Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GEZnO 2019. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GEZnO 2019. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 listopada 2019
GEZnO - etap drugi: muldy i bliźniacze jary.
Już w sobotę dostaliśmy opaski z numerami punktów i od razu rzuciliśmy się do internetów oglądać sobotnie mapy innych niż nasza kategorii, żeby zobaczyć, czy aby gdzieś nie znajdziemy numerków, których będziemy szukać nazajutrz. I znaleźliśmy! Dwa! Może to nie jest dużo, ale przynajmniej wiedzieliśmy, po której stronie drogi będziemy chodzić. Punkt pierwszy znaleźliśmy w pobliżu naszego pierwszego punktu sobotniego, tak więc problem jak ruszyć mieliśmy rozwiązany:-)
W internetach pilnie śledziliśmy też pogodę i mina nam rzedła coraz bardziej - deszcz, deszcz, a potem deszcz. Zmieniały się tylko godziny, w których będzie bardziej padać, a w których mniej, ale ogólnie źle to wyglądało. Dodatkowo miało się ochłodzić, więc brrrr. Już w nocy obudziło mnie bębnienie kropel deszczu o dach. Ranek może i nie był ulewny, ale przyjemnie to na pewno nie było. Jaśniejszym promyczkiem w ciężko zapowiadającym się dniu były odwiedziny Krysi - koleżanki z MnO, która akurat była w Rymanowie w sanatorium i przyszła zobaczyć, czy nie trafi na kogoś znajomego. Przy tej ilości uczestników to w sumie miała to zagwarantowane:-)
W drugim dniu kolejność podbijania punktów była obowiązkowa, więc nie było, że jedni idą tam, drudzy tam, tylko najwyżej którędy do tego samego punktu. Ponieważ mieliśmy już obcykane dojście w okolice punktu, poszliśmy tak samo jak poprzedniego dnia, a z nami całkiem spora grupa innych zawodników. Oczywiście kiedy zaczęło się podejście, wyprzedzał nas kto tylko chciał, ale kilka osób było tak miłych, że trzymało się w zasięgu wzroku. Czułam się podbudowana.
Pierwszy błotozjazd zaliczyłam jeszcze w drodze na pierwszy punkt, kiedy po przeskoczeniu przez strumyk musieliśmy wspiąć się na strome zbocze - odpadłam od ściany i ześlizgnęłam się, na szczęście nie na sam dół do potoku. Jednak moja piękna nowa kurteczka nieco straciła na urodzie.
Na pierwszym punkcie mogłam poczynić kolejne obserwacje związane z muldami. Tym razem mulda okazała się być zwykłym niezbyt głębokim jarem. Ja to chyba jakąś rozprawę naukową napisze na ten temat, np. " Mulda, a sprawa polska".
Na kolejny punkt poszliśmy drogami, bo skoro były zaznaczone na mapie, a i w terenie się znalazły, to czemu nie skorzystać. Po drodze mijaliśmy krzyż na górce i już z daleką widzieliśmy dwie postacie wyraźnie klęczące przy nim. Byłam pewna, że to miejscowi, a tymczasem przy krzyżu wisiał lampion (nie z naszej trasy), a jakiś zespół właśnie go podbijał. Punkt 2-34 znowu w opisie miał "mulda" i ta mulda dla odmiany wyglądała jak niezbyt głęboki rów.
Trójka z kodem 70 była za górką, dość blisko w linii prostej, ale przecież z moimi możliwościami nie było sensu iść na azymut, wiec pracowicie obeszliśmy górkę dookoła, a w zasadzie to nawet obiegliśmy. Błocko było niemiłosierne, ale już przywykliśmy i nie robiło na nas wrażenia. W opisie wyjątkowo nie było słowa "mulda", a siodło. Z zupełnie nieznanych powodów zaczęliśmy szukać lampionu na szczycie. A nie był to łatwy szczyt. I bynajmniej nie z powodu wysokości, ale roślinności. Wszystko było zarośnięte, a na każdej wysokości czyhało jakieś niebezpieczeństwo - a to jeżyny łapiące za kostki, a to krzaczory wybijające oczy, a to leżące gałęzie, miedzy którymi łatwo mogła utknąć noga. Dopiero kiedy przeczesaliśmy szczyt, Tomek dokładniej spojrzał na mapę i stwierdził, że to jednak nie tu. Lampion wisiał sobie spokojnie w przebieżnym kawałku lasku, gdzie bezpiecznie dawało się podejść.
Z czwórki na piątkę było w pieron daleko, a dodatkowo po drodze musieliśmy obejść dwa płoty, wspiąć się na górkę, zejść na dół, znowu podejść, utrzymać się na poziomnicy, no i finalnie znaleźć lampion. Ja w wersji zombi, Tomek kwitnący jak szczypiorek na wiosnę. Dość niewygodny duet.
Po drodze spotkaliśmy najpierw gołego mężczyznę, którym okazał się Włodek, a po chwili resztę ekipy OK! Sport. Kurcze, nam nawet przez myśl nie przeszło, żeby po drodze przebierać się w suche ciuchy, a ludzie jednak noszą je ze sobą i wykorzystują. Przy okazji wyszło na jaw, że stojąc metr od siebie byliśmy w zupełnie innych miejscach, a przynajmniej każdy zespół był o tym przekonany. Tomek i Marek dźgali mapę palcami i każdy miał swoją rację. Ostatecznie racja Marka okazała się słuszniejsza. Punkt, w odróżnieniu od poprzedniego, nie stał na muldzie tylko nosku, ale nosek jest dla mnie równie tajemniczym zjawiskiem co mulda.
Zostały nam jeszcze tylko dwa punkty do zebrania i powrót do bazy, ale i tak było jeszcze bardzo, bardzo daleko. O ile na początku trasy deszcz był dla nas dość łaskawy bo tylko drobił kropelkami, to w miarę upływu czasu krople stawały się większe i jakby gęściej spadały. Pod względem przemoczenia było nam wszystko jedno, ale na mapę patrzyło się coraz trudniej, a las stawał się ciemny i zamglony.Z piątki zeszliśmy na zachód, by dotrzeć do szlaku Jaga-Kora.
