niedziela, 18 października 2015

Urwał! Urwał! Urwał! I czołóweczki....

Odrywanie mnie od lektury kryminału, zwłaszcza w momencie, kiedy wszystko zaczyna się wyjaśniać, zdecydowanie nie jest najmądrzejszym pomysłem. T. miał dużo odwagi, kiedy wczoraj, w kulminacyjnym momencie akcji, przypomniał mi o "Czołóweczkach"..
- Co ja narobiłam?! Co ja narobiłam?! - rozbrzmiewało w samochodzie, kiedy już mentalnie oderwałam się od treści książki i uświadomiłam sobie na co się zgodziłam. Szczególnie, że ciemna noc, mgła i deszcz nie zachęcały do spacerów, a tym bardziej biegów po lesie.
- Robisz to z miłości do mnie - sugerował T., mi jednak trudno było utożsamić miłość z kompletnym zidioceniem, jakie na mnie spłynęło. Zamiast leżeć pod kocem z książką w jednej ręce, a kieliszkiem wina w drugiej, oddalałam się od domu w ciemną, zimną, mokrą i nieznaną dal.
O wyznaczonej godzinie startu, po odliczeniu: 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1 wszyscy ruszyli biegiem (oczywiście poza rowerzystami i MnO) w stronę lasu. Myślałam, że na jego skraju zatrzymamy się, namierzymy, policzymy ścieżki i odległości i spokojnie znajdziemy lampion. Ale gdzie tam, T. nawet nie zwolnił, więc co było robić - pobiegłam za nim. Efekt był taki, że po chwili znaleźliśmy się nie wiadomo gdzie, w związku z czym szukanie lampionu mogło się odbyć tylko na oślep, metodą prób i błędów. Zanim zdążyłam nas umiejscowić na mapie T. już podbiegał w którąś stronę, więc ja za nim i w efekcie wciąż nie wiedziałam gdzie jestem. Po półgodzinie bezowocnego miotania się to tu, to tam zaproponowałam powrót na skraj lasu i namierzenie się według starych, dobrych zasad MnO. Pomogło i wreszcie mieliśmy nasz pierwszy punkcik.
Gdzieś w okolicach drugiego, czy trzeciego zaliczyłam pierwszą glebę, co jeszcze bardziej pogorszyło mój i tak nie najlepszy nastrój. Narastał we mnie bunt. Nie byłam w stanie jednocześnie biec, unikać korzeni i łapiących za nogi jeżyn, patrzyć w mapę i otaczającą rzeczywistość, szczególnie, że oprócz naturalnej ślepoty skutecznie uniemożliwiała mi to mgła. Do szału doprowadzało mnie, że muszę bezmyślnie lecieć za T. nie wiedząc skąd, dokąd i którędy. Przestudiować mapy nie miałam kiedy, no bo przecież trzeba biec.
Kiedy przy próbie sforsowania rowu trzy razy wpadłam do niego, moja znajomość "łaciny" znacząco się rozszerzyła. Z zakamarków pamięci wyłoniły się wszystkie kiedykolwiek usłyszane słowa, których dama nawet nie powinna znać. Dama co prawda ze mnie żadna, ale raczej staram się wysławiać poprawną polszczyzną.
W T. chyba duch też trochę podupadł, bo nie proponował biegu do dalszych punktów, a jedynie za rzeczkę, wzdłuż niej i powrót do bazy. Szczególnie spodobał mi się ten powrót.
Starałam się nie narzekać za bardzo, ale wewnętrzne emocje rozszarpywały mi wnętrzności na strzępy. Kiedy na ostatniej prostej T. pobiegł do przodu i zniknął mi z oczu, szalejąca we mnie furia zwyciężyła. Zwinęłam mapę, postanowiłam wyrzucić kartę startową i wrócić do bazy. Niestety, nie miałam nożyczek żeby odciąć swoje dane osobowe (parszywy laminat), a co sobie moim nazwiskiem (napisanym zresztą na karcie z błędem) ktoś będzie gębę wycierał. Tym sposobem karta ocalała.
Statecznym krokiem, nie zbaczając po żaden więcej punkt po drodze, z marsową miną wróciłam do bazy. Gdyby wzrok mógł zabijać, organizator całego tego przedsięwzięcia padłby na miejscu martwy.
T. w bazie nie było - ewidentnie gdzieś zaginął w akcji. Z tego stresu i wściekłości zeżarłam kilka kawałków czekolady, co oczywiście zniweczyło wysiłek tracenia kalorii i  nawet mój bezmyślny bieg za T. okazał się do niczego nieprzydatny.
Po chwili wszyscy zaczęli masowo wracać, bo kończył się limit czasu. Wrócił i T., którego zniosło z trasy po jakiś zapomniany punkt.
Na koniec jeszcze organizator zarządził zbiorową fotkę, do której z całych sił, ale raczej bezskutecznie, usiłowałam wyszczerzyć zęby i wolę nawet nie myśleć jaki efekt wyszedł.Wreszcie wsiedliśmy do samochodu i ... po godzinie wreszcie dowiedziałam się kto zabił.





