piątek, 22 maja 2020

Jak to w polityce - jedna wielka Niewiadoma II

Tak się wszyscy rozpolitykowali, że niemal natychmiast trzeba było zorganizować kolejne spotkanie przedwyborcze i już następnego dnia pojechaliśmy do Olszewicy, żeby przeanalizować programy wyborcze innych kandydatów. Znowu tak się dziwnie złożyło, że miejsce obrad było na skraju lasu, a w lesie wisiały urny. Taka polityka to nam się bardzo podoba.
Tym razem do przeanalizowania mieliśmy 23 punkty, z czego część była dość wzniosła i wręcz przypominała mi pagórkowato-wydmowy krajobraz. Przestawienie się z punktu drugiego na trzeci wręcz powaliło mnie na ziemię, szczególnie kiedy zobaczyłam w jakim stylu mistrzowie rozprawiają się z tym dylematem i zachciało mi się dorównać im szybkością. A trzeba było więcej patrzeć pod nogi, a mniej w program wyborczy. Jakoś pozbierałam się z upadku bez większego uszczerbku na zdrowiu, bo już na honorze to i owszem.
Podobnie jak poprzedniego dnia wciąż na prowadzenie wychodził mi kandydat centrum, bez żadnych znaczących odchyłek w lewo czy w prawo. Nawet między punktem piątym a szóstym, znacznie od siebie oddalonymi światopoglądowo, zachowałam wzorcową równowagę. Podobnie między punktem dziewiętnastym, a dwudziestym trzymałam się twardo swojej linii ideologicznej.
Nie jestem dość silna w podążaniu za myślą polityczną, dlatego cały program był dla mnie nie lada wyzwaniem, aż się spociłam jak mysz w połogu. Długo trwało zanim dotarłam do ostatniego punktu programu i niewiele brakowało, a organizatorzy wykasowaliby mi go, bo spotkanie przedwyborcze już się zaczynało kończyć. Tomek, który znacznie wcześniej dotarł do celu, własną piersią bronił dla mnie tego ostatniego punktu. Taaak, chyba koniecznie muszę potrenować szybkie czytanie...

Zbliżam się do ostatniego punktu programu wyborczego.


Uff, dotarłam do mety.

Pamiątkowe pod urną:-)

czwartek, 21 maja 2020

Sobotni wiec wyborczy w Wesołej.


Ostatnio trochę zaangażowaliśmy się w politykę. Tak na okoliczność niedoszłych przyszłych wyborów. W sobotę w Wesołej odbyło się spotkanie wyborcze i tak się dziwnie złożyło, że wielu znajomych orientalistów też się tam wybierało. Ale to chyba zupełny przypadek. Nawet nasza córka wykazała zainteresowanie polityką, ale skusiła się tylko na krótki program wyborczy. Młodzi to nie mają cierpliwości tyle czytać…
My zapisaliśmy się na debatę o najwyższej liczbie punktów do przedyskutowania, dlatego na miejsce przyjechaliśmy dość wcześnie i nawet nie mieliśmy okazji spotkać dawno nie widzianych znajomych. Ale izolacja, to izolacja. Szybko pobraliśmy przynależne nam programy wyborcze i postanowiliśmy zapoznać się z nimi podczas spaceru po lesie, żeby uniknąć tłoku i mieć więcej przestrzeni. Ot, takie dwa w jednym. Organizator dla zrobienia na nas wrażenia zaszalał do tego stopnia, że w lesie porozwieszał takie małe urny. Ma człowiek gest!
Od razu mieliśmy pod górkę, bo aczkolwiek pierwszy punkt łatwy do zrealizowania, to pewne przeszkody trzeba było pokonać. Zaczęłam powoli, ale potem poszło szybciej. Muszę przyznać, że otrzymany program trochę mnie zdołował – dołki, doły, obniżenia – czy kandydat nie cierpi czasem na depresję? Może lepiej na niego nie głosować? Chociaż z drugiej strony każdy kolejny punkt programu okazywał się łatwy do realizacji. W przenośni można rzec – szłam od punktu do punktu jak po sznurku. Punkt szesnasty musiałam chwilkę dłużej przeanalizować, ale stosunkowo szybko się z nim uporałam. Co ciekawe, okazało się, że pojawiające się wcześniej u mnie odchyłki prawicowe całkowicie zanikły, lewicowe się nie objawiły (to domena Tomka) i tym sposobem okazało się, że powinnam zagłosować na kandydata centrum. Ot i jaka owocna ta debata się okazała!
Ponieważ wszystkie punkty analizowałam powoli i dogłębnie, to oczywiście zajęło mi to sporo czasu. Kiedy wróciłam do miejsca wydawania programów wyborczych  Agata z Tomkiem już na mnie czekali. Analiza dziewiętnastu punktów programu zajęła mi ciut ponad półtorej godziny, ale były osoby, którym zajęło to jeszcze więcej czasu.
No i patrz pan - wcale ta polityka nie jest taka nudna!

 Przy urnie, z programem wyborczym w garści:-)

piątek, 15 maja 2020

Długie Dęby Gajowego

W niedzielę postanowiliśmy zaliczyć normalną trasę, do której dodatek zrobiliśmy w sobotę, czyli pojechaliśmy w to samo miejsce.  Po krótkich perturbacjach żołądkowych trwających miedzy parkingiem, a startem (stres???) ruszyliśmy. Już na pierwszy punkt każde z nas wybrało inny wariant dobiegu - ja naokoło drogami, Tomek na azymut przez las. Widziałam go jak pomykał między drzewami i nie mogłam wyjść ze zdziwienia po co najpierw leci na dziesiątkę. On też nie mógł podobno, jak już się zorientował gdzie jest. Dogonił mnie przy dwójce, więc zrobiliśmy sobie wzajemnie fotki na pamiątkę pobytu na PK 2:-)

 Dobieg do punktu.
 
 Tomek "podbija" punkt.

