poniedziałek, 12 stycznia 2015

Gra w kolory - Niebieski

Poranek po szaleństwach dnia poprzedniego okazał się bolesny. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że bardzo bolesny.
Przyznaję - pierwszą myślą po przebudzeniu było: Olać Niebieski! I gdyby nie to, że leżenie bardziej bolało niż chodzenie, pewnie tak bym zrobiła.
T. wyglądał jak po zażyciu środków paralityczno-drgawkowych: przemieszczając się wykonywał nieskoordynowane ruchy, szczególnie nasilało się to w okolicy schodów.
Ale nic to, postanowiliśmy być twardzi.
Tym razem ustalone było, że idziemy osobno - ja na TP, T. na TZ. Ja - uczyć się; T. - wykazać się.
Mapa, jak przystało na TP, okazała się łatwa - przynajmniej na dwa pierwsze rzuty oka. Znalazłam punkty wspólne wycinków, znalazłam Kopę i o dziwo - nie znalazłam startu i mety (zauważyłam je na mapie dopiero dnia następnego). Brak startu nie przeszkodził mi jednak w wyruszeniu na trasę.
Od samodzielnego wyjścia usiłowały mnie odwieść Leśne Dziady i siostry M., ale byłam nieugięta:
- Ja siama!
- Ja siama!
Zaczęłam od ataku na Kopę, bo stojąc u jej podnóża byłam pewna, że nie zabłądzę. Obeszłam ją tak do połowy, punktu nie było, za to wszyscy pięli się w górę. Wlazłam i ja na wyższy poziom - coś tam w krzakach na czerwono prześwitywało. Jak nic - lampion. Na sąsiednim krzaku - drugi. Wszyscy spisali drugi, a ja (w zapale - sama! sama!) za nic w świecie nie chcąc iść za tłumem, spisałam pierwszy. No bo co? Jak wszyscy postanowią skoczyć z dziesiątego piętra, to ja też??? W życiu!
Z duszą na ramieniu ruszyłam po kolejny punkt. O dziwo, trafiłam od razu, co podbudowało moje morale. Podbudowane morale niestety osłabiło moją czujność i z kolejnym PK rozminęłam się tak ze 180 stopni. Na szczęście szybko się połapałam, że coś nie gra i zatoczywszy łuk stanęłam przed dylematem - który z chyba pięciu lampionów spisać??? Wczytawszy się w mapę wybrałam jedyny słuszny!
PK K na mapie wyglądał prościutko, ale i tak ruszyłam po niego na ugiętych z przerażenia nogach. Bo czy ja już mówiłam, że panicznie boję się chodzić sama? W mieście to ciut mniej, bo zawsze można jakiegoś lokalsa spytać o drogę, czy ostatecznie wezwać taksówkę, ale w lesie to brrrr.
No więc spisawszy K stanęłam przed dylematem - co dalej? Jak nic należało przejść na któryś z wycinków i trzeba było podjąć decyzję jak tego dokonać. Nadludzkim wysiłkiem wszystkich szarych komórek umiejscowiłam PK A na głównej mapie, poszłam, znalazłam, spisałam. Oczywistym jest, że moje dotychczasowe przejście nie układało się w optymalną linię, ale i tak najważniejsze przecież są efekty. Prawda?
Mając pewne podejrzenie co do położenia punktu B, ruszyłam do przejścia pod Pierwszą Dużą Ulicą. Faktycznie był. Do C ruszyłam pewnym krokiem, jakbym całe życie nic innego nie robiła, tylko znajdywała lampiony. Teraz należało zmienić stronę Drugiej Dużej Ulicy. Jako praworządny obywatel przeszłam wiaduktem, podziwiając z góry innych inowców przedzierających się jezdnią między samochodami.
Zza bloków wyłoniły się L. D., siostry takoż przemknęły, uznałam więc, że nie jest źle - jeszcze się nie zgubiłam. Przy E na stowarzysza nie dałam się nabrać, z T poszło łatwo, po czym ruszyłam po podwójny S, F. Oczywiście jego podwójność zauważyłam po odejściu trzech kroków, ale mogłam przecież zorientować się po kilometrze na przykład. Znowu napatoczyła się spotkana wcześniej grupa, ale ja twardo - sama i sama!
Od tej chwili tak "zoptymalizowałam" trasę, że sama nie mogłam się nadziwić swojej inwencji oglądając później zapis GPS. Od F, S ruszyłam po zapomniany G, potem po M, który był całkiem nie po drodze, no ale jakoś musiałam z wycinka wejść z powrotem na główną mapę. Ogarnięcie całości mapy okazało się poza moimi możliwościami - albo się boję, albo składam w myślach wycinki do kupy. Obu czynności w jednej chwili nie da się pogodzić. Ciąć mapy nie pozwalał honor i warunki atmosferyczne. Honor to jeszcze pal licho, ale szalejąca wichura nie dawała żadnych szans.
Po M, bynajmniej nie najkrótszą drogą, w kierunku N. W oddali zamajaczyła mi znajoma pomarańczowa kurtka. T.! Jak żywy! "Jak"- ponieważ jego sposób poruszania się, obłęd w oczach oraz świszczący oddech przywodziły na myśl prędzej jakieś zombi niż porządnego inowca.
- Ciężko! Ciężko! - wysapał i powlókł się dalej.
Podbudowana, że nie tylko mi ciężko, "pognałam" po R i P. Prościzna.
Został jeszcze tylko powrót przez PK L, bo (o dziwo) udało mi się doczytać, że nie muszę zbierać wszystkich PK z mapy i odpuściłam jeden z wcześniejszych.
Z oglądu mapy wyszło mi, że do L znowu muszę przedrzeć się przez Dużą Ulicę. Uznawszy, że raczej trudno ją przeoczyć, postanowiłam wyznaczyć kierunek i iść tak mniej więcej jak kompas pokaże. Pech chciał, że ratując przed podmuchem wiatru swój dobytek, obróciłam w ręku mapę o 90 stopni i w efekcie zamiast iść na zachód namierzyłam kierunek południowy. Przez pierwsze kilka minut, dumna z odważnej decyzji, nie zauważyłam, że coś nie gra. Po kilku następnych zaczął mnie zastanawiać brak ulicy, co to już dawno powinna być, po kilku następnych (no przecież tak od razu się nie poddam) postanowiłam sprawdzić co jest grane. Odkrywszy swoją pomyłkę, rzuciłam w myślach kilka inwektyw samej sobie i ogólnie zniechęcona powlokłam się z powrotem. L i meta w nowej sytuacji były już tylko formalnością. Z kategorycznym postanowieniem - zadań nie robię! - chciałam oddać kartę, ale dyrekcja siłą zmusiła mnie do tej katorżniczej pracy. Co prawda azymut wzięłam z sufitu (tzn. w panujących warunkach z chmur), ale druga odpowiedź okazała się prawidłowa. Historyczny moment wpisywania przeze mnie zadań został udokumentowany fotograficznie. Myślę, że dyrekcja chce mnie w przyszłości szantażować tymi kompromitującymi fotkami!
T. nie wracał. Zaczęłam się już martwić, no bo ile można! Okazało się, że można dość długo ... Po powrocie stanowczo stwierdził, że nie lubi marchewek i nigdy więcej! No, ostatecznie może jeść co innego, chociaż podobno marchewki dobrze robią na wzrok i skórę. Ale jak sobie chce.
Na poprawę nastroju dostaliśmy jeszcze po srebrnej odznace TRInO i batoniku i w nadziei, że tym razem po powrocie do domu nie zostaniemy odcięci od prądu, zarządziliśmy odwrót.