                  Ćwiczę uśmiech do wspólnego zdjęcia:

czwartek, 15 października 2015

Mózg na pudle!

Ostatniej rundy Szybkiego Mózgu nie mogłam odpuścić, bo po pierwsze T. by nie pozwolił, a po drugie załapałam się do pierwszej trójki w generalce i obiecali nagrody. Wrodzone lenistwo przegrało z wrodzoną chciwością:-) Ale żeby dostać tę obiecaną nagrodę, najpierw trzeba było przebiec się kawałek, a przynajmniej wystartować i wrócić na metę.
Tym razem czekał nas start masowy - drugi w moim życiu. Zasadniczo jest to przerażające doświadczenie, ale litościwi organizatorzy podzielili nas na dwie grupy startujące w odstępie dziesięciu minut, więc tłum był jeszcze do ogarnięcia. Nauczona doświadczeniem z poprzedniego startu masowego, pozwoliłam wszystkim ruszyć przodem, a sama na spokojnie mogłam zajrzeć do mapy. W efekcie nie pobiegłam na oślep za tłumem w kierunku przeciwnym do położenia PK 1, zdążyłam obejrzeć mapę i ogarnąć co gdzie jest, nie zostałam stratowana, nie miałam tłoku przy czytnikach i nikt mnie nie oślepiał czołówką. Same zalety! A że inni byli przede mną? Oj, tam  - taki drobiazg. Zresztą kilka osób wyprzedziłam niechcący. A gdyby nie chowający się ciągle punkt 8/11 to miałabym całkiem przyzwoity czas. No, ale jak ktoś stoi przy punkcie i nie może go znaleźć, to takie efekty.
Ale co tam bieganie. Czekałam przecież przede wszystkim na swoja chwilę sławy. No i tę nagrodę:-) Ostatecznie zająć drugie miejsce na siedem startujących w kategorii, to nie lada wyczyn! Dekorację zaczęto od najmłodszych i zanim doszło do takich staroci jak ja, to wszyscy byli już znudzeni i poza T., wiernymi Paprochami i P. W. chyba nikt nie zauważył mojego życiowego osiągnięcia:-( Świat jest jednak niesprawiedliwy! Miało być radio, telewizja, premier, prezydent, wywiady, udział w reklamie, okładki w tygodnikach... I co? Tak wyglądała najważniejsza chwila mojego życia:


Żałosne, prawda? Nawet się z gracją wgramolić nie dałam rady na to pudło. Życie osłodziły mi dopiero te nagrody - bon do sklepu napieraj.pl, dyplom do powieszenia na ścianie i ciasteczka od Kupca.

W drodze powrotnej, jak przystało na prawdziwych orientalistów, zgubiliśmy się. T. skręcił nie w tę ulicę co trzeba, a potem już poszło lawinowo. Zaczęliśmy oddalać się od miejsca zamieszkania. Co gorsza - autostradą. A jak wiadomo, z autostrady nie zjeżdża się, gdzie kto chce i groziła nam podróż do Poznania. Na szczęście mieliśmy te ciasteczka i wafle ryżowe z nagrody i jeszcze pół butelki wody, więc nawet dalsza podróż nie była nam groźna. Byle tylko wrócić do rana, bo do roboty trzeba iść. Kawałek przed Poznaniem udało nam się jednak zjechać z autostrady i w domu byliśmy jeszcze tego samego dnia.
Chyba musimy potrenować InO samochodowe.

środa, 14 października 2015

Smoka faza zejściowa

Noc z soboty na niedzielę była za krótka. Wstałam, ale bliżej było mi do zombie, niż homo sapiens. Zakończenie odbyło się w stylu klasycznym, czyli: przemowa dyrekcji (ludzkim głosem), odczytanie wyników, wręczenie nagród, chwila dla fotoreportera.
Moment po zakończeniu formalności uczestnicy zniknęli niczym kamfora, bo każdy gdzieś tam musiał dojechać. My zresztą też się sprężaliśmy, na ile kto miał siły, bo przecież czekało nas jeszcze zbieranie lampionów.
Moją trasę udało się w miarę szybko zdjąć samochodowo, niestety do lasu po lampiony T. nie dawało się wjechać:-( T. pokazał na mapie palcem pionową (niewidoczną) linię i zarządził - ja z prawej, ty z lewej (albo może i odwrotnie). Na szczęście linia nie dzieliła obszaru na pół i mój kawałek był zdecydowanie mniejszy. Mimo to, po zebraniu swojego przydziału, czułam się jakbym ten las przeorała ręcznie i jeszcze zagrabiła. Oczywiście moje marne samopoczucie wynikało raczej z chronicznego niewyspania niż pracy włożonej w zdejmowanie lekkich w końcu kartek z drzew.
Wreszcie zebraliśmy ile się udało znaleźć i można było ... nie, nie wracać:-( Mieliśmy do zrobienia jeszcze trino. Oczywiście, że nie wygłupialiśmy się z lataniem pieszo - robiliśmy krótkie wypady z samochodu, wypychając się wzajemnie - teraz ty, twoja kolej! Im bliżej końca, tym mniej myśleliśmy o szukanych obiektach, a więcej o potencjalnym obiedzie. Padło na KFC, bo człowiek musi czasem zjeść coś niezdrowego. Niestety, nie wstrzeliliśmy się w odpowiednią drogę i musieliśmy się obejść smakiem. Życie uratowały nam hot-dogi na stacji benzynowej - trochę małe, ale za to chyba bardziej niezdrowe. T. zasypiał za kierownicą tak samo jak przy powrocie z Nocnych Manewrów i w efekcie zwiedziliśmy tych stacji benzynowych całą masę, bo T. na każdej chciał sobie podrzemać. Strasznie wydłużyło to powrót do domu, ale za to wciąż jesteśmy żywi i w jednym kawałku.





