poniedziałek, 24 września 2018

czwartek, 20 września 2018

Finałowe Rodzinne

Rodzinne następowały w tym roku tak szybko runda po rundzie, że w międzyczasie nie było kiedy się nawet podrapać. Ledwie zakończyła się trzecia, już trzeba było myśleć o czwartej. Tym razem musieliśmy się umiejscowić ze startem gdzieś w centrum miasta, bo mieliśmy być częścią Dni Zielonki. Uznawszy, że okolice stacji kolejowej, Urzędu Miasta i OKiS-u będą idealne, wybrałam miejsce tuż za budką z biletami, na skraju Dębinek. Tylko gdzie stamtąd puścić ludzi??? Jak nic wychodziły etapy po mieście. W akcie desperacji spenetrowałam jeszcze nieużytki i lasek ciągnące się wzdłuż torów, nowopowstałe osiedla przy lasku, nową ścieżkę rowerową wzdłuż rzeki Długiej i uznałam, że co prawda szału nie ma, ale trasę da się zrobić. I kiedy już wybrałam punkty i zaczęłam myśleć o mapie okazało się, że Dni Zielonki obsunęły się o tydzień i imprezę mogłam zrobić w dowolnym terenie. Na szczęście już byłam zaprzyjaźniona z wybraną trasą i w sumie nawet ją polubiłam:-)
O ile wizja map szybko zalęgła mi się w głowie, to już z techniczną stroną wykonania mi nie szło. No, czasem tak mam. Na szczęście Tomek zlitował się nade mną i imprezą i powycinał mi odpowiednie elementy z różnych map, a reszta to już pestka. Do czwartku przed imprezą mapy były gotowe. Ponieważ obie kategorie szły tą samą trasa, a do tego część punktów była zdjęciowa, więc do rozwieszania mieliśmy stosunkowo niewiele lampionów, z czego większość dostępna z samochodu. Czyli pełen luksus. W sobotę rano załatwiliśmy to raz dwa i na spokojnie mogliśmy zakładać bazę, czyli stolik pod chmurką:-)

Pierwsze zespoły już głowią się nad mapami.

Tradycyjnie na ostatnią rundę było najwięcej zgłoszeń i na trasę wypuściliśmy ponad siedemdziesiąt osób. I nawet specjalnych zatorów nie było przy rejestracji i wydawaniu map. Pełen sukces organizacyjny:-) Sukces to w zasadzie zawdzięczamy Zuzi M., która ogarnęła cały sekretariat i to mając na stanie jedną jedyną czynną rękę. Zuch dziewczyna!
Zgodził nam się także bilans wyjść i powrotów, czyli nikt nie zaginął na trasie. Mało tego, od punktu do punktu szli jak po sznurku i mieliśmy duży wysyp pierwszych miejsc. Jak nic za prostą mapę zrobiłam.

Na trasie.

Najtrudniejsze jednak było wciąż przede mną - podsumowanie całego cyklu, czyli przemowa (nie nadaję się do tego) i wręczenie dyplomów i nagród (czy to się da tak zrobić, żeby przynajmniej większość była zadowolona?). Ostatecznie coś tam naplotłam jak Piekarski na mękach, a wewnątrzrodzinne ustalenia która nagroda będzie najfajniejsza w żadnym z przypadków nie zakończyły się awanturą wymagającą interwencji.

Przystępujemy do części oficjalnej.

Na koniec i my zostaliśmy obdarowani upominkami od Burmistrza (dziękujemy!), potem sprawnie pozbieraliśmy lampiony i … nie, wcale nie odpoczywaliśmy - zajęliśmy się przygotowaniami do Niepoślipki.

piątek, 14 września 2018

Zaległości

Tak, też zauważyłam, że mamy coraz większe zaległości - na razie trzy imprezy, a po weekendzie będzie cztery. Jakoś ostatnio życie strasznie przyspieszyło i na nic nie ma czasu. Ale ogarniemy się. Wcześniej, czy później, ale ogarniemy. Jeszcze chwilka cierpliwości.