niedziela, 11 stycznia 2015

Świdermajery - bajery

Po odpracowaniu FalIno i uzupełnieniu straconych kalorii, nie pozostało nic innego, jak udać się na start kolejnych zmagań. W międzyczasie marna pogoda zrobiła się jeszcze bardziej marna, żeby nie powiedzieć wręcz! Nawet zastanawialiśmy się nad kupnem drugiego parasola, tylko jakoś nie było gdzie. Ale ostatecznie z cukru nie jesteśmy.
Start przy stacji Świder całkowicie naturalnie klimatyzowany. Odbiór kart startowych przez okienko samochodu, odbiór map już w pełnym deszczu.
Mapa pierwszego etapu na moment mnie wystraszyła - osobno drożnia, osobno ukształtowanie i przebieżność. Obawiałam się, że nie ogarnę i znów pójdę za T. jak jakieś cielątko. Ale nie! Warstwy, mimo że rozjechane, dały się spokojnie nałożyć, szczególnie jak użyłam do tego kalki.
Używanie kalki w warunkach bojowych wymaga niezwykłego hartu ducha, pewnej ręki, odporności psychicznej i dobrego ołówka.
Pomińmy milczeniem przeoczenie dwóch, czy trzech punktów, które trzeba było potem dorysować długopisem na koszulce, w końcu nie ma o co kruszyć kopii.
Dla rozgrzewki, tuż po starcie, trochę pomiotaliśmy się po okolicznych uliczkach i zaroślach, bo T. koniecznie chciał upchnąć punkt 4 na początku trasy. Z przyzwyczajenia szłam za nim zgodnie, w końcu obejrzałam dokładnie mapę i wyperswadowałam mu te manewry. PK 4 zdecydowanie musiał być o trzy PK dalej:-)
Specyfiką etapu było rozłożenie punktów po dwóch stronach Głównej Drogi , jak sobie ją na własne potrzeby nazwaliśmy. Po jednej stronie mniej, po drugiej więcej, ale nalatać się trzeba było tam i z powrotem. No więc hyc na prawo i mamy PK 9, 10, potem hyc na lewo i zbieramy 7, 8, 6, 3. I z powrotem na prawo po 11, 12 i 4 i dla odmiany na lewo po 5, 13 ... Uffff, reszta już była po jednej stronie.
Bez problemów udało się dopasować dodatkową dwójkę, wyznaczyć i znaleźć iksa; mało tego - nie zapomnieliśmy o zadaniach!
Pod koniec trasy z czasem było już krucho, a T, - o dziwo! - wcale, ale to wcale nie proponował podbiegnięcia.
A na mecie, proszę Państwa - bałagan, ruja i porubstwo, Sodomia, Gomoria i Hiroszima - obiadu - nie ma!, leżanek do odpoczynku - nie ma!, napojów wyskokowych - nie ma, suszarni - nie ma! Mało tego, nawet organizatora przez chwilę nie było! Dobrze, że my z tych nieawanturujących się, bo sztachety musiałyby pójść w ruch.
Etap drugi - takie niewiadomoco - ni to wieczorny, ni to nocny. Na wszelki wypadek organizator zadbał o to, żeby mapa była znacząco mniej czytelna, niż ta z etapu dziennego. Wystarczyło użyć szarego koloru zamiast czarnego i ile radości od razu (dla organizatora - przecież nie dla tych, co muszą w las z tą mapą o zmroku).
Jak tylko organizator się odnalazł, szybciutko ruszyliśmy dalej, żeby nie tracić światła dziennego. (Jedną z naszych latarek kontrolnie wysłaliśmy na etap TZ - dobrze wiedzieć, co słychać u konkurencji.)
Mapa na dramatycznie trudną nie wyglądała, raz dwa dopasowaliśmy czerwone kropki i komu w drogę, temu sznurowadła ...