A taką traskę zrobiliśmy sobie w sypialni. Punkt mylny to ten z najdłuższym sznurkiem, punkt stowarzyszony, to ten z krótszym, a właściwy jest dla utrudnienia bez kredki:-))



wtorek, 13 października 2015

Smocza sobota.

Ponieważ w nocy i tak nie dało się spać z powodu zimna, uroczyste rozpoczęcie imprezy o ósmej trzydzieści tym razem nie wydało mi się barbarzyńsko wczesne. Autorzy etapów od razu po nim ruszyli organizować starty, a ja dostałam polecenie służbowe zostać w bazie do ostatniego zawodnika, a potem zamknąć drzwi na klucz i iść w las rozstawiać swoją nocną trasę.
Kiedy dobrze po dziesiątej ostatni startujący już wyszli, wciągnęłam na siebie wszystkie najcieplejsze rzeczy jakie miałam, a wszystko zwieńczyłam kurtką puchową. Zarzuciłam plecak, w garść wzięłam torbę z lampionami i oprzyrządowaniem wieszalnym, pozamykałam co miałam pozamykać i poszłam. Już przy drugim lampionie pozbyłam się rękawiczek. Przy trzecim okazało się, że czapka nie jest mi potrzebna. Przy kolejnych rozsuwałam wszystkie zamki. Z pogodnego nieba lał się żar, temperatura na zewnątrz mnie musiała dochodzić gdzieś do dwudziestu stopni w słońcu, wewnątrz mnie  musiała być niższa niż czterdzieści dwa, bo białko jeszcze mi się nie ścinało, ale na pewno była niewiele niższa. Zastanawiałam się czy nie porzucić kurtki w najbliższym rowie, ale zaraz przypominałam sobie noc i jakoś nie mogłam się zdecydować na tak drastyczny krok. Ociekając potem i słaniając się na nogach jakoś rozstawiłam te tysiąc sześćset pięćdziesiąt (jak mi się wydawało) punktów i ostatkiem sił doczołgałam się do bazy. W bazie padłam na materac i chciałam tak w miłym chłodku zostać już na zawsze.  Oczywiście, zgodnie z prawem Murphy'ego, już po kilku minutach zadzwonił telefon i oczywiście leżał w najdalszym zakątku sali. Okazało się, że zawodnicy A. K. już wrócili z trasy i miałam się ich niebawem spodziewać w bazie. Na szczęście mogłam się ich spodziewać na leżąco, bo jakiejś specjalnej obsługi nie wymagali. Przezornie położyłam się z telefonem pod ręką i moja przezorność została nagrodzona - po chwili zadzwoniła B. S. z wiadomością, że tezety lada moment dotrą do bazy, a ona nie zdąży z metą (czyli zegarem) przed nimi. Miałam więc czujnie odbierać karty startowe i wpisywać godzinę z zegarka. Wzięłam więc materac i poduszkę w zęby i przeniosłam legowisko na parter, blisko drzwi. Uznałam, że nawet jeśli przysnę, to jak będą chcieli oddać kartę startową,  narobią rabanu i obudzę się. Tymczasem tuż przed pierwszym zawodnikiem na metę wpadła B. z zegarem w ręku i moje czuwanie okazało się zbędne. Niemniej pozostałam na posterunku, bo już nie chciało mi się uskuteczniać kolejnej wędrówki.Trochę polegując, trochę pomagając na mecie doczekałam do obiadu, a pora była najwyższa, bo ssało mnie w dołku strasznie. Kotleta z odrobinką ziemniaków i surówki zassałam w try miga i niespecjalnie poczułam jego obecność w sobie. Zaraz jednak przeliczyłam kotleta na kalorie i od razu wydało mi się, że porcja była wręcz za duża.
Po obiedzie mieliśmy zwiedzanie Muzeum Sztuki Drukarskiej i Papiernictwa. Raptem dwie salki tego muzeum, ale przewodnik ciekawie opowiadał, poczerpaliśmy sobie papier, podrukowali na nim, przystemplowali pieczątki i nawet nie zdążyliśmy się zmęczyć wycieczką, bo muzeum było tuż przy naszej bazie.
W końcu nadszedł czas mojego etapu. Teoretycznie start miał być spod wiaty, ale aura nie zachęcała. Bardzo nie zachęcała, zwłaszcza mnie. Zawodnikom niespecjalnie robiło różnicę skąd ruszają, bo i tak musieli wyjść na zewnątrz. Po upalnym dniu oczywiście już nie było ani śladu i zimno sączyło się każdą szczeliną. Ledwo wyszli ostatni startujący, a niektórzy już zaczęli wracać. Okazało się, że pewne młode osoby (litościwie nie będę wskazywać palcem) poszły tylko na kilka najbliższych punktów bo ... zimno. Większość jednak bohatersko przebyła całą trasę, a niektórzy nawet znaleźli wszystkie PK.
W oczekiwaniu na powrót moich zawodników trenowałam weryfikację książeczek. Z każdą kolejną szło mi coraz lepiej, a weryfikację urozmaicałam sobie sprawdzaniem kart osób wracających z trasy. Pilnie przykładałam się do obu tych czynności, bo to niedługo kursy na Pinokia i jakąś wiedzą trzeba się będzie wykazać, a wiadomo - repetitio est mater studiorum.
Ledwo uporałam się z kartami, a tu już masa osób zaczęła dopytywać się o scorelaufa. Dyrekcja zajęta obliczaniem wyników końcowych nie miała za bardzo czasu, autorzy tras nocnych jeszcze byli w lesie, więc z pewną taką nieśmiałością zaczęłam wypuszczać kolejne osoby na bieg. Ba, wręcz zachęcać tych co bardziej opornych. W efekcie towarzystwo tak się rozochociło, że końca nie było widać, a tu północ zbliżała się wielkimi krokami.
Chociaż padałam ze zmęczenia, jakoś nie porywała mnie wizja kolejnej nocy przedygotanej z zimna. Odwlekałam więc moment pójścia spać ile się dało. Na szczęście kółko gitarowe działało i tej nocy, miałam więc co ze sobą zrobić. Do tego wreszcie ktoś grał wszystkie hiciory mojej młodości, których już od lat nie słyszałam, więc korzystałam z okazji. Przyznaję się - wiedziałam, że inni chcą spać, a śpiewy im w tym przeszkadzają, ale ostatecznie spać to można każdej nocy, a ja pośpiewać swoje ulubione piosenki mogę ostatnio raz na kilka lat. Niestety, gitarzyści też ludzie i w końcu poczuli się zmęczeni i trzeba było zakończyć imprezę.
Tym razem do snu od razu ubrałam softshell, kamizelkę, komin, a na śpiwór zarzuciłam kurtkę puchową. Czy wreszcie było mi ciepło? Bynajmniej. Trzęsłam się może i mniej niż poprzedniej nocy, ale o jakimkolwiek komforcie trudno powiedzieć.

