środa, 16 marca 2022

Macierowe Bagno niemal uszło mi na sucho.

Tydzień temu, w sobotę Tomek ganiał Prymulka, a ja początkowo planowałam  zaliczyć FalInO, ale jakoś nie wyszło. Do kolejnej soboty byłam więc już orientacyjnie wyposzczona i na WesolInO jechałam pełna entuzjazmu. Nie żebym planowała jakieś niebotyczne wyczyny, ale co człowiek pobiega, to jego. 
Biegać mieliśmy w okolicy Macierowego Bagna, ale organizator zapewniał, że będzie sucho. 
Na starcie dowiedzieliśmy się, że na punktach mogą być odmienne kody na stojaku i puszce, więc bardzo starałam się zapamiętać sobie tę informację, żeby potem przy lampionie nie zgłupieć, jak zobaczę te dziwy.

Porządna informacja na stojaku startowym wieszana przez organizatorów.

Kiedy już ustaliłam kierunki świata i zorientowałam mapę, ruszyłam w las. Początkowo ścieżką, a od skrzyżowania na azymut.

 Start
 
Jedynki o mało nie ominęłam, bo ja biegłam tam, gdzie była zaznaczona na mapie, a ona stała tam, gdzie stała. Na szczęście mignął mi pomarańczowy kolor, więc to ułatwiło trafienie. Oczywiście skrupulatnie sprawdziłam kod na puszce.
Dwójka i trójka poszły gładko, a na końcówce drogi do czwórki władowałam się w bagno. Trochę mnie zniosło w prawo i zamiast biec między podmokłym, ja oczywiście pakowałam się w sam środek. Kiedy już nie było żadnej możliwości ominięcia wody, wycofałam się i postanowiłam obejść bokiem. Bok okazał się właściwą drogą i wkrótce dosłownie wlazłam na lampion.
Dalsza część trasy poszła już bez niespodzianek, chociaż nie wszystkie punkty stały idealnie tam, gdzie skazywała mapa, ale na szczęście tam, gdzie ja szłam. Bo aczkolwiek nawigacja szła mi bardzo dobrze, to bieganie już tradycyjnie słabiej, szczególnie, że teren był wydmowy. Między PK 9 a 10 spotkałam Tomka i radośnie mu pomachałam zza drzew.
 
 Spieszę na PK 10
 
Przed trzynastką dopadło mnie jakieś dziewczę, z rozwianym włosem, obłędem w oczach i pytaniem na ustach, czy wiem, gdzie jesteśmy. Zasadniczo wiedziałam i ochoczo podzieliłam się wiedzą. No, to byłyśmy bardzo, bardzo daleko od miejsca, gdzie koleżanka powinna aktualnie przebywać. Tuż za punktem trzynastym kolejna zawodniczka poprosiła o ratunek, ale byłyśmy niemal na punkcie, więc można uznać, że w sumie to trafiła.
Ja zaś drobną wpadkę zaliczyłam na ostatnim punkcie. Tak się jakoś rozkojarzyłam, że coraz bardziej oddalałam się od kreski, oczywiście w prawo. Nawet natrafiłam na jakiś obcy lampion i podbiegłam go obejrzeć, mimo pewności, że to nie może być mój. Kiedy zorientowałam się, że trochę mnie zniosło, nadrobiłam (już na wysokości punktu) w lewo, ale ciut za dużo i poleciałam kawałek za punkt. Dobrze, że nadbiegli inni zawodnicy i naprowadzili mnie swoją obecnością, bo pewnie jeszcze chwilę by mi zeszło z szukaniem.
Na mecie Tomek już czekał, bo mimo, że szło mi nieźle, to jednak bardzo powoli.

 
Meta

 
I pamiątkowa fotka.

Na mecie Tomek od razu zaczął ciągnąć mnie do Andrzeja, bo Andrzej dawał medale. Nie żebym jakoś specjalnie zasłużyła na medal, ale jak dają, to biorę. Okazało się, że to za udział w biegach w Skaryszaku. Ale medal, to medal i nie ma co analizować za co:-)

Za bohaterski udział w BnO.

Cały mój przebieg.
 

piątek, 4 marca 2022

ZZK Rajszew, czyli jak się odkuć za sobotę.

Po żałosnym występie w sobotę miałam nadzieję, że dwa dni pod rząd nie da się zrobić tego samego głupstwa, ale nie wzięłam pod uwagę, że z powodzeniem można zrobić inne. A ponieważ nie wzięłam pod uwagę, więc do Rajszewa jechałam pełna nadziei, że ho,ho - jak ja się tam odkuję.

Parking po jednej stronie drogi, a start po drugiej.

W sumie zaczęło się całkiem dobrze, aczkolwiek powoli, bo przez chwilę nie dowierzałam kompasowi, że ze startu mam lecieć w prawo, kiedy na wszystkich zawodach, które się tam odbywały (a przynajmniej te co pamiętam), biegliśmy w lewo. W końcu okazało się, że w prawo jest tylko ciut, ciut,  a cały teren zawodów uczciwie ciągnie się tam, gdzie należy.

