wtorek, 9 maja 2017

Rodzinne MnO

Jeśli ktoś pomyślał, że po Niepoślipce zalegliśmy do góry brzuchami i oddali się słodkiemu nieróbstwu, to otóż - nie! Tydzień później miały się odbyć Rodzinne MnO i trzeba było ostro wziąć się do roboty. Chcieliśmy czymś zaskoczyć naszych uczestników, więc zamiast iść na łatwiznę i zrobić typowe mapy, oczywiście szukaliśmy udziwnień. Tomek wspiął się na wyżyny pomysłowości i wykoncypował mapę na wiatraczku, ja już trochę poszłam na łatwiznę i zdjęcia do trasy postanowiłam umieścić na chorągiewce. Żeby sobie dzieci mogły powiewać.
Mapy zrobiliśmy, Tomek swoje zalaminował, poskładaliśmy je w wiatraczki, do chorągiewek dokleiliśmy patyczki, nabyliśmy wyżywienie i tylko jedno nas niepokoiło. Zawsze, ale to zawsze najliczniejsze zgłoszenia napływały już po zamknięciu listy i wydrukowaniu map, a tym razem nastała niepokojąca cisza. Co prawda zgłosiło się koło pięćdziesięciu osób, ale jakoś dziwnie było bez ciągłych telefonów i maili. Najwyraźniej reszta chętnych przestraszyła się pogody i odpuścili. Bo też i pogoda nie była zachęcająca i do ostatniej chwili niepewna. Bałam się nawet czy ci zapisani przybędą, ale tak czy siak imprezę planowaliśmy przeprowadzić najlepiej jak potrafimy.
W niedzielę rano zrobiliśmy wzorcówki i pojechaliśmy rozwiesić lampiony. Część PK była zdjęciowa, więc tego rozkładania nie było jakoś strasznie dużo, nawet biorąc pod uwagę dwie trasy. Potem wróciliśmy do domu po wszystkie niezbędne rzeczy i już w drodze do bazy złapała nas telefonicznie Barbara, że pod szkołą stoi tłum żądny wyjścia na trasę, a nas nie ma. Było tak mniej więcej pół godziny do planowanego startu. Dodaliśmy więc gazu i z fasonem zajechali pod szkołę. Szkoła zamknięta. Jeden z bardziej obeznanych uczestników wyjaśnił, że w weekendy wchodzi się od tyłu, więc tam poszłam dobijać się do dyżurującego woźnego. Pan okazał się przesympatyczny i udzielił nam wszelkiej daleko idącej pomocy. Przy pomocy Barbary i Darka oraz chętnych uczestników w try miga zorganizowaliśmy sekretariat zawodów i mogłam zacząć urzędowanie.

Zawsze przy takich imprezach mam dylemat - robić oficjałkę z przemową ludzkim głosem, czy od razu puszczać na trasę tłum przytupujący z niecierpliwości. Pod względem takich decyzji organizacyjnych to jestem d..a wołowa, a moje zdolności panowania nad grupą są zerowe. Na ogół więc wychodzę z założenia, że jakoś to będzie i jak do tej pory faktycznie zawsze jakoś to było.
Ponieważ lekko kropiło, a w perspektywie były większe opady i każdy chciał wyjść przed deszczem, więc ja szybko odnotowywałam przybyłych, a Tomek szybko wypuszczał na trasę. To jest jednak fantastyczne, że tyle rodzin i to z naprawdę małymi dziećmi nie przestraszyło się pogody i przyszło na marsz.
Sporo osób nabrało się na tomkową koncepcję mapy z punktami podwójnymi i praktycznie kilkukrotnie musieli przejść trasę. Było jednak kilka sprytnych zespołów, które najpierw mapę poskładały do kupy, a potem tylko sprawnie zebrali co trzeba. Na mojej trasie nie było żadnych zagwozdek poza stowarzyszonymi zdjęciami. Znowu po kilka zespołów przeszło na zero w każdej kategorii i naprawdę chyba w tej edycji dojdziemy do kuriozum TF/TZ:-) Zdolnych ludzi mamy w Zielonce, a co?
Kiedy już zwijaliśmy się do powrotu, na start wpadł jeszcze jeden zapóźniony zespół chcący wystartować. Wcześniej nie dali rady z racji obowiązków, ale nie widzieliśmy powodów żeby pozbawiać ich rozrywki. Dostali kartę startową, czas wyjścia z zegarka, a czas powrotu mieli wpisać sami i przesłać zdjęcie wypełnionej karty. U nas zawsze frontem do klienta:-)
Za miesiąc druga runda i znowu musimy błysnąć pomysłowością w temacie map. Ktoś coś? Jakieś pomysły? Genialne rozwiązania? A może ktoś chętny do pomocy?
Poważne oferty prosimy składać w komentarzach lub mailowo.