Ponieważ do dwójki szło się przez okropne bruzdy, to już na kolejny punkt postanowiłam lecieć przecinkami, trochę naokoło, ale na pewno szybciej. Tomek wolał męczyć się wśród bagiennej roślinności, którą miał na azymucie. Co kto lubi.
Do piątki każdy kolejny punkt był w coraz większej odległości i trochę się bałam, czy się nie pogubię, ale na szczęście dużo dało się biec drogami. Fakt - naokoło, ale biorąc pod uwagę podłoże (a to bruzdy, a to pościnane gałęzie) i górki na azymucie, to chyba nie najgorzej wyszłam na tym obieganiu. Szczególnie, że trafiałam bezproblemowo.
Szóstka była już po drugiej stronie drogi przy której parkowaliśmy, za to nie było nawet najmarniejszej ścieżki i trzeba się było przedzierać przez zielone. Siódemka znowu daleko i gdzie się dało korzystałam z przecinek. To najwyraźniej nie był dzień na azymuty:-) Do ósemki zniosło mnie - o dziwo! - w lewo i aż musiałam wyjść na drogę za punktem, żeby zorientować się gdzie jestem. Tomek też miał problemy z ósemką, ale jego - dla odmiany - zniosło w prawo. Dziewiątka była bliziutko i bez problemu, a na dziesiątkę autor trasy zrobił rekordowy przebieg - przez 3/4 mapy. Aż mnie nicość ogarnęła jak to zobaczyłam. Oczywiście znowu skorzystałam z przecinek, a dobiegając do drogi, przy której parkowaliśmy tak się łudziłam, że może Tomek już jest przy samochodzie i da mi łyk wody. Niestety, autko było zamknięte, więc z bólem serca poleciałam dalej. Od drogi na dziesiątkę można było skrótem przez górkę, ale nie chciało mi się i wybrałam wariant naokolny, za to skuteczny. PK 11, 12 i 13 weszły bezproblemowo, wreszcie na azymut, niemal po kresce. Ale już bez biegania.
Ponieważ meta była w miejscu sobotniego startu, więc byłam pewna, że trafię bezproblemowo i nawet nie ustawiałam azymutu, tylko poleciałam przed siebie. Wszystko było tak jak w sobotę, tylko mety nie było. W końcu przypomniało mi się, że i w sobotę mieliśmy problem z jej znalezieniem i najlepiej to przeczesać okoliczne zagłębienia, aż do skutku. Pomogło. Odhaczyłam metę i teraz już całkiem na spokojnie mogłam wrócić do samochodu. Ufff. Znowu się udało:-)

 Powrót z mety. Biegiem - dla fasonu.

Na koniec obowiązkowe rozciąganie!

 A tak nam to wyszło na trasie - moje czerwone, Tomka niebieskie:

 

sobota, 9 maja 2020

Mikro czy jak to zwał

Czas zarazy, to czas biegania. Ostatnio zrobiła się mała przerwa, bo jak to biegać w deszczu? My biegamy dla przyjemności! Gdyby to były jakieś zawody….

W każdym razie od czwartku zaczęliśmy znowu biegać. Na rozgrzewkę jakieś marne 10 km, potem w piątek miało być ciut więcej. Postanowiliśmy zobaczyć sławetne Mosty Kalińskie. Całkiem znośnym tempem dobiegliśmy do Ossowa i ruszyliśmy na wschód w stronę rezerwatu. Wkrótce pojawiły się czerwone tablice informacyjne, tyle, że nie mając mapy na czuja biegliśmy szukając drogi w prawo, by zawrócić do Zielonki. Dla ścisłości do Ossowa było 6 km, a tu biegniemy dwa kilometry oddalając się od domu i nic. Na szczęście gdy już gotowi byliśmy zawrócić, pojawiła się droga w prawo. Co tu dużo mówić – bez mapy, trochę na około zrobiliśmy dobrze ponad 16 km. Po kilkudniowej przerwie od biegania! W następstwie tego mając w sobotę do wyboru kilka tras TNCZ wybraliśmy taki krótki mikro sprint po Dębach Gajowego. Okolice owych Dębów Gajowego swego czasu zwiedzaliśmy nocą na Nocnych Manewrach SKPB, więc można powiedzieć, teren dosyć dziewiczy dla nas.

Popołudniem pojechaliśmy w stronę Nieporętu. Miejsce startu znane, obok baru na górce. Właściwie to miejsce mety, bo start był kilometr od mety. Wyszliśmy z auta i powlekliśmy się na start. Po drodze wielkie piaszczyste góry, lasy w odróżnieniu od Górek Radzymińskich suche, piaszczyste, pełne uschłych gałęzi po przecinkach. Po chwili poszukiwania znaleźliśmy wielki dół ze startem. Renacie pierwszej odpikał telefon, więc ruszyła na trasę. Ja jeszcze chwilę powalczyłem ze swoim telefonem i ruszyłem za nią. Dopadłem ją przy PK 1 i wyprzedziłem biegnąc do PK 2. Teraz zwrot w lewo ku kolejnemu wyschniętemu mokradłu. Droga, a za nią powinno być to mokradło. Niby coś jest, ale takie mało mokre. Dopiero po chwili załapałem, że zniosło mnie w lewo. W efekcie Renata na PK 3 była pierwsza. Na PK 4 ja byłem pierwszy. Przy PK 5 nie widziałem jej za sobą – dobra nasza! PK 6 na kopczyku, ale w terenie tych kopczyków było znacząco więcej. Grunt że telefon odpikał! Do PK 7 znowu zniosło mnie w lewo, ale skorygowałem, bo wpadłem na drogę, od której mogłem się namierzyć. PK 8 zaraz niedaleko, za gęstwinką, w dołku. Jest gęstwinka, jest dołek. Wprawdzie w gęstwince, ale wiadomo - gęstwinki po deszczu się rozrastają. Jeden dołek, drugi, rów i nic nie pika, ani nie ma wstążeczki. Patrzę na mapę i wyraźnie chodzi o dołek poza gęstwinką. W oddali na górce miga mi biała koszulka Renaty. Ona już jest na PK 8? Biegnę tam - jest dołek ze wstążką i telefon pika. Jak pokazał później ślad – niecałe 100m biegłem ponad 4 minuty. Nieźle!

