środa, 10 listopada 2021

Duża Jesienna Hała

Kiedy jakiś czas temu oświadczyłam Tomkowi, że dojrzałam do udziału w Hale, to zdecydowanie miałam na myśli Małą Hałę. Ponieważ jednak dla Tomka Mała Hała to jest nic, więc drogą kompromisu (cha, cha, cha) zapisaliśmy się na dużą. Uznałam, że przecież i tak przejdę tylko i wyłącznie tyle, ile dam radę i ani kroku więcej, więc szkoda czasu na spieranie się - duża czy mała. Po pewnym czasie, kiedy byliśmy już zapisani i opłaceni, zdałam sobie sprawę z pewnej niedogodności - na Hale nie będzie noclegu, odprawa ma być o 7.30, dojazd zajmie ze dwie godziny i jak nic trzeba będzie wstać o czwartej rano! Czwarta rano! Ja mogę nie dojeść, nie dopić, ale bez snu nie funkcjonuję. Ale nic to - dam radę przejść dziesięć kroków, to tyle przejdę, może kilometr, a może się rozkręcę i z pięć przelecę - tak sobie rozmyślałam. W piątek położyłam się spać jakoś przed dziewiątą wieczór i nawet w miarę szybko zasnęłam, resztę dospałam w samochodzie i rano nawet nie było tak tragicznie.
W bazie zastaliśmy liczne grono uczestników, mimo konkurencyjnego Nocnego Marka, który miał startować wieczorem. Z niecierpliwością czekaliśmy na odprawę i rozdanie map, żeby zobaczyć co nas czeka, dopasować tradycyjne na Hale lidary i zaplanować trasę.

 Mam! Mam mapy!
 
Na okoliczność licznej reprezentacji Stowarzyszy postanowiliśmy pójść całą bandą, bardziej rekreacyjnie niż wyczynowo, co bardzo mi odpowiadało. Jeszcze tylko trzeba było ustalić jak idziemy. Moja propozycja była tak minimalistyczna, że nie miałam odwagi nawet jej przedstawić, ot, takie małe kółeczko dookoła bazy. Propozycje reszty grupy były przerażająco rozległe, ale wyszłam z założenia, że najwyżej na jakimś etapie odmówię współpracy i już. Mieliśmy pójść prawą stroną mapy na południe do rzeki Jabłonicy i w zależności od czasu i sił albo iść jeszcze bardziej na południe, albo zacząć wracać. Udawałam, że zupełnie spoko, bo co będę marudzić już na starcie.
Chyba większość uczestników wybrała ten sam kierunek wariantu co i my, bo przy PK 4P, który braliśmy jako pierwszy, do perforatora ustawiła się kolejka.

Nie wszyscy zmieścili się w kadrze.

Po 4P mieliśmy wycinek lidarowy z pięcioma punktami, w sumie za 20 punktów przeliczeniowych, więc wartościowy. Na lidarach to ja się znam jak świnia na gwiazdach i rzadko udaje mi się coś z tej szarzyzny wydedukować, ale mądrze potakiwałam, starałam się iść na czele pochodu i ogólnie robić wrażenie bardzo zaangażowanej. W sumie to nawet nie było takie trudne wziąwszy pod uwagę, że poza Barbarą i Tomkiem reszta grupy była podobnie jak ja zorientowana gdzie, po co i dlaczego w taki sposób idziemy. Pewnie czułam się tylko na tych fragmentach, gdzie można było iść na azymut. Tych akurat było mało, bo ciągle coś trzeba było obchodzić.
Przy 6G po raz pierwszy na trasie mieliśmy do czynienia z charakterystycznymi dla tego regionu rudnymi dołami czyli wyrobiskami górniczymi, które wyglądają jak spore kopce, każdy z dziurą w środku. I właśnie przy takiej dziurze wisiał lampion, a nad nim znowu tłoczył się tłum, bo nasz wariant przejścia najwyraźniej cieszył się dużą popularnością. 
2G wisiał sobie w ogromnej i głębokiej dziurze i nawet nie próbowałam złazić do niej, tylko posłałam tam moją kartę startową za pomocą Ani, która wykonała efektowny zjazd na dno, zakończony gwałtownym lądowaniem.

Ciężko było o sensowny wariant przejścia między punktami.

Następne skupisko punktów znów było lidarowe, ale przynajmniej można było do niego dojść przecinkami i wiadomo było gdzie iść. O ile do tej pory uważnie śledziłam gdzie jesteśmy i starałam się zawsze umiejscawiać na mapie, to teraz powoli zaczynałam tracić czujność, bo a to batonik, a to soczek, a to coś zagadać. Tym niemniej wciąż starałam się wyglądać mądrze i nawet parę razy udało mi się pokazać na mapie miejsce naszego pobytu tym, którzy już wcześniej utracili kontakt z mapą. 
Punkt 5J wydawał mi się w ogóle nie do znalezienia, bo znowu weszliśmy w rejon rudnych dołów, ale tym razem były ich setki. I jak trafić do tego jednego, konkretnego??? Gdybym mogła sobie powiększyć mapę tak, jak teraz jej obraz na monitorze, to wiedziałabym, gdzie są ścieżki i mogłabym policzyć kierując się nimi, ale wtedy, w lesie, przy moim popsutym wzroku i braku okularów, to była totalna abstrakcja. Szłam więc za  grupą, ale wciąż z mądrą miną, żeby nie było! Między 6J a 4J to już zupełnie się pogubiłam, choć akurat to był łatwy fragment, ale jakoś zajęłam się bardziej swoimi myślami niż śledzeniem trasy. Na szczęście Basia z Tomkiem doprowadzili nas gdzie trzeba. 
Po drodze po raz pierwszy i nieostatni spotkaliśmy Olafa z Miśkiem, którzy nadchodzili z naprzeciwka i każde kolejne spotkanie (a było ich kilka) wyglądało tak samo. Nawet za którymś razem padło podejrzenie, że może jesteśmy na dwóch różnych rajdach, bo w końcu z jakiegoś powodu chodzimy w przeciwfazie.

Kolejny wycinek lidarowy.

 Po 4J mieliśmy długi przelot idealnie prostą drogą, potem kawałek w lewo i namierzanie się na początek cieku pośrodku niczego. Tym "niczym" okazały się wysokie trawy i różnorodne chaszcze. Znaleźliśmy jakiś niby rowek, ale po pierwsze biegł w niedokładnie słusznym kierunku, a po drugie nie było na nim lampionu. Rozpierzchliśmy się po okolicy czesząc mniej lub bardziej logicznie, zakładając, że sześć osób ma spore szanse coś w końcu wypatrzyć. Szczęście uśmiechnęło się do Barbary, która w krzakach  zauważyła bijący czerwienią w oczy perforator. Jak to dobrze, że tym razem Adam nie powiesił kredek - w życiu byśmy tego punktu nie znaleźli, szczególnie, że wcale nie stał na żadnym cieku, ani nawet rowku. Przynajmniej ja nic takiego tam nie zaobserwowałam.
Z 2C poszliśmy na 4C, gdzie mieliśmy znaleźć głaz narzutowy. Jak uczy doświadczenie pojęcie "głaz" jest bardzo pojemne i może oznaczać zarówno kamol większy od człowieka, jak i małą popierdółkę do kolan trudno zauważalną w trawach. Nasz głaz na szczęście okazał się pośrednich rozmiarów, taki w sam raz, żeby go nie przeoczyć.
 