To już były znajome okolice i przynajmniej mieliśmy pewność, że się głupio nie zgubimy. Błoto geznowe, choć uciążliwe, wciąż było niczym w porównaniu do błota jagokorowego, O, taka różnica:
Szlakiem dotarliśmy do kapliczki i od niej już na azymut zaatakowaliśmy punkt - grzbiet nad rozwidleniem jarów. Był to jeden z piękniej położonych punktów, z widokiem na głębokie, rozchodzące się promieniście w trzy strony jary, tajemniczo zasnute mgłą,
Z grzbietu mogliśmy wrócić tak jak przyszliśmy, albo ruszyć przed siebie, żeby do szlaku Jagi-Kory, którym dalej mieliśmy iść, dołączyć już dalej. Co nas podkusiło do drugiej opcji??? Za mało nam było atrakcji??? Żeby wykonać zaplanowany manewr musieliśmy w pierwszej kolejności dostać się na dno wąwozu, a potem niemal pionowo wdrapać się na przeciwległy stok. Ktoś przed nami chyba testował taką opcję, bo gliniaste pionowe zbocze było już wyślizgane. Nie wiem czy Tomek tak mi chciał zaimponować, czy tylko grunt mu ujechał spod nóg, ale rzuciwszy okiem w dół natychmiast zjechał aż do samego strumienia. Stylowo może nie był to najpiękniejszy zjazd - taki tylno-boczny z przewagą bocznego, ale lądowanie w wodzie wyglądało odjazdowo. Nie mogłam być gorsza. Przykucnęłam nad samym brzegiem przepaści, spojrzałam w dół i... czym prędzej się wycofałam. Wysoko, kurde, naprawdę wysoko. I co teraz zrobić jak Tomek tam, a ja tu? Dwa kolejne podejścia poskutkowały jedynie zjechaniem mojej mapy, ale ja wciąż tkwiłam na górze. Przy kolejnej próbie siła ciążenia wzięła górę i nic już nie miałam do gadania oprócz pisku przerażenia, ale i zachwytu. Bo w gruncie rzeczy to była fajna jazda z mokrym lądowaniem. Przez te kilka sekund Tomek miał straszny dylemat moralny - ratować, czy filmować? Zrobił to:
Kiedy już Tomek wyjął mnie ze strumienia, byłam do niczego niepodobna, cała oblepiona błotem i
jedynie miałam nadzieję, że padający deszcz trochę mnie doprowadzi do porządku. Jeszcze musieliśmy wdrapać się na górę jaru i to tak żeby nie ześlizgnąć się z powrotem na dól. Jakoś się udało na czworaka, łapiąc się po drodze wszystkiego wystającego. Po chwili dotarliśmy na szlak Jagi-Kory i było fajnie, bo cały czas w dół aż do Polany Zbójeckiej. Tam przeszliśmy przez rzeczkę i korzystając z okazji, doprowadziliśmy się trochę do porządku. Ja to nawet mapę uprałam, bo tak była ubłocona, że nic na niej nie było widać.
Został nam do wzięcia ostatni punkt na górce za drogą. Z mapy wynikało, że nie na samym szczycie, tylko na jakimś pipancie na zboczu i byłam za to ułatwienie bardzo wdzięczna organizatorom. Na szczyt już bym chyba nie wlazła. Po drodze jeszcze poratowaliśmy jakieś uczestniczki innej trasy, które nie mogły znaleźć punktu i były skłonne się poddać.
Na metę mogliśmy wracać albo po prostej na azymut, albo naokoło drogami. Ponieważ teren był mało przyjazny, a do drogi blisko, więc woleliśmy naokoło. Pewnie i tak wyszło szybciej. Podobnie jak dzień wcześniej najgorsze były ostatnie metry przed furtką - strome podejście, na które mój wyczerpany trasą organizm absolutnie nie wyrażał zgody. Tak jak w sobotę, Tomek wpychał mnie pod górę, bo inaczej chyba nie dotarłabym do mety.
W bazie przeżyliśmy totalne rozczarowanie - na obiad był ten sam bigos co poprzedniego dnia. Znowu podziubałam w nim wybierając nieliczne kawałeczki mięsa i wciąż głodna wróciłam do pokoju. Aaaa, tego dnia na obiad poszliśmy już wykąpani i przebrani - pełen wersal:-) Tak utytłani jak wróciliśmy, było nam już wstyd siadać do stołu. Sądząc po stanie białych krzeseł w jadalni, niektórym osobom wstyd nie było.
Z basenu znowu zrezygnowaliśmy, bo wolałam leżeć w łóżku i obżerać się ciastkami, których ogromną ilość przytargał Tomek ze sklepu. Dopiero wieczorem poszliśmy do... kawiarni, gdzie urządziliśmy sobie spotkanie Stowarzyszy. Potężny kawał tortu zniknął w czeluściach mojego żołądka i tym sposobem mimo intensywnego wysiłku osiągnęłam dodatni bilans kaloryczny. Cóż, bywa...
W poniedziałek rano (jak dobrze, że to był dzień wolny) niespiesznie zebraliśmy się do wyjazdu. Oczywiście po drodze musieliśmy zaliczyć jakieś TRInO, żeby nam się przejazd nie zmarnował. Tym razem padło na Iwonicz Zdrój. Mi najbardziej spodobał się PK 13 - źródło potoku Bełkotka. Polecam!
W ostatecznym rozrachunku zajęliśmy przedostatnie miejsce w naszej kategorii. Gdyby nie PK 51 z etapu pierwszego i nie ten jar z etapu drugiego moglibyśmy powalczyć z Małgosią i Grześkiem, ale reszta z moimi problemami na podejściach była nie do ruszenia. Dla mnie nie było więc żadnego rozczarowania, Tomek na pewno liczył na więcej.