Zniechęcony biegnę dalej. Przy PK 9 znowu doganiam Renatę. Do PK 10 pod górkę, więc znowu zdobywam przewagę. Teraz do PK 11 - najdłuższy przebieg. Zamiast grzbietem biegną na azymut i znowu ląduję na lewo od PK. Chwilę szukam go nie na tej górce co trzeba. Coś mi dzisiaj nie idzie;-(

PK 12 i PK 13 w obniżeniu, gdzie biegać się nie da. Teraz pod największą górę. Tu już nie da się biec, trzeba mozolnie piąć się w górę zakładając obozy pośrednie;-) PK 14 zdobywam idealnie. Ostatni PK 15 – decyduję się zbiec lepszą drogą i ciut nadłożyć kosztem przedzierania się przez kolejne wzniesienie. I jeszcze dobieg do mety, który brutalnie przerywa wał ułożony ze ściętych gałęzi. Oj, w takim terenie to żadne bieganie;-( 

W efekcie z nominalnych 2,7 km zrobiłem 4 km. Jak pokazują wynik + 52% dystansu. Ciekawe ile mi wyjdzie jutro jak pobiegniemy na trasę długą…. Może od razu ustawić sobie za wyzwanie "półmaraton" w Stravie?
Meta!!!!

Górki Radzymińskie - średniodystansowy powrót

Tak się nam spodobały te Górki Radzymińskie, że następnego dnia postanowiliśmy zrobić powtórkę, ale trochę dłuższą, czyli middla. Mój udział co prawda stał pod znakiem zapytania, bo coś mi weszło w plecy, ale postanowiłam w najgorszym przypadku przespacerować się przez kilka punktów. Ponieważ mapa była w skali 1:10000, czyli dla moich oczu nieczytelna bez lupy, Tomek wydrukował mi ją powiększoną, ale za to na dwóch kartkach.
Zaparkowaliśmy przy mecie i na start musieliśmy podejść jeszcze dalej niż poprzedniego dnia. Najbardziej ciekawiła mnie zaznaczona na mapie rzeczka przecinająca teren zawodów na pół. Idąc na start musieliśmy ją przeciąć i okazało się, że to zwykły rów i do tego suchy. Gdyby był wypełniony wodą na full pewnie stanowiłby problem, ale na szczęście mogliśmy się tym nie martwić.
Wystartowałam pierwsza. Do czwórki leciałam niemal po prostych na azymut i dwukrotnie musiałam przeskakiwać tę niby rzeczkę, czy rów. Przed trójką to nawet było dość głęboko, z wodą też pewnie próbowałabym jakoś przejść, ale mogło by być ciekawie:-).
Gdzieś tam przed czwórką dogonił i oczywiście przegonił mnie Tomek. Jeszcze kawałek za czwórką widziałam jego plecy i najwyraźniej ten widok mi zaszkodził, bo zdekoncentrowałam się i pomyliłam w liczeniu dróg. Może to i dziwne mieć problem z liczeniem do trzech, a jednak... Dołek z PK 5 powinien być kawałek za trzecią drogą, ja w swoim zagapieniu zaczęłam szukać już za drugą. Akurat teren był podobny, więc nic nie wzbudzało u mnie podejrzeń. Oprócz braku punktu. W końcu postanowiłam pobiec drogą do zabudowań i od nich się namierzyć. A przy zabudowaniach okazało się, że obok jest jeszcze jedna droga i to najwyraźniej ta właściwa.
 
 Taką uroczą taśmą były oznaczone w terenie punkty kontrolne.

Do szóstki i siódemki tradycyjnie zniosło mnie w prawo, ale po ukształtowaniu terenu szybko skojarzyłam gdzie lecieć, więc nawet trudno powiedzieć, że się zgubiłam, bo nie. Kolejne punkty praktycznie nie sprawiły mi już żadnych problemów, choć ilość poziomnic trochę mnie deprymowała i dobrze musiałam się skupić, żeby te nieregularne linie zamienić w wyobraźni w górki i obniżenia. Sporo punktów, podobnie jak poprzedniego dnia, było na kopczykach, którymi cały teren jest usiany.
Na PK 23 BPK w moim telefonie uprzejmie poinformował mnie, że przekroczyłam jakiś tam limit czegoś i on w związku z tym dłużej nie pracuje i idzie sobie do domu, czyli fajrant. No ale jak to? Ja w środku lasu sama, to kto mi powie czy jestem na punkcie, czy nie??? A jak na jakimś punkcie nie będzie taśmy, a ja nie będę pewna, czy jestem w dobrym miejscu??? No tak się nie robi ludziom! Na szczęście taśmy wszędzie były, a ja trafiałam na punkty bezbłędnie, aczkolwiek bardzo powoli. O bolących plecach co prawda zapomniałam zaraz po starcie, ale bieganie po pofałdowanym terenie nie jest moją mocną stroną. Zresztą im wolniej, tym dłużej przyjemności:-)
Tomek spodziewał się mnie na mecie jeszcze później i trochę go zaskoczyłam swoim pojawieniem się. Co sił gnał pod drzewo metowe, żeby zdążyć cyknąć mi fotkę. O tę:

To miał być gest radości, a nie poddawania się:-)

Jak ktoś jeszcze nie był w Górkach Radzymińskich, to bardzo, bardzo polecam! Przepiękny teren!

środa, 6 maja 2020

Górki Radzyminskie - sprint (teoretyczny)

W tygodniu dużo biegaliśmy tak zwyczajnie po lesie, więc w sobotę postanowiliśmy pozwolić sobie na rarytas i pobiegać na orientację. Akurat TnCZ zaproponowały nowe/stare trasy w okolicach Radzymina, więc po południu wybraliśmy się zmierzyć z Górkami Radzymińskimi. Padło na krótki sprint, bo znowu byłam trochę obolała i zmęczona.
Zaparkowaliśmy koło mety i na start trzeba było kawałeczek podejść. Już na tym krótkim odcinku byliśmy oczarowani urodą tego miejsca, a Tomek od razu zaczął cykać fotki.