środa, 5 września 2018

Prawie mistrzyni, prawie młodzież

Jakoś tak wyszło, że mieliśmy lekki odwyk od InO, bo albo nie mieliśmy czasu, albo nie było imprez. Kiedy więc znaleźliśmy imprezę OK! Sportu i z niczym nam nie kolidowała od razu postanowiliśmy wziąć udział. Ja co prawda dość zachowawczo zapisałam się tylko na etap dzienny, ale Tomek poszedł na całość i dołożył sobie jeszcze bieganie nocne. Tak po prawdzie to do dzisiaj nie wiem czy braliśmy udział w Warszawskiej Olimpiadzie Młodzieży, czy w Mistrzostwach Warszawy i Mazowsza w klasycznym BnO, czy w Pucharze OK!Sport, ale w sumie jakie to ma znaczenie?
Impreza odbywała się w podobno znanym nam dobrze terenie, co oznacza, że kilka razy już tam byliśmy na różnych marszach i biegach i Tomek pamięta każde drzewo, a ja w ogóle nie pamiętam, że tam byłam. Raz podobno nawet skutecznie się zgubiłam, co może nie było dobrym prognostykiem, ale postanowiłam być twarda.
Trochę przerażało mnie, że miałam startować pierwsza, czyli nawet nie mogłam popatrzyć, w którą stronę leci osoba przede mną. W związku z tym postanowiłam patrzeć w mapę i kompas.

Już stoję w blokach startowych i przegarniam ziemię kopytkiem:-)

Miałam nadzieję, że pierwszy punkt będzie łatwy i bliski - tak na zachętę, tymczasem był stosunkowo daleko i nie prowadziła do niego żadna ścieżka, a na dodatek na azymucie było bagienko. Ale wiadomo - dla mnie azymut rzecz święta, więc bagienkiem się nie przejęłam, tylko ruszyłam przed siebie po prostej. Zresztą przy panującej temperaturze kąpiel w bagienku wydawała mi się wręcz przyjemnością. Do przyjemności niestety nie doszło, bo panująca susza zrobiła swoje. Nawet odrobinki błota nie było! Punkt znalazłam bez problemu.
Dwójka była tylko rzut beretem od jedynki, na zboczu małej górki i trudno byłoby nie trafić. Do trójki pobiegłam drogami, tym razem omijając bagienko, ale nie z powodu ewentualnej wody, tylko roślinności, która skutecznie spowalnia człowieka oplątując nogi i próbując powalić na glebę.
Wiedząc już, że bagienka są zasadniczo suche, w drodze na czwórkę nie przejmowałam się niebieskościami na mapie, a z braku bliskich ścieżek znowu leciałam na azymut i dopiero ostatnie, znacznie większe bagienko ominęłam łukiem. Punkt stał na swoim miejscu i czekał na mnie.
Między czwórką a piątką było już bardzo dużo niebieskiego, więc zakładając, że po drogach będzie szybciej, cofnęłam się ciut na północ i obiegłam niewygodny teren dużym łukiem. Było dalej, ale na pewno szybciej. Kiedy piąty z kolei punkt znalazłam bez żadnych problemów, uznałam, że mogę już sobie odpuścić strach przed zgubieniem się i skoncentrować się na szybszym bieganiu. Łatwo powiedzieć, ale jak tu biec kiedy człowiek roztapia się od słońca, po plecach cieknie, pot zalewa oczy, pić się chce wściekle, a tu dopiero połowa trasy.
Do szóstki było blisko, a najkrócej byłoby przez szkółkę, ale jako porządna i świadoma obywatelka postanowiłam jednak ominąć uprawę. No dobra, tak może z metr na samym końcu weszłam, bo ile można obiegać. Dołków na mapie było dużo, w terenie też, ale już w drugim natknęłam się na lampion. Do siódemki znowu poleciałam azymutem, a na punkt trafiłam szybciej niż przewidywałam. Tyle, że już bardziej szłam niż biegłam bo raz, że gorąco, a dwa - teren mało sprzyjający biegom. Z tym azymutem to był też inny problem - organizatorzy w lesie porozwieszali strasznie dużo pajęczym i kiedy tak szło się miedzy drzewami i krzakami, to co chwilę twarz oblepiały lepkie nici i to było bardzo, bardzo, ale to bardzo niefajne. Między innymi dlatego na ósemkę, gdzie był najdalszy ze wszystkich przelotów, postanowiłam pobiec tylko i wyłącznie drogami. Zresztą pośrodku azymutu znowu było bardzo niebiesko. Do wyboru miałam albo mniejsze ścieżki i bliżej, albo szerokie drogi i dalej. To ja już wolałam dalej... Ponad trzynaście minut zajęło mi dotarcie do punktu, ale jakoś nie żałuję decyzji. Mogłam najwyżej trochę szybciej biec, ale to też tylko teoretycznie.
W drodze na dziewiątkę (ostatni punkt) bardzo mi się spodobała leśna stołówka, czyli kilka karmników stojących obok siebie. Od razu zrobiłam się wściekle głodna. Kawałek za karmnikami stały z wyczekującymi minami dwie dziewczynki.
- Oho, będą pytać o drogę - pomyślałam. I faktycznie. Ponieważ też leciały na ostatni punkt przyłączyły się do mnie, a na dobiegu do mety usiłowały mnie przegonić. Dopingowane były mocno, a mnie głupio było tak zostać za nimi jak ta sierota. Tym sposobem zrobiłam życiówkę dobiegu. Nawet nie przypuszczałam, że potrafię tak szybko biegać:-)
Tomek startował prawie godzinę po mnie więc szykowało się dłuższe czekanie. I bardzo dobrze, bo miałam czas skorzystać z bufetu. Luuudzie! Jakie tam pyszności mieli! Trudno było się zdecydować, ale w końcu wybrałam naleśnika i ciasto. Pycha!
A potem przybiegł Tomek i okazało się, że mamy dylemat - wracać do domu (bo potem na nocne), czy czekać na dekorację (bo rzodkiewki mają dawać). No bo wyobraźcie sobie: załapałam się na podium. Co prawda na najniższy stopień, ale to przecież tak prawie, prawie mistrzostwo.