W przyszłym roku to już chyba trzeba iść na rodzinną:-)
UWAGA! jeszcze będzie film - nie przegapcie!
W internetach pilnie śledziliśmy też pogodę i mina nam rzedła coraz bardziej - deszcz, deszcz, a potem deszcz. Zmieniały się tylko godziny, w których będzie bardziej padać, a w których mniej, ale ogólnie źle to wyglądało. Dodatkowo miało się ochłodzić, więc brrrr. Już w nocy obudziło mnie bębnienie kropel deszczu o dach. Ranek może i nie był ulewny, ale przyjemnie to na pewno nie było. Jaśniejszym promyczkiem w ciężko zapowiadającym się dniu były odwiedziny Krysi - koleżanki z MnO, która akurat była w Rymanowie w sanatorium i przyszła zobaczyć, czy nie trafi na kogoś znajomego. Przy tej ilości uczestników to w sumie miała to zagwarantowane:-)
Walka o mapy:-)
W drugim dniu kolejność podbijania punktów była obowiązkowa, więc nie było, że jedni idą tam, drudzy tam, tylko najwyżej którędy do tego samego punktu. Ponieważ mieliśmy już obcykane dojście w okolice punktu, poszliśmy tak samo jak poprzedniego dnia, a z nami całkiem spora grupa innych zawodników. Oczywiście kiedy zaczęło się podejście, wyprzedzał nas kto tylko chciał, ale kilka osób było tak miłych, że trzymało się w zasięgu wzroku. Czułam się podbudowana.
Pierwszy błotozjazd zaliczyłam jeszcze w drodze na pierwszy punkt, kiedy po przeskoczeniu przez strumyk musieliśmy wspiąć się na strome zbocze - odpadłam od ściany i ześlizgnęłam się, na szczęście nie na sam dół do potoku. Jednak moja piękna nowa kurteczka nieco straciła na urodzie.
Aaaaaaa!!!!!!
Na pierwszym punkcie mogłam poczynić kolejne obserwacje związane z muldami. Tym razem mulda okazała się być zwykłym niezbyt głębokim jarem. Ja to chyba jakąś rozprawę naukową napisze na ten temat, np. " Mulda, a sprawa polska".
PK 1-74 - mulda.
Na kolejny punkt poszliśmy drogami, bo skoro były zaznaczone na mapie, a i w terenie się znalazły, to czemu nie skorzystać. Po drodze mijaliśmy krzyż na górce i już z daleką widzieliśmy dwie postacie wyraźnie klęczące przy nim. Byłam pewna, że to miejscowi, a tymczasem przy krzyżu wisiał lampion (nie z naszej trasy), a jakiś zespół właśnie go podbijał. Punkt 2-34 znowu w opisie miał "mulda" i ta mulda dla odmiany wyglądała jak niezbyt głęboki rów.
Fotka niewyraźna bo zamgliło obiektyw kamery.
Trójka z kodem 70 była za górką, dość blisko w linii prostej, ale przecież z moimi możliwościami nie było sensu iść na azymut, wiec pracowicie obeszliśmy górkę dookoła, a w zasadzie to nawet obiegliśmy. Błocko było niemiłosierne, ale już przywykliśmy i nie robiło na nas wrażenia. W opisie wyjątkowo nie było słowa "mulda", a siodło. Z zupełnie nieznanych powodów zaczęliśmy szukać lampionu na szczycie. A nie był to łatwy szczyt. I bynajmniej nie z powodu wysokości, ale roślinności. Wszystko było zarośnięte, a na każdej wysokości czyhało jakieś niebezpieczeństwo - a to jeżyny łapiące za kostki, a to krzaczory wybijające oczy, a to leżące gałęzie, miedzy którymi łatwo mogła utknąć noga. Dopiero kiedy przeczesaliśmy szczyt, Tomek dokładniej spojrzał na mapę i stwierdził, że to jednak nie tu. Lampion wisiał sobie spokojnie w przebieżnym kawałku lasku, gdzie bezpiecznie dawało się podejść.
PK 3-70
Od punktu zeszliśmy na krechę po stromym zboczu na południe, żeby dojść do strumienia. Potem wystarczyło pójść wzdłuż strumienia poprzecznego, znaleźć rozgałęzienie rozgałęzienia i na końcu muldę. Tak - moją ulubioną muldeczkę:-) Szło dobrze, znaleźliśmy drogę biegnącą prawie równolegle do wąwozu, potem pojawiło się rozgałęzienie i tylko... nigdzie nie było lampionu. Już byliśmy skłonni przypuszczać, że ktoś ukradł lampion, albo organizator nie powiesił, ale zastanowiło nas, że od jakiegoś czasu nie spotykamy innych zawodników, a do tej pory ciągle kogoś mieliśmy w zasięgu wzroku. Tomek zaczął podejrzewać, że jesteśmy o jeden wąwóz za wcześnie i po dokładnym obejrzeniu mapy musiałam mu przyznać rację. Normalnie osłabiło mnie. Na myśl, że musimy wracać kawał drogi lub alternatywnie zejść do głębokiego wąwozu, a potem wyjść z niego z drugiej strony aż mi się płakać chciało. Absolutnie nie miałam na to siły - ani fizycznej, ani psychicznej. Najgorsze, że jedyną alternatywą było pozostanie w niewłaściwym wąwozie już na zawsze. Trochę marne rozwiązanie problemu. Uznawszy, że w tym momencie łatwiej mi będzie poradzić sobie ze słabością ciała niż psychiki zdecydowałam, że tniemy po wąwozach, bo wracać na pewno nie będę. Faktycznie, w sąsiednim jarze lampion wisiał sobie spokojnie i czekał na nas. Mój stan psychofizyczny nie pozwolił jednak na analizę uformowania kolejnej muldy, a zdjęcie z punktu niewiele mówi na ten temat:
PK 4 - 35
Z czwórki na piątkę było w pieron daleko, a dodatkowo po drodze musieliśmy obejść dwa płoty, wspiąć się na górkę, zejść na dół, znowu podejść, utrzymać się na poziomnicy, no i finalnie znaleźć lampion. Ja w wersji zombi, Tomek kwitnący jak szczypiorek na wiosnę. Dość niewygodny duet.