Będzie chyba dość tego pisania, bo mi tasiemiec wyszedł, a nie wpis.

c. d. n.


poniedziałek, 12 października 2015

Kiedy Smok zieje mrozem ...

Z piątku pamiętam wyrywki. Nie żeby coś, na trzeźwo i bez używek, ale w lekkim amoku. W drodze do Białegostoku telefon od B. S.:
- Przed Supraślem w parku tezetów ...
No kurka! Jakim parku tezetów????? Już się dorobili parku swojego imienia??? Jeszcze nawet na trasę nie wyszli!
Dopiero T. udało się dojść do porozumienia z B. i okazało się, że chodzi o parking, gdzie będzie start trasy TZ. Mówiąc skrótem - tam się spotkaliśmy i razem pojechaliśmy do bazy. Na parkingu czekał już D. M. z A. K. Przydzielony nam na bazę budynek miał, jak każda rzecz, swoje zady i walety. Waletem była duża przestrzeń do dyspozycji, zadem - brak dostępu do hali sportowej oraz (albo przede wszystkim) parametry sal noclegowych - jedna ciemna i zatęchła, ale z temperaturą trochę powyżej zera stopni Celsjusza, druga jasna, zamykana na klucz, ale z temperaturą trochę powyżej zera bezwzględnego.  Ze względu na kluczowe kwestie, czyli zamek w drzwiach, dla siebie wybraliśmy tę drugą (w końcu trzeba strzec map i wzorcówek). Bardzo potem tego żałowaliśmy, ale nie mieliśmy wyboru.
Mi i T. przypadła rola przygotowania bazy na przyjęcie uczestników, reszta pobiegła do lasu stawiać swoje trasy. Zrobiliśmy co w naszej mocy żeby stworzyć przytulną, rodzinną atmosferę: Nakazaliśmy pisemnie zmienić obuwie od razu po wejściu paru kroków w głąb korytarza,  opisaliśmy drzwi, za którymi robi się siku i dokonuje ablucji (ważne żeby nie robić tego byle gdzie), oznaczyliśmy pomieszczenia, w których się śpi, żeby nam jakieś zombi po nocach nie wędrowało korytarzami, no i rzecz najważniejsza - założyliśmy biuro zawodów. Jeszcze tylko przebiegłam się po terenie zewnętrznym znacząc (nie, nie moczem) drogę dojścia od wjazdu do bazy i prawie wszystko było gotowe. Coś tam w biegu jeszcze przełknęliśmy z naszych zapasów i już czekaliśmy w blokach startowych, żeby iść rozwiesić trasy T. W końcu doczekaliśmy się zmienników i ... ogary poszły w las! To znaczy my poszliśmy, ale ogary fajnie brzmi.
T. usiłował jakoś sensownie podzielić teren, gdzie kto ma się wieszać, ale i tak sporą część trasy przeszliśmy razem. Końcowy odcinek to już obowiązkowo razem, bo zastał nas zmrok, a mieliśmy tylko jedną latarkę. Z tej ciemnoty jeden lampion powiesiliśmy niezbyt dokładnie, bo jak g.... widać na wzorcówce, to i efekty takie.
Kiedy wreszcie, po ciągnącym się w nieskończoność czasie, wyszliśmy z lasu, mój żołądek trawił sam siebie. Od razu skierowaliśmy się więc do Jarzębinki, a tam właściciele już stali z kluczem w ręku żeby zamknąć bar. Ale wiadomo - biznes is biznes, a klient nasz pan, więc wrócili jeszcze do kuchni dać nam na wynos, co tam mieli. W tym zamieszaniu, jak się w bazie okazało, dostaliśmy zamiast dwóch porcji, aż trzy. Nie zmarnowały się oczywiście:-)
W końcu zaczęli przybywać pierwsi uczestnicy, których po obdarowaniu pakietem startowym (te dylematy - brać odblask różowy, czy niebieski?) od razu usiłowaliśmy, w swej wredności, wypchnąć za drzwi, namawiając, a to na trino, a to na mini InO. Trzeba przyznać, że ze sporymi sukcesami, chociaż podejrzewam, że na ich decyzję mogły mieć też wpływ wspomniane parametry sal, w których przyszło nam wszystkim przebywać. A dodam, że na korytarzach temperatura była tylko o pół stopnie wyższa. Nadszedł jednak moment kiedy wszyscy wrócili i można było iść spać.
Z kranów i natrysków lała się ciepła woda i każdy chciał przebywać w łazience jak najdłużej. Do tego stopnia, że niektórzy przenieśli tam swoje legowiska! Padła też propozycja, żeby zostawić odkręconą wodę na całą noc, to może baza trochę się ogrzeje. Z zupełnie niezrozumiałych dla mnie przyczyn, propozycja ta upadła:-(
Przezornie do śpiwora weszłam w leginsach, grubych skarpetach i i ocieplanej bluzce z długim rękawem. Po półgodzinie wstałam naciągnąć jeszcze softshell. Próba zaśnięcia nie powiodła się jednak i po kolejnej półgodzinie wyciągnęłam z plecaka szybki mózg (w sensie komin) na głowę. Przedygotałam kolejny odcinek czasu i sięgnęłam po ostatnią deskę ratunku - ocieplaną kamizelkę, którą narzuciłam na śpiwór. Amplituda drgań zmniejszyła mi się do akceptowalnego poziomu.


Kiedy przestałam dzwonić zębami i zagłuszać tym inne dźwięki, doszły mnie gdzieś z korytarza dźwięki gitary i śpiewy. Od razu przypomniały mi się młode lata w Kolibie, czy innych chatkach studenckich i bazach namiotowych, gdzie był to naturalny odgłos towarzyszący nad ranem zasypianiu. Poczułam się od razu trzydzieści lat młodsza, energicznie rozprostowałam całego człowieka i ... mało nie wrzasnęłam z bólu - zmęczone dygotaniem mięśnie złapał skurcz - tak będzie od pasa w dół, a przynajmniej takie miałam odczucie. Obolała i wyczerpana w końcu zasnęłam, a po chwili zadzwonił telefon (tak, wywiesiłam swój numer telefonu na drzwiach wejściowych - he, he), bo kolejni uczestnicy właśnie dojechali i koniecznie chcieli wejść do budynku. Tak, jakby w budynku było cieplej niż na zewnątrz. Litościwie Z. M. zeszła do nich i nie musiałam opuszczać letniego (bo przecież nie ciepłego) śpiworka. Znów udało mi się zasnąć, żeby już po chwili zerwać się na dźwięk budzika.
Nastał nowy, piękny, zimny dzień.

c. d. n.

niedziela, 11 października 2015

Smok

Ale chyba nie spodziewacie się, że dzisiaj będę miała siłę coś napisać? Zasypiam na stojąco, padam na twarz, nie ma mnie....

czwartek, 8 października 2015

Hej ho! Hej ho! Na Smoka by się szło!

Mapy gotowe, wzorcówki prawie gotowe, lampiony zrobione, przydział obowiązków dokonany, dyrekcja trzyma rękę na pulsie. Im bardziej wszystko wygląda na dopięte na ostatni guzik, tym bardziej jestem ciekawa o czym ważnym zapomnieliśmy:-)


Smok przechodzi!  Bestia zła
zjada wszystko, co się da,
Więc zważajcie moi mili
I nie traćcie ani chwili:
Do lampionów się skradajcie
Lecz przed smokiem uciekajcie.
Gdy zbierzecie kody wszystkie
Wtedy zły czar smoka pryśnie.
Wasze bohaterskie czyny
Pójdą w świat z gminy, do gminy,
Was okryje wieczna chwała,
Kiedy zginie ta zakała,
I nie będzie już żarłoka!
Do ...  przyszłego "Przejścia Smoka".

wtorek, 6 października 2015

CUP, czyli filiżanka pełna BnO.