sobota, 6 maja 2017

Nocna nuda i już koniec

Po etapach dziennych było już z górki. Takie drobiazgi jak nierozstawiona zejściówka kiedy pierwsi zawodnicy wyszli na nią pominę milczeniem, bo to w sumie drobiazg. Sprawdzanie kart szło dość sprawnie, uczestnicy nie zawracali głowy, bo padli po etapach dziennych, a większość uczestników trasy TP w ogóle zwinęła manatki i wróciła do domów. W zasadzie żeby nie brak snu, to byłabym całkiem zrelaksowana.
Na etapy nocne wywoziliśmy w teren TU i TZ oraz jednego uczestnika TT, który nie dosłuchał, że startuje z bazy i zaplątał się do busika. Miał farta, bo z kolei Bartek, który dojechał tylko na etap nocny nie miał co zrobić z samochodem i w kwestiach komunikacyjnych panowie doszli do konsensusu.
Mieliśmy pięknie rozpisane minuty startowe, ale to jednym pasowało wyjść dużo wcześniej, to kolei inni nie chcieli długo czekać na minutę zerową i w efekcie jak zaczęłam ich wszystkich wypuszczać na trasę, to raz dwa zostaliśmy z Tomkiem sami. Raptem pół godzinki (no, może z małym hakiem) i mogliśmy wrócić do bazy.
Z lasu wrócili wszyscy zdrowi i cali, jedynie trochę przemoczeni, zwłaszcza ci, którzy usiłowali sobie skrócić drogę. Żadnych, ale to żadnych atrakcji. Nawet nie ma o czym napisać:-)
A rano wiadomo - wypisywanie dyplomów, przydział nagród, oficjałka z wręczaniem komu co się należało. A na sam koniec jazda na miotle i szmacie, co szczególnie dobrze wychodziło Krzysztofowi i Tomkowi.










Imprezę zakończyliśmy spacerem po lesie, przy okazji zbierając lampiony.
Do zobaczenia na kolejnej Niepoślipce!

c. d. n. n.

piątek, 5 maja 2017

Etapy dzienne i plecenie trzy po trzy

Z piątku na sobotę noc była dla nas wyjątkowo krótka, bo już od szóstej byliśmy na nogach. Usiłowaliśmy posuwać sprawy do przodu, ale przede wszystkim niecierpliwie czekaliśmy na przyjazd Darka i Ani. Darek zjawił się niczym Św. Mikołaj przynosząc torby z zamówionymi podarunkami i od razu został zaprzęgnięty do roboty. Doceniwszy powagę zaistniałej sytuacji bohatersko zrezygnował z udziału w zawodach jako uczestnik, wziął torbę lampionów i poszedł w las się powiesić. Poświęcił się dla dobra ogółu. Doceńcie to!
Zaczęli się też zjawiać kolejni amatorzy podwodnego InO i na stałe już zasiadłam w sekretariacie. Byłam tak niewyspana i skołowana całą trudną sytuacją, że oczywiście połowy ważnych informacji nie odnotowałam - kto z kim w jakim zespole; kto zapłacił za mało, kto za dużo; na jaki etap idzie, na jaki nie idzie i inne takie. Ale ostatecznie żadne z tych zaniechań nie stało się przeszkodą dla nikogo  do wyjścia w trasę.
Podczas gdy ja miotałam się w sekretariacie, Tomek spakował klamoty i pojechał rozłożyć start. W miarę wychodzenia kolejnych ekip zaczęło robić się spokojniej i nawet miałam czas napić się herbaty. Czekałam na kilka spóźnionych zespołów, które zapisały się, nie odwołały udziału i nie dojechały na czas. Towarzystwa dotrzymywała mi kontuzjowana członkini jednej z ekip, która tylko duchowo mogła wspierać swoich.
Po pewnym czasie dotarła Ania, Darek wrócił z rozkładania końcówki etapów dziennych i dotarły ostatnie zespoły. Wyglądało, że sytuacja jest opanowana. Do tego stopnia, że chwilę siedziałam sobie bezczynnie.
Kiedy pierwsi zawodnicy dotarli na śródmecie  i po odpoczynku ruszyli na drugi etap, zadzwonił Tomek, że pora uruchomić końcową metę. Ponieważ Ania z Darkiem zbierali się na rozkładanie etapów nocnych i zejściówki, opiekę nad bazą przekazałam kontuzjowanej niedoszłej zawodniczce i pojechałam po zegar startowy na śródmecie. Nie wiem skąd nam się to wzięło, ale nasza robocza nazwa śródmecia to międzymordzie. Ładnie, prawda? Na międzymordziu zastałam umiarkowany ruch - jeden zespół zbierał się do wyjścia, jeden się pożywiał, jeden oddawał właśnie kartę startowa, a jeden było widać na horyzoncie. Czyli wszystko w normie. Chapnęłam kawałek ciasta, wzięłam batonika na drogę, bo od świtu nic w gębie nie miałam, spakowałam zegar i wycofałam się na z góry upatrzone pozycje. Na planowanej mecie jeszcze oczywiście nikogo nie było i przez jakiś czas mogłam sobie drzemać w samochodzie. A potem zaczęły się powroty i licytacja kto się gdzie bardziej utopił, a tezeci wyliczali wszystkie bepeki. Faktycznie było ich kilka, bo nocne rozstawianie trasy w tak ekstremalnej formie jak to się odbyło, nie sprzyja precyzji wieszania lampionów. I tak dobrze, że w ogóle w lesie coś wisiało.
Obiad był po drugiej strony ulicy, w "Gościńcu Goździejewskim" i wszyscy po oddaniu karty startowej szli czekać na posiłek w ciepłym i suchym pomieszczeniu. Wszyscy oprócz mnie. Czułam jak ścianki mojego żołądka trą o siebie i trawią się wzajemnie. W końcu z międzymordzia wrócił Tomek i zaświtała mi jakaś nadzieja. Musiałam jeszcze tylko poczekać aż on zje i znajdzie kogoś do wysłania na metę. Oczywiście padło na Darka:-) Ten to ma z nami...
Tu muszę wtrącić trochę kryptoreklamy, a właściwie regularnej reklamy - w Gościńcu karmią bardzo dobrze, podają egzotyczną kawę z żołędzi pachnącą piernikiem i świętami, na ścianach wiszą różne ciekawe rzeczy (nie powiem jakie - sami przyjedźcie zobaczyć) i do tego często odbywają się tam różne akcje kulturalne, typu koncerty, warsztaty, spotkania. Dla nas zorganizowano kurs wyplatania koszyków z papierowej wikliny i niektórzy z zapałem pletli trzy po trzy. Jak ktoś ma cierpliwość, to może cuda wyczarować. Zaczęłam i ja pleść, ale Tomek odwołał mnie do roboty, bo trzeba było wracać liczyć wyniki i przygotowywać się do etapów nocnych.

