Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medal. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 marca 2025

FalInO - ostatnia runda okraszona medalem.

Ostatnia runda FalInO byłaby się odbyła bez nas, bo w sobotę ramo musieliśmy pilnie jechać z kotem do weterynarza. Zdążyliśmy jednak dojechać do Falenicy przed zakończeniem startów i mogliśmy ruszyć na trasę.
 
Tuż przed startem.
 
Tym razem mapa sięgała tylko do autostrady i nie przekraczała jej. Oznaczało to, że w nielicznych dostępnych fragmentach lasu punkty będą jeden na drugim. I faktycznie tak było. We fragmencie, w który celowałam stało aż jedenaście lampionów, podczas gdy ja potrzebowałam tylko dziesięciu.
Ruszyliśmy razem z Tomkiem, ale po ubiegnięciu kilkunastu kroków poczułam silne kłucie w bucie. Nie miałam wyjścia - trzeba było sprawdzić. Zdejmuję buta, a tam wieeelki kolec. Nic bym z nim nie ubiegała. W międzyczasie Tomek pobiegł w nieznanym kierunku, a ponieważ on zbierał wszystkie punkty, więc praktycznie mógł pobiec w dowolną stronę. Spotkaliśmy się chyba gdzieś przed siedemnastką, na którą tak biegłam:
 
Uciekam, bo Tomek mnie goni.
 
 Razem podbijaliśmy PK 17 i razem ruszyliśmy dalej.
 
PK 17

Razem polegało na tym, że bardzo usiłowałam nadążyć za Tomkiem i przez dwa kolejne punkty nawet mi się to udawało. Potem gdzieś mi zniknął.
Kiedy podbiłam już dziewięć punktów, stwierdziłam, że nie opłaca mi się brać dziesiątego z lasu, tylko lepiej wrócić w okolice bazy i wziąć trojkę z terenu przykościelnego, tuż przy szkole. I tak zrobiłam. 
Ta runda okazała się najkrótsza z całego cyklu, bo przebiegłam raptem 3 km z małym hakiem.
Potem czekaliśmy na oficjalne wręczanie medali za całokształt, bo załapałam się na jeden z nich. 

Dekoracja.

A tak wygląda mój przebieg:
 

 

środa, 22 stycznia 2020

Bieg Chomiczówki, czyli walka o przetrwanie

Po ubiegłorocznym Biegu Chomiczówki byliśmy pewni, że musimy to powtórzyć. Zapisaliśmy się już dawno i zostało tylko odliczanie dni do startu. W miarę tego odliczania mina coraz bardziej mi rzedła, wprost proporcjonalnie do spadku kondycji. Ostatnio na wszelakich biegach przeganiał mnie praktycznie każdy chętny i mimo najszczerszych chęci przyspieszenia, nie dawałam rady. Obrosłam tłuszczykiem, a i pesel znów się postarzał:-( Kilka dni przed zawodami byłam na sto procent przekonana, że nie dam rady przebiec takiego dystansu i nie ma po co jechać, bo na pewno będę musiała zejść z trasy, jeśli planuję przeżyć. Ponieważ jednak jestem chytrą babą, to jak zapłacone, to nie może się zmarnować, więc postanowiłam przynajmniej spróbować.
W tym roku zaparkowaliśmy dużo bliżej, bo znaliśmy już teren i jego możliwości, więc do szkoły gdzie były szatnie i depozyt mieliśmy stosunkowo blisko. Na parkingu Lidla dostaliśmy baloniki i książki, bo firma była jednym ze sponsorów.

Baloniki dla dzieci i lektura do poduszki.

Na Chomiczówkę przyjechaliśmy już koło ósmej, bo Tomek startował jeszcze w Biegu o Puchar Bielan, który zaczynał się godzinę przed biegiem głównym, a wiadomo, że trzeba się przygotować i fizycznie i psychicznie:-) Ja to przygotowywałam się głównie stojąc w kolejce do kibla, bo co wyszłam, to wracałam na koniec kolejki. Wiadomo - ze stresu, choć rozum mi cały czas mówił, że od mojego biegu nic, ale to zupełnie nic nie zależy i nie ma się czym przejmować.

Gotowa do startu.