Punkt kamienny.
 
Po dwóch punktach z normalnej mapy znowu weszliśmy na wycinek lidarowy. Tym razem musieliśmy dobrze przemyśleć kolejność zaliczania punktów, bo na koniec czekała nas przeprawa przez rzeczkę, którą mogliśmy pokonać albo mostem przy 3T, albo nie wiadomo jak, ale za to gdziekolwiek. Mi najbardziej podobał się wariant 3T, 5T, 6T i na koniec 7T, a potem to się zobaczy, bo tak w głębi serca miałam nadzieję na jakieś spektakularne przedzieranie się przez wodę po pas, jakieś dramatyczne chwile, no - sami wiecie. Most? Cóż - most jest dla cieniasów. O dziwo, grupa przyjęła wariant bez marudzenia i ruszyliśmy w stronę wąwozopodobnej dziury z 3T. Kawałek dalej, kiedy już ruszyliśmy na kolejny punkt, w środku lasu drogę zagrodził nam mur. Od razu przypomniały mi się Nocne Manewry, gdzie na wygodnej, prostej, szerokiej przecince marsz zakończyło nam ogrodzenie, które można było obejść albo w prawo, albo w lewo i nie wiadomo, z której strony jest krócej. Tutaj na szczęście widać było koniec budowli, więc wariant obejścia był prosty.
5T znowu było w rudnym dole i nawet nie próbowałam połapać się, do którego mamy iść, bo liczenie tych kopczyków to masakara.
Z 5T ruszyliśmy w stronę cywilizacji, czyli wsi Górka. Z tą cywilizacja to zawsze jest taki problem, że między lasem, a drogą stoi rząd zabudowań, ogrodzony tak, że mysz się nie prześlizgnie, a co dopiero grupa sześcioosobowa. Tylko czekaliśmy kiedy z któregoś domu wyskoczy gospodarz z widłami, ale poza ujadającym psem nikt się nami nie zainteresował. Zwiedziliśmy kilka podwórek zanim udało nam się sforsować ogrodzenie metodą rozdrutowania zadrutowanej bramki.  Całe szczęście, że trafiliśmy na taką, bo przełażenie górą chyba już jest poza zasięgiem moich możliwości fizycznych:-) We wsi, na asfalcie znowu spotkaliśmy Olafa z Miśkiem w przeciwfazie, a potem dotarliśmy na skraj wielkiej dziury z PK 6T.
 
Koledzy tradycyjnie w przeciwnym kierunku.
 
7T stał na końcu nasypu i kiedy już się do niego zbliżyliśmy, grupa poszła nasypem, a Tomek prosto na rozlewisko, w największe krzaczory. Z automatu poszłam za nim, bo może podświadomie brakowało mi chociaż namiastki atrakcji, jakich zawsze dostarczał mi swoimi wariantami przejścia. Grupą chodziliśmy do bólu przewidywalnie i logicznie. Po podbiciu punktu zeszliśmy obejrzeć rzeczkę i sprawdzić możliwości dostania się na drugi brzeg. Rzeczka nie była nachalnie duża, ale zbyt szeroka żeby przeskoczyć. Można było pójść trochę w prawo, trochę w lewo i poszukać węższego miejsca, ale zanim podjęliśmy decyzję, Tomek wlazł w wodę i najzwyczajniej przeszedł na drugą stronę. Z entuzjazmem podążyłam za nim ciągnąc ze sobą grubą gałąź, którą Bartek wcisnął mi w ręce, żeby robiła za mostek. Boszszsz - mostku mu się zachciało! Oczywiście, że nie udało się zbudować żadnej przeprawy i wszyscy przeszli w bród, z czego większość nawet chwaląc sobie tę miłą ochłodę umęczonych już nóg.  Listopadowe kąpiele wcale nie są takie złe, szczególnie, że pogodę mieliśmy wyśmienitą, słonko świeciło, a od szybkiego marszu byliśmy dobrze rozgrzani. 

Budujemy mosty dla pana starosty...
 
Wzdłuż rzeki, nie przejmując się już pomniejszymi mokradłami po drodze, dotarliśmy do leśnego bajorka z punktem 8E, naszą najcenniejszą zdobyczą, bo do żadnej dziewiątki nie dotarliśmy. Zresztą nawet nie było takiego planu.
Skoro byliśmy już po południowej stronie rzeki, postanowiliśmy wziąć 6E, chociaż kusiło nas też 4E i 3E. Stwierdziliśmy jednak, że lepiej nie ryzykować, bo połowa czasu minęła i trzeba było zacząć kierować się w stronę bazy, a nie oddalać się od niej. 6E okazał się najbardziej krwawym punktem, bo broniły go przed nami krzaki, jeżyny, dzikie róże, tarniny i wszystko co jest kolczaste. 
Po 6E czekał nas kilkukilometrowy przebieg asfaltem i wykorzystaliśmy to do podkręcenia tempa. Na szczęście było w dół i po płaskim.
5B to kolejna rudna góra, podobnie 3B. Za to między tymi punktami natrafiliśmy na punkt żywieniowy. Szkoda tylko, że nie dla nas, a dla zwierzątek:-( Ale jakie tam były rarytasy! Arbuz, winogrona, papryka, marchewka, rzodkiew, kukurydza.... Nie wiem jakim cudem powstrzymałam się od zeżarcia przynajmniej arbuza.

Niezła wyżerka, tylko ta ambona w pobliżu... (Fot. Basia)

W drodze na 3A duch w narodzie podupadł. Najpierw wypatrzyliśmy na mapie, że w sumie do punktu prowadzi prosta przecinka, ale nasze samozadowolenie zburzyła Basia twierdząc, że nie przecinka, tylko rów, który przecinaliśmy już wcześniej między 5B a 3B. Stwierdziła i ruszyła przodem. W żaden sposób nie potrafiliśmy przyswoić tej rewelacji, ale posłusznie ruszyliśmy za nią. Im bardziej zwiększał się odstęp między nami a przewodniczką i podążającym za nią Tomkiem, tym bardziej umierała w nas wiara w słuszność poruszania się wzdłuż rowu. Kiedy już byliśmy na skraju buntu okazało się, że jednak Barbara ma rację, bo najpierw słupek skrzyżowania przecinek potwierdził miejsce naszego pobytu, a kawałek dalej zobaczyliśmy lampion.
Punkt 2A był chyba najłatwiejszy - kapliczka myśliwska w Bryzgowie, przy samej drodze.
 
No, kapliczka. Po prostu.
 