Po drodze spotkaliśmy najpierw gołego mężczyznę, którym okazał się Włodek, a po chwili resztę ekipy OK! Sport. Kurcze, nam nawet przez myśl nie przeszło, żeby po drodze przebierać się w suche ciuchy, a ludzie jednak noszą je ze sobą i wykorzystują. Przy okazji wyszło na jaw, że stojąc metr od siebie byliśmy w zupełnie innych miejscach, a przynajmniej każdy zespół był o tym przekonany. Tomek i Marek dźgali mapę palcami i każdy miał swoją rację. Ostatecznie racja Marka okazała się słuszniejsza. Punkt, w odróżnieniu od poprzedniego, nie stał na muldzie tylko nosku, ale nosek jest dla mnie równie tajemniczym zjawiskiem co mulda.
5 - 37 - nosek
Zostały nam jeszcze tylko dwa punkty do zebrania i powrót do bazy, ale i tak było jeszcze bardzo, bardzo daleko. O ile na początku trasy deszcz był dla nas dość łaskawy bo tylko drobił kropelkami, to w miarę upływu czasu krople stawały się większe i jakby gęściej spadały. Pod względem przemoczenia było nam wszystko jedno, ale na mapę patrzyło się coraz trudniej, a las stawał się ciemny i zamglony.Z piątki zeszliśmy na zachód, by dotrzeć do szlaku Jaga-Kora.
Trasa Kurierska Jaga-Kora
To już były znajome okolice i przynajmniej mieliśmy pewność, że się głupio nie zgubimy. Błoto geznowe, choć uciążliwe, wciąż było niczym w porównaniu do błota jagokorowego, O, taka różnica:
GEZnO 2019
Jaga-Kora 2019
Szlakiem dotarliśmy do kapliczki i od niej już na azymut zaatakowaliśmy punkt - grzbiet nad rozwidleniem jarów. Był to jeden z piękniej położonych punktów, z widokiem na głębokie, rozchodzące się promieniście w trzy strony jary, tajemniczo zasnute mgłą,
PK 6-47
Z grzbietu mogliśmy wrócić tak jak przyszliśmy, albo ruszyć przed siebie, żeby do szlaku Jagi-Kory, którym dalej mieliśmy iść, dołączyć już dalej. Co nas podkusiło do drugiej opcji??? Za mało nam było atrakcji??? Żeby wykonać zaplanowany manewr musieliśmy w pierwszej kolejności dostać się na dno wąwozu, a potem niemal pionowo wdrapać się na przeciwległy stok. Ktoś przed nami chyba testował taką opcję, bo gliniaste pionowe zbocze było już wyślizgane. Nie wiem czy Tomek tak mi chciał zaimponować, czy tylko grunt mu ujechał spod nóg, ale rzuciwszy okiem w dół natychmiast zjechał aż do samego strumienia. Stylowo może nie był to najpiękniejszy zjazd - taki tylno-boczny z przewagą bocznego, ale lądowanie w wodzie wyglądało odjazdowo. Nie mogłam być gorsza. Przykucnęłam nad samym brzegiem przepaści, spojrzałam w dół i... czym prędzej się wycofałam. Wysoko, kurde, naprawdę wysoko. I co teraz zrobić jak Tomek tam, a ja tu? Dwa kolejne podejścia poskutkowały jedynie zjechaniem mojej mapy, ale ja wciąż tkwiłam na górze. Przy kolejnej próbie siła ciążenia wzięła górę i nic już nie miałam do gadania oprócz pisku przerażenia, ale i zachwytu. Bo w gruncie rzeczy to była fajna jazda z mokrym lądowaniem. Przez te kilka sekund Tomek miał straszny dylemat moralny - ratować, czy filmować? Zrobił to:
Aaaale jazda!
jedynie miałam nadzieję, że padający deszcz trochę mnie doprowadzi do porządku. Jeszcze musieliśmy wdrapać się na górę jaru i to tak żeby nie ześlizgnąć się z powrotem na dól. Jakoś się udało na czworaka, łapiąc się po drodze wszystkiego wystającego. Po chwili dotarliśmy na szlak Jagi-Kory i było fajnie, bo cały czas w dół aż do Polany Zbójeckiej. Tam przeszliśmy przez rzeczkę i korzystając z okazji, doprowadziliśmy się trochę do porządku. Ja to nawet mapę uprałam, bo tak była ubłocona, że nic na niej nie było widać.
Pucu pucu, chlastu, chlastu...
Został nam do wzięcia ostatni punkt na górce za drogą. Z mapy wynikało, że nie na samym szczycie, tylko na jakimś pipancie na zboczu i byłam za to ułatwienie bardzo wdzięczna organizatorom. Na szczyt już bym chyba nie wlazła. Po drodze jeszcze poratowaliśmy jakieś uczestniczki innej trasy, które nie mogły znaleźć punktu i były skłonne się poddać.
Ostatni punkt!
Na metę mogliśmy wracać albo po prostej na azymut, albo naokoło drogami. Ponieważ teren był mało przyjazny, a do drogi blisko, więc woleliśmy naokoło. Pewnie i tak wyszło szybciej. Podobnie jak dzień wcześniej najgorsze były ostatnie metry przed furtką - strome podejście, na które mój wyczerpany trasą organizm absolutnie nie wyrażał zgody. Tak jak w sobotę, Tomek wpychał mnie pod górę, bo inaczej chyba nie dotarłabym do mety.