Z pewną niepewnością startuję.

Zaczęło się całkiem dobrze - jedynka, dwójka, trójka poszły jak po maśle. Na trójce spotkałam Tomka. Nawet się trochę zdziwiłam, bo wydawało mi się, że wystartował tuż po mnie, a to był jego drugi punkt, więc powinien być już dużo dalej. W końcu biega szybciej niż ja.

To gdzie to teraz?
 
Czwórka była dość daleko i trochę się bałam, czy utrzymam kierunek, ale najpierw trzymałam się kreski, a potem grzbietu i w efekcie trafiłam gdzie trzeba. W drodze na piątkę - do skarpy po kresce, a potem, jak zaczęłam coś omijać, to zniosło mnie mocno w prawo, al;e przed punktem przypomniałam sobie, że trzeba to skorygować i jakoś się udało. Na szóstkę ciut mnie zniosło w prawo i dzięki temu wyszłam idealnie na punkt, który stał nie tam, gdzie zaznaczono na mapie, tylko tam, gdzie ja poszłam. Skąd autor mapy wiedział???? 
Kolejne punkty wchodziły bardzo dobrze, tylko niemal ominęłam jedenastkę. Tak się zasugerowałam widokiem Andrzeja i kilku innych osób wspinających się wydmę, że odruchowo ruszyłam za nimi. Na szczęście po kilkunastu krokach opamiętałam się  i zawróciłam po mój punkt.
Do piętnastki szło znowu bardzo dobrze, a potem cios padł z najmniej spodziewanej strony. Punkt szesnasty wydawał się zwykłą formalnością - kawałeczek za drogą, na wysokości skarpy. Łatwizna!  Albo niedokładnie ustawiłam azymut (no bo przecież blisko i łatwo), albo coś mnie fantazja poniosła i zamiast iść po kresce, beztrosko ruszyłam coraz bardziej w lewo. Nawet kiedy już od pewnego czasu wydawało mi się, że coś za długo idę, to i tak szłam dalej. Znowu spotkałam Andrzeja, który pokazał mi gdzieś tam ręką mówiąc, że tam jest punkt. W sumie to nawet był, tyle że nie szesnastka, a czwórka. I tak się ucieszyłam, bo było się z czego namierzyć. Nooo, to tak się namierzyłam, że przeszłam obok szesnastki, nawet jej nie zauważając. A w sumie blisko, bardzo blisko było. Zaczęłam krążyć wokół zielonego, no bo gdzieś przy nim miał stać lampion, ale gdzie tam... Z bliżej nieokreślonego powodu nagle ruszyłam na północ. Serio - nie wiem po co. W końcu opamiętałam się, zeszłam do drogi, uczciwie policzyłam skarpy, wlazłam w las przy właściwej i ... znowu minęłam lampion nie zauważając go.  Pewnie w życiu bym tej szesnastki nie znalazła, gdyby ktoś jej akurat nie biegł podbić, wiec ja oczywiście za nim. Kurcze, tyle razy byłam tuż przy niej i nie ogarnęłam. Jakieś totalne zaćmienie.

Rozpaczliwe poszukiwania szesnastki.

Tak mnie zdenerwowała ta szesnastka, że jeszcze na kolejne dwa punkty szłam zakosami, bo nie mogłam utrzymać się na kresce. Eh, te nerwy. Od osiemnastki już się trochę ogarnęłam, uspokoiłam, znalazłam na glebie kreseczkę i jak po sznurku, przez ostatnie trzy punkty, poleciałam na metę.

Do mety dobiegłam razem z Andrzejem.

I w taki właśnie sposób odkułam się za niedzielę. Jak nie jedna głupota, to inna... Ale najważniejsze, że mam pobiegane i to z nadmiarem.

Cała trasa.



czwartek, 3 marca 2022

Kompromitacja na WesolIno

Kolejne WesolInO blisko i w znajomym terenie. I do tego  na tyle wcześnie, że nie dewastuje całego dnia. Plan był taki - jedziemy, szybciutko przebywamy swoje trasy, ja wracam do domu autkiem, Tomek biegnie za mną, a wieczorem spotkanie rodzinne.

W drodze na start.

Tam pobiegnę.

I słowa dotrzymałam.
 
Zaczęłam bardzo dobrze. Na ziemi niemal widziałam kreskę łączącą punkty, więc do czwórki trzymałam się jej kurczowo, a jedynym spowalniaczem była wydma. Piątka stała w miejscu, gdzie już kilkakrotnie miałam problemy z odnalezieniem się, więc żeby tradycji stało się zadość, również i tym razem polazłam nie do tych rowów co trzeba. Gdyby nie pozwalane drzewa, to może by i poszło lepiej, ale jak zaczęłam szukać odpowiedniego miejsca na wejście w las ze ścieżki, a potem omijać przeszkody, to zniosło mnie daleko za punkt. W końcu zorientowałam się, gdzie jestem i do właściwego usytuowania lampionu poszłam azymutem, już nic nie omijając, tylko prąc przez wszystko co było po drodze - przełażąc przez powalone drzewa, czołgając się pod nachylonymi, przedzierając przez stosy gałęzi.