W drodze na start robiliśmy skoki na boki.

Tym razem Tomek ruszył pierwszy, bo nagle i niespodziewanie odpipał mu się start (biegaliśmy na BPK-a), więc nie chciał tracić cennych sekund. Po chwili potrzebnej na ogarniecie się, pognałam za nim. Ponieważ coś go zniosło z dwójki i chwilę krążył, spotkaliśmy się na punkcie i do trójki lecieliśmy niemal łeb w łeb. Czwórka nie chciała mi się odpipać, mimo że znalazłam szarfę, więc chodziłam chwilę wokół punktu. Ostatecznie nigdzie mi się nie spieszyło. Z tym odpipywaniem to miałam ciągle problemy, bo albo nie chciało, albo pipało nie tam gdzie wisiała szarfa. Ale konsekwentnie (aczkolwiek długo) łaziłam dookoła punktów aż oba warunki - pip i szarfa - były spełnione.
Większość punktów była na kopczykach, których w terenie było zatrzęsienie, chyba dużo więcej niż na mapie. Co dziwne, część punktów w terenie była oznaczona na niewielkich kupkach ziemi, podczas gdy obok piętrzyły się dużo konkretniejsze kopce.
Na dwunastce i trzynastce z lekka poległam. Tradycyjnie zniosło mnie w prawo i szukałam nie tam gdzie trzeba. Nawet niespecjalnie mi to przeszkadzało, bo sam pobyt w lesie był przyjemnością, więc godzinę dłuższe szukanie, to godzina więcej przyjemności - prawda? Długi przelot z dwunastki na czternastkę dla pewności jednak zrobiłam drogą, bo na takim odcinku moja prawostronna odchyłka mogłaby być już spora. A na piętnastce to już popłynęłam na całego. W bardzo ogólnym zarysie wiedziałam gdzie jestem, bo widziałam szereg domków letniskowych, ale znalezienie jednego dołka w tym zarysie okazało się niemożliwe. Po jakimś czasie kręcenia się w kółko postanowiłam jednakowoż namierzyć się od czegoś konkretnego i padło na róg ogrodzenia. A że róg ogrodzenia był bardzo, bardzo daleko... No to co? Przecież się nie pali:-) Do samego rogu co prawda nie doszłam, ale mając go w zasięgu wzroku ustawiłam mniej więcej azymut i o dziwo - udało mi się trafić, gdzie trzeba. A jak kurcze ustawiam nie na oko, to mnie znosi. Gdzie tu sens i logika?
Przez trzy kolejne punkty żarło dobrze, pominąwszy oczywiście rozbieżność miedzy szarfą a pipaniem, a potem znowu sknociłam. Na osiemnastce rzuciłam niedbale okiem na mapę i stwierdziwszy, że łatwizna, bo na rogu pobliskiego budyneczku, poleciałam do tego, który zauważyłam jako pierwszy. Nawet nie zhańbiłam się określeniem kierunku - budynek, to budynek. Co ja się nałaziłam dookoła żeby wymusić pipnięcie... Już chciałam to załatwić siłowo, ale system podpowiedział, że jestem za daleko od punktu. Dopiero teraz  dokładniej obejrzałam mapę i okazało się, że obok jest drugi budynek. Ten już okazał się właściwym.
Do końca pozostała mi tylko pętelka od PK 21 do 25, punkt za drogą i już meta. Przed PK 21 spotkałam Roberta K., który nic nie wiedząc o trasie, akurat tu wybrał się z rodziną na spacer. Ponieważ na parkingu spotkał Tomka, który był już po biegu, wziął od niego mapę i coś tam sobie powolutku rzeźbił.
Znowu zeszło mi z lataniem dookoła punktów w oczekiwaniu na pipanie, bo szarfa sobie, pipanie sobie. Za PK 25 już czekał z aparatem Tomek, a właściwie czekał już od dawna, tylko ja tak się ślimaczyłam.

Lecę, już lecę przecież....

Jeszcze został tylko punkt za drogą, tuż obok samochodu i meta - ciut dalej na pustym polu, pod drzewem.
Ten krótki "sprint" zajął mi niemal godzinę, podczas gdy Tomkowi jedynie pół. Wziąwszy pod uwagę piękne okoliczności przyrody, fajną pogodę i chwilę oderwania się od epidemii, to kto był wygranym w tych zawodach? No, oczywiście, że ja! I w sumie to nawet żałowałam, że tak szybko wróciłam na metę.


Meeetaaa!!!

sobota, 25 kwietnia 2020

Powrót na TnCZ - Wesoła

Ledwo odwołali zakaz wstępu do lasów, a już pojawiły się nowe trasy na orientację. Autorzy tras wykazali się najwyższą czujnością, więc i my - uczestnicy - nie mogliśmy być gorsi. Dobrze się złożyło, że znowu trafiła się trasa blisko nas, w Wesołej, więc we wtorek po południu podjechaliśmy przetestować ją. Ja co prawda miałam obolałe nogi po poniedziałkowym bieganiu w zielonkowskim lesie, ale ostatecznie nigdzie mi się nie spieszyło i trasę w Wesołej mogłam nawet przejść spacerkiem. I w zasadzie tak się stało, nie tylko z powodu kondycji, ale i masy gałęzi jakie leżały pod nogami i utrudniały bieg. Bo wiecie, ja to tylko na azymut, choćby ścieżka była metr obok:-) Zauważyłam, że trochę odwykłam od biegania przełajowego, bo ostatnio więcej było po ścieżkach i drogach. Z nawigacją na szczęście nie było jeszcze najgorzej, chociaż przy szóstce pogubiłam się koncertowo. Mapa a teren to były dwie zupełnie różne sprawy i nijak nie mogłam ich połączyć w całość. Oczywiście szukałam o jedną, niezaznaczoną na mapie, ścieżkę wcześniej. Poza tym - spoko.
Ponieważ na start musieliśmy dojść terenem miejskim, zaopatrzyliśmy się w obowiązkowe maseczki. Po kilku próbach uszycia maseczek z różnych materiałów, najlepsze okazały się te zrobione z cienkiego buffa, a ponieważ miałam kilka z nocnych manewrów, więc intensywnie reklamujemy zaprzyjaźnioną imprezę:-)

 Start i meta na początku rolkostrady.

