piątek, 20 grudnia 2024
ZAZU Tour prawie pod domem.
wtorek, 17 grudnia 2024
ZZK, czyli trudna współpraca z kompasem.
poniedziałek, 16 grudnia 2024
Samotny ZZK w Bukowcu
Renata znowu odmówiła biegania. Nie lubi biegać w sobotę, czy co? Ja w każdym razie dzielnie reprezentowałem naszą miejscowość na kolejnej odsłonie ZZK w Bukowcu.
Dotarłem na start wcześnie. Pomimo tego już trochę ludzi biegało w lesie. Organizatorka zapewniła mnie, że lampiony stoją i są już sprawdzone (czyżbym awansował na wytykacza złego usytuowania lampionów???). Pobrałem mapę, włożyłem ulubioną smerfową czapeczkę i ruszyłem w las. Las w pełni jesienny, a nie zimowy jak by wskazywała data.
![]() |
| Miała być już zima.... |
Dość tego ściemniania – przy PK 6 zniosło mnie w lewo i chwilę szukałem właściwego dołka.
Chyba największa wpadka to PK 9. Niby nic trudnego: azymut ustawiony, biec górką, ale jakoś mnie zniosło i spadłem z górki i chwilę orientowałem się gdzie jestem (bo miałem być gdzie indziej). Stąd moje wędrówki wzdłuż rowu nie w tę stronę co trzeba;-)
![]() |
| Moje poszukiwanie PK9 |
Potem kilka górek, których nie lubię, bo nigdy nie zgadzają mi się z mapą, ale tym razem nie dałem się zwieść na manowce mylnym ścieżkom i trafiłem tam gdzie trzeba.
I tu można wrócić do opisu o narysowanych na podłożu liniach azymutu. Po prostu bieganie bez właściwie żadnych pomyłek (no, może poza niepotrzebnym, 10-ciometrowym zboczeniu ze ścieżki na dobiegu do PK 24). Tak powinny wyglądać wszystkie biegi na orientację – prosto i… nudno;-) Niestety, rzadko się zdarza, by wszystko było tak różowo i dlatego lubimy BnO i te dyskusje po każdych zawodach: gdzie kto się gubił;-)
sobota, 7 grudnia 2024
Barbarina czyli górnicy w stolicy
Grudzień to okres InoImprez okazjonalnych. Pierwsza z nich to Barbarina. Jak mówi sama nazwa - święto górników (tych, co chodzą z czołówkami) i oczywiście Barbary, która tę imprezę organizuje. Na start wypada zjawić się z życzeniami/piwem/winem czy innym „prezentem” dla solenizantki. Jak tylko mogę, staram się na Barbarinę zjawić. W tym roku się udało.
![]() |
| Niczym górnik gotowy do startu, w tle solenizantka |
Na starcie dostałem mapę. Trochę czarnobiałych kresek, trochę starej mapy i sporo czerwonych kółeczek. Do tego opis (kto by czytał) do zrozumienia którego bez kalkulatora ani rusz. Trzeba zbierać punkty i kalkulować, by ich suma była odpowiednia. Oczywiście tych PK wychodzi zwykle więcej niż jest miejsc na karcie startowej.
Pobrałem kartę i poszedłem w świat. Nie chciało mi się dopasowywać wycinków, więc poszedłem na najbliższy…. najmniej warty PK. PK znalazłem (opis) i zacząłem coś dopasowywać. Dało się łatwo znaleźć wycinek 2 i 4 z charakterystycznym superdługim blokiem.
Wycinki X i druga czwórka miały charakterystyczne rozdwojenie pasów na jezdni – to także umiejscowiłem w terenie – na przeciwległej stronie mapy niż właśnie się znajdowałem. Jedno „I” także dało się dopasować w górnej części mapy. Tajemnicą została lokalizacja drugiego wycinka „I”. Miałem pewne podejrzenia, ale z mapy mi nic nie pasowało.
Koniec myślenia – poszedłem na PK 4B. PK z pytaniem o mamę. Sęk w tym, że we wskazanym miejscu żadnej mamy nie widziałem. Świeciłem na blok i nic. Poszedłem trochę w prawo, trochę w lewo i nic. Już chciałem zaczepić jakąś mamę na ulicy i zadać jej pytanie: „Jaka będzie mama?”, ale jak na złość żadna w okolicy się nie pojawiła. Straciwszy całkiem sporo czasu na poszukiwania poszedłem dalej.
Ciut za mocno świeciła mi latarka (na najniższym biegu, ale i tak za mocna) i co chwilę przeżywałem szok przenosząc wzrok z okolicy na mapę. W efekcie całe to dreptanie i szukanie lampionów szło wolno, bo niezbędny był spory czas do akomodacji oka po takiej zmianie oświetlenia.
Wszystko szło w miarę dobrze do PK 4D. Nie dojrzałem, że ma być na złączeniu płotów i szukałem go na ścieżce. Na drzewie, na dziurze w płocie, za dziurą w płocie, przed dziurą w płocie, pod dziurą w płocie…. Taki to już los z starego niedowidzącego człowieka…
Kolejna „wpadka” przy PK 1F. Lampionu nie było. Nie było w punkcie, obok punktu, a że PK podwójny…. Wpisałem ostatecznie BePek. Ponoć lampion był, ale nie na najbliższym, i drugim, i trzecim najbliższym drzewie, tylko na drzewku (które widziałem), ale było na tyle cienkie, że do niego nie podchodziłem zakładając, że lampion zobaczę z odległości, jeśli by tam był. Szczególnie, że było kilka bliższych miejsc, gdzie lampion można by zawiesić. Nie będę tu używał niecenzuralnych słów, ale co sobie myślałem szukając tego lampionu….
Jeszcze w ramach rozkojarzenia zapomniałem o PK 3G i musiałem wracać się tam, gdzie już byłem.