c. d. n.

środa, 3 maja 2017

Nierówna walka ze wszystkim

Podobno jak się wali, to wszystko naraz. Oczywiście było tak i tym razem. Przygotowywanie map szło z opóźnieniami – teren odrysowałem, byliśmy na rekonesansie i… dopadła mnie praca. Dopadła na tyle, że nie było czasu narysować map, sprawdzić ich, a nawet przygotować lampionów i przypisać ich do PK. To wszystko robione na ostatnią chwilę, bo w piątek musieliśmy wydrukować mapy. Miałem jechać na sprawdzanie map w teren we wtorek- ale nie było co sprawdzać i nie było kiedy, miałem jechać w środę – dalej nie było co sprawdzać i nie było kiedy, a za oknem leje deszcz. Pojechałem w czwartek – mając na papierze zarys drugich etapów TP/TT i TU. Deszcz może nie lał tylko kropił. Udało mi się zameldować w szkole i u leśniczych terenów, a następnie poszedłem „utopić się” do lasu. Dokładnie utopić się, bo od czasu mojej ostatniej bytności w lesie sporo napadało. Eksplorowałem „nowe tereny” znane tylko z mapy, gdzie dominowały rozlewiska.
 Okazało się, że przecinka którą chciałem puścić trasę TP/TT jest w większości zalana. Na początku nie była, ale dalej pojawiły się coraz większe rozlewiska, aż do miejsca gdzie bez woderów lub łodzi podwodnej ani rusz. Szkoda, bo odpadło całkiem logiczne przejście i kilka fajnych charakterystycznych PK. W zamian znalazłem zalany paśnik, kamienie i kilka innych miejsc, gdzie dawało się dotrzeć w miarę suchą noga. Niestety, przejście na linii północ-południe zapewniała tylko jedna droga, a reszta to odbicia w bok na kształt litery E. Wróciłem do domu , narysowałem mapy i poszedłem się wyspać.
W piątek planowaliśmy jechać wcześnie rozkładać lampiony. Ale niestety znowu praca pokrzyżowała plany. W drugiej wersji mieliśmy jechać w południe, ale wydruk map, ogarnięcie wszystkiego przedłużało się. W efekcie dotarliśmy do Pustelnika na godzinę 18 – kiedy mieliśmy przejąć szkołę. Tu powitał nas już pierwszy „punktualny” uczestnik. Chwilę rozpakowania i poszedłem w las. Tzn. zostałem wywieziony pod leśniczówkę. Godzina 18:30. Według prognozy pogody miało nie padać ale co chwila z nieba coś kapało. Niezbyt intensywnie, ale zawsze. W jednej ręce torba z lampionami, w drugiej teczka z dwoma mapami i kartami wzorcowymi do wpisywania kodów z lampionów (4 trasy). Tu zaczęło się mścić nasze „profesjonalne” podejście – zgodnie z zaleceniami tereny 3 tras były rozdzielne, tak by mapy jednych nie pomagały drugim. W efekcie do przejścia 6 tras po 4 km. Coś tam skracałem, ale optymalnej drogi do tego wszystkiego nie było. Miotałem się tu i tam wieszając lampiony, co chwila w deszczu wyciągając karty wzorcowe aby maznąć tam odpowiednią kredką, a wszystko przy siąpiącym deszczu i wydrukach z drukarki atramentowej, które zaczynały się rozpływać. W połowie pierwszych etapów musiałem zapalić czołówkę i tempo rozstawiania lampionów spadło. Co chwila wchodziłem w jakieś zalane tereny – po ciemku nie ma oglądu sytuacji – nie widać suchych i niezarośniętych przejść i musiałem skakać z kępki na kępkę walcząc z ciemnością i padającym deszczem i ciągle mierzyć parokroki. Mapy coraz bardziej rozmakały, sklejały się z kartami wzorcowymi. Przy PK 8 TU E1 okazało się, że coś drogi nie zgadzają się z mapą. Jak znaleźć granice kultur po ciemku, skacząc z kępki na kępkę gdzie powinien stać PK 7? (przy zbieraniu okazało się, że niezbyt dobrze powiesiłem lampion). Do PK 3 szedłem