W lesie dramatyczna susza, trochę spacerowiczów, sporo śmieci, no i te gałęzie. Ale człowiek spragniony lasu cieszy się w każdych warunkach:-) Szczególnie, że z powodu tej suszy pewnie lada dzień znowu wprowadzą jakieś zakazy, tym razem już uzasadnione.

 Zbliżam się (statecznie) do ostatniego punktu.

Tradycyjnie Tomek czekał na mnie na ostatnim PK, żeby cyknąć fotkę z trasy:-) Poza tym chyba mu się nudziło, bo na mecie był jakieś pół godziny przede mną, mimo że wyruszyliśmy razem. Już nawet podobno zaczął tracić nadzieję na mój powrót.

 
Zakaz korzystania wciąż wisi. Na wszelki wypadek?

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Zanim zamknęli las...

Znowu okazało się, że w czasie homeworking i ograniczeń w przemieszczaniu się ciągle brakuje czasu na wszystko. Nawet na pisanie na bloga. Zanim definitywnie zamknęli nam lasy zdążyliśmy jeszcze "zaliczyć" TNCZ w Lesie Sobieskiego.

Jadąc do Wesołej na rondzie przy ASzWoj zobaczyliśmy gnającą na rowerze znajomą zieloną koszulkę. Okazało się, że to Bartek, który także nas dostrzegł i pomachał z daleka.

Ta część lasu była przez nas dawno nie odwiedzana. Gdzieś tu był jeden z pierwszych ZetPeKów, ten na którym narodziła się Chrumkająca Ciemność;-). Krótkie przygotowanie i poszliśmy w las. Renata jak zwykle pierwsza.

Pa pa - do zobaczenia na mecie!
Mi trochę czasu zeszło zanim załapał GPS i uruchomiłem BePeKa, ale Renatę dogoniłem już na pierwszej górce. Coś jej wyraźnie nie szło szybkie przemieszczanie się po lesie. Wyglądało jakby szukała PK 1 stanowczo za wcześnie. Chwilkę ją podopingowałem i pobiegłem dalej. PK 1, PK 2… Przed PK 3 trafiłem na jakieś nielegalne leśne zgromadzenie – dwuosobowy biwak czy jakoś tak- obiegłem łukiem, by nie przekraczać dozwolonej liczebności zgromadzenia. PK 4, 5 i powrót do PK 4/6. I niestety nie trafiłem. Może dlatego, że nie było już tego nielegalnego biwaku. No cóż, bywa - oby nie więcej takich błędów. PK 7 daleko, ale dobrze trafiony. I na tym skończyło się szczęście.

Anomalie naniesione na mapę :-)
Nie wiem czemu, ale na tym terenie zawsze mnie znosi w lewo - dziwne, że nie w każdym miejscu, ale w wielu obszarach tak. Chyba z 10 minut szukałem charakterystycznych dołów z PK 8! Odbiłem sobie biegnąc na PK 9,10 i 11 prawie po kresce, ale tu po drodze były charakterystyczne elementy, po których można było nawigować. Przy PK 12 znowu zniosło mnie w lewo (kiedyś tu był PK zdaje się, że na Wiosennym 360 i wtedy także znosiło w lewo). Kolejna wpadka to PK 14 – szukałem tego (lub sąsiedniego dołka) na ostatnich WesolInO – tym razem znowu na 200m zniosło mnie ze 150m w lewo! Chyba będę musiał zrobić mapę Wesołych Anomalii Magnetycznych kiedyś;-) Jak łatwo się domyślić, podobnie zniosło mnie na kolejnym PK 16. Dalej było łatwiej, bo zaczęły się charakterystyczne elementy w terenie.

Wyszło 79 minut biegania i 9,5 km zamiast 7,4. Prawie 30 % więcej- niezły narzut.
Wyniki w GPS Orienteering

Zostało mi jeszcze poczekać ze 20 minut na Renatę. Jak wysłaliśmy wyniki na serwer – okazało się, że spotkany wcześniej Bartek wracał z Wesołej i biegł tą samą trasę! Jaki ten świat jest mały!

piątek, 3 kwietnia 2020

Popowo - nowy rekord długości trasy!

Po nieudanym ZawOrze Tomek w ramach pokuty pomalował pokój, a ja w zamian zrezygnowałam z zamiaru zabicia go. Znaczy Tomka, nie pokoju. W piątek wieczorem byliśmy już pogodzeni i planowaliśmy kolejne BnO. Postanowiliśmy zaliczyć w sobotę Popowo, a w niedzielę w zależności od stanu zmęczenia - albo kolejną orientację, albo zwykłe pobieganie koło domu. Żeby uniknąć kontaktu z wirusami postanowiliśmy w sobotę pojechać bladym świtkiem, kiedy spacerowicze jeszcze śpią. Wstaliśmy koło szóstej, ale zanim się zebraliśmy i dojechaliśmy była już ósma. Na spacerowiczów na szczęście to i tak było za wcześnie:-)
Ponieważ trasę wybieraliśmy sobie sami (scorelauf), to ja postanowiłam pobiec zgodnie z ruchem wskazówek zegara, a Tomek wręcz przeciwnie. No wiecie, żeby nie było zgromadzenia:-)
Pierwszy punkt (kod 62) wydawał się łatwy, więc ruszyłam jak po swoje. Biegło się fajnie, natrafiłam na serię dołków i niepokoiło mnie tylko jedno - moje miały być na płaskim, a ja cały czas byłam tuż przy górce. A kiedy dobiegłam do ścieżki, której nie powinno być w tym miejscu, to całkiem zwątpiłam. Postanowiłam wrócić na start i zacząć od nowa. Trochę obciachowo, ale co zrobić? Na szczęście wybiegłam na skrzyżowanie. które zidentyfikowałam na mapie i namierzywszy się od niego w końcu znalazłam punkt. Też mnie trochę zniosło (jak zawsze w prawo), ale wyczesałam.