Przez te wszystkie poszukiwania czas podstawowy już mi się skończył. Ale postanowiłem być twardy do końca i „na Leszka” znaleźć wszystko co trzeba nie patrząc na zegarek. Bo szkoda by się zmarnowały lampiony wieszane przez solenizantkę w dniu swoich imienin….
![]() |
| Na karcie zabrakło kratek... |
Na imprezie imieninowej nie chodzi się dla wyniku, tylko traktuje się to jako specyficzne złożenie życzeń osobie świętującej;-)
niedziela, 1 grudnia 2024
Biegowe uczczenie smutnej rocznicy
Rok temu odszedł od nas człowiek-instytucja Andrzej Krochmal. Niespodziewanie. W rocznicę jego śmierci było już spotkanie w Parku Skaryszewskim, gdzie był stałym bywalcem (organizator Biegu Wedla, uczestnik Parkrunów). Odsłonieto także tablice pamiątkową poświęconą jego dokonaniom. A dokładnie w rocznicę śmierci, Karol spontanicznie zorganizował nocne BnO na Młocinach. Las Młociński kojarzy mi się z Orientem, który kilka razy tam Andrzej organizował – więc miejsce wybrane bardzo dobrze.
![]() |
| Kameralnie, bez pompy, ale wszyscy pamiętamy o Andrzeju |
Środek tygodnia, środa, podeszczowo, ciemno i mokro – normalnie jak to na nocnym BnO o tej porze roku. Dostałem mapę jako jeden z pierwszych i ruszyłem w las. Na dobry początek przeoczyłem puszkę clear i musiałem się wracać;-) Dobra zapowiedź!
![]() |
| Przed startem |
Na PK 3 starałem się dokładniej patrzeć na kompas i korygować znoszenie w prawo – sukces osiągnięty!
Ustawiłem azymut na PK 4 i ruszyłem po krzakach. W dół, przeciąć ścieżkę i zaraz będzie w dół do lampionu. Za ścieżką niewielkie wzniesienie, ale może nie załapało się na mapę? Z góry niestety żadnego błysku lampionu nie widać. I wgłębienie jakieś zbyt duże. Cofam się do ścieżki, analizuję – chyba tym razem zniosło mnie w lewo. Po chwili znajduję lampion.
PK6 i PK 7 bez historii – znaczy dobrze. PK 8 ma być na górce, w jakimś dołku, na zielonym. Jest górka, jest zielone, próbuje je lekko obejść – dołka chyba nie przeoczę? A jednak udało się przeoczyć właściwe miejsce – górka zaczęła mi się kończyć i musiałem się cofać;-) Oj dawno nie biegałem w nocy w lesie i zapomniałem jak łatwo jest przebiec punkt…
Długie przebiegi na PK 9 i PK 10, PK 13 i PK 14 o dziwo wyszły całkiem dobrze. Na PK 11 minimalnie chybiłem, ale tak w granicach normy.
Główna akcja tragedii rozegrała się na PK 17. Na PK 16 wyznaczyłem azymut i ruszyłem w krzaki. Jedna poprzeczna ścieżka, druga i powinno być zaraz obniżenie z PK 17. Obniżenie jest, lampionu nie ma. Najpierw szukam równolegle do ścieżki – nic nie ma. Wracam do ścieżki i lecę dalej wyglądając zakrętu i obniżenia po lewej (czuję, że już jestem za daleko). Ścieżka zakręca, ale jakoś tak niemrawo, jakieś obniżenia po lewej są, ale bez lampionu. Wdrapuję się na górkę – jest lampion, ale o nieznanym mi kodzie 34. Dalej nie wiedziałem gdzie jestem. Dopiero po chwili skojarzyłem, że muszę być na wydmie albo tej na północy, albo tej na południu. Teraz widzę, że moje myślenie w tamtej chwili poszło spać – jedyne miejsce na mapie odpowiadające takiej kombinacji dróg i górek było całkiem niedaleko PK 17. Pewno fakt że coś źle liczyłem ścieżki, przez które przebiegałem zafiksował mnie, że jestem po wschodniej stronie mapy. Wybrałem kierunek na wschód (do cywilizacji) i ruszyłem. W oddali zaczęły pojawiać się światełka – znaczy jestem jeszcze na terenie zawodów! Wreszcie znalazłem lampion z kodem 33 czyli PK 22 – wiedziałem gdzie jestem. Zdziwił mnie trochę kierunek gdzie ma być PK 17, ale tym razem udało mi się go znaleźć.
Gdzieś tu pojawił się konkurent, z którym co chwila spotykałem się przy kolejnych punktach. Dalej już nie było większych problemów - więcej ludzi w lesie, więcej latarek, przy części PK już byłem.
Co do biegu – fajny i wymagający czujności. Co do moich osiągnięć…. poniżej krytyki – już dawno tak jak na tym PK 17 nie zgubiłem się! Czas chyba przyłożyć się do nocnych treningów!
13. Nocne Manewry SKPB ze zdradą w tle
Żona mnie zdradziła. Mnie i Nocne Manewry SKPB. Zamiast, jak przystoi dobrze prowadzącej się niewieście, pójść nocą do lasu w towarzystwie swojego ślubnego, wybrała młodszego, wyższego i przystojniejszego i w dodatku takiego, co ponoć potrafi lepiej śpiewać (w tym ostatnim to bym polemizował, bo mi słuchanie tego śpiewania wychodzi już drugim bokiem).
No cóż, na żonieńskie kaprysy nie ma rady. Zostało mi z rozpaczy zapisać się na trasę Himalajską. W ostatniej chwili udało mi się namówić na towarzystwo kolegę Marcina z poniedziałkowych truchtań z Rembertów Team. Świeżaka – pierwszy raz na zawodach na orientację.