Po 4A pożegnaliśmy Anię i Zuzę, które uznały, że wyrobiły już dzienną normę chodzenia, za to mają zaległości w shoppingu i postanowiły udać się na zakupy do Przysuchy. Złożyliśmy więc zamówienia, pomachaliśmy im i poszliśmy dalej.
3P to kolejny początek (a może koniec? nigdy nie wiem) cieku i znowu to, co znaleźliśmy po chwili poszukiwań, nie spełniło jakoś specjalnie naszych oczekiwań. A przynajmniej moich, bo kawałek dalej znalazłam znacznie większy rowek.
Przy 5P znowu zaczęliśmy spotykać innych uczestników Hały, co świadczyło, że jesteśmy coraz bliżej bazy i każdy powoli wraca. Punkt stał przy opuszczonych budynkach produkcyjnych czy czymś takim, tuż przy stawie, czy raczej basenie przeciwpożarowym, a dookoła rozciągał się łan wysokich, malowniczych traw.
Został nam ostatni wycinek lidarowy, a potem w zależności od czasu chcieliśmy jeszcze coś zgarnąć z głównej mapy. 6W wisiało nad wieeelką dziurą, na dnie której płynął sobie strumyk. Po drugiej stronie strumyka, tylko kilkaset metrów dalej, na górze skarpy stał 3W, a jeszcze dalej 4W. Oznaczało to, że najpierw musimy zejść na dno zagłębienia, potem sforsować strumyk (co to dla nas) i ponownie wdrapać się na górę.  Przy 5W natrafiliśmy na dwa stowarzysze z Małej Hały, ale wiedzieliśmy, że jak przy lampionie nie ma perforatora, tylko dynda kredka, to nie należy tykać, tylko obejść z daleka:-)
Po zaliczeniu ostatniego lidara skalkulowaliśmy, że damy radę zebrać jeszcze 4H i 5H. Bardzo kusiło nas 8A, ale niestety było zbyt ryzykowne. Moglibyśmy nie zmieścić się w limicie czasowym.
4H - nad rzeczką, opodal krzaczka.... - trochę przedzierania się, trochę moczenia nóg, bo nie warto było już dbać o suche, skoro meta blisko.
Przy 5H kłębiło się już kilka ekip, z Olafem i Miśkiem na czele. Punkt stał w dość głębokim jarze i wyłazić z niego musiałam czterokończynowo. Inne metody groziły odpadnięciem od ściany i zsunięciem się na dno. A tego bardzo, bardzo nie chciałam.
 
 
Jeszcze kawałeczek.
 
Do mety było stosunkowo blisko, a co najważniejsze poza odejściem od punktu już tylko po asfalcie, więc lajtowo. Zdążyliśmy w limicie, a nawet byliśmy parę minut przed czasem. W bazie czekała pyszna grochówka, no i przede wszystkim wreszcie można było usiąść, bo nogi już mi zaczynały wchodzić w głąb człowieka.
Z czasem baza zaczęła pustoszeć, ale my postanowiliśmy zostać do ogłoszenia wyników, bo wykalkulowaliśmy, że Przemek powinien zająć miejsce na podium. Przemek na imprezę dojechał nami i tak też miał wracać, byliśmy więc sprzężeni ze sobą.  Jako pierwsze ogłoszono wyniki kobiece i bardzo się zdziwiłam zajęciem drugiego miejsca (ex aequo z Basią i Dorotą), no bo przecież szliśmy tylko towarzysko i rozrywkowo, a nie wyczynowo. A kobitek tym razem kilka było. Pierwsza była Gosia z teamu Wydry i wreszcie miałam okazję na własne oczy zobaczyć bohaterkę moich ulubionych filmików. Tak trzymaj Gosia! Przemek też zajął drugie miejsce, ale u panów rywalizacja była na poważnie, więc wcale nie są to miejsca równoważne - żeby sobie nikt tak nie myślał. Szkoda tylko, że dyplomów nie dawali, bo jak tu teraz znajomych przekonać o swoim geniuszu? :-)
 
Wygrałyśmy Gminny Festiwal Piosenki Dziecięcej:-)


A tak wygląda nasz ślad na mapie:


piątek, 5 listopada 2021

Zorientowałam się jak MISTRZ

Już się wydawało, że zawsze będziemy biegać w tych samych miejscach w Warszawie i okolicach, a tymczasem UKS OSiR Góra Kalwaria przygotował nam niespodziankę i zaprosił w swoje okolice. Wzięli i zorganizowali otwarte zawody w BnO "Orientuj się jak MISTRZ". Nooo, tam to nas jeszcze nie było. A jak nie było, to oczywiście musieliśmy pojechać.
Tomkowi skądś wzięło się, że do góry Kalwarii jedzie się jakieś pół godziny, a już na pewno poniżej godziny. Efekt był taki, że w minucie startowe Tomka wciąż byliśmy w trasie i zaczynaliśmy się obawiać, czy zdążymy na moją, dziesięć minut później. Ledwo zatrzymaliśmy auto na parkingu, a Tomek wystrzelił z niego jak z procy i pognał na start. Ja ogarnęłam się na spokojnie i też ruszyłam wypatrując wstążeczek, które miały doprowadzić do celu. Zgubiłam się tuż za ogrodzeniem stadionu, ale widok innych zawodników naprowadził mnie na trop. Nie miałam pojęcia jak daleko jest do startu, bo jakoś tej informacji organizatorzy nie uznali za ważną i nie zamieścili w komunikacie technicznym. Na wszelki wypadek biegłam, bo lepiej być za wcześnie, niż za późno. Najpierw trafiłam na metę. Stanęłam i dziwiłam się, dlaczego nie ma obsługi startu i co jest grane i dopiero po chwili zauważyłam stojak z napisem "meta". Dopytałam kręcących się wkoło osób, którędy na Grunwald (znaczy się na start) i pognałam, bo już naprawdę zrobiło się późno. Wieść gminna głosi, że przy wyjściu z bazy wisiała kartka z informacją, że na start jest kilometr. Ja nie zauważyłam. Do boksu startowego wpadłam niemal w ostatniej chwili, a Tomek wciąż czekał aż go wepchną gdzieś w wolną minutę.
Teren zupełnie nieznany, więc miałam lekkie obawy biorąc mapę do ręki. Odruchowo od razu ruszyłam na azymut, ale jak zaczęłam omijać co bardziej grząskie piachy, to do punktu dotarłam sporym zakolem. Chyba lepiej by było pobiec wzdłuż wału przy strzelnicy. Ale grunt, że trafiłam. 
Kawałek za jedynką spotkałam Krysię, która stwierdziła, że nie może znaleźć dwójki. Zazwyczaj w takich sytuacjach też zaczynam czesać teren, ale tym razem postanowiłam twardo iść za głosem kompasu i podzieliwszy się informacją, co mówi mój kompas, pognałam dalej. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, że przecież dwójki Krysia szukała dużo za wcześnie. Nie zajarzyłam od razu tego. Mój kompas na szczęście doprowadził mnie do celu bezproblemowo.
Do trójki pobiegłam niemal dokładnie po kresce, podobnie do czwórki. Za to do piątki wybrałam już wariant drogowy. Pod koniec trochę przekombinowałam, bo za późno skojarzyłam, że skoro punkt stoi na skraju ciemnozielonego, to lepiej obejść, niż się bezsensownie przedzierać przez gestwinę.  Dużo nie nadrobiłam, ale nie lubię mało logicznych przebiegów. Szóstka była tuż obok, a siódemko hen, hen daleko. Ale przynajmniej prawie całą odległość można było przebiec drogami. Nie omieszkałam skorzystać. 
Kolejne punkty już zdecydowanie azymutowe. Troszkę się bałam, czy nie pogubię się w nagłym pofałdowaniu terenu pełnym górek, obniżeń, rowków i kopczyków, ale poszło bezproblemowo. I tak aż do samej mety. Normalnie ani raz się nie zgubiłam!!! W zupełnie obcym terenie. Skoro nawigacja szła mi tak dobrze, to oczywiście kondycja, a w zasadzie jej brak, musiała wszystko zepsuć. Część trasy dosłownie przeczłapałam, bo wyjątkowo źle mi się tego dnia biegało.  Byłam pewna, że będę gdzieś w ogonie wyników, a tymczasem miła niespodzianka - jedenaste miejsce na ponad trzydzieści osób na mojej trasie. Całkiem satysfakcjonujący mnie wynik. W nagrodę, już po powrocie Tomka, obżarliśmy się ciastem serwowanym w bufecie i jakież to było pyszne ciasto. Mogłabym codziennie jeździć tam na zawody.
 