zalaną drogą i nie mogłem wrócić suchą nogą na główną drogę nr 66. Punkt D dla TP/TT E1 dał mi się we znaki – od wschodu brodziłem do niego po mokradłach, a okazało się, że od zachodu jest komfortowe dojście. PK 13 dla TU E1 był za wezbraną wodą – nie powiesiłem. I tak dotarłem do śródmecia. Przestałem mierzyć czas, ale powoli zaczęła dzwonić co chwila moja Druga Połowa zaniepokojona moją długą nieobecnością. A ja jestem dopiero w połowie! No dobra, za połową czyli bliżej niż dalej do końca (w linii prostej). Właściwie to od śródmecia w oddali widać było światła Gościńca Goździejewskiego – wydawało się, że to tak blisko. Tylko te odbicia w bok. Najpierw rozstawiłem punkty E2 TT/TP co było dość proste- wiadomo przy drodze. No, chwilę szukałem jakiś gałęzi co by przyczepić lampiony przy kamieniu i zalanym paśniku – tak trochę bliżej drogi, żeby nie wchodzić w wodę. A potem wycieczka po trasach TU/TZ. Tu już tak łatwo nie było. Przy PK 15 TZ E2 się utopiłem. Może to i dobrze, bo przestałem zwracać uwagę czy idę po mokrym czy po suchym. W terenie powojskowych okopów co chwila traciłem orientację – w nocy nawet z pełną mapą nie jest tam łatwo. W efekcie jeden PK i jego stowarzysz postawiłem nie na  tym wale. Zaczęły mi się kończyć lampiony – stawiałem coraz mniej z zaplanowanych stowarzyszy. Ostatnia wydma i już dobrze po północy. Przeoczyłem jeden PK i musiałem się wracać. Potem feralny PK 6 dla TZ E2 – niby odmierzałem odległość, ale postawiłem go za wcześnie – na miejscu planowanego stowarzysza. Jak już się pomyliłem, źle odmierzyłem się na następny PK 10 – niby kończyły się tu jakieś zarośla, ale jak się okazało nie te, a w świetle latarki, w padającym deszczu  nie było widać innej granicy kultur. Błędy się kumulowały.  Na PK C TU 2 drogę przegrodziły mi płoty nienaniesione na mapę. Nie mogłem znaleźć charakterystycznej drogi, górek – w efekcie zgubiłem istotną część od zszywacza i postanowiłem anulować ten PK podejrzewając, że jest za płotem. Przy zbieraniu lampionów okazało się, że i droga była i właściwa górka, a ja szukałem ze dwieście metrów za wcześnie. Ale wtedy miałem już wszystkiego dość. Widziałem, że na kartach wzorcowych wpisywałem kody dla PK jeszcze nie rozstawionych czyli błąd za błędem. I co chwila telefon z bazy czy jeszcze żyję… Ale chyba skoro chodzę i wieszam lampiony to żyję, no nie?
Ostatnie lampiony koło mety. Głownie dla TP/TT. Okazało się, że droga którą przechodziłem w czwartek jest zalana. Kolejny PK do anulowania. Zresztą co można robić zepsutym zszywaczem? Kilka lampionów udało się przyczepić, ale zszywacz całkowicie odmówił posłuszeństwa. Zostało mi wyjąć komórkę i zadzwonić z upragnionym komunikatem „przyjedź po mnie”. Te brakujące lampiony koło mety rozwiesi się po starcie za dnia – zajmie to z 15 minut. Czyli na trasy mogą starować – spojrzałem na zegarek – na jakieś 6 godzin – bo wskazywał on dobrze po 2 w nocy.
Czemu to auto tak długo jedzie? Dobra, wreszcie jest. Ale nie dane mi było od razu położyć się spać – trzeba rozłożyć mapy , karty wzorcowe i buty do suszenia, zrobić erraty do map, i ogólnie zainstalować cały sprzęt do obsługi bazy. Zresztą wrażenie, że kilka lampionów źle rozwiesiłem i powracająca myśl  „jak uda się rozwiesić wszystko na etapy nocne” nie dawały mi zasnąć do rana. Zresztą może uczestnicy zgubią się gdzieś na trasie i nikt nie dotrze na nocny etap?

c. d. n.