W sobotą ogłoszono bazę zawodów – ja stawiałem na lasy Otwocko-Celestynowskie, nawet godziny odjazdów pociągów się zgadzały na jednej ze stacji, ale okazało się że jedziemy za Wyszków do Leszczydołu-Nowin.
Przyjechaliśmy jako pierwsi na parking przy bazie (nawigacja google kłamie co do czasu dojazdu!), ale mieliśmy początkową (dwunastą) minutę startową – a trzeba było wytłumaczyć Marcinowi co to jest kompas, mapa, lampion i inne takie orient-zagadnienia.
![]() |
| Od wejścia do bazy organizatorzy starają się zmotywować uczestników |
![]() |
| Bo jak widać co niektórych spotkanie z nocą rzuca na kolana... |
![]() |
| Marcin i ja gotowi do wyjścia na autokar |
Dojechaliśmy na start – można powiedzieć, że w „ostatniej chwili” - na zegarkach była już godzina 17-ta czyli minuta zerowa.
Po kolei startowały zespoły i znikały w lesie. Leszek, który był bezpośrednio przed nami, zamiast jak inni wleźć w las, pobiegł asfaltem w przeciwną stronę… Hmm, dziwne.
![]() |
| Start w Trzciance |
Nadeszła nasza minuta startowa. Dostaliśmy wielkie mapy A3, a na mapach coś w rodzaju węża. Pierwsza część węża, ta do ogniska wydawała się całkiem ludzka – w większości przypadków pomiędzy PK były drogi, a elementy do dopasowania były malutkie i dość oczywiste. Ustawiłem mapę zgodnie z kompasem i… wyszło mi, że mamy iść asfaltem – tak jak Leszek przed nami! Krótki instruktarz dla Marcina w obsłudze naszej mapy, pokazanie jak dojść w okolice pierwszego wycinka i ruszyliśmy. Na mapie o dziwo wszystko się zgadzało - drogi, skrzyżowania, nawet trochę podbiegliśmy, bo temperatura jak to listopadową nocą miała tendencję spadkową. Wkrótce przed nami zamajaczyło w krzakach światełko. Leszek szukający pierwszego PK. Dopasowanie było raczej oczywiste, jeden jedyny lidar wpasowywał się w skrzyżowanie na środku ośmiokąta. Wtedy nawet nie doczytałem, że ośmiokątne lidary mogą być obrócone;-) Środek skrzyżowania, dołek na azymucie i w dobrej odległości, a kilka metrów dalej widać kolejne dołki. Leszek nie dowierzał i twardo szukał PK gdzieś po drugiej stronie ścieżki… My pobiegliśmy do drugiego PK z numerem 1.
Najpierw drogą, potem planowaliśmy na azymut, ale na przeszkodzie stanął płot. Płot niby do sforsowania, ale tak od razu zaczynać od takich ekstrawagancji? Postanowiliśmy obiec zagrodzenie od północy. Płot się nie kończył formalnie tylko fizycznie – był coraz bardziej zdewastowany. Znaleźliśmy jakąś ścieżkę po wzniesieniu i parliśmy w kierunku lampionu. Las po pracach leśnych nie sprzyjał sprawnemu przemieszczaniu się. Drogi na mapie nijak nie zgadzały się z tymi w terenie. W pewnej chwili dojrzeliśmy światełko Leszka. Buszował po jakiejś górce, ale krzyknął, że nie ma tam żadnych lampionów. My szukaliśmy na innych wzniesieniach – pusto. W efekcie poszukiwań, nie spojrzałem dobrze na kompas, a Marcin jeszcze nie był w tym w sprawny – poszliśmy drogą na południe zamiast na wschód. Jeden plus tego, że zorientowaliśmy się na której drodze (jednej z dwóch) jesteśmy. Dalej już poszło łatwiej – trafiliśmy na teren z lampionami! (post factum wyszło, że wzięliśmy stowarzysza, ale to nie był prosty PK).
Temperatura powoli spadała, wiec potruchtaliśmy na azymut (drogą, której nie było na mapie) w kierunku następnego lampionu. Zniosło nas ewidentnie na zachód (tu pojawiły się pierwsze podejrzenia o stowarzyszu na PK 1), ale w miejsce charakterystyczne. Dalej na azymut i w prawie odpowiedniej odległości trafiamy na poprzeczna drogę i wyraźnie gęściejszy las. Tyle, że w terenie są dwie drogi a na mapie jedna. Brak lampionów. I zaczyna się tradycyjna zabawa w czesanie terenu. Nie ma co tu dużo pisać w takich przypadkach, zostają czarne drogi na mapie – naokoło, ale udaje się zidentyfikować właściwe miejsce. Gorzej jest z samym lampionem, bo granice kultur mają się nijak do tego co jest na mapie. Z jednej strony nie dostrzegamy nic, co mogłoby być tą granicą, dopiero z drugiej strony idziemy już na kroki, a nie na granice kultur i znajdujemy lampion wiszący na niczym i ciut bliżej drogi niż powinien być.
![]() |
| Lampion PK2 za znaczony zieloną kropką. Tak już bywa gdy budowniczy wybiera punkt, którego nie ma w terenie, a jest tylko na mapie.... |
Nie ma co rozpaczać, podbiegamy dalej. Zakładaliśmy, że trasę uda się przebiec sprawnie, ale jak na razie co punkt to długotrwałe czesanie terenu w poszukiwaniu lampionu….
Czas na dopasowanie ortofotomapy. Niby znajdujemy coś podobnego w terenie, ale… zapominamy o tym, że może być to zlustrowane. Dochodzimy prawie do lampionu zakładając brak lustra. Ale lampionu nie ma. Cofam się, próbujemy. Dopiero po dłuższej chwili czesania odkrywamy gdzie co być powinno i znajdujemy lampion. To czesanie co chwila powoduje że dogonili/przegonili nas ci, co startowali zdecydowanie później niż my.