PK 6 - bezkonfliktowy, dal się łatwo znaleźć. PK 7 wywoływał w nas zmienne odczucia - od pewności, że to ten, po pewność, że jednak nie. Ale w końcu decyzja - jest, to bierzemy - bez względu na wzgląd.
Ósemkę skojarzyliśmy z poprzedniego etapu, bo miejsce charakterne, po czym ruszyliśmy po pierwszą czerwoną kropkę.
Miało być lekko, łatwo i przyjemnie, bo z mapy wynikało, że lampion musi być w tak charakterystycznym miejscu, że nie sposób przeoczyć - na zakręcie wydmy. Wydma zakręciła, a punktu niet! Był co prawda jakiś trochę wcześniej, ale gdzie mu tam do zakrętu. Cóż było robić - wyjęliśmy z plecaków grzebienie i do roboty! Czeszemy, czeszemy, czeszemy, robi się coraz ciemniej, a punktu jak nie było, tak nie ma. Może go zniosło za zakręt? Postanowiliśmy sprawdzić. Ze sto kilometrów dalej, ktoś z tezetów litościwie uświadomił nas, że jesteśmy już lata świetlne od naszego punktu. W tył zwrot, naprzód marsz! Ostatecznie wzięliśmy ten sprzed zakrętu, bo co się będziemy po nocy handryczyć z głupim punktem.
Dziewiątka była na szczęście na swoim miejscu, druga kropka niemal rzuciła się na nas, a w drodze na dziesiątkę spotkaliśmy kolegę D. M.
Odmienność poglądów co do tego, skąd przybywamy, dokąd dążymy nie nadwyrężyła naszego przekonania o słusznym  kierunku marszu i nic nie było w stanie odwieść nas od zamiaru spisania rzeczonej dziesiątki. Do czternastki (przez PK 11, 12, 13) szliśmy razem - ja pracowicie liczyłam parokroki, panowie radośnie konwersowali. Za to ja nie wtrącałam się do decyzji, co jest punktem słusznym, a co stowarzyszem. Jakaś sprawiedliwość musi być!
Przy trzeciej kropce kolega D. odmówił współpracy, bo on kropek nie zbierał. W końcu jakieś zasady moralne trzeba mieć, a że na niego padło akurat niezbieranie kropek ...
Kropkę czesał T., ja nawet nie wnikałam co tam w kartę wpisał. Tak jakby zaczynało mi być obojętne...
Im dalej w las, tym mniej pamiętam. W duchu gratulowałam sobie, że na FalInO nie poszłam na cały etap, bo prawdopodobnie przy czwartej czerwonej kropce siadłabym sobie pod drzewem i wydała ostatnie tchnienie. Zamiast tego włączyłam autopilota z funkcją "podążaj za T." i oddaliłam się na wewnętrzną emigrację.
Do rzeczywistości przywołało mnie nagłe zniknięcie T. gdzieś w okolicy PK 1. Sprawdziłam autopilota - jak nic, rozładowała się bateria:-(
Pokrzykiwania:
- T.!
- T.!!
- T.!!!!!!!!!
jakoś nie przyniosły spodziewanego rezultatu. W akcie rozpaczy telefonicznie przywołałam T. do porządku. Jakby nigdy nic oblatywał kilka okolicznych hektarów w poszukiwaniu jedynki.
Zmieniłam baterie w autopilocie i ruszyliśmy dalej. W końcu T. postawił mnie twarzą do mety i lekko popchnął we właściwym kierunku, a sam poleciał po brakującą dwójkę. Zanim wrócił zdążyłam zassać przysługujący kawałek ciasta z herbatą, a nawet (w konspiracji) jeden nieprzysługujący.
Summa summarum - ciężkich minut nagromadziliśmy tyle co ubiegłoroczni zwycięzcy całego cyklu MWiM w TZ, a nasza latarka (z lekką pomocą podpiętego do niej zawodnika) wygrała zawody w kat. TZ.
Tym sposobem z czystym sumieniem możemy powiedzieć, że w tych zawodach odnieśliśmy sukces!

