślepoty, najpierw uznaliśmy, że stoi w szczerym polu, potem wypatrzyliśmy jakieś ledwo rysujące się kółeczka, co to mogły być zarówno dołkami, jak i górkami. Napotkana lokalna ekipa pomogła nam czesać teren i w końcu znaleźliśmy jakieś dwie dziury w ziemi ozdobione lampionami. Nasi współczesacze poszli szukać ósemki, a my postanowiliśmy sprawdzić tysiąc trzysta siedemdziesiątą pierwszą koncepcję, gdzie może być umiejscowiony lidar. A żeby się zbytnio nie przemęczyć, koncepcji planowaliśmy wypatrywać z drogi, co to szła prosto jak strzała w stronę mety. Kiedy dotarliśmy do Gaj. Kozi Borek i trójki, koncepcja upadła. Zgarnąwszy trójkę postanowiliśmy wrócić do planu pierwotnego, czyli znaleźć ósemkę. Od trójki przecinką na północ, lasek, krzaki i otwarta przestrzeń ze wzniesieniem. Wizualnie pasowało. Niestety, wzgórze nie było zwieńczone lampionem:-(. Trochę poczesaliśmy, ale bez większego przekonania.
Nie ma, to trudno - idziemy dalej. Dziewięć, dziesięć i jedenaście były dość jednoznaczne.Niestety, z punktu na punkt nie prowadziły żadne ścieżki. Musiałam więc wykorzystać ugruntowaną na lampionadzie umiejętność posługiwania się kompasem. D. trochę sceptycznie patrzył na moje kombinacje z tym sprzętem, ale  jakieś lampiony znaleźliśmy w wytypowanych przeze mnie miejscach.
D. stworzył kolejną koncepcje dotyczącą lidaru.
- To musi być gdzieś tutaj - przekonywał.
Jego podejrzenia potwierdził T., który zaniepokojony naszą długą nieobecnością na mecie dopytywał telefonicznie gdzie jesteśmy.
Wróciliśmy więc po szóstkę i siódemkę i nawet jeszcze zmieściliśmy się w lekkich minutach. Z lasu wyszliśmy jako przedostatnia ekipa.


c. d. n.

poniedziałek, 21 września 2015

DMP - pierwsze rozdanie.