W bazie przeżyliśmy totalne rozczarowanie - na obiad był ten sam bigos co poprzedniego dnia. Znowu podziubałam w nim wybierając nieliczne kawałeczki mięsa i wciąż głodna wróciłam do pokoju. Aaaa, tego dnia na obiad poszliśmy już wykąpani i przebrani - pełen wersal:-) Tak utytłani jak wróciliśmy, było nam już wstyd siadać do stołu. Sądząc po stanie białych krzeseł w jadalni, niektórym osobom wstyd nie było.
Z basenu znowu zrezygnowaliśmy, bo wolałam leżeć w łóżku i obżerać się ciastkami, których ogromną ilość przytargał Tomek ze sklepu. Dopiero wieczorem poszliśmy do... kawiarni, gdzie urządziliśmy sobie spotkanie Stowarzyszy. Potężny kawał tortu zniknął w czeluściach mojego żołądka i tym sposobem mimo intensywnego wysiłku osiągnęłam dodatni bilans kaloryczny. Cóż, bywa...
W poniedziałek rano (jak dobrze, że to był dzień wolny) niespiesznie zebraliśmy się do wyjazdu. Oczywiście po drodze musieliśmy zaliczyć jakieś TRInO, żeby nam się przejazd nie zmarnował. Tym razem padło na Iwonicz Zdrój. Mi najbardziej spodobał się PK 13 - źródło potoku Bełkotka. Polecam!
Obelisk na jazie nad potokiem Bełkotka.
Przy Źródle Józefa.
W ostatecznym rozrachunku zajęliśmy przedostatnie miejsce w naszej kategorii. Gdyby nie PK 51 z etapu pierwszego i nie ten jar z etapu drugiego moglibyśmy powalczyć z Małgosią i Grześkiem, ale reszta z moimi problemami na podejściach była nie do ruszenia. Dla mnie nie było więc żadnego rozczarowania, Tomek na pewno liczył na więcej.
W przyszłym roku to już chyba trzeba iść na rodzinną:-)
UWAGA! jeszcze będzie film - nie przegapcie!
czwartek, 21 listopada 2019
GEZnO - etap pierwszy: 1:0 dla PK 51
Jak kilka tygodni temu (a może to już miesiące) pisałam, że nigdy więcej górskich zawodów, to oczywiste, że nie miałam na myśli GEZnO:-) Bo jak to tak - nie pojechać na GEZnO??? Nie da się! No to pojechaliśmy.
Podczas wyjazdu na Hałę nie zdążyliśmy zrobić TRInO po Bochotnicy, więc postanowiliśmy to nadrobić w drodze do Rymanowa. Nawet specjalnie wzięliśmy sobie urlop na piątek, żeby na spokojnie dojechać zwiedzając po drodze co się da. TRInO zrobiliśmy, ale w muzeum misiów, na którym mi najbardziej zależało, zastaliśmy taką informację:
Tym razem na GEZnO zakwaterowaliśmy się w bazie imprezy, więc spodziewaliśmy się, że jak dojedziemy, to zastaniemy tłum znajomych, imprezę, tańce, hulanki, swawole. Tymczasem byliśmy jednymi z pierwszych uczestników, bo reszta to takie pracusie, co na zawody jadą dopiero po robocie. Większość znajomych spotkaliśmy dopiero na starcie:-)
W pierwszy dzień na trasę wyruszaliśmy już o ósmej. W porównaniu do ubiegłego roku na naszej trasie miało być mniej przewyższeń i bardzo mi się to podobało.
Na starcie nastąpił drobny (dla niektórych może i nie drobny, a duży) zgrzyt - zabrakło map. Organizatorzy chyba trochę przesadzili z oszczędnością:-) Ci, którzy na zawody mapę noszą tylko dla szpanu, pooddawali tym, którzy rzeczywiście korzystają i jakoś udało się ogarnąć sytuację. Podobno. Bo my mapy mieliśmy.
Do zebrania na naszej trasie było 12 PK, z czego 4 po wschodniej stronie głównej drogi, a reszta po zachodniej.Wschodnie punkty były rozmieszczone z rzadka, zachodnie gęściej. Ruszyliśmy na wschód. Tradycyjnie za bramką część osób pobiegła w prawo, część w lewo. Zasadniczo wybierając wariant lewy nie traciło się wysokości, ale ponieważ fajniej biegnie się w dół, to my wybraliśmy prawy. Niestety, podejścia nie dało się uniknąć i wkrótce mozolnie pięliśmy się w górę. To znaczy - ja mozolnie, bo Tomek to na luzie. Najpierw mieliśmy porządną drogę, potem krzaki, łąki i w końcu dotarliśmy do SBB, czyli Słynnego Beskidzkiego Błota, które miało nam towarzyszyć już do końca wędrówki. Na nas błoto po majowej Jadze Korze nie zrobiło specjalnego wrażenia, ale uwagi innych uczestników rzucane z cicha pod nosem były co najmniej interesujące.
Pierwszy punkt położony jakieś półtora kilometra od bazy znaleźliśmy już po pół godzinie od wyjścia w teren. Cóż, nasze tempo nie było specjalnie imponujące.
Kolejny punkt był nie dość, że daleko, to jeszcze na górce. Po drodze pocieszałam się, że jak zbierzemy te cztery wschodnie punkty, to dojdziemy do asfaltu i w razie czego będę mogła wrócić do bazy. Wiedziałam, że tego nie zrobię, ale jakoś musiałam podtrzymywać się na duchu. Na górce oprócz lampionu było mnóstwo krzaczorstwa, przez które musieliśmy się przebić, a najgorsze były jeżyny łapiące za nogi.