Druga InoFala

Z perspektywy biegacza:



Miałem poprawić swój wynik – czyli zejść poniżej magicznej wartości 60 minut. Zejść zdecydowanie – tak powiedzmy do 50 minut. Nowa trasa – choć właściwie to lepiej,bo rejony bardziej mi znane. Tzn. znane lat temu piętnaście;-).

Pogoda dobra - bezdeszczowa i dość ciepło, gorzej z samopoczuciem i przygotowaniem. Ani jakoś wyspać się nie mogłem (bo dręczyły mnie jakieś sny jak to połączyć FallInO ze Świdermajerami), a miałem pobiegać w tygodniu, ale brak czasu i aura nie sprzyjała i jeszcze presja, że zaraz potem Świdermajery i to dwa etapy!

Drugą połowę wysłałem na TP, a sam mapę w dłoń i chodu;-). Pierwszy PK przy kościele. Jakiś rywal chyba w tej samej minucie startował (wprawdzie mistrzem świata w biegach nie jestem, ale na dystansie 300m to chyba minuty nie nadrobił?)  - i to jakiś bardzo praworządny rywal, bo mówi coś o ogrodzeniu linią ciągła czyli nie do przebycia – a faktycznie podmurówka 20cm z tego ogrodzenia została) – nic, poprowadziłem go legalnym przejściem przy zakrystii. Następni już tacy praworządni nie byli, bo jak my wybiegaliśmy, to następcy lecieli po linii prostej skacząc przez te podmurówki jak zające;-)

PK2 konsternacja – brak lampionu. Spora grupa się zebrała i biega w te i we wte szukając tego, czego nie ma. Okazało się że lampion (nietypowy kolorystycznie) poniewiera się trochę dalej, po drugiej stronie ulicy, a leżąc lampionu nie przypominał. Litościwie zawiesiłem go na słupie, ale ponoć nie na tym co trzeba – choć pewnie był lepiej widoczny niż leżący w krzakach .