Przy tych rowach zawsze się gubię.
 
Zwalczywszy tę nieszczęsną piątkę, wróciłam na kreskę i biegłam /szłam nią aż do dziewiątki. A na dziewiątce stało się coś dziwnego.  Ustawiłam azymut i ruszyłam. Miałam znaleźć koniec rowu przy zabudowaniach. Faktycznie zabudowania były i wyglądało, że wyszłam na punkt idealnie. Tyle tylko, że ani rowu, ani lampionu nigdzie nie było widać. Poszłam kawałek dalej, bo może mnie zniosło. Kawałek dalej pojawiły się kolejne budynki i kolejne i kolejne. Ależ tu się nabudowało! - pomyślałam. I nic mapa nie uaktualniona! Teren chwilami całkowicie się zgadzał, a chwilami ani trochę. Postanowiłam nawet dojść do asfaltu i tam szukać konceptu, ale asfalt wcale, ale to wcale nie biegł we właściwym kierunku. No ki czort???? Po niemal półgodzinnych poszukiwaniach poddałam się. Postanowiłam wrócić do lasu i jakimś sposobem znaleźć drogę na metę. W lesie wreszcie napotkałam innych zawodników i ktoś tam machnął mi ręką w zupełnie dla mnie nieoczekiwanym kierunku twierdząc, że mój punkt jest właśnie tam. Ale skąd tam? Ale faktycznie był. Zupełnie nie mogłam pojąć dlaczego ja szukałam gdzie indziej, lampion wisiał gdzie indziej i co się w ogóle wydarzyło. Dopiero w domu oglądając ślad zobaczyłam w czym tkwił diabeł. Z dziewiątki, zamiast iść w kierunku południowo wschodnim, ja ruszyłam w kierunku północno wschodnim. 90 stopni różnicy. Jak ja ten kompas ustawiałam? - nie mam pojęcia. I jak długo trwałam w przeświadczeniu, że jestem tam, gdzie trzeba...

 Peregrynacje w poszukiwaniu zaginionej dziesiątki.

 Skoro znalazłam dziesiątkę, to nic nie stało na przeszkodzie, żeby kontynuować dalszą trasę. Co prawda stratę czasową miałam ogromną, ale co to przeszkadza. Szybciutko odnalazłam na ziemi kreskę i podążając jej śladem bezproblemowo zaliczyłam wszystkie pozostałe punkty. 
Tymczasem na mecie Tomek był już bliski organizowania akcji poszukiwawczej, bo wszyscy wracali na metę, a ja nie. Stał na tej mecie i stał, nafilmował różne osoby, a żony ani widu, a ni słychu. W sumie to było nawet miłe widząc jego radość na mój widok, kiedy wreszcie dotarłam.

Ufff, meta.
 
Dobra, wiem, że się cieszył, bo wreszcie mógł sobie pobiec do Zielonki i spełnić swoje marzenie o długim wybieganiu:-) O, i cieszę się, że mnie nie zostawił w tym lesie i nie pobiegł sobie wcześniej. Ludzkie panisko.
A ze mnie trąba, co kompasu nie umie ustawić. Wstyd, po prostu wstyd:-(

Cała trasa.
 

piątek, 25 lutego 2022

Leśny Mózg w Radości

Niedzielny Leśny Mózg miał przewidziane długie trasy, a do tego teren zapowiadał się trudny - wydma, mokradła, a z ciekawostek - bieganie pod autostradą.

 Tak wyglądało miejsce startu.

Przy starcie był tłok i praktycznie wszyscy lecieli kupą, bo nie było minut startowych (pandemiczna metoda startu). Usiłowałam odczekać chociaż z pół minuty za ostatnią osobą, ale co to jest pół minuty.

No to start!
 