Jak było pod górkę, to musiało być i z górki i do kolejnego punktu zbiegaliśmy wzdłuż strumienia, w większości drogami i to nawet porządnymi, pominąwszy oczywiście warstwę błota, która wywoływała niekontrolowane poślizgi. Na dole niczym rącze łanie przeskoczyliśmy strumyk i znowu zaczęła się wspinaczka do samotnego drzewa, które nie wiedzieć dlaczego musiało wyrosnąć sobie na samej górze jaru, na zboczu górki 673. Na szczęście nie musieliśmy włazić na szczyt. Przy punkcie (podobnie zresztą jak i przy wcześniejszych) spotkaliśmy ludzi z przeróżnych tras.
Ponieważ po kąpieli w Taborze byliśmy czyściutcy, od razu poszliśmy do jadalni na obiad, nie przebierając się, bo w końcu nie byliśmy na dworze królewskim. I tu spotkało nas ogromne rozczarowanie - świetnie wyglądający bigos, na który napaliłam się jak szczerbaty na suchary, okazał się zupełnie niejadalnym kwasem. Brrrr. Teraz już rozumiałam dlaczego organizator tak usilnie namawiał nas przy zapisach na płatne obiady w bazie:-) Wygrzebałam z tego kwasu wszystkie nadające się do zjedzenia kawałki mięsa i kiełbasy i dopchałam trzema kromkami chleba. Jechać gdzieś na prawdziwy obiad nie miałam już siły.
W planach mieliśmy wypad na pobliski basen, żeby się wyluzować i zrelaksować, ale kiedy poczułam pod sobą łóżko, kategorycznie odmówiłam wszelkiej współpracy. Dopiero wieczorem, po usilnych namowach Tomka, wygrzebałam się z pościeli i poszliśmy do delikatesów, gdzie na zakupach miała spotkać się nasza "stowarzyszona" grupa (Klub InO Stowarzysze). Nabywszy odpowiednie napoje wróciliśmy do bazy na ognisko. Prawdę mówiąc długo nie poimprezowaliśmy, bo jakoś ducha w narodzie nie było. Zmęczeni byliśmy, czy co? :-)
Podczas wyjazdu na Hałę nie zdążyliśmy zrobić TRInO po Bochotnicy, więc postanowiliśmy to nadrobić w drodze do Rymanowa. Nawet specjalnie wzięliśmy sobie urlop na piątek, żeby na spokojnie dojechać zwiedzając po drodze co się da. TRInO zrobiliśmy, ale w muzeum misiów, na którym mi najbardziej zależało, zastaliśmy taką informację:
Nie mam szczęścia do misiów:-(
Tym razem na GEZnO zakwaterowaliśmy się w bazie imprezy, więc spodziewaliśmy się, że jak dojedziemy, to zastaniemy tłum znajomych, imprezę, tańce, hulanki, swawole. Tymczasem byliśmy jednymi z pierwszych uczestników, bo reszta to takie pracusie, co na zawody jadą dopiero po robocie. Większość znajomych spotkaliśmy dopiero na starcie:-)
Stowarzysze (nie wszyscy) przed startem.
W pierwszy dzień na trasę wyruszaliśmy już o ósmej. W porównaniu do ubiegłego roku na naszej trasie miało być mniej przewyższeń i bardzo mi się to podobało.
Na starcie nastąpił drobny (dla niektórych może i nie drobny, a duży) zgrzyt - zabrakło map. Organizatorzy chyba trochę przesadzili z oszczędnością:-) Ci, którzy na zawody mapę noszą tylko dla szpanu, pooddawali tym, którzy rzeczywiście korzystają i jakoś udało się ogarnąć sytuację. Podobno. Bo my mapy mieliśmy.
Ufff, starczyło.
Do zebrania na naszej trasie było 12 PK, z czego 4 po wschodniej stronie głównej drogi, a reszta po zachodniej.Wschodnie punkty były rozmieszczone z rzadka, zachodnie gęściej. Ruszyliśmy na wschód. Tradycyjnie za bramką część osób pobiegła w prawo, część w lewo. Zasadniczo wybierając wariant lewy nie traciło się wysokości, ale ponieważ fajniej biegnie się w dół, to my wybraliśmy prawy. Niestety, podejścia nie dało się uniknąć i wkrótce mozolnie pięliśmy się w górę. To znaczy - ja mozolnie, bo Tomek to na luzie. Najpierw mieliśmy porządną drogę, potem krzaki, łąki i w końcu dotarliśmy do SBB, czyli Słynnego Beskidzkiego Błota, które miało nam towarzyszyć już do końca wędrówki. Na nas błoto po majowej Jadze Korze nie zrobiło specjalnego wrażenia, ale uwagi innych uczestników rzucane z cicha pod nosem były co najmniej interesujące.
SBB
Pierwszy punkt położony jakieś półtora kilometra od bazy znaleźliśmy już po pół godzinie od wyjścia w teren. Cóż, nasze tempo nie było specjalnie imponujące.
Pierwszy punkt zdobyty!
Kolejny punkt był nie dość, że daleko, to jeszcze na górce. Po drodze pocieszałam się, że jak zbierzemy te cztery wschodnie punkty, to dojdziemy do asfaltu i w razie czego będę mogła wrócić do bazy. Wiedziałam, że tego nie zrobię, ale jakoś musiałam podtrzymywać się na duchu. Na górce oprócz lampionu było mnóstwo krzaczorstwa, przez które musieliśmy się przebić, a najgorsze były jeżyny łapiące za nogi.
PK 32
Jak było pod górkę, to musiało być i z górki i do kolejnego punktu zbiegaliśmy wzdłuż strumienia, w większości drogami i to nawet porządnymi, pominąwszy oczywiście warstwę błota, która wywoływała niekontrolowane poślizgi. Na dole niczym rącze łanie przeskoczyliśmy strumyk i znowu zaczęła się wspinaczka do samotnego drzewa, które nie wiedzieć dlaczego musiało wyrosnąć sobie na samej górze jaru, na zboczu górki 673. Na szczęście nie musieliśmy włazić na szczyt. Przy punkcie (podobnie zresztą jak i przy wcześniejszych) spotkaliśmy ludzi z przeróżnych tras.