CUP, czyli filiżanka pełna BnO.
Jako, że w każdej chwili planuję przerwę od InO, staram się jak mogę i gdzie mogę poszukać lampionów. Ot, choćby taki UNTS CUP 2015. Problem tylko taki, że w sobotę robimy  smoczy rekonesans w Supraślu. Tylko 200 km w jedną stronę. I kilkanaście per pedes po lesie. Ale wystarczy wstać skoro świt, to i uda się  zdążyć na nocne BnO. No, prawie zdążyć, bo miejsc w mojej kategorii już nie było. Zostało tylko coś nie wymienione w regulaminie o tajemniczej nazwie OPEN. Dostałem piękną ręcznie pisaną nalepkę z napisem OPEN i udałem się na start. Start masowy. Ale sam, bo Moja Druga Połowa padła po rekonesansie.
Start masowy nocą  zawsze robi wrażenie. Ostatnie sekundy przed startem, jasno jak w dzień od czołówek. I tłum gotowy stratować wszystko na swej drodze. Na szczęcie  organizatorzy ustawili startujących od najszybszych do najwolniejszych, więc openy trafiły na sam początek. Tzn. ten początek od końca. Wybiła minuta zero, tłum zafalował i rzucił się tratować pobliskie zarośla. Zerknąłem na mapę – wynikało mi że do PK 1 jest dość daleko i można do niego dotrzeć okrążając tłum z prawej strony. Radośnie rzuciłem się do biegu. W oddali po lewej nikły światełka szarżujących biegaczy, a ja sobie biegłem i biegłem… Gdzieś powinna być jakaś wydma, a ja biegnę i biegnę, a wydmy nie widać. Nie pomogła nawet 10-ciowatowa czołówka. Las stał się cichy i ciemny, żeby nie powiedzieć straszny i przerażający….
Nie jest tak łatwo odnaleźć się w lesie ciemną nocą. Musiałem wrócić prawie do startu (ciemnego i opuszczonego) by się umiejscowić na mapie. Teraz dokładniej popatrzyłem na mapę i wreszcie ruszyłem w dobrym kierunku. Tyle, że pierwszy lampion podbiłem po 15 minutach błąkania się po lesie, a nie po 4 jak powinienem idąc spacerowym krokiem. Tak już mam przy startach masowych, że zawsze biegnę w złą stronę….
Dalej to już wszystko szło prosto. No, prawie wszystko, bo przy PK  4 spotkałem jakąś nieletnią konkurencję i poniesiony ambicją pobiegłem „lepszą” drogą, oczywiście na manowce. W ten sposób zamiast fanfar, medali i wafelków został tylko owoc i woda. Najbardziej żal tych wafelków…..
W niedzielę zerwałem się bladym świtem z mocnym postanowieniem, że tym razem wygram. Moja Druga Połowa początkowa chciała biec ze mną (bo to 5km od naszego domu tylko), ale znowu wygrało ciepłe łóżeczko z aktywnością fizyczną.  Na start przybyłem wcześniej, by mieć możliwość wyboru kategorii. Zapisanych na M45 całe tłumy i to młodszych, więc wybrałem Zuchwałych po dokładnie tej samej trasie. Słoneczko przygrzewało, podjeżdżały autokary z uczestnikami. Zjawił się bohaterski B. C., który na nocnym BnO zaginął (czekałem na niego, ale się nie doczekałem) i pojechał nocować do Radomia, by wrócić na poranny bieg dzienny! To jest dopiero poświęcenie!
Jako zuchwały mogłem startować w dowolnej minucie startowej – poszliśmy więc na start razem. Słonko dogrzewało niczym w upalny letni dzień.  Piknąłem, złapałem mapę, namierzyłem kierunek …. i okazało się, że biec nie idzie bo cały las zawalony jest gałęziami z jakiś przecinek. W oddali było widać że wszyscy ostrożnie stąpają zamiast biegać. Jednak stanowczo wolę bieg w samotności!