Dalej łatwizna – przebiegałem koło mojego domu (tego sprzed 15 lat). Biegnąć po tylko mi znanych ścieżkach lub „na krechę” nie pozwalałem uciec o niebo lepiej biegającemu konkurentowi. Niestety – biegając na pamięć w Michalinie zniosło mnie za bardzo na południe i drogę do lasu zagrodziły mi jakiś nowo pobudowane blokowiska, których nie znałem. W każdym razie gdzieś tu skończyły mi się siły i zamiast biegu zrobił się marsz z podbieganiem.

Trochę kluczenia do PK6,  PK 7-9 na pamięć i szybciutko. I tu się dobre skończyło. Tu zaczyna się obszar gdzie chyba jest jakaś anomalia magnetyczna. Niby według wskazań kompasu, a trafiłem zupełnie nie tam gdzie trzeba. Podobnie było na ostatnim AnIno.  Ale tu znowu spotkałem konkurencję (tę, która  oderwała się ode mnie na granicy Warszawy) bezskutecznie szukającą PK 11. Jak nic ANOMALIA!. Wróciłem troszkę i już nie patrząc na kompas namierzyłem PK10 (wprawdzie wychodziło mi , że powinien być w innym dole,  ale to szczegół). Mapa w okolicach PK 11 była co najmniej mało zgodna z terenem, ale wybierając bezpieczny wariant co nieco wyprzedziłem konkurencję (ta co ciągle szukała 11stki). Nie na długo, bo biegowo no cóż… duuużo mi brakuje. Dalej na zawodną pamięć – co nieco przestrzeliłem 12 (to FalInO to jak nic biegi górskie bo raz z jednej strony wydmy na drugą). Niestety, kolejne pokonanie grzbietu wydmy dało mi w kość, pot zalewał oczy (bo jak głupi usiłowałem biec) i długo błąkałem się zanim znalazłem PK 13 (kto go tak schował za drzewem wrrr!!!).

Reszta to już minimalne pomyłki wynikające ze zmęczenia, truchtanie, maszerowanie, sapanie, przeczekiwanie aż przebiegnie tramwaj biegów górskich (spory był tym razem) i dobieg do mety.

I kto to mnie zapewniał że na początku biegania postępy są bardzo duże i za każdym razem znacząco skraca się czas? No, chyba że chodziło o postępy w drugą stronę! Bo z 59 minut z pierwszej rundy zrobiło się dobrze ponad 80 minut! Dobrze, ze choć druga połowa przewodzi w klasyfikacji generalnej TP;-)

FalInO - miłe złego początki.