![]() |
| Przy PK B dogonił nas zespół AP, który startował w 30 minucie |
Wracamy i próbujemy drugi wariant – bardziej obiecujący, bo jest jakieś pofałdowanie, ale bez lampionu. Wracamy na azymut trochę bardzie w prawo i znajdujemy wreszcie lampion i pofałdowania. Jest nawet ślad po ścieżce. Uff, mamy PK, ale znowu straciliśmy czas. Na tym PK dobrze ponad 30 minut. Ogółem niecałe 9 km i prawie dwie i pół godziny!
![]() |
| Po lewej wzorcówka, po prawej mapa która dostaliśmy. Znajdź różnice pomiędzy obrazkami. W pewnym momencie zakładaliśmy że jesteśmy na skrzyżowaniu wskazywanym przez pionową strzałką... |
Podbiegamy na kolejny PK drogą, której nie ma na mapie. Wtedy jeszcze łudzimy się, że to jest ta droga, co nie ma przedłużenia na południe, ale okolice PK się nie zgadzają. Jedyny logiczny wniosek – droga którą ktoś wymazał z mapy. Trzeba by zgłosić gdzie trzeba, że w SKPB coś wymazuje drogi! (wymazanie wymazaniem, ale powinno być to opisane na mapie! – za ten brak duży minus dla budowniczego). Znajdujemy lampion (kolejny stowarzysz, ale byłem już zniesmaczony tym zagraniem budowniczego) i lecimy dalej, by się rozgrzać.
PK 5 i PK 6 wchodzą wreszcie na czysto i odbudowują nasze morale. Przy PK 6 spotykamy Barbarę z Anią, które starowały 50 minut po nas! Dalej biegniemy razem. W grupie raźniej. Zresztą 4 latarki pozwalają sprawnie znaleźć właściwy lampion przy PK 7.
![]() |
| Spotkanie przy PK 6 |
Problem zaczyna się po PK 7. Wycinek z orto. Kilka polan w lesie. Pytanie - która to ta właściwa. Chwila czesania – my bierzmy lampion, który nam się podoba, dziewczyny zostają dłużej i biorą inny. Okazuje się, że to one mają rację (jak zwykle w życiu).
Przy kolejnym lidarze spotykamy Marcina. Marcin o tej porze to powinien być już na mecie, a nie w połowie trasy! Rzadko udaje się spotkać Marcina tak zdezorientowanego. Naprowadzamy go na szczegół, którego nie zauważył, czyli pas terenu bez lasu od którego szliśmy. Szukamy właściwego dołka, ale nie idzie. Oczywiście budowniczy ukrył kolejne dołki pod kółkiem z PK. Doganiają nas dziewczyny. Wreszcie wspólnymi siłami typujemy lampion zbliżony lokalizacją do tego właściwego, ale nikomu on nie pasuje do końca.
Na kolejny wycinek biegniemy z Barbarą i Anią. Tu jest wszystko jasne: doły są na tyle charakterystyczne, że zaraz zyskujemy 100% pewności gdzie jest właściwy lampion.
PK 8 - punkt wysokościowy. Niby oczywisty, ale … coś źle się odmierzamy i szukamy w lesie za wcześnie. Zresztą samego znaku wysokościowego w ternie nie dojrzeliśmy, ale z innej strony nadszedł Marcin i wszystko mu się zgadzało.
PK8
Przed nami ostatni lidar. Na lidarze masa dołów, ale jest charakterystyczna ścieżka i nie ma problemu ze znalezieniem właściwego.
Kolejny wycinek – przedostatnie orto. Wydaje się oczywisty: zakręt asfaltu i na azymut wbijamy się w las w poszukiwaniu rogu terenu bez drzew. Prowadzi chyba Ania. Coś mi się wydaje, że zbaczamy w lewo, ale to czego szukamy, ciężko przeoczyć. Jednak nam się udaje. Nie pamiętam, czy nikt nie spojrzał na kompas, ale docieramy do drogi, niby jest jakaś polana, ale lampionów brak. Konsternacja. Dopiero po chwili Barbara zerka na kompas i zauważa, że takiej drogi tu być nie powinno. Widok auta na asfalcie wszystko wyjaśnia – zamiast iść po prostej zatoczyliśmy łuk i wyszliśmy na drogę z której wyruszyliśmy. Wniosek – nie ufaj kobietom! Coraz bliżej do ogniska. Ognisko wyraźnie nie jest w połowie trasy – na liczniku mamy 17 km z nominalnych 22, a do ogniska jeszcze 4 PK.
Na drodze do PK 9 stanął nam płot. Od razu przypomniały mi się moje pierwsze nocne manewry, gdzie płot przed punktem przegradzał drogę i na tym płocie była strzałka „w lewo lub w prawo”. Tym razem podobnie wybraliśmy wariant w lewo. Płot dłużył się straszliwie. Ale doprowadził nas prawie pod punkt w wielkim dole.
Na ostatnie dwa PK przed ogniskiem ruszyliśmy szybszym biegiem. Ziemia zamarza, jest zimno więc należy się rozgrzać. Z rozpędu z jednego prostego orto bierzemy stowarzysza. No cóż, pośpiech ma to do siebie, że lubi stowarzyszy.
![]() |
| Ognisko i chwila, gdy czas się zatrzymuje |
PK 13 to formalność. Docieramy do końca wycinka i trzeba pomyśleć. Ta część trasy, krótsza, polega na „zaginaniu” kolejnych ogniw łańcuch pod bliżej nieznanym kontem. Doganiają nas dziewczyny – widać na ognisku były jeszcze krócej niż my!