Niepoślipka - dzień pierwszy

W czwartek przed Niepoślipką Tomek pojechał jeszcze ostatni raz rozejrzeć się w terenie. Wrócił mokry, ubłocony i z ponurą wiadomością -  zalało teren zawodów, a szczególnie trasę TP i trzeba ją gruntownie przebudować. Pracowaliśmy więc nad mapami z czwartku na piątek i w piątek do popołudnia, czyli w czasie kiedy zgodnie z planem mapy miały być dawno wydrukowane, a my siedzieć w lesie z lampionami i wzorcówkami żeby rozłożyć trasy. O wzorcówkach to nawet w ogóle szkoda wspominać, bo zostały tylko mglistą ideą.
Kiedy w końcu poprawione mapy się wydrukowały, mogliśmy ruszyć do Pustelnika. Zamiast koło 14-tej, 15-tej dotarliśmy na 18-tą, a w bazie czekał już pierwszy uczestnik. W tej sytuacji ja musiałam zostać w szkole, założyć sekretariat, obanerować teren i wykonać wszelkie czynności gospodarcze. No i czekać na kolejnych zawodników. Tomek spakował te kilkaset lampionów przewidzianych do rozwieszenia i ruszył w teren.Wiadomo było, że nie zdążymy już do sklepu po nagrody i ostatnie zakupy, ale mieliśmy w odwodzie jeszcze Darka W., który oferował swoją pomoc. Wykonałam więc przysłowiowy telefon do przyjaciela, a nawet kilka telefonów, w miarę przypominania sobie co nam jest jeszcze potrzebne. Darek ze stoickim spokojem spełniał każdą moją zachciankę i obiecał dowieźć zamówiony towar w sobotę bladym świtem.
Bazę ogarnęłam z pomocą Krzysztofa, a potem pojawiały się kolejne osoby -  SKKT, Sprytne Kuny, Gumowe Łosie i parę innych osób - jednym słowem: zrobiło się wesoło. Wesoło było jednak tylko przez pierwszych kilka godzin, potem zaczął zakradać się niepokój o los Tomka. Na zewnątrz zrobiło się ciemno, deszcz siąpił, kropił, padał, a on w lesie. Miałam czekać na telefon i po skończonym wieszaniu lampionów odebrać go z Kątów Goździejewskich, ale nie dzwonił i nie dzwonił. Dzwoniłam więc ja i za każdym razem dowiadywałam się, że jeszcze godzinkę - długo schodzi, bo oprócz wieszania, na bieżąco robi wzorcówkę. Oczekująca na powrót Tomka grupa wsparcia powoli zmniejszała się, kiedy kolejne osoby wymiękały i szły spać, a ja niczym Penelopa czekałam i czekałam. Po drugiej w nocy czekaliśmy już chyba tylko we cztery osoby: Ania, Klaudia, Piotr i ja. A Tomek wciąż swoje - jeszcze godzinka najwyżej. Ta godzinka ciągnęła się od północy i końca nie było widać. Jedynym pocieszeniem było, że odbiera telefon, czyli żyje. Z niewyspania chyliłam się już ku upadkowi, powieki podpierałam palcami, żeby nie zasnąć i wreszcie po trzeciej usłyszałam wyczekiwane słowa:
- Przyjedź po mnie, bo mi się zszywacz zepsuł i nie mam jak rozwieszać.
Wyczekiwana była co prawda tylko pierwsza część wypowiedzi, ale najważniejsze było, że wraca. Udało mi się nie zasnąć za kierownicą i objechać tam i z powrotem. Grupa wsparcia twardo trwała na posterunku.
Łudziłam się, że po powrocie od razu pójdziemy spać, ale gdzie tam. Okazało się, że kolejne fragmenty tras utopiły się i w mapach znowu trzeba zrobić korekty i wydrukować erraty. Poprawiliśmy jeszcze komunikat techniczny,  przygotowali zalążki wzorcówek, wydrukowali bloczki obiadowe, a potem zastanowiliśmy się czy w ogóle warto się kłaść. Zwłaszcza, że część trasy wciąż nie była rozwieszona.  Mnie zmęczenie jednak pokonało i padłam w trybie natychmiastowym, Tomek do rana martwił się trasami. Ale przynajmniej leżał w suchym i ciepłym miejscu.
I tak minął dzień pierwszy Niepoślipki.

c. d. n.

poniedziałek, 1 maja 2017

Niepoślipka

 No to popłynęliśmy:


Niepoślipka puściła nas z torbami:


Relacja już wkrótce, jak dojdziemy do siebie....

niedziela, 30 kwietnia 2017

I tak babciu nie przegonisz!

Dużo się dzieje, ale zanim o bieżących imprezach, to z kronikarskiego obowiązku muszę (bo inaczej się uduszę) o Szybkim Mózgu.
Znowu zapisałam się na cały cykl, ale tym razem mam mocne postanowienie być na wszystkich rundach. Szczególnie, że żadna nie odbywa się zimą:-) No i chce mi się biegać.
Startowałam dziesięć minut przed Tomkiem i moim głównym celem było nie dać się przegonić przez niego. Na szczęście mapa nawigacyjnie okazała się prosta i nie traciłam cennego czasu na szukanie punktów, tylko od razu leciałam do celu. Tak więc cała strata do najlepszych brała się z braku kondycji oraz marnych zdolności manualnych przy samym potwierdzaniu, bo trafienie czipem w odpowiednią dziurkę nie zawsze udaje mi się za pierwszym razem. Chyba muszę potrenować w domu na jakiejś imitacji.
Trzy długie przebiegi dały mi trochę w kość - na trójkę, na dziesiątkę i na piętnastkę. Tomek co prawda mówi, że to wcale nie były długie przebiegi tylko normalne, a to te inne były krótkie. No, może. Tak czy inaczej, do marszu nie przeszłam, choć biegiem też nie można nazwać mojego sposobu przemieszczania się. Ot, taki świński trucht. Od tych długich/niedługich przebiegów dużo bardziej męczące były schody między PK 6/19 a 7/18. No, dobra - przyznam się: po schodach szłam. Ale tylko 2/3 ich długości!
Kiedy biegłam z ostatniego PK na metę (goniąc jakąś młodocianą zawodniczkę), lokalny moczymorda spojrzał, oszacował sytuację i zawołał:
- Babciu, nie pędź tak. I tak nie przegonisz...!
No pewnie, że nie przegonię, ale tak od razu babciu????? Co ten alkohol z ludzi robi....
Na metę przybiegłam przed Tomkiem. Zjawił się chwilkę po moim finiszu, ale jednak po mnie. Nie dałam się przegonić. Co prawda on zajął 25 miejsce, a ja 50, ale i tak mam satysfakcję. Poza tym mam korzystniejszy przelicznik wykorzystania wpisowego, bo moja zabawa trwała dłużej niż jego.