Po biegu trzeba obowiązkowo przedyskutować warianty.

Z bólem serca odpuściłam sobie zaszczyty, bo nijak Tomek nie wyrobiłby się z powrotem, ale rzodkiewki wcale mi nie przepadły.

Zauważcie - Olimpiada Młodzieży w kategorii K45

OK!Sport to jest jednak fajny - u nich młodym jest się zawsze. I to mi się podoba!

wtorek, 21 sierpnia 2018

Małgorzata - nowa nadzieja polskiej orientacji.

Na Rodzinnych moja osobista siostra osiągnęła sukces. Podwójny sukces - po raz pierwszy poprawnie wpisała w kratki nazwy PK oraz ich kody i pomimo najdłuższego przebywania na trasie nie zajęła ostatniego miejsca. I wyobraźcie sobie - wcale nie była z tych osiągów zadowolona! Ponieważ we wrześniu kolejna runda  naszych zawodów, postanowiła potrenować i pewnie planuje jakieś podium... W każdym razie zażyczyła sobie szkolenia, więc pojechaliśmy do Wesołej na ZPK, bo blisko i nie trzeba trasy rozstawiać.
Jak było? O, tak:


środa, 15 sierpnia 2018

3/3 czyli trzecia runda trzecich RMnO

Kolejna runda Rodzinnych MnO za nami. Tym razem na teren zawodów wybraliśmy najbliższą domu okolicę, więc nie było problemu z rekonesansem. Okazało się, że w lesie, w którym byłam już ze sto razy wciąż są jeszcze tereny dziewicze, gdzie moja stopa nigdy wcześniej nie stanęła. Właśnie taki odkryłam podczas rekonesansu i bardzo mnie to ucieszyło, bo puszczanie uczestników wciąż po tych samych ścieżkach robi się z czasem nudne.
Mapę dla trasy A udało mi się zrobić zupełnie przypadkiem, bo chciałam tylko sprawdzić czy kształt słoneczka byłby odpowiedni jako temat przewodni. Skoro A było gotowe, to Tomek zmałpowal pomysł ze słonkiem i machnął trasę B. Oczywiście jak zwykle przesadził trochę i wyszło mu takie TZ zamiast TF, ale wyprosiłam trochę ułatwień i w efekcie wyszło takie trudniejsze TU.
Baliśmy się troszkę o pogodę. Poprzednio solidnie nam dolało, teraz dla odmiany mogło przygrzać. Na szczęście aura zlitowała się nad nami i było słonecznie,  przyjemnie ciepło, ale nie gorąco. Pomimo okresu urlopowego na starcie stawiło się sporo osób, bo prawie sześćdziesiąt. Część z nich to oczywiście Stowarzysze, stęsknieni jakiegokolwiek InO, bo w wakacje zawsze posucha w tym temacie.