Tu Marcin wykazuje się spostrzegawczością i pokazuje jak można przekręcić ogniwo łańcucha, by pasowały poziomnice. Ja się przyzwyczaiłem, że od takich dopasowywanek mam Renatę, ja nad tym zawsze spędzam zbyt dużo czasu. Ruszamy na PK 14, a potem na PK 15. W tym fragmencie trasy nie będzie podbiegania. PK są zbyt blisko siebie i tu dokładność jest najważniejsza. Idziemy dalej razem z dziewczynami.
Kolejne ogniwo – tu nic nie dało się dopasować. Tylko logika i „przeczucie” Barbary spowodowało, że poszliśmy w dobrą stronę. Oczywiście można metodą prób i błędów testować wszystkie warianty, ale ile się wtedy traci czasu…
Po PK 16 zakładamy wyjście poza mapę. Dochodzimy do jej brzegu i trafiamy na porządną asfaltową drogę. Jej ślad jednak powinien być na naszej mapie. W efekcie po prostu poszliśmy „na azymut”, licząc że dojdziemy do terenów podmokłych. Tu trochę pomogły światełka konkurencji, która naprowadziła nas na lampion w ostatniej fazie.
Kolejne ogniwo łańcucha to kolejne wyzwanie. Drogi coś przestały się zgadzać, a potem czarnobiałe orto…. Wbrew pozorom pomysł na orto szybko się znalazł w postaci charakterystycznej drogi. Zostało tylko odszukanie lampionu, co nie było takie łatwe. Chaszcze. Samo dotarcie do lampionu wymagało sporo samozaparcia.
Do mety zostały już ostanie punkty: PK 19 tuż za zabudowaniami, PK 20 i PK 21 na granicy kultur. Koło PK 20 znowu spotykamy Marcina, który nie znalazł PK 19. Dziwne, bo punkt raczej oczywisty. Nakierowujemy go na właściwe tory i biegniemy na metę. Jak nic Marcin jest podobnie jak i my w lekkich minutach.
Na mecie żurek (pychota). Nie ma to jak coś ciepłego po powrocie z lasu;-) Marcin przeżył swoje pierwsze InO i wygląda nawet na zadowolonego. Zobaczymy co powie na poniedziałkowym truchtaniu;-) W tym roku wyniki organizatorzy publikują online w internecie. Niestety, ze sporym opóźnieniem. Nasz „uzysk” to 4 stowarzysze i 34 punkty kary za czas. Dwa czy trzy stowarzysze – zabrakło cierpliwości i dokładności. Marcin całkiem dobrze jak na pierwszy strat opanował chodzenie na azymut. Ale zabrakło lekkiego wspomagania, kilka razy się rozproszyłem, bo te 3 stowarzysze były do naprostowania. A czas… niestety te kilka wpadek w pierwszej części trasy spowodowały spóźnienie. Z nominalnych 22 km zrobiło się prawie 38… Następnym razem będzie lepiej;-) Ciekawe tylko, czy Marcin znowu da się namówić na kolejny start.
PS. Na poniedziałkowym truchtaniu Marcin deklarował chęć startu w najbliższym czasie! Chyba mu się spodobało!
wtorek, 26 listopada 2024
Powrót ZZK
Koniec sezonu BnO jak zwykle powoduje nagły wysyp imprez. Nie są to wprawdzie imprezy o rankingu 1, 3, a wręcz przeciwnie - o rankingu bliskim zera. Ale za to są. W każdy weekend (i nie tylko), a właściwie w każdy dzień weekendu. Pierwsze w szranki stanęły treningi ZZK. Na pierwszy trening jakoś mi nie styknęło, ale na drugi wybrałem się z Renatą. Do Chotomowa.
![]() |
| Przed startem |
Teren znany, ale jak mówi prawda zasłyszana w Rejsie: najbardziej podobają mi się trasy, które już biegliśmy;-)
Start... i od razu w tył do płotu
Strat – tradycyjnie już wzdłuż płotu. Wzdłuż płotu, bo las raczej tak sobie przebieżny by biec po kresce. Wyprzedzam Renatę, dobiegam w okolice pierwszego PK, skręcam w las…. A tu las usłany pozostałościami wycinki drzew: metrówki, gałęzie, słowem krajobraz jak po bitwie. Szukam w tym bałaganie karpy. Nie tylko ja, bo szukają tłumy, które nieświadome terenu biegły do PK 1 po kresce. Dogania mnie Renata i to chyba ona pierwsza znajduje właściwą kupkę gałęzi, pod którą ukryty jest lampion!
Z PK 2 idzie już lepiej. Punkt dopadam z jakimś szbkobieżnym dziewczęciem, które zamiast porządnie drogami, próbowało znowu biec po kresce.
PK2
Do PK 3 ruszamy razem, ale ja wybieram bezpieczniejszą wersję drogami. Znowu spotykamy się w okolicy PK 3. Jak widać, nie zawsze bieganie po kresce jest najszybsze!
Niestety do PK 4 nie daje się inaczej niż przez krzaki. Po PK 4 tracę towarzystwo – widać dziewczę startuje na innej trasie niż ja.
Po PK 5 zaczyna się pierwszy długi przebieg. Gdy jestem niedaleko PK 3 widzę na drodze… Renatę. Powinna być już znacznie dalej! Chwila konwersacji – zgubiła się, bo…. biegła po drogach, a nie na kreskę…. Oj ta Renata:-) Ratuję ją wskazując gdzie jesteśmy i w jakim kierunku szukać PK 3.
I gdzie jest ta trójka????
Biegnę dalej. Las dalej przypomina pobojowisko po pracach leśnych. Gdzieś w oddali słychać warkot jakiegoś mechanicznego potwora zajmującego się trzebieniem lasu. Koło PK 7 las jest zupełnie nieprzebieżny z powodu wyrębu, a to punkt podwójny, będę musiał tu wrócić jeszcze raz!