czwartek, 27 kwietnia 2017

Czasochłonne 46. OrtInO

Jeszcze nie zdążyłam się dobrze zregenerować po "Zupie z Bagien", a Tomek to już w ogóle (Czołóweczki), a tu w poniedziałek OrtInO. Ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogłabym zrezygnować - ostatnio nieustannie mi się chce. Chyba wpływ wiosny.
Żadne z nas nie pamiętało na jaką kategorię się zapisałam i dopiero na starcie dowiedziałam się, że idę z Tomkiem na TZ. Mapa była taka jak lubię - czyli nachodzące na siebie wycinki z jednego rodzaju podkładu. I nawet wiosną jakoś lepiej ortofoto widzę... Zaczęliśmy od składania wycinków na starcie, bo po drodze niewygodnie. Szło dobrze aż do momentu przewidywanego domknięcia kółeczka. Za nic nie chciało się zejść, ale byliśmy konsekwentni i próbowaliśmy. Po godzinie zmagań zaczęliśmy robić za ciekawostkę przyrodniczą: "już godzinę stoją!". W końcu poddaliśmy się, mając nadzieję, że po drodze nas natchnie.
Ponieważ trudność przejścia była na poziomie TU, zarządzałam poszukiwaniami i prowadziłam. Na lustrach przywództwo przejmował Tomek, bo mi się i bez lustra myli prawa z lewą, a na lustrze to już w ogóle głupieję.
Utknęliśmy na PK L, do którego nie było jak się dostać - z każdej strony zagrodzone. Chrumkająca Ciemność przestrzegała nas przed wchodzeniem na prywatne uliczki (co to w ogóle za wynalazek) bo podobno właściciele już policję chcieli wzywać. Do złego namówiła nas Zuza i oczywiście wleźliśmy. Niewiele brakowało, a skończyłoby się to uwięzieniem nas za bramą - w ostatniej chwili udało nam się zbiec. I dopiero wtedy nas olśniło, że przecież w ogóle nie musimy brać tego punktu, bo jest jeden nadmiarowy.
Potem zatrzymaliśmy się w aptece, bo obtarły mnie buty i miałam całe pogryzione pięty. Podczas gdy ja robiłam sobie opatrunek, Tomek poszedł szukać  PK B i pomnika. Pomnika, który (jak się potem okazało) był przy PK C. Autorka trasy się ciut machnęła w alfabecie.
W końcu nadeszła chwila, kiedy skończyły się nam połączone wycinki i stanęliśmy przed dylematem: co dalej? Jak nic wychodziło, że można się tam dostać tylko od strony startu/mety, ale jak trafić na start/metę??
Poszliśmy w stronę, gdzie zniknął ostatni widziany przez nas zawodnik. Przeszliśmy się kawałek ulicą, zwiedziliśmy uliczki boczne i nawet nie wiedzieliśmy, czy jeszcze w ogóle jesteśmy na terenie zawodów, bo jakoś lampionów nigdzie nie było. Tomek był gotów błąkać się tak do skutku, ale w domu czekały na nas mapy do robienia, więc szkoda było każdej minuty. Zdesperowana zaczepiłam tubylca z pytaniem o skwer ze stawem.
- Ale który? Bo są dwa skwery i oba z oczkiem wodnym. - zabił nas informacją tubylec.
Noż w mordę! Żadne z nas nie pamiętało nazwy. Poszliśmy więc w przybliżonym kierunku jednego ze skwerów licząc na to, że to ten właściwy. W pewnym momencie zobaczyliśmy lampion. Znaczy się - teren zawodów. A potem znaleźliśmy coś, co idealnie pasowało do PK H. I faktycznie to był PK H. Byliśmy uratowani! Dalej poszło już jak z płatka i nawet zdążyliśmy na ciasto na mecie.
I proszę - zapowiadało się lekko, łatwo i przyjemnie, a było głównie czasochłonnie.

Czołóweczki - finał


Tu będzie relacja Tomka, jak się ogarnie z Niepoślipką. 
Zarobiony jest.