Zobaczcie jakie wielkie kawały!

A tak wyglądała mapa:

 



piątek, 29 października 2021

Mistrzostwa Mazowsza - Middle

Ostatnio to na same mistrzowskie imprezy jeździmy i nie wiem co będę robić, jak już zbiorę wszystkie możliwe tytuły:-) Tym razem zawody mieliśmy rzut beretem od domu, w terenie znanym jak własną kieszeń, długość trasy ludzka, bo jedynie 3 kilometry i jeszcze start o takiej porze, że można się wyspać do oporu. W sumie jedynym problemem była konkurencja. Na podium jeszcze miałam szanse się załapać, ale wygrać to już nie. Wiadomo - Joanna:-))) Ale z drugiej strony - bez niej, to co to za rywalizacja?
 
W drodze na start.
 
Start był oddalony kawałek od bazy, więc chcąc nie chcąc zrobiłam rozgrzewkę biegnąc tam, szczególnie, że Grzesiek narobił zamieszania, że już późno i Gosia już dawno poszła.  Wcale nie było późno i wcale dawno nie poszła, ale bieg dobrze mi zrobił w temacie decyzji co z siebie zdjąć.
Ponieważ Tomek startował jakieś 30 minut po mnie, odprowadził mnie na start i uwiecznił ten podniosły moment:-) 
 
I ruszyła...
 
Dylemat: drogą, czy po krzakach?

Do pierwszego punktu pobiegłam naokoło po ścieżkach, bo na azymucie było niewielkie wzniesienie, to po co się męczyć, jeśli można po płaskim. Weszło gładko, podobnie dwójka i trójka. Tuz przed czwórką dogoniła mnie Joanna, która startowała jakoś 2 minuty po mnie. Spodziewałam się tego, więc spoko. Skoro już była przede mną, to pędziłam za jej plecami. Nie żebym sama nie trafiła, ale po co tracić czas na patrzenie w mapę:-) Rozpędu starczyło mi do szóstki, głównie dzięki temu, że Asia po drodze dwukrotnie pokazywała komuś na mapie gdzie jesteśmy i jak dalej iść. Potem już nie dałam rady tak pędzić i zostałam w tyle. Siódemka była łatwa, a kiedy w drodze na ósemkę dotarłam do szałasu, to bardzo się ucieszyłam, bo od razu wiedziałam gdzie jestem. Na którychś zawodach spędziłam w jego okolicy chyba ponad pół godziny nie mogąc znaleźć właściwego kopczyka. Zaprocentowało to tym, że dość dokładnie poznałam okolicę i bez problemu mogłam teraz namierzyć się na ósemkę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam Asię dopiero teraz podbijająca punkt. Byłam pewna, że jest już znacznie dalej. Okazało się, że miała problem ze znalezieniem lampionu, który zresztą okazał się kilerem dla wielu osób z różnych kategorii. I widzicie jak to dobrze się czasem zgubić...
Od ósemki do mety zostały jeszcze tylko trzy łatwe punkty. Przede mną leciała Asia, a ja koniecznie chciałam dotrzymać jej kroku. Oczywiście było to zupełnym szaleństwem, szczególnie na odcinkach "pod górkę", gdzie ona biegła, a ja lazłam. Summa summarum na mecie zameldowałam się jako druga z całej kategorii, z całkiem fajnym jak na mnie czasem. Nie ma to jak plecy rywalki przed sobą - najlepszy dopalacz!
 
Po biegu trzeba przedyskutować jak komu poszło.
 
Na Tomka musiałam dość długo czekać, bo i trasę miał dłuższą, i dużo później startował. On także pobiegł całkiem nieźle i zajął trzecie miejsce w swojej kategorii. W tej sytuacji nie mogliśmy pojechać sobie do domu, bo medale odebrać trzeba.



A tak wygląda mój przebieg:
 


piątek, 22 października 2021

Mistrzowski long

Po tygodniowym odpoczynku (ale nie biernym!) czekały nas Mistrzostwa Polski w longu. O longu to pamiętałam, ale ranga zawodów dotarła do mnie dopiero na miejscu, kiedy zobaczyłam ludzi z całej Polski. Jakoś tak mam zakodowane, że na poważne imprezy to się wyjeżdża i im dalej, tym impreza ma wyższą rangę. No i ja taka nieprzygotowana - u fryzjera nie byłam, makijażu nie zrobiłam, najlepszych ciuchów nie wzięłam. Porażka. Za to każde z nas kłuło w oczy nowiuteńkim SIAC-iem w porażającym seledynowym kolorze. W drodze na oddalony start Tomek udzielał mi instrukcji, jak tego SIACa obsługiwać.
 
Stacja i do ucha czy piszczy i rękę do mety wyciągaj....
 
Tym razem start był masowy (choć w grupach wiekowych) i tym sposobem startowaliśmy razem. W boksie startowym oszacowałam konkurencję i wyszło mi, że na więcej niż trzecie miejsce nie ma co liczyć, a i o to trzecie trzeba powalczyć.
 
W boksie startowym.
 
Do pierwszego punktu nie było co kombinować, tylko lecieć za konkurencją, bo dopiero tam zaczynały się rozbicia. Głównie leciałyśmy ścieżką i dopiero na końcówce trzeba było wejść w las.  Punkt stał w dołku przy leśnym bajorze, więc tak charakterystyczny, że łatwo trafić po każdej pętelce. Po jedynce już było wiadomo którą wersję mapy ma każda z nas. Wyszło, że Joasia i Dorota lecą w jednym kierunku, a ja z Gosią w drugim. Od jedynki trzeba było już zacząć na poważnie nawigować, a tymczasem okazało się, że na mapie nie ma południków. Zanim w to uwierzyłam obejrzałam całą mapę centymetr po centymetrze. No, nie było. Jasne, że bez tych kreseczek też się da, ale jednak jakby trudniej. Niemal przy każdym punkcie mozolnie składałam mapę, żeby mieć równą krawędź, do której  ustawiałam kompas.
PK 2, 3, 4, 5, 6, 7 kręciły się dookoła bajorka i dopiero po nich można było wyrwać się na dłuższe pobieganie. Do ósemki pobiegłam naokoło ścieżkami, bo nie wiedziałam, czy przez niebieskie na mapie będzie można jakoś sensownie przejść. Bo że teoretycznie można, to ktoś mi mówił. Postawiłam jednak na wygodę i nie żałuję, bo i trafić było łatwiej od tej strony. Tak sądzę. Za to do dziewiątki pobiegłam już na azymut i nawet wiele mnie nie zniosło. W sumie trafiłam na właściwy rząd dołków i wystarczyło znaleźć ten właściwy. 
Dziesiątka okazała się dla mnie najtrudniejsza. Zniosło mnie, a ponieważ nie zachowałam czujności, więc przeleciałam punkt w sporej odległości. Na szczęście w pobliżu było skrzyżowanie, z którego mogłam się namierzyć. Do jedenastki biegłam (no dobra, szłam, ale najszybciej jak potrafię) pełna wątpliwości, czy się wstrzelę, ale miałam nadzieję, że w razie czego pomoże mi małe zielone na mapie, które być może znajdę w terenie. Na szczęście nie było potrzeby szukać "małego zielonego", bo wyszłam niemal dokładnie na punkt. Dwunastka poszła równie dobrze, a potem mnie zniosło. Trochę się zdziwiłam, kiedy wyszłam na ścieżkę zamiast na lampion. Nie wiem, czy to nie wtedy poratowała mnie Gosia pokazując kierunek.
Czternastka była zbyt charakterystyczna żeby na nią nie trafić, więc nie było problemu, choć nie trzymałam się ściśle kreski.
Od czternastki pobiegłam (i tym razem nie przesadzam) ścieżkami, a w zasadzie leśnymi drogami do asfaltu i tam stanęłam przed dylematem - brać punkt od wschodu, czy od zachodu? Od zachodu było bardziej płasko i to przeważyło.
Potem jeszcze trzeba było wbiec w sam środek meandra rzecznego, ale przez niebieskie prowadziła droga, a poza tym niebieskie wyglądało na suche jak pieprz. Po meandrowej szesnastce jeszcze tylko ostatnia siedemnastka i sprint do mety. A na mecie fajna wiadomość - trzecie miejsce. Wiem, wiem - żadne osiągnięcie przy czterech zawodniczkach, ale bo to ktoś musi o tym wiedzieć. W robocie spokojnie mogę się chwalić:-)))