Żeby się wyindywidualizować z rozentuzjazmowanego tłumu, nie pobiegłam jak wszyscy główną ścieżką, tylko od razu ruszyłam na azymut. To nie było głupie, bo przy punkcie niemal dogoniłam grupę przede mną. Potem o ścieżkach już nie było co marzyć, bo głównie przecinaliśmy je biegnąc na azymut. 
Chyba już przed drugim punktem (a może dalej) przyuważyłam Bartka, bo świecił z daleka seledynowym wdziankiem. Ciągle miałam go przed sobą na azymucie i wychodziło mi, że biegniemy tę samą trasę. Znowu przeżywałam rozterki, czy jego widok, to dobra rzecz, czy zła. Bo z jednej strony wolę polegać tylko na sobie, a z drugiej skoro biegnie w słusznym kierunku, to czemu nie skorzystać i rzadziej patrzyć na mapę i lecieć za nim. Dobra, poszłam na łatwiznę i leciałam za seledynem, ale jednak kontrolując, gdzie seledyn biegnie. Po jakimś czasie już tak byłam mu wdzięczna za ułatwienie życia, że dogoniłam go przy punkcie i rymsnęłam przed nim na kolana, a nawet wręcz - nie obyło się bez czołobitności. Trochę mu napędziłam stracha, bo myślał, że właśnie się zabijam, a to wszystko przecież tylko z wdzięczności.
Im dalej w las, tym większe moje zmęczenie, więc i Bartkowi w końcu udało się oderwać ode mnie. No to dalej zamiast na Bartka, patrzyłam sobie na kreskę pod nogami i leciałam z punktu na punkt. Przy dziewiątce władowałam się w jakieś niewielkie (nawet nie zaznaczone na mapie) rozlewisko, bo ciut zniosło mnie w prawo. W butach zrobiło się wilgotno.
Między dziesiątką, a jedenastką nadarzyła się pierwsza możliwość skorzystania ze ścieżek, z czego skwapliwie skorzystałam. Z dwunastki na trzynastkę droga wiodła przez wielkie mokradła i pod autostradą. Mokradła na szczęście dawało się pokonać wygodnie ścieżkami bez konieczności moczenia odnóży, a pod autostradą było szerokie przejście. Trzynastkę i czternastkę zdobywałam już grupowo i jak głupia pobiegłam za grupą szukać mety w złym miejscu. Na szczęście ktoś krzyknął, że to nie tam i sprawnie odbiłam we właściwym kierunku.
Wynik - całkiem niezły, wręcz powyżej moich oczekiwań. Może powinnam jeszcze raz paść na twarz przed Bartkiem, który trochę mi pomógł swoją obecnością w zasięgu wzroku?

Cała trasa.

wtorek, 22 lutego 2022

Pedzić niczym wiatr...

Skoro na zewnątrz huragan, powalone drzewa tarasują dojazd do domu (w którym co chwila brak prądu), nie zostaje nic innego jak udać się bezpośrednio z FallInO do Legionowa na kolejny trening z serii ZZK. Niestety, Renata wymiękła i „wyrzuciłem ją” z pojazdu pod domem.
W drodze do Legionowa – brak świateł na skrzyżowaniach, wiele powalonych drzew w lesie, przez który biegła droga, a na asfalcie mniejsze lub większe gałęzie. Ot, takie obrazki jak z filmu katastroficznego. W Falenicy było całkiem, całkiem ale tam jest ładny „wypielęgnowany” las, niezbyt wysokie drzewa i nie miało co się przewracać.. W Legionowie zaś… nie wiadomo co. W każdym razie jechałem „z duszą na ramieniu”. 

Po drodze próbowałem kupić jakiś napój, by uzupełnić zapas płynów, ale gdzie nie zajechałem to „nieczynne, bo brak prądu”. Fajnie… 

Wreszcie nawigacja skierowała mnie na drogę gruntową. Wokół falujący las, sporo powalonych drzew, w oddali jakieś postacie z mapą przebiegające przez drogą, a wszędzie pełno zielonych, świeżo zwianych z drzew gałęzi. Po drodze trzeba było jechać zygzakiem. 

Widok na start

Wreszcie widać samochody. Na szczęście znalazłem miejsce przy jakiś mniejszych drzewach, które nie powinny dosięgnąć auta, gdyby runęły.
Biorę kompas i idę po mapę. Spotykam Hanię, która ostrzega, że w lesie rzuciło się na nią jakieś drzewo i nawet zahaczyło ją gdzieś pod okiem. Na starcie zaś rozważania co robić, gdy jakieś drzewo będzie chciało przewrócić się na jedno z zaparkowanych aut. Jak twierdzą organizatorzy z obserwacji – drzewo na tyle wolno się przewraca, że można przepchnąć auto, byle było na luzie…. Słowem - horror!

Selfie z organizatorką Natalią, która dzielnie pilnowała naszych aut;-)

Nie ma co gdybać – mapę do ręki, kompas w dłoń i w las. W Falenicy wyszło prawie 10 km, tu zapowiada się podobnie – nominalnie 7,1 km. Szukam PK 1. Powinien być jakiś dołek koło paśnika. Wszędzie powalone drzewa, więc raczej marsz niż bieg. Tyle, że paśnika nie ma. Zwiało go? Po dłuższej chwili krążenia trafiam na dołek z lampionem leżącym na dnie pod jakąś gałęzią. Dobry początek;-( 

Do następnych PK już trafiam bezbłędnie, choć tempo raczej marne – teren ciągle mało przebieżny. I znowu po drodze brakuje 2 paśników. Jakaś plaga kradzieży tych budowli, czy co? 

Kolejne PK – ciągle mało biegania i przedzieranie się przez ciężkie podłoże, ale znajdowane bez problemu. Idzie dobrze aż do PK 10. Nie mogę znaleźć lampionu. Niby rowy podobnie jak na mapie, ale nie do końca. Zastanawiam się, czy dobrze trafiłem. Dopiero po dłuższej chwili poszukiwań znajduję lampion. Mam wrażenie, że jest nie tam gdzie trzeba. Analiza śladu GPS post factum, pokazuje, że lampion był we właściwym miejscu tylko mapa ma zupełnie inny układ rowów i dołków niż to, co znajduje się w terenie. 