I oto obiecana relacja:

Finał Czołóweczek to impreza specyficzna. Specyficzna, bo wędrował z datą z jednego terminu na drugi, a klasyfikacja po drugim etapie tak wędrowała, że jej wcale nie było aż do przedednia finału. Ostatni termin finału ustalił się na niedzielę, zaraz po Zupie z Bagien. Wróciliśmy szybko, więc nic nie stało na przeszkodzie, by wieczorem wyskoczyć do Mińska.
Licząc na jakiś ruch na drodze wyjechałem z pewnym zapasem i dotarłem akurat na czas, gdy Marcin otwierał bazę. Wkrótce pojawili się znajomi - Chrumkająca Ciemność  rozochocona po Bagnistej Zupie na powiększenia swojej kolejności medalowej (chyba jako jedyni piechurzy pojawili się na wszystkich etapach i oczywiście wygrywali) oraz Przemek.
Jak zwykle szczegóły trasy trzymane w tajemnicy. Udało mi się wydobyć z autora „że trasa ma pewnie ponad 6 km”. Powinno się w godzinę dać to przebiec. Coś tam było mówione, że mokro w lesie, ale co to może być za mokro po Zupie z Bagien?
Wybiła godzina zero dostaliśmy mapy i ruszyliśmy. Odruchowo wybiegłem za furtkę, ale coś mi się nie podoba. Wpatruję się w mapę i wreszcie moje niedowidzące oczy dostrzegają kółeczko gdzieś na terenie szkoły. Wracam się. Kluczę między budynkami. Lampion w miejscu, którego się nie spodziewałem, bo na płocie, a nie na granicy terenu utwardzonego i odkrytego za budynkiem. No cóż – sugeruje to jakieś potencjalne problemy z następnymi PK. Biegnę ścieżką w las. Reszty nie widać – albo są daleko z przodu, albo wybrali inny wariant. Po niecałych 200 m wpadam w coś mokrego i śliskiego. Rzeczywiście mokro w tym lesie. I to wydaje się, że mokro w kierunku jedynki – zmieniam więc w locie koncepcję i lecę na główną przecinkę, by dobiec do PK 1 ze wschodu. W okolicach PK jakiś tramwaj gna w przeciwnym kierunku.
PK 4 ładnie widać z daleka. Teraz  do najstarszej sosny i PK 10 jest tam gdzie powinien. PK 11 formalność. Gdzie są Ci wszyscy biegacze? Nikt nie wybrał mojego wariantu, czy wszyscy pogubili się w lesie??? Na PK 11 ryzykuję na azymut przez teren oznaczony jako „podmokły”. Spoko daje się przejść suchą nogą. Ale przy sadzawce z PK 11 moja lewa stopa skutecznie postanawia sprawdzić czy okoliczne kałuże są mokre. Potwierdzam, że są!
PK 8 znany – taki nieprzyjemny teren o kiepskiej przebierności, więc omijam go bokiem.  Niestety, gdzieś tam dostaję jakąś gałązką z kolcami, które wbijają się w rękę. Wyjmuję je szybko i lecę dalej. Z naprzeciwka zaczyna się coś błyskać – konkurencja – coś wcześnie! Ale biegnę bokiem, więc jeśli kierują się na światło to ich zmylę!
18 i 14 znajduję bez większych problemów. No może, poza jednym. Coś czuję w lewej ręce – patrzę dokładniej a tu jeszcze został mi jakiś kolec. Wyciągam go w biegu -  a tu okazuje się, że to nie byle jaki kolec! Drzazga tak z centymetrowa! Nic dziwnego, ze mnie uwierała.
 Kolej na PK 15 – charakterystyczne drzewo. Odmierzam odległość – jest otwarty teren po prawej,  azymut i szukam granicy kultur. Nie ma. Jest za to dziura w ziemi, powinno być na lewo od niej to drzewo. Jest drzewo, ale bez lampionu. Zajumali???? Zaczynam czesać. Nie ma. Po dłuższej chwili wracam na ścieżkę, odmierzam się znowu – teraz dokładnie marszem na dziurę przy drzewie. Jest ta sama dziura i to samo drzewo. Ślepię w mapę – w terenie są trzy duże dziury w ziemi  –  sprawdzam każdą z nich i wreszcie znajduję lampion na mało charakterystycznej roślinie zwanej drzewem. Sporo czasu w plecy, wrrr.
Kolejny PK nr 12. Jakaś skarpa pod linią NN. Skręcam za wcześnie i jeżynuję. Znowu strata czasowa. Na PK 7 szukam ścieżki z mapy, której nie ma. Tzn. jest skrót (wtedy nie wiem że to skrót), a to co na mapie, ma się nijak do terenu odnośnie roślinności. Ale  z odległości i wyczucia znajduję właściwą pozostałość po ścieżce (oczywiście najpierw ją przebiegłem szukając odpowiedniego zagajnika). W pobliżu PK 6 widzę latarki piechurów stojących bezradnie na środku skrzyżowania ścieżek. Ja ścinam na azymut i trafiam idealnie. Coś długo mi to bieganie schodzi. Nie mam szans na medal chyba. PK 5 niby blisko, ale w krzakach których nie lubię. Jest – widzę  z daleka. Teraz do ścieżki przy rzeczce. Raczej obejść z prawej niż jeżynować krzale. I niestety, gubię kierunek – zataczam łuk i wracam niechcący w kierunki poprzedniego PK,  wrrr. Drugie podejście już się udaje. Przez mostek i ostatni punkt – dołek za jakąś dziurą. Na mapie ma być do tego dobieg jakimś terenem odkrytym. Patrzę w prawo  - ciągle krzale i krzale. Coś za daleko jestem.  Wracam się patrząc uważnie - jest jakiś prześwit!  Jeżyny z taaakimi kolcami, ale wchodzę. Jest dziura  w ziemi, jest jej koniec. Szukam dołka. Nie ma. Coś nie tak. Po dokładniejszym oglądzie sytuacji wychodzi mi , że jestem za blisko rzeki, a mapa kłamie. Przedzieram się przez kolce i wreszcie mam lampion. Patrzę na zegarek – zbliża się limit czasu. Lecę asfaltem do szkoły ile dała fabryka (jakaś skąpa ta fabryka była). Mieszczę się w limicie według mojego zegarka. Na mecie już jest konkurencja (znaczy podium nie będzie), ale nie jestem ostatni wśród biegaczy. A marszerzy mają większy limit. Wkrótce wpada zasapana Chrumkająca Ciemność. Czy marszerzy mogą biegać???
Czekamy na maruderów i ogłoszenie wyników. Miejsce trzecie, drugie, pierwsze. Nie ja. Ale dostaję medal za udział!