Na szczęście po PK 8 sytuacja się poprawia – daje się biegać po lesie bez zagrożenia utraty nóg.
W okolicach PK 9 zyskuję towarzystwo psa. Pies ma właścicielkę, także biegającą w poszukiwaniu lampionów, ale wyraźnie wybrał moją kompanię!
Przy PK 12 daję ciała. Ze śladu wynika, że prawie rozdeptałem lampion, ale go nie zauważyłem i pobiegłem poszukiwać go na sąsiedniej polance.
Po PK 13 przegonił mnie Michał, ale on zwykle biega ciut szybciej niż ja. Dlatego zdziwiłem się, że na drodze za PK 14 zamiast biec, Michał idzie i wyraźnie utyka…. Co tu ukrywać, dodało mi to skrzydeł i przyspieszyłem;-) Tym bardziej, że teraz była kolej na dłuższe przebiegi i to drogami.
Zwolniłem dopiero na dobiegu do PK 7 (tego samego co PK 7) z powodów „zaśmiecenia” podłoża. Do PK 18 to już się nie biegło, tylko ostrożnie szło. Przed PK 20 musiałem omijać pracujący w lesie traktor. Leśnicy przesadzają z tym gospodarczym wykorzystywaniem lasów – wycinać w niedzielę????
Na mecie czekała na mnie już Renata z aparatem. Trochę ją zmyliłem przebijając się przez największy gąszcz do lampionu, zamiast jak cywilizowany człowiek pobiec naokoło drogą;-)
![]() |
| Dobieg do mety |
![]() |
| Trochę zakręciłem się koło mety... |
![]() |
| Udało się metę podbić:-) |
Niniejszym ogłaszam zimowy sezon Zimowych Zawodów Kontrolnych za otwarty!
![]() |
| Ja biegałem na niebiesko, Renata na czerwono |
czwartek, 21 listopada 2024
360 mokrych Wariantów bez śladu
Sponsorem kolejnej, czwartej edycji 360 Wariantów był deszcz. Może nie jakiś ulewny ale zawsze. Ciemno zimno i mokro. Do tego bieganie częściowo po „lesie”.
Pierwsze wyzwanie jakie stanęło przed uczestnikami to zaparkować. Teren osiedlowy oblepiony wręcz autami mieszkańców o tej porze. Byli tacy co zaparkowali na parkingu P+R i zaliczyli skakanie przez płot (bo po co robić dojście do parkingu od strony osiedla). Mnie akurat udało się zaparkować prawie przy starcie.
Pobrałem mapę, odłożyłem ciepłe ubranie do auta i ruszyłem w trasę. Mapa jak zwykle dla tych co mają młode oczy. Jak budowniczy będzie miał moje lata to pewno zmieni podejście do rysowania tych kółek i linii na mapie: kółka „małe”, kolory kółek ciemnawe – w nocy ciężko jest cokolwiek dojrzeć.
Ruszam na jedynkę i…. przebiegam ją. Dawno nie biegałem na mapie 1:4000, a nie dojrzałem gdzie jest środek kółka...
PK2 na „górce” ale dostrzegam poziomnice dopiero wbiegając na górkę (ech te oczy).
PK3 za to przy chodniku. PK4 to pierwsze leśne wyzwanie – na azymut w lesie dość gęstawym poszukiwanie dołka. Prawie trafiłem, a budowniczy litościwie powiesił odbłyśnik powyżej poziomu gruntu, więc dostrzegłem go z odległości 10 metrów po prawej od mojego azymutu. Do PK5 ścieżką – ale na koniec oczywiście wpakowałem się w „zielone” zamiast wcześniej odbić i to zielone ominąć. Po ciemku, w świetle czołówki często „zielone” i takie „nie zielone” mało się różnią. Różnica wychodzi dopiero przy przedzieraniu się przez krzaki;-)
Dalej to już łatwizna – PK 6 drogami, za jakimś szybkobiegaczem, PK7 na górce (no dobra przebiegłem bo był odbłyśnik ukryty za czymś na kształt drzewa, a szukałem dorodnego okazu wartego odwzorowania na mapie zielonym kółeczkiem;-)
PK8 tu już na skróty bo z góry las wyglądał na bardziej przebieżny niż na mapie, ale do kolejnych PK9 i PK10 to już stanowczo dróżkami.
Tu skończył się las. Obiec teren ogrodzony (oczywiście od północy), obiec blok (od północy) i znaleźć lampion w załamaniu podjazdu dla wózków. Ogólnie dziwne bloki w tej okolicy – każda klatka schodowa ma „gigantyczny” podjazd dla wózków. Taki wychodzący na trawnik dobre 10 metrów. A w bloku jest tych klatek pięć czy siedem…
Dałem ciała przy PK14. Szukałem go o jeden rząd budynków za wcześnie. Potem szukałem go już przy właściwych budynkach, ale po tej stronie przejścia co trzeba - znowu na mapie PK był na zielonym kółeczku przy bloku które okazało się… jakąś kępą pokrzyw? Oj nie należy ufać co niektórym kartografom;-)
Po PK 16 czas na scorelauf. Chyba przebieg był oczywisty. Tyle, że dużo obiegania terenów oliwkowych. W pewnej chwili aż zatrzymałem się i szukałem czy niczego nie przeoczyłem, bo jakoś ten scorealauf wydawał mi się zbyt prosty i oczywisty.
Powrót na „normalna mapę” na PK 24 i dłuuugi przebieg. Wzdłuż torów tramwajowych. W świetle latarki nie byłem pewny czy lepiej do PK 25 pobiec od zachodu i wrócić po własnych śladach, czy obiegać oliwkowy teren w drodze powrotnej od wschodu. Dziwne ale wydało mi się, że bliżej jest wracać po własnych śladach. Niby zalecenia budowy tras są takie, by jeden zawodnik nie wskazywał drugiemu położenia PK i odbiegał w inną stronę niż przybiegł, więc ten powrót wydawał mi się dziwny. Potem sprawdziłem dokładnie na mapie – rzeczywiście wariant ten dawał dobre sto metrów „oszczędności”.