Lampion wisiał na innym drzewie, ale to było bardziej fotogeniczne.
Zbiegając z PK 65 (tak!, znowu było w dół!) do PK 81 mieliśmy okazję podziwiać widoczki, bo większość trasy wiodła otwartym terenem. Zawsze w takich momentach żałuję, że nie ma czasu żeby się zatrzymać, popatrzyć, strzelić parę fotek.
Do punktu biegła cała grupa zawodników z różnych tras, więc wystarczyło lecieć za innymi. 81 był ostatnim punktem z wschodniej części trasy i teraz pozostał nam zbieg do asfaltu i część zachodnia. Znowu biegliśmy w grupie, a na samym dole, za drogą musieliśmy przedostać się za rzeczkę. Ci przed nami bez zastanowienia wbiegli w wodę, więc i my nie mogliśmy być gorsi, chociaż mostek znajdował się jakieś 150 metrów w prawo. Ech, ta siła sugestii... Oczywiście, że nad rzeczkę nie dotarliśmy w suchych butach, bo te były wilgotne już przed pierwszym punktem, ale jednak nie chlupotało w nich. Mimo wszystko takie ekstremalne schłodzenie stóp dla mnie było bardzo przyjemne.
Mosty są dla mięczaków:-)
Asfalt trochę próbował kusić do powrotu do bazy, ale że akurat od ostatniego punktu było w dół, więc nie czułam zmęczenia, które mogłoby mnie zwieść na manowce. Zresztą wiedziałam, że nigdy bym sobie takiego powrotu nie wybaczyła.
Za drogą zaczęliśmy spotykać uczestników zaczynających od zachodniej strony, czyli przeciwnie do naszego kierunku. Oni mieli już za sobą większą część trasy i troszkę mnie to niepokoiło, że oni już tu, a my dopiero.
Tak, na tamtej górze byliśmy.
Znowu wdrapywaliśmy się po zboczu. Po chwili ledwo lazłam, a Tomek pokazywał mi górę za plecami i pocieszał, że jak na tamtą weszłam, to i tej dam radę. Marne pocieszenie, ale zawsze.
PK 66 miał być w rozwidleniu strumieni. Kiedy już doszliśmy do właściwego jaru, widząc z daleka, że jakaś grupa idzie dnem wąwozu, również i my zeszliśmy na dół.
Dnem tego jaru poszliśmy.
To była bardzo ciężka przeprawa - zwalone drzewa, kamienie, błoto, a chwilami płynąca woda. Na błoto i wodę już w ogóle nie zwracaliśmy uwagi, bo bardziej brudni i bardziej mokrzy i tak nie mogliśmy być. Jakieś kilkadziesiąt metrów przed punktem Tomek zauważył, że co rozsądniejsi zawodnicy idą nie dnem, ale górą wąwozu, a na punkt schodzą już przy lampionie. Że też na to wcześniej nie wpadliśmy? Ewidentnie jesteśmy zaprogramowani na ekstremalne doznania:-)
Tuż przed punktem spotkaliśmy Joannę z Mariolą z naszej trasy, które mieliśmy nadzieję spotkać trochę dalej. Wychodziło, że mają sporą przewagę nad nami.
Po zdobyciu sześćdziesiątki szóstki pocieszałam się myślą, że teraz punkty będą już gęściej, więc nie będzie długaśnych nużących przejść, tylko szybkie akcje.
Do kolejnego punktu znowu szliśmy łąkami, nawet bez większych podejść, prawie po poziomnicy. Przed nami zasuwała jakaś duża zorganizowana grupa idąca na tyle wolno, że udało się nam ich dogonić. Skorzystaliśmy z okazji i poprosiliśmy o chwilowe potrzymanie kamery nakierowanej na nas, dzięki czemu wreszcie na filmie będziemy razem w całej okazałości, a nie albo jedno, albo drugie.
W drodze na PK 67
Po drodze spotkaliśmy kolejną konkurencję z naszej trasy - Ewę z Andrzejem i Małgosię z Grzegorzem. No dobra, w tym miejscu mogliśmy się już spotykać - szanse były mniej więcej równe.
PK 67 na początek jaru okazał się dziurą, do której trzeba zejść, a jak ktoś miał mniej szczęścia, to zjechać, bo ślisko.
Za 67, po wyjściu z lasu, kierowaliśmy się na krzyż, który widać było z daleka, a był zaznaczony na mapie, więc stanowił świetny punkt orientacyjny. Od krzyża już na azymut prosto do PK 54 w rozwidleniu strumieni. To był chyba najbardziej malowniczy punkt - kilkanaście małych strumyczków, czyli praktycznie kilkanaście małych wąwozików leżących tuż obok siebie stanowiło jakby miniaturkę całego terenu zawodów. Czuliśmy się trochę jak Guliwer w krainie Liliputów:-)
PK 54 w mini wąwoziku.
Kolejny punkt to drzewo na szczycie. Znowu cały czas w górę. Na szczęście znowu szliśmy terenem otwartym i można było przynajmniej widoczki podziwiać. No i szczyt było z daleka widać, a jak cel jest w zasięgu wzroku, to jakoś łatwiej.
PK 68
Do mety zostały nam już tylko cztery punkty, ale czułam ogromne zmęczenie. Zaczynałam tracić kontakt z mapą i coraz częściej szłam jak automat. Drogi do PK 36 praktycznie nie pamiętam, zresztą samego punktu też nie.
Do PK 53 był stosunkowo długi przelot, ale na szczęście drogami i wreszcie nie pod górę. To, że drogami może nie było jakimś specjalnym ułatwieniem, bo drogi wyglądały mniej więcej tak:
Błotko w całek okazałości.
53 miał być na
muldzie, a dla mnie mulda jest nieustającą zagadką, bo za każdym razem w
terenie zastaję coś innego. Ogólnie to na własny użytek przyjęłam
założenie, że należy szukać jakiegoś odkształcenia terenu, w zupełnie
dowolny sposób. Tak przynajmniej wykazała kilkuletnia praktyka.