Na ogłoszenie wyników MO (wiadomo, że wygrywają Chrumkajacy), po limicie czasów akurat zjawiają się zdobywcy 2 miejsca w MnO. Niezła synchronizacja!
Losowanie fantów – wygrywam kubek Oriantiady – oddaję Przemkowi, bo już mam. A na Orientiadzie należałoby wskoczyć na podium tym razem (bo poprzednio to był mój debiut w 50-tkach!)
Ciasto, pamiątkowa fotka i spadamy do domu. Wyspać się przed następnymi zawodami.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Głucho wszędzie, ciemno wszędzie, lustro wszędzie...

Sobotni wieczór spędziliśmy w bazie dogadzając swoim podniebieniom słodyczami i napojami, jakie kto tam uznał za stosowne, a potem zrobiliśmy sobie drobną sesję fotograficzną:

W końcu jednak nadeszło nieuniknione i trzeba było pójść w ciemną noc w nieznane. Na szczęście start i meta były w bazie. Dostaliśmy mapę w pełni niepełną, czyli niby cały obszar, ale z wyciętymi drogami i licho wie czym jeszcze. Za to zlustrowaną po całości.
Ja, jak zawsze na początku, na widok ciemności wpadłam w lekką panikę i zupełnie nie miałam głowy do myślenia gdzie iść i Darek musiał przejąć całą inicjatywę. Doprowadził nas do PK B, gdzie przy ognisku trwała jakaś impreza tambylców. Na szczęście okazali się życzliwymi ludźmi i nie oprotestowali czesania terenu w celu dokładnego zlokalizowania punktu. Jak doszliśmy na E nie mam pojęcia, bo jeszcze wciąż trwałam w stuporze, ale w drodze na P zaczęło odpuszczać i już aktywniej włączyłam się w poszukiwania. Usiłowałam sobie przypomnieć jak to leciało z wyznaczaniem azymutu na zlustrowanej mapie, bo kiedyś umiałam, a potem zapomniałam, aż w końcu Darek wymyślił, że chodzi o dopełnienie kąta pełnego. Nie musiałam już podświetlać mapy, żeby wiedzieć gdzie iść dalej, ale Darek dla pewności wciąż stosował tę metodę. Nawet nam się te kąty zgadzały.
Kolejne punkty wyczesywaliśmy bez większych problemów ciesząc się jacy to genialni jesteśmy, a w końcu zdechło. Najbardziej dał nam popalić PK F. Przeszliśmy cały jar kilkakrotnie zaglądając za każde drzewo i nic. Obejrzeliśmy wszystko jaropodobne w okolicy i też nic. Rozstąp się ziemio. Do dziś nie mogę pojąć dlaczego go nie znaleźliśmy, a innym się udało. Z mapy nie wynika żeby był tam jakiś urodzaj na jary, które można pomylić, ale kto to wie gdzie w ogóle zawędrowaliśmy... To niepowodzenie złamało nasze morale i uznaliśmy, że bez względu na wzgląd pora zmierzać do bazy. Po drodze zgarnęliśmy jeszcze stowarzysza do G, bo sam nam wyszedł na drogę oraz stowarzysza do L, bo myśleliśmy, że to właściwy. Trzech punktów nie wzięliśmy w ogóle i liczyliśmy się z gwałtownym spadkiem w klasyfikacji, a tu rano okazało się, że awansowaliśmy o jedną pozycję. Widać nie tylko nam nocka dała popalić.
Ponieważ Barbara i Darek, z którymi podróżowaliśmy, musieli w niedzielę świtkiem wyjechać, nie mogłam zostać na zakończenie i osobiście odebrać "medalu" i dyplomu. Na szczęście mój niezawodny partner został i dopilnował żebym na niczym nie była stratna:-)
A tak nasza wesoła ekipa wracała do domu:


c. d. n. n.