W końcu nadszedł czas pierwszego biegu i ruszyliśmy na start - Tomek biec, ja wspierać moralnie i cykać fotki. Nacykałam, poczekałam aż ruszą i wróciłam do bazy, do kolejki oczywiście:-)
Wreszcie i na mój bieg przyszła pora. Na miejsce startu dotarłam akurat na rozgrzewkę, więc skrupulatnie wykonywałam wszystkie polecenia i po rozgrzewce już na nic nie miałam siły. Całe szczęście, że nie ruszaliśmy od razu, bo zanim ruszyli ci przed nami, zdążyłam złapać oddech.
Zaczęłam powoli. Potem zwolniłam. Kiedy poczułam, że nogi mam z ołowiu, zwolniłam jeszcze troszkę, ale nie przeszłam do marszu. Praktycznie od pierwszych metrów wyprzedzali mnie wszyscy. Jedyna moja nadzieja była w pani Janinie, która biegła w kategorii K-80 i w zasadzie tylko z nią miałam szansę wygrać. Na pierwszym długim nawrocie miałam okazję zobaczyć ile osób jest przede mną, a ile za mną. Nooo, nie było tak źle - między mną a karetką było jeszcze kilkanaście osób:-) Męczyłam się w tej ariergardzie gdzieś do czwartego kilometra, kiedy to nastąpił istny cud. Nagle przestały mnie boleć nogi, oddech się wyrównał i poczułam się lekka i zwinna. No to przyspieszyłam, ale nie celowo, tylko samo jakoś tak poszło. Jak na początku wszyscy mnie wyprzedzali, tak teraz ja zaczęłam wyprzedzać wszystkich. Po chwili dogoniłam zająca z czasem 1.40, którego planowałam się początkowo trzymać, ale który szybko mi umknął w siną dal. Dobra nasza. Mijałam kolejne osoby i kiedy nagle przed oczami, na plecach poprzedzającego mnie zawodnika przeczytałam 1.35 byłam zszokowana. Dogoniłam kolejnego zająca!
- Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze wygram ten bieg - pomyślałam, ale dublujący mnie biegacze szybko pozbawili mnie złudzeń. Śmigali koło mnie, że aż przeciąg się robił. Ale niech im będzie.
Mój zegarek co kilometr piskał informując mnie ile już mam za sobą, a ja przeliczałam czy daleko jeszcze. Kiedy obliczyłam, że jeszcze 500 metrów, zaczęłam z lekka (bardzo z lekka) przyspieszać, zresztą i mój zając przyspieszył. Kiedy mój zegarek radośnie odtrąbił 15 kilometrów, ja jeszcze nie miałam mety nawet w zasięgu wzroku. Moje morale gwałtownie runęło na bruk, oddech zaczął się rwać, tętno przyspieszyło, a wszystko od pasa w dół zaczęło boleć. Nie było wyjścia - musiałam zwolnić. 1.35 zaczęło się oddalać, a ja walczyłam już tylko o przetrwanie. Jeszcze na ostatnich kilkudziesięciu metrach dopingowana przez Tomka zdobyłam się na ostatni zryw i wyprzedziłam jedną zawodniczkę i wreszcie wpadłam na upragnioną metę. Ufffff.

Metaaaa!!!!!

Z medalem na szyi oczywiście od razu ustawiłam się do fotki, bo pamiątka musi być. Zwłaszcza po tak heroicznym wyczynie:-)


Kiedy już w domu porównaliśmy nasze obecne wyniki z tymi sprzed roku, ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że nie tylko nie pobiegłam gorzej, ale poprawiłam swój wynik o kilkanaście sekund. A byłam pewna, że tym razem w ogóle nie dotrwam do mety.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Bez wódki nie razbieriosz

Niepoślipka, Niepoślipka i po Niepoślipce. Jak by się to ciągnęło jeszcze dłużej, to chyba wpadłabym w alkoholizm. Bo tak: najpierw mapy - weź i zrób mapę na trzeźwo, jak nie pamiętasz działania oomappera, teren ci się nie zgadza z mapą, nie masz pomysłu na pogodzenie kategorii TT z TF, a mają być na jednej trasie, kierownik zawodów pyta co chwilę czy już gotowe, a ty w lesie (dosłownie i w przenośni).
A do tego medale. Medale gotowe jak są tanie, to są na ogół obrzydliwie brzydkie, a jak są ładne, to są obrzydliwie drogie. Poza tym ostatnio zrobił się trend medali hand made, więc i my nie mogliśmy przecież być gorsi. Z miesiąc przed Nieposlipką wymyśliliśmy, że zrobimy ceramiczne. I co? I okazało się, że miesiąc na ich wykonanie to za mało, bo procedura jest długotrwała, a do pieca do wypalania jest kolejka. Odpuściliśmy. Na drugi rzut poszła modelina. Zamówiliśmy stempel do odbijania wzorku i już po pierwszej reklamacji nadawał się do użytku. Po dwóch tygodniach testów,  butelce nalewki i wielu kieliszkach wina osiągnęliśmy w miarę zadowalający rezultat. Tyle tylko, że skończył się nam wolny czas i nie było kiedy zająć się produkcją. W końcu trzy dni przed imprezą, przy pomocy ćwiartki naleweczki naprodukowałam trochę tych medali, Tomek je wypalił i dzień przed godziną "zero" wziął się za malowanie. Bałam się, że nie wyschną, bo prototypy malowane pierwszą zakupioną farbą schną do dziś.

Ten jeszcze sobie dosycha.

Druga farba okazała się bardziej szybkoschnąca i w momencie wręczania medali, były tylko odrobinkę lepkie:-) W piątkowe popołudnie odebraliśmy wklejki do medali i wstążeczki, a łączenie tego w całość zostawiliśmy na noc poprzedzającą zakończenie imprezy. Tak żeby było troszkę adrenaliny, bo a nuż nie zdążymy...
Chciałam tę formę do medali wykorzystać jeszcze do ciastek i zrobić takie z Niepoślipeczką, ale miałam wybór - upiec ciastka, albo wykąpać się i uczesać. Nooo, dla kobiety to był dramatyczny wybór: pokazać zdolności kulinarne, czy podkreślić urodę. Uznałam, że moje zdolności kulinarne większość osób już zna, a mojej urody to jeszcze nikt nie widział, więc padło na urodę. Cóż, lepszy efekt byłby jednak gdybym upiekła ciastka... I nawet napić się już nie mogłam, bo za chwilę zaczynała się impreza, co dla mnie oznaczało tysiąc pińćset kursów samochodem.
Ale ja to sobie kiedyś odbiję....

c. d. n.

czwartek, 31 marca 2016

Medal medalowi nierówny

Załatwiamy medale na "Niepoślipkę". Wydawało mi się, że co to za filozofia - wejść na stronę www, obejrzeć, wybrać, zamówić i po sprawie. Aaaale, żeby to tak ...
Jak są ładne, to są drogie. Jak są tanie, to są obrzydliwie brzydkie, brrr...
A jak są i tanie i ładne, to wytwórcom nie pasuje forma płatności preferowana przez sponsora. A sponsorowi forma preferowana przez wytwórcę oczywiście.
Kilka dni stawaliśmy na głowie żeby to jakoś pogodzić i chyba się udało - stoimy na głowie i czekamy co z tego wyniknie:-)