 Walka z pierwszym punktem.

Do kolejnego punktu (56) pobiegłam drogami, ale na szczycie górki zamiast zrobić kilka kroków w prawo, zrobiłam kilkaset w lewo, aż dotarło do mnie, że górka się kończy, a punkt ma być na wierzchołku.
Coś nie najlepiej się ten bieg zaczął, ale w końcu przyjechałam tam dla relaksu, a nie dla ścigania się, więc niespecjalnie się przejmowałam. W końcu do wieczora tym razem było bardzo daleko:-)
Kolejne dwa PK (47 i 65) znalazłam bez problemu, żeby znowu utknąć przy kolejnym - 59.  Oczywiście znowu zniosło mnie w prawo, ale szybko skorygowałam, bo górka, u podnóża której miał być punkt, była widoczna z daleka. 48 weszło z marszu, a przy 64 zrobiłam niewielkie kółeczko, zanim zauważyłam, że mam szukać obniżeń, a nie górek. Ot, ślepota.
O tym, że z 61 będą problemy wiedziałam od razu, jak tylko popatrzyłam na mapę. Mapa z 1999 roku nie oddawała poprawnie ścieżek, więc liczenie, w którą z kolei mam skręcić mijało się z celem. Prawdę mówiąc nie miałam pomysłu jak zajść ten punkt, więc postanowiłam iść tak na oko. Natrafiłam na jeden kopczyk, potem drugi i trzeci. Mini lampioniku nie znalazłam, BPK też mi nie zapipczał, więc szukałam dalej. Zapipczało w jakimś totalnie abstrakcyjnym miejscu, gdzie w ogóle w zasięgu wzroku nie było żadnego nawet mikro kopczyka. Tomek twierdzi, że to raczej zapipczal mi zegarek informując o kolejnym kilometrze, a ślad pokazuje, że pierwszy ze znalezionych kopczyków był właściwy. W każdym razie po zapipczeniu odpuściłam i ruszyłam na kolejny punkt. Planowałam lecieć na 57 korzystając ze wszystkich dostępnych dróg. W pobliżu punktu, kiedy już miałam zejść w las, spotkałam Tomka. On był już na nawrocie, ja do najdalszego miejsca na mapie miałam jeszcze cztery punkty. Spotkaliśmy się dokładnie miedzy PK 57 a 53 , więc postanowiliśmy razem pobiec na 53, a potem każde do swojego kolejnego.

 W okolicy PK 53

Trzy kolejne punkty weszły gładko, chociaż 41 gdzie indziej miał znacznik, a gdzie indziej pikał BPK i chwilkę musiałam pobiegać po okolicy, bo w przypadku skorelaufu nie wiedziałam jak ręcznie wymusić na telefonie podbicie punktu. W końcu udało się i radośnie pobiegłam na 42, który wydawał się łatwy i bezproblemowy. Doleciałam ścieżką do skrzyżowania i namierzyłam się z niego. Punkt miał być jakieś 100 metrów dalej, czyli łatwizna. No, niestety - nie. Znowu zniosło mnie w prawo, a potem tak się zamotałam, że zamiast 42 zaczęłam szukać 41, co oczywiście nie miało żadnych szans powodzenia. Nawet kiedy już się opamiętałam, wcale nie tak od razu trafiłam na właściwe miejsce. Ten punkt to mnie trochę wkurzył, bo niby taki łatwy, a za cholerę nie szło trafić.

 Wędrówki krajoznawcze wokół 42.

 Wydawało się, że limit błądzeń mam już wyczerpany, no bo ile można? A jednak: Polak potrafi! Z 42 poleciałam na wschód do dużej drogi, ale zamiast skręcić w nią w lewo i po jakiś 250 metrach w prawo, ja skręciłam w prawo, od razu w lewo, a na widok roślinności typowo wodnej byłam pewna, że dotarłam we właściwe miejsce. W końcu na mapie biegowej żółte, a żółte w niebieski wzorek, to przecież prawie to samo, nie? Z uporem godnym lepszej sprawy kręciłam się przy bagienku z punktem 53, tylko od jego drugiej strony i jakoś nie widziałam w tym nic niestosownego. Kiedy w końcu, całkowitym przypadkiem, trafiłam na skrzyżowanie dwóch większych dróg ogarnęłam się, bo na mapie w pobliżu było tylko jedno takie miejsce. Całkiem głupio szukałam tego 43, aż mi samej ciężko uwierzyć.

 Tu już chyba trochę przegięłam.

 Od ruszenia na trasę mijały już dwie godziny, a ja byłam tuż za nawrotem i przede mną jeszcze 11 punktów. Jak to dobrze, że wyruszyliśmy tak wcześnie - dawało to szanse na powrót na metę przed zmrokiem. Chociaż po dotychczasowych doświadczeniach wcale nie miałam stuprocentowej pewności:-)
Los na szczęście sam uznał, że już przegiął i postanowił na chwilę spauzować, dzięki czemu kolejne siedem punktów zdobyłam bez żadnych problemów.
Przed punktem 55 dostałam sms-a od Tomka, że już jest na mecie i będzie czekał na mnie przy 51. Kiedy mu odpisałam, że dopiero zbliżam się do 55 postanowił czekać na PK 63, ale kazałam mu wrócić do samochodu, bo co chłopina ma pół dnia siedzieć w lesie, a potem spotkać wkur....ą żonę.
Przy PK 44 natrafiłam na łosia. Był już z lekka nadgryziony zębem czasu, a pewnie i innymi zębami. Ponieważ widok nie był zbyt estetyczny, to z punktu wolę dać taką fotkę:

 PK 44 - bajorko z padliną.