Noc z piątku na sobotę była ciężka. O ile rozemocjonowana do późnych godzin nocnych młodzież nie robi na mnie wrażenia, to szalejąca burza i pioruński ból głowy, które obudziły mnie tuż po zaśnięciu, już tak. Wizja etapu przy lejących się na głowę strugach deszczu i walących dookoła (oby tylko dookoła) piorunów przyprawiała mnie o gęsią skórkę. Wiedziałam też, że ból głowy potrafi wyłączyć mnie z życia często nawet na kilkanaście godzin. Łyknęłam ketonal i usiłowałam przetrwać do rana. Nie powiem żebym obudziła się rześka i wypoczęta, ale po burzy i bólu głowy nie było śladu.
Do drużyny się nie załapałam bom jeszcze cienias, mieliśmy więc pójść z D. M. jako wolni strzelcy. Organizator tak mamił wizją łatwych etapów, że daliśmy się namówić na mapę teesowską zamiast juniorską, co to bardziej jest na naszym poziomie.
Najpierw jednak odbyła się ceremonia otwarcia imprezy. Organizatorzy przemawiali, a na stołach kusiły obietnicą wystawione na widok publiczny nagrody. Nawet nie patrzyłam na nie, bo co miało by mi być żal:-)
Miałam swoje pięć minut (no dobra, pół minuty) przy ogłaszaniu zweryfikowanych odznak, a razem ze mną jeszcze T. i kolega  A. R. z Ustrzyk. Cała trójka dostała dużą srebrną. Hurrrraaa!!!!!!!
Na etapy dzienne organizatorzy wymyślili sobie wywieźć nas w najodleglejszy las, żeby nikomu nie przyszło do głowy rozmyślić się w trakcie i wrócić pieszo do bazy. Nie dość, że miałam jechać dopiero drugim kursem, to jeszcze startowaliśmy jako ostatni w kategorii TS. Czyli jeśli byśmy się totalnie zgubili, to już nie miałby kto nas pozbierać z trasy. Ładna perspektywa!
Pierwszy kurs pojechał (zabierając mi T.), a na drugi czekaliśmy i czekaliśmy. Czas naszego startu dawno minął, a my wciąż tkwiliśmy przed szkołą. I całe szczęście! Bo kiedy tak z nudów omawialiśmy kwestię jak kto zabezpiecza przed deszczem mapy i karty startowe, uświadomiłam sobie, że nie wzięłam podkładki z koszulką i kart startowych. Ładnie byśmy zaczęli!
Wreszcie jednak autobus przyjechał i dotarliśmy na miejsce startu. Czekając na swoją kolej przyglądaliśmy się reakcjom innych teesów na otrzymywane mapy. Większość siadała przy stole i wyciągała nożyczki. Nie mogliśmy być gorsi (przynajmniej na tym etapie rozgrywki), więc też wyciągnęliśmy cały osprzęt i zaczęły się wycinanki. Cięłam mapę niczym urodzona kurpianka, a D. usiłował z powstałych skrawków coś wykombinować. Kiedy już wszystko pocięłam dołączyłam do zabawy w składanie. Niby nic trudnego - ułożyć dwanaście magnesów według podanego schematu. Jedną część układaliśmy od startu, drugą od mety i liczyliśmy, że w połowie stawki się zejdą. Jakoś nie bardzo chciały. W samym środku nic do niczego nie pasowało. Dwa elementy, które nam zostały w rękach wkleiliśmy na oko pomiędzy część ze startem, a część z metą, a ostatecznie planowaliśmy je dopasować już w terenie.
Ruszyliśmy. D. jeszcze tylko zastrzegł, że on nie zamierza biegać, a ja ochoczo przytaknęłam. W końcu wybiegałam się za wszystkie czasy dzień wcześniej. Pierwszy z punktów na trasie miał być w dołku, kolejny także. Dołków było w bród, lampionów w nich także, a ponieważ obydwoje nie jesteśmy ortodoksyjni, więc braliśmy co się nam bardziej podobało nie zawracając sobie głowy, czy to właściwy punkt, czy stowarzysz. Z T. taki numer by nie przeszedł - milion razy by podchodził do każdego dołka, po godzinie wybrałby właściwy, a potem kazałby biec bo czasu mało.
Tak więc współpraca z D. układała się harmonijnie ku obopólnemu zadowoleniu (mam nadzieję, że obopólnemu).
Kolejny lampion miał wisieć przy ogrodzeniu jakiejś posesji, ale nie było dane mi go obejrzeć, bo D. jako ten dżentelmen, pognał go podbić sam, żebym nie musiała nadkładać drogi. Jak na razie szło dobrze, punkty znajdowaliśmy bezproblemowo, zdobywaliśmy okoliczne górki i dołki i tak aż do PK 15. Tutaj kończyła się pewna część składanki, a zaczynał element niepewny. Postanowiliśmy pójść tak, jak przykleiliśmy wycinek, czyli wychodziło nam, że na PK 2. Bezpośredniego przejścia nie wypatrzyliśmy, liczyliśmy że doprowadzi nas tam droga. Im dalej szliśmy, tym bardziej ukształtowanie terenu nie zgadzało się z mapą. Na mapie raczej płasko, w terenie konkretne wzniesienia. Postanowiliśmy wrócić na piętnastkę i spróbować tym razem na azymut. Azymut wywiódł nas prawie w to samo miejsce urozmaicając trasę przejścia krzakami i bagienkiem. Byliśmy w kropce. Po kolejnych dwóch próbach ruszenia z miejsca nie pozostało nam nic innego jak telefon do przyjaciela. Tym bardziej, że "przyjaciel" przysyłał alarmujące smsy z pytaniem, czy żyjemy. Okazało się, że te dwa wycinki, które nam zostały przy składaniu mapy wkleiliśmy na odwrót i zamiast na dwójkę, powinniśmy iść na dwunastkę. Nooo, to zmieniało sytuację! Usiłując wrócić na właściwy kurs wypatrzyliśmy w terenie siódemkę, stąd już było rzut beretem do jedenastki, a dwunastkę postanowiliśmy sobie odpuścić. Czas się nam zaczynał kończyć i wracanie po nią mogłoby nam raczej zaszkodzić niż pomóc.
Dalszy ciąg trasy mieliśmy złożony prawidłowo, więc zgarnianie punktów było formalnością. Na przedostatnim PK nie wytrzymałam i na hasło, że kończy się nam czas dodatkowy puściłam się biegiem. D. próbował coś tam protestować, ale ostatecznie ruszył za mną. Jeszcze podbiliśmy w biegu szóstkę i już w ciężkich minutach wpadliśmy na metę.

 
c. d. n.