Najkrótsza droga z PK3 na PK4 prowadziła przez teren zaznaczony jako podmokły. Słowem - bagno. Z doświadczenia wiem, że tego lata wszystkie bagna wyschły. Z oglądu także nie wyglądało to strasznie, więc ruszyłem na skróty. Może nie bezpośrednio po linii prostej, bo jakieś trawy i zielska wydawały się mniejsze bardziej na wschodzie. Na początku była jakaś „ścieżka”, potem „dzikostrada,” ale i to się  skończyło. Zostały suche chwasty prawie mojej wysokości. Niestety, to były te chwasty co na Niepoślipce równo oblepiły zwycięzcę TZ. Teraz mi się dostało. I oczywiście na skróty nie oznaczało szybciej - przeszkody terenowe, omijanie co większych skupisk tych chwastów i narastające swędzenie od nasionek, które wbijały się wszędzie. Wypełzłem z bagna zmęczony i z silnym postanowieniem, że kolejnym razem je okrążę (bo mieliśmy przekraczać je jeszcze raz). Zawodnicy których spotykałem po drodze dziwnie się na mnie patrzyli – zerkam w dół, a tak do powyżej pasa przypominam skrzyżowanie jeża z misiem. Najgorzej, że ten dodatkowy „zarost” swędział straszliwe. Próbowałem wyrywać go w biegu, ale szło marnie i raczej powoli. Zresztą ciężko biec, patrzeć na mapę, drapać się i skubać;-) Trochę mnie przez tę wielowątkowość wyrzuciło  do cywilizacji, musiałem ratować się ucieczką przez psem, który wziął mnie za jakieś leśne zwierzę futerkowe.
Pomiędzy PK 9 i 10 kolejny przebieg przez ulubione bagno. Tym razem je ominąłem. Biegnąc wokoło słyszałem różne niecenzuralne okrzyki wydobywające się ze środka tego bagna – widać nie tylko ja skracałem drogę;-) Koło PK 11 spotkałem grupę najmłodszych biegaczy (tych biegających po wstążkach) – patrzyli podejrzliwie na moje „kolce”, słuchali odgłosów dobiegających z bagna i dopytywali się lekko przerażeni co tam takiego jest za zaroślami…
Z wartych wspomnienia jest jeszcze PK15 – źle odczytałem opis z mapy i szukałem kodu 114 zamiast 122…. Już chciałem wpisywać BPKa. A to zmęczenie dawało znać o sobie. Niby trasa krótka, ale dużo PK wprowadzało niezły zamęt.
Wreszcie meta. Znowu owoc, wafelek (WRESZCIE) i woda. Czas na skubanie. Nie tylko ja się skubię -  większość uczestników lata półnago, drapiąc się i wykonując dziwne skubiące ruchy. Czekam na B. C. – wybiegł prawie ze mną i jakoś niedługo powinien na metę dotrzeć. Wywieszają pierwsze wyniki (jest zresztą podgląd on-line w internecie). Mój wydruk mówi 1 of 1 i dalej widzę,  że jestem z 1. Niby zapisanych było kilka osób więc czekam. Pojawiają się kolejne wyniki w zuchwałych – ciągle jestem pierwszy!
Wreszcie pojawia się B. C. Trochę mu zeszło, ale jego widok tłumaczy wszystko. Mój jeż przy nim to nic. Słowem – mega jeż! Wzbudza tym jeżem powszechną sensację.
Wreszcie medale i nagrody. Megafon (bo jak inaczej nazwać osobę, która wywrzaskuje nazwiska zwycięzców przekrzykując tłum) wywołuje kolejnych do dekoracji. Kategorie wywoływane są losowo. Kupka dyplomów się zmniejsza, kategorie coraz bardziej egzotyczne. Niestety okazało się, że o zuchwałych zupełnie zapomniano:-(  No cóż, będę musiał się o jakiś inny dyplom postarać, może skseruję sobie dyplom i medal  Mojej Drugiej Połowy, który wkrótce odbierze za Szybki Mózg -  nazwisko to samo, a imię da się przeprawić!;-)