T. napalił się na biegi strasznie. Jak szczerbaty na suchary! Dlatego, mimo, że w tym samym dniu mieliśmy w planach Świdermajery, stawiliśmy się świtkiem w Falenicy. Że to niby taka rozgrzewka przed poważnymi zawodami:-)
Ja nie biegam, bo nie pozwala mi na to godność osobista (przemieszczam się statecznym krokiem, adekwatnym do wieku i pozycji społecznej ;-), ale przede wszystkim (bądźmy szczerzy) nie pozwalają różne dolegliwości wieku postmłodzieńczego.
T. pobiegł więc, a ja ruszyłam na trasę TP. Umówiliśmy się za godzinę na mecie, no chyba, że będzie mi zależało na przejściu całej trasy. Wyszłam z zamiarem znalezienia więcej niż jeden, ale przecież nie wszystkich punktów.
Punkcik pierwszy zostawiłam sobie na koniec, ot - taka fantazja. PK 2 w znanych mi krzakach (w końcu 7 lat mieszkałam w Falenicy), trójka tuż za drogą, czwórka też niespecjalnie schowana. Piątkę i szóstkę trafiłam dzięki widocznym z daleka lampionom i dziarsko zamierzyłam się na siódemkę.
W planach było - iść wydmą i zejść trzecią ścieżką lecącą na durch przez wydmę. Jak wiadomo, ilość ścieżek na mapie nigdy nie pokrywa się z ilością ścieżek w terenie (bo ludzie to wydeptują i wydeptują, jakby nic innego nie mieli do roboty), zeszłam więc bynajmniej nie trzecia mapową, tylko trzecią ludzką. W efekcie znalazłam się pod drzwiami swojego poprzedniego domku. Tak sobie nawet myślę, że to wcale nie była pomyłka ścieżek, tylko odruch stęsknionego serca. W tym momencie przestało mi zależeć na reszcie punktów i udałam się w podróż sentymentalną, przeciwpołożną do reszty trasy. Jak już zwiedziłam dawne zakątki, jeszcze zebrałam tę jedynkę, co to na deser była i obraziwszy się na punkt 19, co stał nie tam gdzie się go spodziewałam, tylko na boisku, za ogrodzeniem, wróciłam na metę (zwłaszcza, że darowany mi czas właśnie mijał).
T. oczywiście jeszcze nie było. Zaplanowana przez niego godzina okazała się być wariantem bardzo, bardzo, ale to bardzo optymistycznym. W końcu zjawił się - schetany jak koń po westernie, ale cały szczęśliwy. Też bym była szczęśliwa, jakbym tyle przebiegła i nie padła na pysk:-)
Po półgodzinie T. odzyskał mowę i normalny kolor skóry i mogliśmy ruszyć na podbój Otwocka.

piątek, 9 stycznia 2015

Moja pierwsza mapa

Wciąż się uczę! Chcę być przecież pełnowartościowym InOkiem, co to nie tylko przejdzie trasę, ale także, jak trzeba, sam zorganizuje imprezę.
Narysowałam całkiem samodzielnie swoją pierwszą mapę!
Proszę o uwagi merytoryczne i konstruktywną krytykę.



czwartek, 8 stycznia 2015

Kurs PInO - pytania i odpowiedzi. (1)

Pytanie 15
Zaznacz na każdym obrazku punkt charakterystyczny, w którym postawiłbyś lampion:

a)
b)
c)


Intensywnie się uczę, ale tego jeszcze nie rozgryzłam :-)

sobota, 3 stycznia 2015

Henning Mankell - PIĄTA KOBIETA


"Poza tym Lars Olsson kochał bieg na orientację. Żył po to, żeby przemierzać szwedzkie lasy z mapą i kompasem. Był członkiem drużyny z Malmö, która przygotowywała się teraz do dużych krajowych zawodów. Często się zastanawiał, dlaczego traci na to tyle czasu. Co to za sens latać po lesie z mapą i kompasem i szukać punktów kontrolnych? Często było zimno i mokro, bolało go całe ciało i nigdy nie był z siebie zadowolony. Czy naprawdę warto poświęcać czemuś takiemu życie? Wiedział, że jest dobry. Miał świetnie wyczucie terenu, był szybki i wytrzymały. Wielokrotnie wygrywali dzięki jego wkładowi na ostatnich odcinkach."

 Dla wyjaśnienia - czytam kryminał, a nie historię biegów na orientację:-)

czwartek, 1 stycznia 2015

XIII Noworoczno-Bąbelkowe ZnO

Najcięższe InO w tym roku. No bo wiadomo - tuż po Sylwestrze, a poza tym jedyne, jakie się na razie odbyło, więc jeszcze nie ma konkurencji.
Nie nastawialiśmy się na jakieś większe szaleństwo, jednakowoż z racji, że T. wychował się w Falenicy i - jak mu się wydawało- zna tu każdy kąt, sądziliśmy, że to będzie bułka z masłem.
Zaczęło się tradycyjnie - od szampana i życzeń. Ja oczywiście dwa kubki, bo T. kierowca, więc tylko powąchał. T. trzeźwy jak niemowlę, bo i w Sylwestra zapobiegawczo robił za abstynenta, ja w lekkich oparach (absurdu? - bo jak nazwać mój start w TZ?).
Za bramą oczywiście pierwszy problem - od którego rejonu zacząć? Tradycyjnie więc przelecieliśmy się ze sto metrów w prawo, potem ze sto w lewo i abarot - raz w te, raz wewte. To tak na rozgrzewkę oczywiście.
W końcu udało się podjąć decyzję i bohatersko doprowadziłam nas do naszego pierwszego punktu, czyli jedenastki. Dumna i blada chciałam statecznie (jak przystało na o rok starszą osobę) doprowadzić nas ścieżkami do kolejnego, ale T. machnął ręką na stateczność (że on to się niby nie postarzał, he,he) i wlazł w las, ot tak na rympał, machnąwszy ręką w nieokreślonym kierunku, że niby to tam. A niech mu, zwłaszcza, że faktycznie to było "tam". Do kolejnego PK oczywiście znowu metodą "gdzieś tam", więc zagłębiłam się w siebie (korzystając z chwili wolnej od patrzenia na mapę), bo wiadomo - człowiek inteligentny musi czasem głęboko przemyśleć sobie pewne rzeczy.