Ładne medale dawali.
 
Na mecie byłam przed Tomkiem, który miał dłuższą trasę, a potem czekaliśmy na Przemka, który przyjechał z nami i z nami miał wracać. Ale on miał koło dwudziestu kilometrów do zrobienia. Nominalnie, bo wiadomo, że zawsze wyjdzie więcej. Mi z ośmiu kilometrów wyszło prawie jedenaście. I ile kalorii.... Naprawdę warto było!
 


wtorek, 19 października 2021

Klasykiem w Czarnowcu

Po sobotnim sprincie, w niedzielę czekał nas klasyk. Jak dla mnie to taki dość długi klasyk, bo moja trasa miała mieć prawie pięć kilometrów, ale za to tylko dwanaście punktów. Biegania w lesie troszkę się bałam, bo ostatnio wyszłam z wprawy, a to jednak nie to samo, co po mieście.

Przed startem.
 
Tym razem konkurencja była większa, bo aż sześć osób w mojej kategorii, więc i szanse mniejsze, ale za to rozrywka większa.
Tomek startował z pół godziny przede mną, więc nakamerowałam go, a potem długo podejmowałam trudną decyzję, ile warstw z siebie zdjąć. Niby było słonecznie, niby ciepło, ale podmuchy wiatru trochę studziły optymizm. W końcu uznałam, że najwyżej szybciej pobiegnę i zmieniłam  wystrój zewnętrzny.
 
Start Tomka.
 
Zaczęło się od razu pod górkę, na wydmę, gdzie stały PK 1 i PK 2. W pierwszej chwili nawet zastanawiałam się, czy nie pobiec drogą, ale las nie wyglądał źle, a azymut to to, co lubię najbardziej. Poleciałam więc po kresce. Z dwójki, nie schodząc z kreski, poleciałam w dół, a im bliżej trójki, tym na mapie więcej zielonego. Takie całkiem spokojne zielone. W drodze na czwórkę widziałam, że mnie ciut znosi, bo nie powinnam biec przez górkę, tylko obok niej, ale przez górkę można więcej kalorii stracić, to po co omijać. Od razu założyłam, że namierzę się od skrzyżowania  ścieżki z linią energetyczną i tak też zrobiłam.
Do piątki był najdłuższy przebieg, więc zaszalałam i ponad połowę trasy przebiegłam ścieżkami. Akurat tak się sensownie układały, że warto było skorzystać. Na wygodnych ścieżkach, to człowiek z automatu przyspiesza i tym sposobem na piątce byłam już wykończona. Mimo to znowu biegłam ile dało rady, bo prawie pod sam PK 6 prowadziły ścieżki, no to głupio tak iść zamiast biec. 
Do siódemki znowu ruszyłam azymutem, bo w końcu trzeba było odpocząć, chociaż może to nie był najlepszy pomysł... A już na pewno na ósemkę warto było skorzystać z dróg, bo mapa znowu się zazieleniła, no ale nie. Ja musiałam po krzaczorach. Na tym przebiegu straciłam najwięcej czasu. Już przed ósemką teren zrobił się ciut pofałdowany, a przed dziewiątką to już ho,ho,ho. Na szczęście to był już ostatni punkt "wysokogórski".
Gdzieś pod koniec trasy dogoniłam dziewczynę startującą przede mną, więc przynajmniej wiedziałam, że taka ostatnia to nie jestem. Od razu włączyła mi się żyłka rywalizacji, dzięki czemu na ostatnim punkcie i na mecie miałam najlepszy czas z całej naszej szóstki. Wystarczyło mi to na trzecie miejsce, ale podium, to podium.

Tak gnałam na metę:-)


I koniec.
 
 W sumie to jestem bardzo zadowolona, bo ani raz się nie zgubiłam i praktycznie szłam jak po sznurku. Może niekoniecznie wybierałam najbardziej optymalne warianty, ale za to najbardziej mi odpowiadające. W końcu biegam dla siebie.
O, tak to wyglądało:

piątek, 15 października 2021

Sprint przy Bażanciarni.

Skoro spełniliśmy się jako organizatorzy, nadeszła pora wyżyć się jako uczestnicy.  Już od dawna mieliśmy w planach udział w Mistrzostwach Mazowsza organizowanych przez UNTS. Pierwszy z biegów - sprint odbył się w sobotę na nowej mapie "Park przy Bażantarni". Mapa niby nowa, ale miejsce startu znane już, o czym usiłował przekonać mnie Tomek, a ja za nic nie mogłam sobie przypomnieć, aż do momentu zobaczenia na własne oczy.
 
Teraz to pamiętam...
 
Trochę bałam się jak sobie poradzę po przerwie, bo już chwilę nie biegałam po mieście, no ale przecież na metę w mieście to człowiek zawsze jakoś trafi, choćby z pomocą przechodniów.
Tradycyjnym problemem o tej porze roku było też co z siebie zdjąć, czy może lepiej nie, a wręcz coś dołożyć. Ja postawiłam na wersję "zdjąć" i dobrze na tym wyszłam.
W mojej kategorii wiekowej startowałam jako ostatnia, mogłam więc zobaczyć, w którym kierunku trzeba ruszyć, ale oczywiście zapomniałam patrzyć. Chociaż z drugiej strony, chyba nie było wyboru, bo wszyscy inni biegli w lewo, więc tak się i ja nastawiłam.
 
W boksie startowym.