Na koniec został mało widoczny na mapie PK 26 i meta.
![]() |
| Ja i meta |
Na mecie zorientowałem się, że nie uruchomiłem zegarka na starcie. W efekcie nie mam śladu trasy. I jak tu żyć? Jak zanalizować swoje błędy? I nie będzie mnie na Liveloxie! Może gdyby była lepsza pogoda pobiegł bym raz jeszcze, ale przy deszczu kapiącym z góry nie chciało mi się. Skończyło się tym, że odtworzyłem ślad z pamięci.
czwartek, 31 października 2024
Druga połówka czyli Nocna Mila
Nocna Mila jest dłuższa niż mila dzienna. Wniosek ten wynika z obserwacji, że Nocna ½ mili miała 4,3 km, a dzienna połówka poniżej 4 km. Ja tam lubię taką wersję, bo lubię biegać nocą. Sentyment taki mam od pierwszych zawodów na orientację, którymi były właśnie zawody nocne.
Na Nocną Milę zapisało się znacząco mniej osób niż na wersję poranną. Lenie. Cieniasy;-) (Ci co się nie zapisali).
![]() |
| Centrum zawodów nocą |
Co do organizacji – meta i start w tym samym miejscu. Tylko znacząco mniej PK na mapie – w wersji dziennej miałem 16, a teraz tylko 8. Startowałem samotnie. Znowu pod górkę. Za górką przy lampionie startu sowa. Taka latarkowa świecąca w ciemności oczami. Zresztą cały dobieg obowiązkowy aż świecił od odblasków. Tylko jakby więcej gałęzi pod nogami.
Pierwszy PK na tym samym azymucie co w wersji dziennej tylko… dwa razy dalej. Świadomy porannych doświadczeń i tego, że znosi mnie w lewo, dreptałem ostrożnie. Liczyłem ścieżki, wgłębienia… zdawało mi się, że jestem za daleko, ale nie było ciągle asfaltu i zbocze po prawej się nie kończyło. Wreszcie zaświecił mi odblask w górze – zgodnie z przewidywaniami znowu zboczyłem w lewo. Przy PK dogoniłem poprzedniczkę, która startowała minutę lub dwie wcześniej.
PK 2 to znany rana PK 9. Świadomy jego usytuowania na końcu młodego lasu znalazłem przecinający ten las pas mniej zadrzewiony i na jego końcu skręciłem w prawo. Przede mną kilka osób niepewnie szukało lampionu w innym miejscu.
PK 3 znowu daleki przebieg. Gdzieś tak przy granicy wrzosowisk. Mało punktów charakterystycznych po drodze. Nawet nie pomyślałem o obieganiu drogami. Może byłoby szybciej, ale nie byłoby przygody. Czułem, że znowu znosi mnie w lewo. Gdy wreszcie znalazłem lasek, po kilku krokach w głąb wiedziałem, że muszę skręcić w prawo. Dobrze, że lampion „świecił” z daleka. Z naprzeciwka (od drogi, którą można było obiec) kierunek na lampion wskazywała także grupa czołówek na głowach innych biegaczy. Ja dopadłem lampion pierwszy i pobiegłem dalej. Do drogi, kawałek drogą i dobieg do samego lampionu na azymut. Trafiłem idealnie. Przed samym lampionem przegonił mnie jakiś szybkobiegacz.
Bieganie nocą po lesie jest genialne, gdy nie biegniesz w tramwaju. Gdy nawigujesz sam, a inne światełka są najwyżej gdzieś na granicy zasięgu wzroku. Do PK 5 biegłem znowu samotnie. Na azymut. Na końcu obieganie młodnika i idealne trafienie na punkt. Tuż obok piątki minąłem kogoś, kto wbiegł w las po zachodniej stronie gęstwinki z PK 5. Takie sytuacje są budujące, gdy widzisz, że ktoś szuka punktu nie tam, gdzie trzeba (ale wredny jestem;-).
Do PK 6 drogą, nad łąkami. We mgle. Nad łąkami zaczęła pojawiać się mgła. Na razie niewielka. Sam PK znam z porannego poszukiwania PK 12;-) Teraz było łatwo trafić rozpoznając znajome dołki. A i lampion radośnie świecił z daleka!
Kolej na PK 7 w tych dołkach, co rano szukałem PK 15. Teraz nie dałem się podpuścić budowniczemu trasy. Wybrałem bieg drogą, aż do charakterystycznego rozwidlenia jakieś 100 m od lampionu. Droga wiodła skrajem łąk i mgła gęstniała. Wkrótce widoczność nie przekraczała zasięgu własnego nosa;-) Na szczęście po wbiegnięciu w las mgła cudownie ustąpiła.
Znalezienie dołka na azymut tym razem było pestką. Choć miałem już opracowaną całą strategię przeczesywania terenu, gdybym nie trafił za pierwszym razem, okazało się, że nie będzie trzeba jej użyć.
Został dobieg do ostatniego PK i finisz do mety. Dobiegłem. Jako że startowałem pierwszy w swojej kategorii, musiałem czekać na wynik konkurenta. Niestety znowu mi dołożył, ale tym razem różnica była nieduża, tak w granicach przyzwoitości. Bez tego kataru pewno bym wygrał. Nic, odkuję się następnym razem.
A same zawody – małe, kameralne, ale miłe. Las jaki lubię – do biegania, a nie do czołgania się. Tylko jak zwykle: mija już tydzień, a wyniki na stronę PZOS nie wgranie. Ciekawe czemu np. organizatorzy z zachodniopomorskiego wgrywają wyniki w terminie, a reszta kraju jakoś nie daje rady?