Czas na PK 11. Jest to kawałek terenu, w którym zawsze się gubię. Tym razem także. Najpierw wystraszyło mnie drzewo pękające gdzieś „nad głową”, potem omijałem wiatrołomy, w efekcie zniosło mnie z azymutu w prawo. Szukałem lampionu nie w tym miejscu co trzeba – miejscu gdzie praktycznie nie ma poziomnic na mapie, a w terenie są wyraźne góry i doliny. Po raz kolejny dałem się na to nabrać;-( 

Przy PK 11 miga mi jakiś biegacz – dzisiaj strasznie pusto w lesie. 

Okolice PK41 tak wyglądał las wszędzie gałęzie i wiatrołomy

Kolejne spotkanie z człowiekiem przy PK 19. Wyraźnie trasa rodzinna. Spacerowicze, a nie biegacze. Jeszcze ostatni PK 20 i meta. Godzina i 20 minut na trasie, 9 km w nogach. Większość chodzenia. Zostały już na starcie tylko nieliczne auta - nie widać żadnego zgniecionego przez przewracające się drzewo – znaczy wszystkim się udało. No, jeszcze organizatorka musi zabrać lampiony, więc wszystko może się zdarzyć;-) 

Zrzut ekranu zachowany dla potomności;-)

Z powodu huraganu frekwencja nie była zbyt wysoka, ale jest mały plus – uplasowałem się na 3-ciej (historycznej) pozycji na trasie C, choć nogi nie niosły jak trzeba po falenickim bieganiu, a i po przewróconych gałęziach biegam bardzo wolno i ostrożnie po przykrym przypadku skręcenia kostki rok temu. Kto nie był niech żałuje;-) 

Na mapie, poza PK 11 nie wyglądało to nawet tak źle;-)

 

 

Na FalInO najlepszy jest kac.

Po wieczornopiątkowych planszówkach w sobotę obudziłam się z kacem, a totalną niemoc wzmagał hulający za oknem wiatr i deszcz. Miałam nadzieję, że pogoda będzie świetną wymówką, żeby w ogóle nie wstawać z łóżka, ale nagle przestało, padać a i wiatr jakby przycichł. No to już wstałam. Nawet postanowiłam jechać do Falenicy, ale co do startu to jeszcze się wahałam. W końcu stwierdziłam, że w sumie spacer dobrze mi zrobi, biegać wcale nie muszę, a jak przy okazji kilka punktów podbiję, no to fajnie.

Takie tam przedstartowe zabawy z odbiciem w szybie.

Zaraz nasza minuta startowa.
 
Ponieważ oboje startowaliśmy w tej samej minucie, Tomek od razu pogonił mnie do pierwszego punktu, tradycyjnie na boisku. Dałam radę, bo było blisko.

 
Coś tam udaję, że biegnę.

Podbijamy pierwszy punkt.

Z boiska wybiegłam (tak - wybiegłam!) w dobrą stronę i całkiem logicznie poleciałam do PK 5, a potem PK 3. W międzyczasie obejrzałam mapę i postanowiłam, że tym razem to już sobie zostawię jakieś punkty na powrót, zamiast miotać się bezładnie po całym obszarze. Z tego wszystkiego zupełnie zapomniałam, że miałam nie biegać, tylko spacerować i zbierać jedynie najbliższe punkty.
Do dziesiątki pobiegłam trochę zygzakiem, bo najpierw coś mi się pokićkało, że trzeba biec wydmą na południowy wschód i dopiero widok Uli zbiegającej z wydmy dał mi do myślenia. Dokładniej spojrzałam na mapę i już teraz pobiegłam tam, gdzie powinnam.

 
 Do dziesiątki zakosami.

Kolejne punkty wchodziły łatwo, pominąwszy oczywiście podejścia na wydmę. Niemal od początku trasy cały czas spotykałam Marzenę - raz jedna była pierwsza na punkcie, raz druga, ale w żaden sposób nie mogłyśmy się siebie nawzajem pozbyć. Przy czternastce zrobiłam trochę mało logiczny manewr, bo zamiast biec na siedemnastkę, a trzynastkę zostawić na powrót, zrobiłam sporego zygzaka, ale dzięki temu zgubiłam moją towarzyszkę, która prawdopodobnie ruszyła na siedemnastkę.
Tym razem nie liczyłam punktów przy każdym lampionie, a dopiero po zebraniu trzynastu punktów, zyskałam więc sporo czasu w stosunku do poprzednich rund.  Przy siedemnastce ze zdziwieniem stwierdziłam, że zostały mi tylko trzy punkty na powrocie. Jakoś strasznie szybko to zleciało. Szesnastka, dziewiątka i czwórka były łatwe i w znajomym terenie, a w bonusie znowu miałam przebieg obok naszego dawnego domu.
Tym razem nigdzie się nie gubiłam, biegłam w sensownej kolejności, o kacu zapomniałam już przy drugim punkcie i choć w żaden sukces nie wierzyłam, docelowo okazało się, że zajęłam piąte miejsce na dwanaście osób. Jak na mnie to ho, ho, ho. A - i jeszcze mimo wichury żadne drzewo mi na głowę nie spadło, choć niektóre wydawały potępieńcze odgłosy i gięły się niemal do ziemi.
To była moja najlepsza runda w tym sezonie na FalInO.