niedziela, 20 września 2015

DeeMPy - Budzyń - start

A raczej falstart.
T. już od rana mnie poganiał i poganiał (nóżki mu jednak nie ucięli), w końcu udało się wszystko spakować, ruszyliśmy i po kilku minutach jazdy T. spojrzał na zegarek. Zrobił bardzo myślącą minę i zakomunikował:
- Wyjechaliśmy godzinę za wcześnie.
Na dwunastą byliśmy umówieni pod gimnazjum, skąd mięliśmy pobrać młodzież; na miejsce zbiórki mieliśmy blisko, tymczasem zegar wskazywał godzinę dziesiątą. No masz babo placek! Pojechaliśmy więc do nadleśnictwa załatwić sprawy związane z Niepoślipką i ... wróciliśmy do domu.
Wreszcie jednak prawdziwa godzina wyjazdu nadeszła. Już w drodze do szkoły dowiedzieliśmy się, że dwóch delikwentów, którzy akurat mieli jechać z nami, zapomniało wziąć śpiworów, czy karimat i wrócili do domu. Już żeby było szybciej ruszyliśmy za nimi i zgarnęli spod bloku.
Tym to sposobem wyczerpaliśmy limit nieprzewidzianych przypadków i do Nowej Sarzyny dojechaliśmy bezproblemowo. No, prawie. W zamieszaniu przy próbie poupychania dziesiątków bagaży w trzech samochodach, wszystko co mieliśmy do jedzenia pojechało oczywiście z kimś innym, a my przeszliśmy na przymusową dietę zero kalorii.
Na miejscu oprócz nas zaczynali się już pojawiać także inni uczestnicy imprezy nadciągający z całej Polski i wkrótce w bazie zrobiło się gwarno i wesoło. Ustaliliśmy, że nie opitalamy się, tylko bierzemy mapy w garści i robimy trino. Młodzież może była mniej entuzjastycznie nastawiona do tego pomysłu, ale jakoś udało się ich wypchnąć za próg. Ponieważ głód doskwierał nam coraz bardziej my z T. oraz B. S. i D. W. opracowaliśmy strategię łączącą trino z konsumpcją. Po zaliczeniu pierwszego punktu udaliśmy się do pizzerii, złożyli zamówienie i poszli robić następny kawałek trasy. Po półgodzinie wróciliśmy, zjedli i nieco ociężali ruszyli dalej.
Cztery kilometry, to niby niedużo, ale zaczęłam już marzyć o pozycji horyzontalnej. Wiedziałam jednak, że nic z tego - czekał nas jeszcze wieczorny scorelauf. Za nic nie mogłam go odpuścić, bo dawał mi brakujący punkt do srebrnej odznaki. Tak sobie z T, wymyśliliśmy, że właśnie na Budzyniu chcemy je dostać. Żeby jednak nie tracić sił przed głównymi zawodami, planowaliśmy raczej grupowy spacer niż wyścigi. Do startu ustawiliśmy się na samym końcu, całą warszawską ekipą. Pierwsza ruszyła młodzież, bezpośrednio po mnie D. W., po nim B. S., gdzieś tam zaraz miał ruszyć T.
D. pognał na pierwszy punkt i tam miał czekać na mnie i B. Po chwili ruszyłyśmy za nim. Spacerkiem. I wtedy wypowiedziałam najgłupsze zdanie sezonu:
- Jak masz ochotę, to możemy trochę pobiec.
B. ruszyła, podbiłyśmy pierwszy punkt, D. widząc, że jednak biegniemy pognał w stronę następnego, my za nim. Z punktu na punkt coraz szybciej. Na mapę zdążyłam spojrzeć tylko tuż po starcie, czekając na B. Podbijałam jak leci, nie wiedząc w ogóle gdzie jestem. Wpadłam w jakiś taki biegowy amok i z tego wszystkiego WBIEGŁAM na górkę, potem druga i następną. Fakt, wielkie to one nie były, ale ja na takich normalnie wchodząc czasami umieram. B. co jakiś czas wykrzykiwała w przestrzeń za siebie:
- Żyjesz?!
Gromko odkrzykiwałam:
- Żyję! Żyję! - ale z tym życiem to tak różnie było. W pewnym momencie jednak przestałam żyć i musiałam się zatrzymać. Wreszcie miałam okazję zajrzeć do mapy i zobaczyć gdzie jestem. Nie było dobrze - wciąż oddalaliśmy się od mety zamiast na nią wracać. Nie chcąc zostać sama w lesie (chociaż co to za sama, jak tłum ludzi kłębił się po krzakach) przyspieszyłam. B. i D. czekali kawałek dalej.
- No, skoro czekają na mnie, to nie ma co się mazgaić, tylko trzeba przyspieszyć - pomyślałam.
Sił starczyło mi na kilka kolejnych punktów i znów zaczęłam wymiękać. Gdzieś tam w tle przyuważyłam T. i nawet pomyślałam, że może lepiej przyłączyć się do niego, ale B. i D. uporczywie na mnie czekali. Sugerowałam im subtelnie (może za bardzo subtelnie) żeby pobiegli w swoim tempie, bo przecież na metę trafię. Nie zgodzili się. No to musieliśmy iść na kompromis - oni biegli wolniej niż zwykle, ja biegłam szybciej niż daję radę i tym sposobem zrobiłam chyba życiówkę biegową. Razem z nimi uplasowałam się w górnych rejonach listy wyników, ale jedyną moją w tym zasługą było przebieranie nogami i powtarzanie sobie w duchu:
- Musisz dać radę! Musisz dać radę!
Do bazy wróciłam złachana jak koń po westernie i to tyle w temacie oszczędzania sił na następny dzień.

A to nasz awers i rewers podczas biegu:-)

c. d. n.