Trasa okazała się nadzwyczaj łatwa - i nawigacyjnie, i biegowo, a dodatkowo pouczona kilkakrotnie przez Tomka, żeby nie zatrzymywać się przy punktach, tylko wcześniej zerkać na mapę, gnałam bez przerw, na ile oczywiście pozwalała mi kondycja. Jedynym błędem jaki popełniłam było niewłączenie rejestracji trasy i potem musiałam odtwarzać z pamięci przebieg.
Na mecie okazało się, że byłam najszybsza z całej naszej startującej czwórki i tym sposobem zostałam mistrzynią Mazowsza w sprincie w K-55. Cha, cha, cha. Dla ułatwienia dodam, że nie startowała Joasia, która była sędzią głównym oraz kilka innych koleżanek. Tak, że ten tego... chwalić, to się mogę tylko w środowiskach nie związanych z BnO:-)

Każdy chce fotkę z mistrzynią:-)

Odtworzony przebieg.

wtorek, 12 października 2021

Smok przeszedł... do historii.

Któregoś dnia Michał i Agnieszka spytali, czy nie zrobilibyśmy tras na Przejście Smoka. Odruchowo zgodziliśmy się, no bo jak nie wesprzeć, kiedy jest potrzeba. Tym sposobem nagle i niespodziewanie zamiast uczestnikami (Tomek i tak bez nogi, a ja bez formy) zostaliśmy organizatorami. Jakoś umknęło nam (a może tylko mi), że zgodziliśmy się nie tylko na zrobienie map, ale i rozwieszenie lampionów, zebranie, podliczenie wyników, a przede wszystkim na bycie wszędzie gdzie trzeba i robienie wszystkiego co trzeba, łącznie z gaszeniem pożarów w razie zaistnienia sytuacji.
Oczywiście zacząć musieliśmy od rekonesansu, po czym okazało się, że jeden nie wystarczy i trzeba pojechać jeszcze raz. W sumie to były dwie fajne wycieczki i gdyby nie ilość (i jakość) zrobionych kilometrów, to powiedziałabym nawet, że relaksujące i odprężające. Psychicznie - tak, ale fizycznie....
Tuż przed imprezą zaczęło robić się ciut nerwowo. A to okazało się, że nowy banner nie ma dziurek i nie ma go jak wieszać, do zrobienia od podstaw jest milion pińćset lampionów, niektórzy mapy mają jeszcze w lesie, a kierownictwo zamieszania w piątek jeszcze musi odwiedzić swoje miejsca pracy i nie ma zmiłuj. 
Czwartek i piątek wzięłam urlop, bo w piątek świtkiem musieliśmy już jechać, a w czwartek postanowiłam zrobić chociaż z pół miliona tych lampionów. Że nie wspomnę o różnych innych sprawach domowych, co to je pozałatwiać chciałam przy okazji wolnego. Czwartek okazał się jakoś krótszy od innych dni tygodnia, a koło dwudziestej drugiej okazało się, że nie dość, że lampionów braknie dla naszych tras, to jeszcze trzeba zrobić dla innych, bo wszystkie materiały są u nas. Myślałam, że świt nas przy tym zastanie, ale udało się na chwilę położyć do łóżka. 
W piątkowy poranek bardziej przypominałam zombi, ale odespałam w trasie i na miejscu było już OK. Ja rozwieszałam etap swój, jeden etap Tomka i dwa lampiony rogainingowe, Tomek swój drugi etap, etap Agnieszki, chyba coś Adama i też jakieś długodystansowe. Trochę bałam się czy uda mi się z moim przydziałem trafić dokładnie tam gdzie trzeba, ale Tomek zainstalował mi w telefonie jakieś takie czary związane z oomapperem, które pokazywały mi gdzie jestem na mapie. 
 
Idę wieszać.
 
Wszystko szło dobrze aż do wydmy. Powiesiłam lampion na zakręcie rowu i kierując się tymi czarami w telefonie zaczęłam wspinać się pod górę, że powiesić kolejne. Mozolnie i w pocie czoła wlazłam na szczyt, mniej więcej trafiłam gdzie trzeba, sięgnęłam po lampion i... zauważyłam, że nie mam wzorcówki. I nie, problemem nie było rozstawienie pozostałych punktów, ale świadomość, że gdyby uczestnicy znaleźli wzorcówkę na trasie w sobotę, to w sumie po imprezie. Miałam jednak nadzieję, że wzorcówkę po prostu zostawiłam przy poprzednim punkcie, bo do wieszania lampionu potrzebowałam dwóch rąk. Ponieważ kolejny punkt i tak planowałam powiesić posiłkując się telefonem, nie zawracałam sobie głowy szukaniem zguby od razu, tylko ruszyłam wieszać dalej. Co miało wisieć, zawisło, a ja wróciłam na rów. Niestety - wzorcówki nie było. Nie pozostało mi nic innego, jak znów ruszyć pod górę rozglądając się dookoła. Lazłam i lazłam (mi pod górę chodzi się wyjątkowo ciężko), dolazłam do miejsca gdzie zorientowałam się, że nie mam mapy, a zguby nigdzie po drodze nie było. Miałam świadomość, że choćbym miała szukać do rana, to znaleźć muszę i nie powiem - ta świadomość bardzo mi ciążyła. Zadzwoniłam do Tomka, żeby i on wiedział, że być może noc spędzimy w lesie. Na szczęście przez telefon nie mógł mnie zabić, więc uszłam z życiem. Po raz kolejny zaczęłam schodzić w dół, ciut inną trasą, bo przecież nie pamiętałam dokładnie jak szłam pierwszy raz, więc obszar poszukiwań był dość szeroki. Nic, wzorcówki ani śladu. Złapałam chwilę oddechu i po raz kolejny podjęłam wędrówkę w górę. Kiedy wypluwałam już płuca, miałam wszystkiego dość, a rozpacz targała moim wnętrzem, w trawie mignęło mi coś nietypowego. Żwawo podeszłam bliżej i oto ona - moja mapa! Prawie ją ucałowałam ze szczęścia. Tak mi ulżyło, że resztę trasy pokonałam jak na skrzydłach i wkrótce dotarłam do umówionego miejsca spotkania. Tomka jeszcze nie było, ale on miał więcej do rozstawienia. Niestety, zasięgu też nie było i nie wiedziałam jak długo przyjdzie mi czekać. Już po ponad godzinie Tomek dotarł, a wraz z nim cudowna informacja, że do samochodu nie musimy popylać pieszo, tylko Michał nas podwiezie. Ufff.
W drodze do bazy tak sobie marzyłam, że najpierw się wykąpię, potem zjem, a potem położę. Zupełnie jakbym zapomniała, że należę do zespołu organizatorskiego. W bazie okazało się, że do powieszenia została jeszcze masa lampionów biegowych i każdy, kto był w stanie utrzymać się w pionie brał się do pomocy. Zgarnęliśmy więc i my kilka lampionów, wsiedliśmy w samochód i pojechali w noc, bo w międzyczasie zrobiło się trochę późno. To znaczy, jak wyjeżdżaliśmy, było jeszcze jasno, ale wiadomo było, że do zmroku nie zdążymy. Niezapomnianym przeżyciem był marsz wzdłuż ogrodzenia oddzielającego dwa województwa, w którym to ogrodzeniu co kawałek były bramki wejściowe. Nooo, tego to nigdzie więcej nie zobaczycie!

Wieszamy ostatni z przydzielonych lampionów.