 Ponieważ już zbyt długo szło mi za dobrze, w końcu musiało się popsuć i padło na punkt 60. Znowu niby prościutki, ale ja minęłam go o kilka metrów i poszłam szukać tam, gdzie go na pewno nie było. Ale też dołków w okolicy był urodzaj, więc było w czym przebierać. Kiedy mi się wreszcie znudziło, po prostu wyszłam na drogę, dobiegłam do ścieżki prowadzącej na punkt i zgarnęłam go bez problemu.

 Uczciwie obejrzałam wszystkie dołki w okolicy - nie powiem, całkiem ładne.

To już na szczęście było moje ostatnie błądzenie, ale za to potem znowu były górki, a ja miałam już dość wszystkiego, padałam na pysk, a na trasie byłam już trzecią godzinę. Jak na mecie popatrzyłam na zegarek, to nie mogłam uwierzyć własnym oczom - prawie osiemnaście kilometrów. Chyba pobiłam wszelkie rekordy na tej trasie!
I to się nazywa uczciwe wybieganie!

środa, 1 kwietnia 2020

Zaw-Or czy 10 x Solo?

Ten Coronovirus spowodował, że ZAW-OR (tak dla ścisłości - druga impreza InO, na której byliśmy, więc mamy sentyment) zamieniła się z ZAW-OR na Solo. ZAW-OR solo tak się to nazywa. Czyli BnO korespondencyjne. Co ciekawe, w lesie koło mojej pracy. W lesie, w którym nigdy nie byłem.

Udało mi się wyciągnąć Renatę – mieliśmy tak mniej więcej 1,5 godziny do nocy. Trasa D czyli 8,4 km po kresce – raczej skończę po ciemku, ale Renata w wersji C 6, 3 km powinna się wyrobić do zachodu słońca (o ile się nie pogubi). Do tego BePeK czyli telefon pikający, gdy znajdziemy właściwe miejsce. Powinno się udać;-)

Oczywiście na start lekko pobłądziliśmy, ale to normalne dla orientalistów – my nie ufamy nawigacji! Na starcie ze dwa auta, ktoś rusza w las (pod stromą górę). W aucie jakaś znajoma twarz (po kilku dniach skojarzyłem – znajoma z Jagi-Kory). Renata leci pierwsza. Ja kilka minut za nią. Właściwie biegnę za jakąś obcą biegaczką – nie wiem, czy zaworową czy inną – bo teren fajny do biegania- wydmy i to całkiem wysokie (dla porządku w bezpiecznej odległości kilku metrów). Dobiegam w okolice PK 1 i znajduję dołek bez lampionu. Mają być znaczniki trójpolowe. W mojej wyobraźni to lampiony przestrzenne – także mają trzy pola! Po chwili analizy wydaje mi się, że jestem ciut za daleko. Z oddali macha Renata, że ma lampion. Podbiegam – jest ( po analizie śladu stwierdzam, że lampion stał w innym miejscu niż na mapie, ale mapa nie oddawała tu dobrze terenu). Ciężko się wpisuje kod na kartę startową z kompasem na kciuku… Oj widzę, że będzie to długi bieg!

Na PK 2 na azymut, po kresce – pięknie przebieżny las, bieg w kierunku zachodzącego słońca – dlatego kocham Biegi na Orientacje – właśnie dla takich chwil. Punkt znowu pierwsza znajduje Renata, ale byłem tuż koło niego. Może jednak wyrobię się za dnia?

Gdzieś przy PK2

Na PK 3 także dobrze, może nie po kresce, ale trafiam na miejsce charakterystyczne, gdzie do lampionu doprowadza mnie rów. Jest dobrze! Wybiegając z PK 3 widzę jeszcze Renatę. PK 4 także wchodzi dobrze – ciągle bieganie po kresce. PK 5 chwilkę szukam właściwego dołka, ale ciągle mam szansę wyrobić się za dnia! Na PK 6 muszę przebiec przez wydmę. Staram się podbiegać, ale wolno idzie – kwarantanna sprzyja bieganiu, więc w tym tygodniu mam już sporo kilometrów w nogach! PK 7 na spokojnie i ruszam na PK 8. Tu niestety – niedokładne spojrzenie na mapę (czas zmienić okulary) – szukam PK w rowie na górce, zamiast w dole – wizja powrotu za dnia się oddala. W drodze na PK 9 przebieg drogą przy zabudowaniach – muszę omijać w bezpiecznej odległości spacerowiczów, a potem kolejny podbieg. Nogi nie chcą nieść. Do tej pory całe bieganie na azymut – biegnę na PK 9. Dobiegam do linii energetycznej, tyle że ta linia jest w innym kierunku niż na mapie Powinno być jakieś rozwidlenie linii – jest skrzyżowanie. Biegnę w kierunku górki, ale kompas wskazuje, że zmierzam w złą stronę. Dodatkowo muszę umykać w krzaki przed spacerowiczami z psem (a wystarczyło by zeszli na prawą stronę drogi). Nijak teren nie zgadza mi się z mapą (choć górki fajne) – po dłuższej chwili postanawiam zawrócić – aż znajduję miejsce które identyfikuję na mapie. Jakieś 10 minut błądzenia.
PK9 szukałem poza mapą...
 Teraz to już łatwizna - biegnę na PK 10. PK 11 - nogi już słabo niosą. PK 12 – przedzieranie się przez bruzdy wyorane w nasadzeniach jest bardzo męczące. Widzę zabudowania. Powinna być ścieżka i polanka. Jest ścieżka, jest polanka, brak znacznika. Kombinuję. Lampionu dalej nie ma;-( Niby tylko pięć minut, ale tam na trasie wydaje mi się że pół godziny, zanim odkrywam, że to zabudowania, których nie ma na mapie… Mam PK 12. Do PK 13 teren coraz mniej przebieżny – ścięte gałęzie utrudniają poruszanie się. Do PK 14 obiegam drogami i oczywiście skręcam jedną ścieżkę za wcześnie. Niby nie tracę za dużo czasu, ale subiektywnie znowu pół godziny w plecy;-( Tu właśnie zastaje mnie nominalny zachód słońca. Jeszcze mapę widać bez latarki, ale robi się coraz ciemniej. W przebiegu PK 15-16 spotykam jakiegoś biegacza .Pozdrawiamy się z daleka. Zapalam latarkę, by widzieć mapę. PK 17 - znowu podbieg na wydmę. To już niestety marszem;-( Do PK 18 ostatniego drogą i przed jakimś czymś (przecinką?) w lewo na górkę. Rozglądam się uważnie, liczę odchodzące ścieżki, górki, odbijam w lewo do widocznej górki. Brak dołka i znacznika. Krążę. Szukam – dołków na górce masa, znaczników jak nie było, tak i nie ma. Dobiegam do drogi poprzecznej i się namierzam – znowu klops;-( Subiektywnie krążę jakieś 45 minut. Obiektywnie niecałe 10 zanim się orientuję, że jestem za daleko. Wracam i znajduję ostatni punkt! Uff.