piątek, 2 października 2015

D... ze mnie nie OInO

Już się cieszyłam, że sprawę Niepoślipki mam z głowy, a tu dziś M. P. zwrócił mi uwagę, że z PK D to jednak jest coś nie halo. Pół dnia główkowałam czemu wszyscy złapali tam stowarzysza. Teren, w którym  punkt stał zmieniał się w ostatnich dniach dynamicznie w związku z przebudową linii kolejowej i Leśny Dziad miał problem z powieszeniem lampionu, bo nie było przejścia, którym jeszcze tydzień wcześniej maszerowaliśmy. Mimo to jakoś mu się udało, aczkolwiek na własne oczy tego nie widziałam. Może źle powiesił? No, ale wszyscy by od razu krzyczeli, że lampion źle wisi, a nikt się słowem nie zająknął.
Oglądałam więc te mapy i oglądałam (a robota leżała odłogiem) i w końcu EUREKA! Jest! Znalazłam!
Wzorcówkę robiłam na pełnej mapie, a kółeczka i numerki nanosiłam już na mapę pociętą i poobracaną. I co ślepota zrobiłam? No co? Zaznaczyłam po złej stronie torów. Zemściło się na mnie minimalizowanie wycinków. Mieli mieć uczestnicy trudno, to w efekcie sama sobie narobiłam kłopotów.
T. litościwie sam przeliczył wyniki po zmianie tego D, ale na szczęście kolejność kto przed kim się nie zmieniła.
Uff... - już miałam odetchnąć z ulgą, kiedy T. zapytał podchwytliwie, czy M. S. i spółka to byli na drugim etapie. Bo jak by to powiedzieć - nie ma ich karty. No skąd ja mam wiedzieć czy byli na drugim etapie, jak w czasie wypuszczania siedziałam w przedszkolu. Próby skomunikowania się z nimi i B. P. nie powiodły się i nieco przeraża mnie myśl, że do dzisiaj błąkają się po lesie.
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie ...

czwartek, 1 października 2015

Jak to z BPK-ami było...