Wreszcie koło dwudziestej udało się wrócić do bazy, wykąpać się, a nawet zjeść, bo Agnieszka zamówiła trzy duże pizze, ale o położeniu się, czy jakimś tam spaniu w ogóle nie było mowy. Okazało się, że mapa TP autorstwa Ani, mimo że urocza, nie spełnia wyśrubowanych warunków bezpieczeństwa, bo punkty są po obu stronach ruchliwej drogi DK 9 i natentychmiast trzeba temu zaradzić. Agnieszka z Michałem tak znacząco patrzyli nas i patrzyli, patrzyli i w końcu stanęło na tym, że raz dwa zrobimy mapę zastępczą. I tyle w temacie odpoczynku. Mapa - cóż - wyszła jaka wyszła, nawet przez moment byliśmy z niej dumni i jeszcze przed świtem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku położyliśmy się spać. Tak prawdę mówiąc, gdybym wiedziała jak obolała wstanę z pochyłego, rozklekotanego i potwornie skrzypiącego przy każdym ruchu łóżka, to nie wiem czy w ogóle odważyłabym się kłaść. Ale przepadło.
W sobotę rano okazało się, że jest nas za mało. Trasy długie startowały z Iłży, turystyczne z Marcul, a dodatkowo niektóre starty turystyczne ruszały kilkaset metrów od bazy. A jeszcze trzeba było przywieźć drożdżówki, kupić wodę i tysiące innych pierdół. Dwoiliśmy się i troili i już nie było wiadomo w co ręce wsadzić. Dopiero kiedy wylądowałam na peronie, gdzie miała być meta, mogłam poleniuchować, bo przez długi czas nikt nie przychodził. W sumie to na tym peronie można było umrzeć z nudów i byłam szczęśliwa kiedy potem podmieniła mnie Ania. W bazie dla odmiany musiałam tłumaczyć uczestnikom, że meta na mapie kolejnego etapu to start z bazy, który wcale nie jest z bazy, tylko z peronu i pamiętajcie - nie jest metą! Przeżyłam też chwile grozy, kiedy wrócili pierwsi uczestnicy z trasy Tomka i sugestywnie przekonywali, że trasa jest nie do przejścia, a oni cudem trafili na metę. Na szczęście okazało się, że trasa jest do przejścia, ale pod warunkiem uważnego przeczytania opisu. Ufff... Z czasem sytuację udało się opanować, każdy wiedział co ma robić, a najważniejsze sprawy były już pozałatwiane. Nawet udało mi się na pół minuty usiąść przy ognisku i upiec kiełbaskę.

W bazie coraz tłoczniej. Uczestnicy odpoczywają po trudach dnia. (My nie)

Liczenie wyników tradycyjnie odbyło się kilka razy, bo ciągle wyłapywaliśmy jakieś błędy i co chwilę kto inny był zwycięzcą. W końcu udało się osiągnąć jakiś konsensus, przynajmniej w moich i Tomka wynikach. Oczywiście trwało to i trwało - zaczęliśmy w Marculach, a kończyliśmy już w Iłży. I nawet świt nas przy tym nie zastał. Cud.
 
Tomek walczy z wynikami.
 
O ile długodystansowców pożegnaliśmy już w sobotę, to "turyści" jeszcze w niedzielny poranek musieli zaliczyć jeden etap.  Poszło sprawnie, bez start w ludziach i sprzęcie. Ponieważ nasze etapy odbyły się w sobotę, więc już od rana mogliśmy iść w teren ściągać lampiony. Do południa uwinęliśmy się z tym i pozostały jeszcze tylko porządki w bazie, oczywiście już po zakończeniu oficjalnej części imprezy. Zdążyliśmy nawet obejrzeć arboretum, a już zaczynałam tracić nadzieję, czy znajdziemy na to czas. Oczywisśie przelecieliśmy przez niego szybko i pobieżnie, ale zawsze lepiej niż wcale.
Wreszcie po południu, w poczuciu dobrze wypełnionej misji ruszyliśmy do domu, mówiąc sobie w myślach: nigdy więcej! 
Aż do następnego razu oczywiście:-)

wtorek, 5 października 2021

Niwka nocą...

Renata z zasady odmawia nocnego biegania po lesie. No, z pewnymi wyjątkami typu Mistrzostwa Polski;-) Na nocny trening Niwka by night namówić się nie dała, choć próbowałem. Gdyby były to jakieś mistrzostwa i można by było stanąć na pudle… 

Za to namówić dała się Agata. Dla niej to było pierwsze zmierzenie się z nocnym BnO, choć karierę w InO zaczynała od nocy, konkretnie Nocnych Manewrów SKPB. Widać po tych manewrach zostało jej zamiłowanie do marszy, które niewzruszenie stosuje przy pokonywaniu trasy BnO;-) 

Na Niwkę dotarliśmy jakoś tak o zmroku. Na starcie tłum. Ci bardziej ortodoksyjni czekali aż zapadnie noc czarna jak smoła. Ja tam osobiście uważam, że trudniej jest gdy noc nie jest tak ciemna, bo wtedy nie wiadomo czy kierować się tylko światłem latarki, czy tym, co wydaje się, że widzimy w oddali i zawsze robię jakiegoś buraka. Agata także wolała stratować wcześniej. Bo przy jej dostojnym marszowym tempie istnieje spora szansa, że zbiorą jej lampiony, nim dotrze do mety. Więc pobraliśmy mapy, uruchomiliśmy czołówki i podreptaliśmy na start. Agata ruszyła pierwsza, ja kilka minut później. Dopadłem ją koło PK1 – coś mówiła zdenerwowanym tonem, że latarka jej przeszkadza w lesie i jak świeci na mapę, to nic nie widzi. Taki urok już mają mocne latarki – po prostu nie patrz w mapę! 

Nic, pobiegłem dalej w ciemną już noc. PK 2 – dołek znany z poprzedniego treningu na Niwce – jakiś felerny, bo nigdy nie trafiam na niego od pierwszego kopa. W nocy także nie trafiłem, ale wiedziałem, że jest gdzieś po prawej. 

PK 4 dał popalić. Przebieg na drugi koniec mapy. 850 m w linii prostej przez las różnie (nie)przebieżny. Pobiegłem ciut nadkładając drogami. Niby niewiele więcej, ale 200m. Ciekawe czy na azymut byłoby szybciej? Na pewno drogami nie zastanawiałem się gdzie jestem i jak trafić na lampion. Gorzej, że płuca odwykłe od biegania rzęziły i łapały oddech „ostatnim tchnieniem”. Na PK 6 także drogą – co ja będę po jakiś nieprzebieżnych terenach szlajał się po nocy? To tylko 30 m dalej! Właściwie taki sam czas przebiegu jak jakiegoś szybkobiegacza prującego równolegle po krzakach ;-) 