PK18 - a było tak blisko...

Teraz do mety i do Renaty, która pewnie czeka po zaliczeniu swojej trasy w całości. Oczywiście obok ścieżki, po wertepach, bo nie idziemy na łatwiznę.

I wiecie co zastaję w samochodzie? Wkurzoną Renatę która zaliczyła 6 z 14 PK zanim zapadła noc. Ech będę chyba miał ciężki powrót do domu….

Tymczasem z drugiej strony....

Odkąd tylko pojawiły się trasy Zaw-Or-owe Tomek dostał amoku: jechać i jechać. Ja wolałam zostawić to sobie na weekend, żeby mieć odpowiednią ilość czasu, ale bo to przekonasz… Wyjechaliśmy późno, zgubiliśmy się na dojeździe i kiedy w końcu ruszaliśmy na trasę, było już grubo po szesnastej. Od razu byłam wkurzona, a wiadomo, w takim stanie ciężko się myśli. Do tego motaliśmy się z ustaleniem miejsca startu, a pierwszy punkt był pod górę. Od razu dałam się wyprzedzić Tomkowi i szłam jak ta lebiega za nim, chociaż kompas pokazywał mi inny kierunek. Jak już uszłam strasznie daleko, a Tomka widziałam ze sporej odległości, stwierdziłam, że nie wiem gdzie jestem i najlepiej wrócić na start i zacząć zgodnie z kompasem. Zeszłam więc z grzbietu i… dosłownie po kilkunastu metrach wlazłam na punkt. Zła byłam na Tomka za całokształt, ale aż taka wredna nie byłam, żeby go nie zawołać, bo widziałam, że czesał w innym miejscu. Na dwójkę było wreszcie w dół, więc jakoś nadążałam za Tomkiem i znowu miałam szczęście, że wbiegłam wprost na lampion.

W biegu wszystko się rozmazuje!
Potem Tomek poleciał przodem, a ja zamiast szukać kolejnego punktu, zajęłam się szukaniem ustronnego i jak najmniej przebieżnego fragmentu lasu. Dopiero potem mogłam wrócić do właściwych czynności. Na drodze w pobliżu trójki znowu spotkałam Tomka, który już odbiegał od punktu, ale przynajmniej wiedziałam, że jestem w dobrym miejscu. Do czwórki poszło jak po sznurku, a na piątkę jakoś mnie zniosło w prawo. Okop, owszem – znalazłam, ale nie ten co trzeba. Chwilę mi zeszło zanim znalazłam właściwy, ale udało się. Ponieważ byłam na trasie C, po piątce miałam od razu PK 12 – daleko, szczególnie, że postanowiłam biec naokoło drogami. Ale za to przynajmniej łatwo i bez błądzenia. Z dwunastki znowu zniosło mnie w prawo. To się ostatnio coś za często zdarza i nie mam pojęcia dlaczego. Zawsze w prawo. Trzynastki za nic nie mogłam znaleźć. Co się nałaziłam po wszystkich okolicznych dołkach, poza właściwymi, to aż mi nogi w d..ę weszły. Nawet namierzenie się od skrzyżowania odległego od punktu o jakieś sto metrów nie pomogło – znowu ściągnęło mnie w prawo. Jakaś czarna dziura normalnie.

Czarna dziura w okolicach PK 13
 W dodatku zaczynała się szarówka i powoli przestawałam widzieć dokładnie mapę. Za to jak zorientowałam się, że jestem dopiero w połowie trasy i do tego w najdalszym miejscu mapy, to lekko spanikowałam. Latarki nie miałam, bo i tak boję się sama nocą latać po lesie, więc nie brałam, a do mety daleeeko. Wyszło mi jednak, że jakoś da radę wrócić drogami i ścieżkami – trochę nadkładając, ale nie wchodząc między drzewa. Nawet jeśli bardzo się ściemni, dam radę dotrzeć. Ze strachu leciałam ile sił w nogach i na parking dotarłam jeszcze przed zmrokiem. Ufff. Oczywiście Tomka nie było, ale też i nie spodziewałam się go jeszcze. Za to kiedy zrobiło się całkiem ciemno walczyłam ze sobą czy martwić się o niego, czy raczej zamordować go zaraz jak tylko przybiegnie. Z upływem czasu coraz bardziej skłaniałam się do drugiej opcji – nie dość, że przez jego upór , żeby jechać po południu nie mogłam zrobić całej trasy, to jeszcze kilka godzin siedziałam w samochodzie jak ten głupi kołek. Koniec końców okazało się, że cienias ze mnie, bo w końcu jednak nie zamordowałam, choć się należało. Ale i tak tego Zaw-Or-a nigdy mu nie wybaczę!