Tutaj mulda przyjęła postać rowu.
Z 53 ruszyliśmy pod górę na azymut, żeby wyjść na drogę, którą
planowaliśmy dalej iść. Ponieważ nie byliśmy pewni, w której jej części
wyszliśmy, przelecieliśmy się kawałek w lewo, potem w prawo i w końcu
trafiliśmy na skrzyżowanie zaznaczone na mapie. Wyciąg był kolejnym
punktem orientacyjnym, a od niego to już Tomek jakoś nas doprowadził. Ja
skupiłam się na utrzymywaniu tempa różnego od 0 km/h. PK 52 był na kolejnej muldzie, ale niestety nie pamiętam jakąż to postać tym razem mulda przyjęła. Może na filmie będzie widać. Ten punkt podbijałam już na siedząco, żeby złapać choć kilka sekund odpoczynku.
Kawałek za PK 52
Na 51 postanowiliśmy pójść trochę naokoło, drogami, żeby nie przedzierać się w poprzek wąwozów, bo moja kondycja na to nie pozwalała. Szło nam dobrze do skrzyżowania, na którym mieliśmy odbić na południe. Z jakiego powodu zamiast w lewo poszliśmy w prawo - nie umiem powiedzieć, szczególnie że prowadzeniem już całkowicie zajmował się Tomek, a ja sporadycznie zaglądałam do mapy, tylko wtedy gdy było po równym lub w dół. Dlaczego potem ruszyliśmy na zachód nie wiem tym bardziej. Na widok czerwonego szlaku automatycznie i bezmyślnie zeszliśmy nim niemal pod szałas, koło którego przechodziliśmy w drodze na 53. Na widok nadchodzącej z naprzeciwka Ani P. z koleżanką bardzo się ucieszyliśmy, bo wreszcie ktoś nam mógł powiedzieć gdzie właściwie jesteśmy. Byliśmy już tak zakręceni, że przestaliśmy ogarniać sytuację. W pierwszej chwili trudno nam było uwierzyć, że aż tak nas zniosło, ale dziewczyny były bardzo przekonywające. Szkoda tylko, że ten czerwony szlak prowadził dość ostro w dół i teraz musieliśmy wleźć na górę z powrotem. Prawdę mówiąc dla mnie była to wręcz dramatyczna wiadomość. Ale co było robić? Wróciliśmy. Niby już wiedzieliśmy gdzie jesteśmy, nawet zaczęłam uważnie studiować mapę, a i tak na południe weszliśmy o jedną drogę za wcześnie. Jak coś idzie źle, to po całości. Miotaliśmy się tam przez chwilę, bo raz nam wszystko pasowało, a za moment nic, no i lampionu nigdzie nie było widać. W końcu uznaliśmy, że to jednak nie ta droga, poszliśmy jeszcze dalej na wschód i ostatecznie wróciliśmy do skrzyżowania, na którym popełniliśmy pierwszy błąd. Tu już nas odblokowało i wreszcie znaleźliśmy właściwą drogę. Z PK 52 do PK 51 jest w linii prostej jakieś 900 m. Pokonanie tego odcinka zajęło nam godzinę i dwadzieścia minut.
Tak już byłam zirytowana tym beznadziejnym błąkaniem się po bezdrożach i drożach i błotach i chaszczach, że wstąpiłam na wojenną ścieżkę, przybrawszy barwy i nastrój wojenne. Na razie co prawda w naszej rozgrywce GEZnO prowadziło 1:0, ale nie zamierzałam się poddawać.
Na wojennej ścieżce.
PK 51 był naszym ostatnim punktem i pozostał nam już tylko powrót do bazy. Lecieliśmy ścieżkami wzdłuż strumienia, zbiegając gdzie tylko było to w miarę bezpieczne. Już blisko bazy, zamiast biec mostem nad rzeką, specjalnie przeszliśmy w bród, żeby umyć buty, bo strach było wejść do bazy z kilogramem gliny pod każdym.
Pokonujemy rzekę Tabor.
Na metę wpadliśmy prawie godzinę przed limitem czasu, ale ze względu na ten nieszczęsny PK 51 w zasadzie wiadomo było, że mamy przechlapane i wynik żałosny.
Wreszcie meta!
Ponieważ po kąpieli w Taborze byliśmy czyściutcy, od razu poszliśmy do jadalni na obiad, nie przebierając się, bo w końcu nie byliśmy na dworze królewskim. I tu spotkało nas ogromne rozczarowanie - świetnie wyglądający bigos, na który napaliłam się jak szczerbaty na suchary, okazał się zupełnie niejadalnym kwasem. Brrrr. Teraz już rozumiałam dlaczego organizator tak usilnie namawiał nas przy zapisach na płatne obiady w bazie:-) Wygrzebałam z tego kwasu wszystkie nadające się do zjedzenia kawałki mięsa i kiełbasy i dopchałam trzema kromkami chleba. Jechać gdzieś na prawdziwy obiad nie miałam już siły.
W planach mieliśmy wypad na pobliski basen, żeby się wyluzować i zrelaksować, ale kiedy poczułam pod sobą łóżko, kategorycznie odmówiłam wszelkiej współpracy. Dopiero wieczorem, po usilnych namowach Tomka, wygrzebałam się z pościeli i poszliśmy do delikatesów, gdzie na zakupach miała spotkać się nasza "stowarzyszona" grupa (Klub InO Stowarzysze). Nabywszy odpowiednie napoje wróciliśmy do bazy na ognisko. Prawdę mówiąc długo nie poimprezowaliśmy, bo jakoś ducha w narodzie nie było. Zmęczeni byliśmy, czy co? :-)
Kiełbasa, piwko i pogaduchy.
C. D. N.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



