Cała trasa.
 

piątek, 18 lutego 2022

NKL-ka na żądanie.

Im słabiej wychodzi mi bieganie, tym dłuższe trasy wybieram na zawodach. Zamiast więc w niedzielę pobiec lajtowo, znowu wzięłam ambitne ponad 6 km. Ale za to przelicznik czasu spędzonego w lesie w stosunku do opłaty startowej mam chyba najlepszy ze wszystkich!
Tym razem biegaliśmy po wydmie w Mostówce, tam gdzie są te słynne wrzosowiska. Już dojeżdżając na miejsce zauważyliśmy, że w lesie leży masa pościnanych drzew i gałęzi. Trochę niefajnie, bo ciężko po tym biegać, a uszkodzić się łatwo.

  
 
Przed startem

Już za chwilę, za momencik...

Już przed pierwszym punktem zaczęło mnie ściągać w prawo. Po ukształtowaniu widziałam, że powinnam biec niżej zbocza, a nie gramolić się na szczyt, ale kompas uparcie wołał: w górę! w górę! W efekcie krakowskim targiem pobiegłam tam, gdzie większość innych biegaczy, czyli do punktu. 
Do dwójki znowu miałam wrażenie, że mnie ściąga, więc dla równowagi naginałam ciut w lewo, żeby wyrównać i jakoś poszło. Do trójki prowadziła wygodna droga. Niestety, kiedy tylko ją opuściłam, mój kompas znowu usiłował wyprowadzić mnie w nieznane i zamiast prowadzić mnie na wschód, on wolał na południe. Dobrze, że natrafiłam na ścieżkę, którą udało mi się zlokalizować na mapie i wiedziałam jak się dalej namierzyć.
Czwórka była w tak charakterystycznym miejscu, że nawet nie patrzyłam na kompas, podobnie było z piątką. Potem miałam dylemat - biec do szóstki lasem, czy drogą? Drogą ciut naokoło, ale wygodnie, lasem - znów trzeba pertraktować z kompasem, który najwyraźniej w tej okolicy coś się gubił. Oczywiście pobiegłam lasem i nawet trafiłam bezproblemowo. Na ósemce (to też moja jedynka) spotkałam Tomka i chyba to spotkanie musiało mnie zdekoncentrować, bo od razu zaczęły się kłopoty.
 
 Jak podpisać? Jedynka czy ósemka? :-)
 
Biegnąc (czy raczej już bardziej idąc) dokładnie według wskazań kompasu dotarłam do punktu. Już miałam go podbić, ale z nawyku sprawdziłam kod i... to wcale nie był mój punkt. Mój miał mieć kod 40, a ten miał 39. Niby niewiele mniej, ale jednak. W okolicy kręciło się kilka osób i w końcu okazało się, że wszyscy szukamy tego samego lampionu. Szukających osób przybywało, ale byli i tacy, co podbijali punkt i biegli dalej. Postanowiłam zaczaić się na nich, żeby mi pokazali na mapie, gdzie mają to kółeczko zaznaczone, ale jak na złość nikt się nie pojawiał. Obeszłam okolicę n-ty raz, ponownie bez skutku. Niby wszystko mi się zgadzało - blisko szczytu, obok ścieżki prowadzącej do asfaltu, we wgłębieniu i tylko ten kod... Rozszerzyłam zakres poszukiwać i po jakimś czasie trafiłam na inny lampion. To była moja dziesiątka. Super! Teraz to się można dokładnie namierzyć. Tak zrobiłam i... ponownie wylądowałam przy stojaku z kodem 39. Kurna, może organizator coś źle postawił? - pomyślałam. Ponieważ pomysły na znalezienie właściwego punktu już mi się zupełnie wyczerpały, a nie planowałam reszty życia spędzić na wydmie mostowieckiej, postanowiłam olać punkt, przyjąć z godnością nkl-kę, a dalszą część trasy zrobić dla przyjemności i własnej satysfakcji.
 

Ze śladu nie wynika żebym na dziesiątce była dwukrotnie, ale tak było - nie zmyślam.
 