PK 7 i PK 8 asekuracyjnie omijając młodniki. Do PK 9 znowu dobre 800m w linii prostej, dokładnie przez najgęstsze młodniki. Nie dam się na to nabrać – drogą, lekko nadkładając dystansu. Ktoś biegnie przede mną. Ale nie oddala się, a nawet go doganiam. Wreszcie ścieżka w lewo do punktu. Ten ktoś przede mną nie zauważa jej i biegnie dalej. Ja skręcam. Za szybko próbuję wejść w krzaki, ale udaje się znaleźć lampion bez większych strat. PK 10 i 11 bez większych sensacji. Gorzej z odejściem z tego ostatniego. Na mapie: zielono. A widomo – zielone, w nocy robi się bardzo ciemno zielone. Kluczę miedzy krzakami i wreszcie wypadam na drogę. Nie patrząc na kompas, a tylko na mapę ruszam w lewo do skrzyżowania. Ale skrzyżowania nie widać. Przykładam kompas do mapy i (cenzura) to nie ta droga ! Pobiegłem w złą stronę! Zostaje mi zawrócić. PK 12 ma być na prawo, buszuje tam jakiś wyczynowiec, więc trafiam bez problemu. PK 13 dołek za górką. Przy górce widzę światełko bardziej na prawo. Zniosło mnie? Lecę niczym ćma do światła. Jest niby jakiś dołek, ale bez lampionu. Może jestem za wcześnie? Ja i posiadacz tego światełka co mnie zwabiło, krążymy bezładnie w koło niczym te ćmy. Wreszcie stopuję , przypominam sobie że zboczyłem do światła w prawo i znajduję lampion. Potem w domu zauważam, że to ten sam PK co PK 2. Ten z którym zawsze mam problemy;-) Feralna 13-stka;-) 

Na PK 14 dla odmiany po azymucie, choć na mapie zieleń bardziej soczysta. Ale czasami dla odmiany trzeba powalczyć z zieleniną. Trafiam idealnie;-) PK 15 praktycznie także. Na PK 16 ciut mnie znosi, ale nie jest tak źle. Na PK 17 byłem wcześniej (jako PK 8) więc bez problemu, staram się omijać młodnik. Na PK 18 znowu mnie znosi. Ale w sposób kontrolowany – wiem gdzie jestem i gdzie szukać lampionu. Ostatnie dwa PK i meta. Wydawało mi się dobrze poszło, ale stawka raczej elitarna i miejsce nie jest tak wysokie jak by się chciało. 

Agata majestatycznie wkroczyła na metę....
 

Zostaje mi poczekać na Agatę. Wkrótce majestatycznie dociera na metę. Z NKLką bo nie chciało jej się wchodzić w krzaki po lampion. Ech ta dzisiejsza młodzież….;-)


 

niedziela, 12 września 2021

Z Górki Kazurki na pazurki (i nie tylko)

Tomkowa noga ma się lepiej, rekonesanse do Niepoślipki i Przejścia Smoka ogarnięte, więc w końcu mogliśmy wybrać się na zawody. Tak dokładnie to na kolejny etap Warsaw Orient Races na Górkę Kazurkę.
Etap był podchwytliwy, bo co prawda długości tras były mizerne, ale ilość punktów na każdej już imponująca. O przewyższeniach wolałam przed zawodami nie myśleć. Najbardziej to jednak wszyscy ostrzegali przed rowerami, co trochę mnie dziwiło, albowiem w swojej nieświadomości sądziłam, że chodzi o normalnych rowerzystów. A tymczasem... A tymczasem na Górce Kazurce znajduje się trasa crossowa czyli taka, gdzie rowerzyści usiłują zabić się w najbardziej spektakularny sposób.  We środę dodatkowo usiłowali zabić także biegaczy na orientację.
Tak do dziesiątego punktu było jeszcze w miarę bezpiecznie, jeśli oczywiście nie brać pod uwagę zdradliwych dziur w podłożu bogato pokrytym zasłaniającą wszystko roślinnością. Większość osób szła, a nie biegła, uważnie lustrując grunt pod stopami. Zresztą punkty rozstawione były tak gęsto, że i po równym nie było by kiedy się rozpędzić.          
Między dziesiątką, a jedenastką rozciągało się crossowisko i nie powiem, zrobiło na mnie wrażenie. Góry, doliny, dziury, skarpy, hopki - wszystko nie do przejścia, a co dopiero do przejechania. Zaczęłam mozolnie wdrapywać się pod górę przez to wszystko, chwilami wręcz na czterech kończynach, bo nie szło inaczej. Przy tym wszystkim jeszcze musiałam uważać, żeby nie wejść pod rozpędzony rower, który z reguły pojawiał się w ułamku sekundy, zupełnie znikąd. Już pod szczytem, w okolicy PK 12 (który mijałam w drodze na jedenastkę) usłyszałam rozpaczliwe okrzyki:
- Nie stawajcie na progach!!!!
-  Ostrożnie, bo zniszczycie!!!!
- Aaaaa, nie tędy!!!!
Crossowcy rozpaczliwie usiłowali ochronić swoją trasę przed biegaczami, którzy nie zważając na nic, parli niczym czołgi do przodu.
Ale, że też nie dało się jakoś uzgodnić z nimi, że będziemy biegać po tym terenie... Szczególnie, kiedy co druga karetka nie wyjeżdża z powodu braku obsady. Więc gdyby coś, to czarno widzę...
Mozolnie i powolutku zdobywałam kolejne punkty, ale na trzynastce poległam zupełnie. Zamiast patrzeć na mapę i kompas, raczej rozglądałam się czy coś mnie nie rozjeżdża, obchodziłam co większe skarpy i dziury i po chwili znalazłam się przy PK 21. Przynajmniej wiedziałam, gdzie jestem. Znowu ruszyłam w stronę trzynastki, minęłam ją w pewnej odległości, przywitałam się z Becią nadchodzącą z naprzeciwka, a kiedy ogarnęłam gdzie jestem, znowu zawróciłam. Zupełnie nie mogłam się odnaleźć w tym sztucznie spreparowanym terenie. Dodatkowo punkt okazał się być ukryty na dnie dziury i dopóki się nie podeszło na pół metra, nie było widać lampionu. Radość z odnalezienia trzynastki przyćmiła nieco moją koncentrację i kiedy próbowałam przejść wąziutkim skrawkiem gruntu między dwoma zjazdami w rynnie, straciłam równowagę i runęłam w dół. Niby nie było wysoko, ale bardzo, bardzo boleśnie. Kiedy już zakończyłam podziwianie wszystkich galaktyk, natychmiast poderwałam się na równe nogi, bo dłuższe zaleganie w rynnie groziło bliskim i zapewne jeszcze bardziej bolesnym kontaktem z pojazdem jednośladowym. Przez moment zastanawiałam się czy iść dalej, czy raczej jakoś doczołgać się do mety, ale ponieważ nie wyglądało żebym się połamała, postanowiłam spróbować zdobyć jeszcze jakieś punkty.

W poszukiwaniu PK 13.
 
Dalszy odcinek trasy prowadził już mniej zarowerowanym terenem, więc czułam się bezpieczniej i znowu mogłam skupić uwagę na mapie. Do PK 20 było bezpiecznie i nawigacyjnie bezproblemowo, a potem znowu musiałam przedrzeć się przez trasę crossową. Między PK 21, a 22 niewiele brakowało, a miałabym bardzo bliskie spotkanie trzeciego stopnia, ale cyklista wykonał niemal cyrkowy numer, żeby zatrzymać się w miejscu i nie stratować mnie. Chyba spotkanie wywarło na nim niezatarte wrażenie, bo od razu zszedł z trasy i odjechał w siną dal. Ja w sumie marzyłam o tym samym, ale ponieważ do mety zostały już raptem cztery punkty, więc już darowałam sobie głupie pomysły.
Na metę szczęśliwie dotarłam w jednym kawałku, nie rozjechana, nie połamana, a jedynie poobijana. I jak się okazało, wcale nie taka ostatnia:-)


Pora się sczytać.