Nie łudziłam się, że w szkole dadzą mi odpocząć, ale liczyłam na chociaż kilka minut luzu. Gdzie tam?! Od razu dostałam do ręki plik kart do sprawdzania, z którymi nawet nie miałam się gdzie podziać, bo zajęli wszystkie miejscówki. Poszłam więc sobie do kątka w szkole i z tego kątka biegałam co chwilę do sekretariatu zawodów, a to po długopis, a to po wzorcówkę, a to po mapę, bo przecież nie dałam rady  ogarnąć wszystkiego na raz.
Dobrze, że na tych teefach potrenowałam, wiec jakoś to sprawdzanie szło. Zacinałam się tylko na bepekach, bo to nie wiadomo - albo ktoś zerwał lampion, albo delikwent zawędrował w złą część lasu. Jeszcze jak bepek powtarzał się raz, to raczej wiadomo, ale już przy powtórce u drugiego zespołu miałam dylemat. W jedną część lasu wysłałam na zwiady młodsze dziecię swoje, które się akurat (pechowo dla niej) napatoczyło, w drugą część lasu już nie miałam sumienia. W końcu bohatersko przeszła dwa całe etapy.
Cóż było robić, podniosłam odwłok, wyszłam z kątka i stanęłam przed dylematem - pieszo, czy samochodem? Krakowskim targiem stanęło na rowerze. Co prawda ja i rower to lekka sprzeczność, ale udawałam, że wszystko jest OK. Litościwie A. M. postanowiła pojechać ze mną. Ucieszyłam się, bo w razie czego miałby kto pozbierać moje szczątki z drogi. Najwięcej problemów miałam z wsiadaniem i zsiadaniem, bo rower miał ramę, a ja nie umiem tak machać nogą do tyłu, jak profesjonalni rowerzyści. Spróbowałam przy pierwszym zatrzymywaniu się, bo zeskok na ramę jakoś też mi się nie uśmiechał. Zachwiało, zachybotało, strach mnie obleciał, w wyobraźni zobaczyłam się w gipsie po szyję ale jakoś utrzymałam rower. Potem było już ociupinkę lepiej, chociaż strach mnie oblatywał przy każdym wymachu.
Punkt stał. Jak wół. Wróciłyśmy i mogłam delikwentowi wlepić całą masę punktów karnych. Należało się za tę wycieczkę rowerową!
Drugi bepek także okazał się bezprawny, a przynajmniej tak zaraportowało dziecko z lasu. Mimo to autorzy wpisu (A. M. i D. M.) nie dawali mi, a potem i T. spokoju, że jak punkt jest, jak go nie ma. Drugiej wycieczki rowerem już bym nie zdzierżyła, wiec tym razem padło na samochód. A. M. pojechała ze mną naocznie zobaczyć gdzie ja mam ten lampion w lesie. Ślipkolot mały, to udało się podjechać prawie pod sam punkt, co prawda bezprawnie, ale co tam. Faktycznie - w dziurze pokazanej przez A. lampionu nie było. Tyle, że to nie była moja dziura. Moja kryła się za pobliskimi krzaczkami, a tej w ogóle nie było na mapie.
A. była jednak tylko połowicznie przekonana o wyższości mojej dziury nad jej dziurą. W końcu stanęło na tym, że T., jako sędzia główny, pojedzie po zawodach i jeszcze raz sprawdzi i podejmie ostateczną decyzję. Ulżyło mi, że nie ja muszę decydować. Zwłaszcza, że A. nieba bym przychyliła, a z drugiej strony wszystkie inne zespoły znalazły punkt bez problemu.
W końcu udało się posprawdzać wszystkie karty moje, T. i Leśnego Dziada i mogliśmy ogłosić nieoficjalne wyniki i wśród garstki najwytrwalszych rozlosować nagrody. Nawet nie pamiętam kto dotrwał do końca i kto będzie mógł sobie kupić w Praktikerze kilka cegieł, czy worków cementu, a kto będzie chodził w pomarańczowej koszulce. Po losowaniu większość ludzi błyskawicznie się zdematerializowała, bo w końcu pomieszkać w domu też trzeba, a najwierniejsi Stowarzysze pomogli pozdejmować banery, odnieść stoliki i krzesła i władować cały nasz kram do samochodów. Dozorca szkoły litościwie zaoferował się zlikwidować pryzmę przyniesionych z lasu przez zawodników śmieci, za co jesteśmy mu ogromnie wdzięczni, bo było tego kilka worków. Druga taka pryzma czekała na nas przed przedszkolem. Rozpracowaliśmy ją razem z Leśnymi Dziadami i tym sposobem imprezę można było uznać za zakończoną. Pominąwszy oczywiście lampiony wciąż wiszące w lesie. Z tymi T. rozprawiał się jeszcze dwa dni.

We wklepywaniu wyników do komputera pomagał kto żyw!