Tyle razy okręciłam się przy tym niezidentyfikowanym punkcie po powrocie z dziesiątki, że już nie byłam w stanie przypomnieć sobie jak do niej trafić z powrotem. Ustawiłam więc azymut z PK 9 na PK 10, ale miałam świadomość, że tak dokładnie to przecież nie wiadomo gdzie jestem. Liczyłam na to, że po drodze spotkam kogoś i przekonsultuję swoje położenie. Tak też się stało, ale o dziwo - mój azymut okazał się prawidłowy i do dziesiątki dotarłam. Jakim cudem idąc z innego punktu??? Przy okazji - mapa zupełnie nie oddawała ukształtowania terenu i mijane po drodze rowy i wąwoziki wcale nie były zaznaczone.
Po wyrwaniu się z tego Trójkąta Bermudzkiego przez chwilę było całkiem normalnie i PK 12, 13, 14 i 15 poszły po kresce. Przed szesnastką gwałtownie zniosło mnie w prawo, ale  spotkanie w drogą uświadomiło mi szybko ten fakt i mogłam skorygować trasę. W drodze na siedemnastkę tak gorliwie pilnowałam tego znoszenia w prawo, że dla odmiany zniosło mnie ciut w lewo, ale przede wszystkim to minęłam punkt, przechodząc dość blisko niego. Na szczęście zawołała mnie dziewczyna, z którą szukałyśmy tej nieszczęsnej dziewiątki, a potem ciągle się spotykałyśmy na trasie. Osiemnastka była daleko, ale łatwa i częściowo drogami, a między osiemnastką a dziewiętnastka rozciągały się wrzosowiska. Oczywiście o tej porze roku nie mieliśmy z nich  żadnej radochy. Przez wrzosowiska to już tylko szłam, bo byłam tak zmęczona, że potykałam się o własne nogi. Koleżanka z trasy też się specjalnie nie spieszyła, więc mogłyśmy pogadać. Okazało się, że ona znalazła tę nieszczęsną dziewiątkę, jak ja już się ewakuowałam. Jeszcze wołała wtedy za mną, ale byłam za daleko i nie słyszałam. Trudno.
Dwudziestka dwójka, będąca jednocześnie nieszczęsną, nigdy nie odnalezioną dziewiątką, od innej strony okazała się całkiem łatwa do namierzenia, aczkolwiek trudna do podejścia z powodu pościnanych młodych drzewek, a ja oczywiście nie bawiłam się w ich obchodzenie. Na odejściu od punktu po raz kolejny spotkałam Tomka. Zgadnijcie z jakim punktem miał problem? Dokładnie z tym, który ja za każdym razem znajdowałam szukając swojej dziewiątki. Tam chyba musiała być jakaś kosmiczna anomalia, skoro nic się nie dawało znaleźć.
Przy dojściu do PK 23 spotkałam Zuzę, która szła sobie spokojnie, więc lazłyśmy noga za nogą konwersując o braku formy. Tuż przed samą metą postanowiłyśmy jednak podbiec, żeby to jakoś wyglądało, ale też bez przesady.
No szkoda, trochę szkoda tej dziewiątki, ale cóż - bywa.


 Cała trasa

wtorek, 15 lutego 2022

WesolInO

W sobotę WesolInO. Znowu blisko domu, ale za to długa trasa, bo aż 6,2 km. Tym razem byłam wyspana, najedzona i gotowa na wszystko. 
 
Tradycyjna fotka przedstartowa.
 
Przyjechaliśmy wcześnie i jako jedni z pierwszych ruszyliśmy do lasu. Od razu miałam dylemat czy zacząć drogami, czy od razu ciąć przez las, ale tradycyjnie wybrałam azymut. Las wyglądał na przebieżny i wręcz zachęcał, żeby biec.

Ścieżką, czy lasem?
 
Dobra, lecę lasem.
 
Niby jedynka była łatwiutka, ale już od samego startu zaczęło znosić mnie w lewo i w końcu niemal dobiegłam do drogi, którą miałam NIE BIEC. Odbiłam więc w prawo, przekroczyłam drogę poprzeczną i wcale nie widziałam nigdzie lampionu. Postanowiłam więc namierzyć się od pobliskiego budynku i idąc w jego stronę natknęłam się na punkt. Na śladzie nie wygląda żebym jakoś szczególnie błądziła, ale wiem, że mogłam zrobić to dużo lepiej. 
Do dwójki znowu zniosło mnie w lewo i nie mogłam wyczaić w młodniku właściwej polanki. Oczywiście wyczesałam ją, bo w końcu młodnik miał ograniczoną powierzchnię, ale już po tych dwóch nieudanych punktach byłam mocno zdegustowana.
 
PK 1 i PK 2
 
Zawzięłam się w sobie i na trójkę pobiegłam już po kresce. Nie dam się znosić w lewo! Moje postanowienie biegania po kreskach całkiem dobrze się sprawdzało i dalej już szłam jak po sznurku, za to po piątce pojawiła się WYDMA. Nie powiem - nieźle dała mi w kość. Początkowo jeszcze próbowałam walczyć i usiłowałam wbiegać na nią, ale od pewnego momentu już tylko szłam, a potem lazłam. Jak ja zazdroszczę tym, którzy potrafią biec pod górę. Dla mnie nawet powolny spacer jest wyzwaniem:-(
Dwunastka trochę mnie wykiwała. Z oglądu mapy spodziewałam się wyraźnie zarysowanego młodnika, tymczasem młodnik zdążył już wyrosnąć i... nie zauważyłam go. Dopiero po chwili ogarnęłam, że to co widzę przed sobą, to ta właściwa granica kultur. Jak się człowiek na coś nastawi, to potem ciężko zmienić swoje wyobrażenie.
 