środa, 30 października 2024
Pierwsze pół Warszawskiej Mili
W czwartek miałem jechać na 360 wariantów, ale się nie wyrobiłem z pracą. Z przepracowania coś zaczęła mnie boleć głowa. Objawy te jakoś dziwnie szybko przeszły na Renatę, a mi ból głowy jakoś tak obsunął się w piątek na gardło. W sobotę Renata uleczyła się ponoć jakimś cudownym lekiem i pojechała sobie na drugi koniec Polski, a na mnie jakoś ten lek nie zadziałał. Doszedł kaszel, muzyka płynąca prosto z płuc i inne takie miłe akcenty. Nie zostało mi nic innego jak z rana (no dobra, bliżej południa) spróbować to wybiegać na Warszawskiej Mili. Wiadomo: bieg idealnie przewietrza charczące oskrzela;-)
![]() |
| Centrum zawodów połączone z metą |
Warszawska Mila w Mostówce, na sławnych wrzosowiskach. Szkoda trochę, że wrzosy już przekwitły, ale pocieszam się, że kwitły całkiem niedawno. Dzień ciepły, wręcz upalny jak na tę porę roku. Las, mchy i mazowieckie sosny ślicznie podświetlone jesiennym słońcem. W lesie grzybiarze i spacerowicze. Nas - biegaczy – raczej kameralny zespół. Konkurencja w postaci Hały zabrała wielu potencjalnych uczestników.
![]() |
| Szykuję się do startu |
![]() |
| A tak wyglądało to z górki na którą zaraz wbiegniemy |
Wchodzę do boksu i startuję. Pod górę. Nawigacja zaczyna się przy lampionie za niewielką górką. Przede mną dystans ½ Warszawskiej mili (druga połówka nocą). Znowu pod górę, gdzieś pod szczytem ma być dołek z pierwszym lampionem. Pomimo, że poruszam się jak wskazuje igła kompasu, nie trafiam tam, gdzie trzeba. Jestem za nisko. Widzę, że osoby startujące przede mną także mają podobne problemy. Co do samego biegania – szybko przekonuję się, że z objawami grypy (czy innego Covida) ciężko się biega. Zwłaszcza pod górę. A dzisiaj trasa po całkiem wysokiej wydmie: góra, dół – nawet na tabliczce znamionowej podano 80 m przewyższenia!
Staram się biec, choć różnie bywa i nie zawsze nazwałbym tego biegiem. PK 2, 3, 4 wchodzą dobrze. PK 5 – na otwartym terenie – krzaki wyglądają ciut przesunięte, ale skoro kręcą się tam ludzie, musi być tam lampion!
Problem pojawia się przy PK 6. To i owo omijam, kawałek za kimś biegnę, czołgając się pod górę kieruję się w kierunku szczytu, za którym powinien być lampion przy karpie. Zdobywam wierzchołek - jest karpa, lampion ciut za nią, tylko nie zgadza się kod. Chwila konsternacji, znajduję kod lampionu w opisach – jestem na PK 11 zamiast na PK 6! Czeka mnie powrót na właściwe tory…
Kolejne PK są dość łatwe nawigacyjnie. Tu i ówdzie znajduję jakąś ścieżkę niezaznaczoną na mapie, z PK 8 na PK 9 biegnę przez młody las – tak jak pozwalają nieprzecięte jeszcze rzędy drzew. Niby kompas wskazuje dobrze, ale ląduję wyraźnie daleko od PK 9 (prawie przy PK 10) i muszę korygować.
Na PK 11 już byłem, więc to łatwizna. PK 12 znowu mnie znosi. Znajduję lampion (zresztą w większej grupie), którego nie mam na mapie. Poznajemy wszystkie okoliczne muldy (co przyda się w nocy), zanim znajdziemy właściwe zagłębienie z lampionem;-)
![]() |
| Dobieg do PK 13 |
Zabawa orientacyjna zaczyna się przy PK 15. Niby prościzna – czysty las, w nim całe stada wielkich czołgowych dołów, a w jednym z nich lampion. Zawierzam kompasowi – trafiam ma skrzyżowanie dróg i dalej brnę azymutem. Jakoś tak , dopiero teraz dostrzegam, że na mapie są dwa skrzyżowania. Ten działający od początku „znos w lewo”, minimalnie zła lokalizacja karpy z PK14 (była niżej niż wynikało to z mapy) i przeoczenie tej drugiej drogi kumulują się. Jestem pewien, że jestem na dobrym azymucie i zasuwam do przodu. Mam okop, więc ten z lampionem powinien być drugi lub trzeci w kolejce. Nie jest. Jak wół jest widoczna droga północ południe, ale nie ma tej wschód zachód. Do szukających dołącza Mateusz – w ten sposób czeszemy coraz większy obszar, Matusz wreszcie rzuca odkrywcze „to ma być przy górce” i rzeczywiście jest. Ale co się naszukaliśmy…. Teraz analizując mapę i dane lidarowe – na mapie jest źle zaznaczony dół z lampionem - czyli dobrze znalazłem właściwą dziurę, a budowniczy lampion postawił jeden dołek dalej!
![]() |
| Coś tu mapa nie nie wyszła kartografowi w tym miejscu.... |
Jeszcze ostatni PK i meta. Nie było to mistrzowskie bieganie – jednak choroba odbiera siłę i koncentrację. Przybiegam na metę drugi – w ostatecznym rozrachunku trzeci. Niby podium, ale liczyłem na więcej, bo stawka była wyrównana.
W nocy drugie podejście – teraz czas pojechać do domciu, łyknąć jakiegoś gripexa – może ból głowy trochę odpuści.

















