Po zaliczeniu trzech punktów okazało się, że nie wiadomo co dalej, bo nic do niczego nie pasowało i w ogóle... W końcu, wiedząc z poprzednich zawodów oraz życiowego doświadczenia T. gdzie jest wydma, postanowiliśmy zaliczyć ją teraz, mimo, że wcale nie było po drodze. Wleźliśmy więc na wydmę (jakaś wyższa była niż poprzednio), a tam ... punktów nie ma. Co prawda nieśmiało usiłowałam zasugerować T., że chyba trzyma mapę do góry nogami, ale nie zwracał uwagi na moje marudzenie. Zresztą - pomyślałam - jest na swoim terenie, to pewnie wie. No niestety, nie wiedział, a mapa była faktycznie odwrócona. Ale dzięki temu udało nam się zrobić kilka dodatkowych kilometrów, a jak wiadomo kilometr szybkiego marszu to około 40 spalonych kilokalorii, a tych po świętach mieliśmy dużo do spalenia.

W międzyczasie wypity przed marszem dopalacz oraz podwójny szampan, zakończyły swój przelot przez mój organizm i dramatycznie domagały się uwolnienia. Dobra przebieżność lasu, nagle okazała się jego wadą. Skupiona na tym jakże poważnym problemie, całkowicie pominęłam drobiazgi typu śledzenie mapy i pozwoliłam się prowadzić, gdzie tylko T. chciał. A chciał w różne miejsca. Nie mogę powiedzieć, że miotaliśmy się chaotycznie po lesie, bo to naruszyłoby dobre imię T., powiedzmy jednak, że tak to wyglądało z mojego punktu widzenia. Zasadniczo, to najbardziej chciałam już do bazy, ale na każde kolejne pytanie T. czy idziemy po następny punkt, odpowiadałam twierdząco. Ciągle miałam w pamięci te 40 kcal/km.
Dawno skończył się nasz czas podstawowy, trochę mniej dawno dodatkowy, a my wciąż spalaliśmy i spalaliśmy. W końcu, kiedy już wszystko spaliliśmy oraz nabraliśmy całkowitej pewności, że nie grozi nam organizowanie imprezy za rok i kiedy skończyły się punkty przewidziane dla naszej kategorii, postanowiliśmy wrócić. Tak się nawet zastanawiałam, czy organizator jeszcze na nas czeka, ale czekał! Mało tego, jeszcze wypuścił T. na trasę biegową. Tak myślę, że to dzięki "małyszom", bo akurat latali i organizator chciał obejrzeć transmisję do końca. T. zdążył wrócić przed końcem transmisji, bo już się tak zgubił, że chyba bał się sam latać po lesie, zresztą była już najwyższa pora uzupełnić te spalone kalorie.

Jeszcze tylko odwieźliśmy kolegę inoka na pociąg i już mogliśmy uzupełnić oraz dopaść komputer żeby zapisać się na następne imprezy.
W ramach protestu przeciwko ciąganiom mnie na trasy TZ, których nie ogarniam, zapisałam się na "Grę w kolory" na trasę TP. Wreszcie coś na moim poziomie:-)

środa, 31 grudnia 2014

Sceny z życia inoków.

Późny wieczór, światło mocno przyćmione, ciepłe łóżko.
Wkracza Tomek z kilkoma mapami z ubiegłorocznych Świdermajerów i zaczyna je przeglądać.

- Zapal sobie światło, bo nic nie widzisz!

- Nie trzeba. To etapy nocne.

Kurtyna