Zmyłka przed PK 12
 
Między trzynastką, a czternastką spotkałam Tomka, biegnącego w przeciwnym kierunku. Dobrze, że postanowiłam biec drogą, a nie na azymut, bo dzięki temu mam pamiątkę z trasy:

 
Między PK 13, a PK 14

Reszta trasy była łatwa, bo kreski były widoczne niemal na ziemi i żadnych większych górek po drodze nie było. Na mecie czekał już Tomek, z lekka zdegustowany, bo zgubił mu się jeden punkt i zaliczył NKL-kę.


Dobieg do mety.

Wynik tradycyjnie umiarkowanie satysfakcjonujący, ale nie ostanie miejsce! :-) Chyba trzeba zacząć biegać krótsze trasy... Chociaż z drugiej strony, to kto mi zabroni siedzieć w lesie ile tylko chcę?!
 
Cała trasa.

piątek, 11 lutego 2022

Zimą na Pradze w duecie.

Przestaliśmy biegać parkruny, więc dawno nie byliśmy w Parku Skaryszewskim. No to w niedzielę trafiła się świetna okazja, żeby tam pojechać i pobiegać na orientację. A skoro Park Skaryszewski to wiadomo, że to Zima na Pradze. Obydwoje wzięliśmy trasę C, czyli najdłuższą. 
 
Przed startem.
 
 Pierwszy krok.
 
Wydawało mi się, że już tak dobrze znam ten park, że nic mnie nie zaskoczy, a jednak. Jedynka miała być przy mostku i biegnąc nawet widziałam i mostek i lampion, ale wydało mi się to jakoś dużo za wcześnie, więc pobiegłam dalej, do drugiego mostku widzianego z oddali. Mostek był, ale lampionu tym razem nie. Stanęłam zdziwiona i dopiero przebiegający Przemek uświadomił mnie, że jednak chodziło o mostek wcześniejszy. Dopiero wtedy sprawdziłam skalę mapy. Cóż 1:4000 znacznie różni się od 1:10000.
 
Mostek, to mostek...
 
Dwójka była na skraju mapy, za placem zabaw i główną alejką. Biegnąc cały czas słyszałam za sobą kroki. Ktoś najwyraźniej mnie śledził, bo biegł idealnie moim tempem. Trochę mnie to stresowało, ale nie odwracałam się i biegłam swoje. Dopiero przy punkcie, kiedy zatrzymałam się, zobaczyłam, że to młody mężczyzna wpatrzony we mnie jak w obrazek.  No proszę, sześćdziesiątka na karku, a tu faceci za mną jeszcze latają - pomyślałam, ale moje złudzenia szybko zostały rozwiane. Okazało się, że człowiek pierwszy raz biegł na orientację, pogubił się i jak zobaczył kogoś z mapą, to się podłączył. Mało tego, błagalnym głosem spytał, czy może przebiec ze mną resztę trasy, bo w ogóle nie ogarnia, a ma ochotę pobiegać. No przecież nie odmówię ... Usiłowałam tylko zasugerować, że możemy mieć inne mapy i inne punkty, ale stwierdził, że wcale mu to nie przeszkadza i możemy pobiec na moje. Ciekawe podejście. Ustaliliśmy, że kolejny punkt mamy ten sam i pobiegliśmy. Przy każdym kolejnym lampionie od nowa ustalaliśmy, czy następny punkt mamy znowu wspólny i jakoś żadnemu z nas nie wpadło do głowy, żeby po prostu porównać mapy. A na mecie okazało się, że mieliśmy identyczne (choć on biegł O-run) i wcale nie trzeba było tracić czasu na gadanie. Czas stracony na dyskusjach odzyskiwałam w biegu, bo nawet jeśli płuca już mi chciały wypaść, a nogi zostawały gdzieś w tyle, to głupio mi było przechodzić do marszu. Dodatkowo bardzo, ale to bardzo starałam się nie zgubić, bo to byłby już totalny blamaż. Na szczęście nawigacja szła mi przyzwoicie, co oczywiście nie znaczy idealnie - jak to w stresie. Dałam ciała tylko między PK 18 i 19, ale podczas zawodów nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. W tych emocjach przebiegłam przez zbiornik, otoczony grubą czarną kreską. Jakoś w ogóle tego nie skojarzyłam co to znaczy i teraz mi bardzo wstyd. W zasadzie to należy się dyskwalifikacja:-( I taki to przykład dałam początkującemu orientaliście. 
 
Na skróty.
 
Mimo, że biegłam dość szybko jak na swoje możliwości, to i tak miałam jeden z najdłuższych czasów. Chyba za dużo było w trakcie tego ustalania gdzie kto ma punkt i dokąd biegniemy. Ale nie żałuję. 

Po wspólnym biegu wspólny finisz.

I radość solo.