Co było na trasie, to nie wiem, bo byłam uziemiona na starto-mecie, ale po powrocie trasa B rzuciła się bić Tomka. Nooo, faktycznie z jednym wycinkiem trochę przegiął, bo z resztą mapy łączył się głównie białym tłem, a na białą kartkę to chodzą jednak tylko bardzo, bardzo zaawansowani tezeci. Tym niemniej nikt nie zaginął w akcji i wszyscy w komplecie zameldowali się na mecie. Co prawda moja rodzona siostra dotarła jako ostatnia, w duuużych ciężkich minutach i tuż przed tym, jak miałam zacząć organizować akcję poszukiwawczą, tylko wcześniej musiałam wręczyć dyplomy i nagrody.
Po imprezie jeszcze zaliczyliśmy spacerek, bo nikt z uczestników nie wpadł na pomysł żeby dosłownie zebrać wszystkie punkty i musieliśmy sami zdjąć lampiony. Tomek to łącznie z porannym rozwieszaniem zaliczył kilkanaście kilometrów, ale za to mógł zjeść więcej ciastek:-) Czyli warto było!
A kolejna runda już za chwile i znowu mam zagwozdkę, jaki teren wybrać, żeby nie było ani nudno, ani daleko.


wtorek, 7 sierpnia 2018

Orientiada czyli Jatka bis.

Na Świętokrzyską Jatkę w tym roku nie pojechaliśmy bojąc się upałów, które szczególnie dałyby się we znaki na odkrytych przestrzeniach. Ale wiadomo - co się odwlecze, to nie uciecze. Orientiada zapewniła nam i upały i sporo otwartej przestrzeni.
Już od dłuższego czasu pilnie śledziliśmy prognozy pogody i w końcu doczekaliśmy się wiadomości, że ma się ochłodzić. O jakieś dwa stopnie. Z ponad trzydziestu. Mimo to, w przeciwieństwie do poprzedniej pięćdziesiątki, czułam w sobie moc i wydawało mi się, że dokonam wielkich czynów - ot, chociażby przelecę dystans w osiem godzin.
Do bazy w Mrozach (ach, mrozy...) przyjechaliśmy w sobotę rano. Tłumu nie było, bo primo - pięćdziesiątka startowała jako pierwsza, więc uczestnicy innych tras jeszcze nie dotarli, secundo -  część z zapisanych osób zrezygnowała bojąc się upałów. Tym sposobem już na starcie ja miałam zagwarantowane pudło w kategorii kobiet, a Tomek weteranów.
Ponieważ na start byliśmy wywożeni, o ósmej (po tradycyjnej grupowej fotce) wsiedliśmy do busika i ruszyliśmy.

Taką fotkę otrzymał każdy uczestnik od Organizatora.

Na starcie otrzymaliśmy nieduże mapki mieszczące się na A4 i opis punktów. Brak rozświetleń sugerował, że punkty będą łatwoznajdowalne, co już na wstępie faworyzowało szybkobiegaczy.
Wiadomo było, że do pierwszych dwóch punktów lecimy całą stawką, bo nie było żadnego pola manewru i dopiero potem można będzie wybrać wariant, chociaż też mało urozmaicony.
Ruszyliśmy tradycyjnie spokojnym truchtem. Mnie energia wciąż roznosiła, Tomek po kilkudziesięciu metrach zaczął narzekać na ból i sztywność łydek.  Co oczywiście nie znaczy, że zwolnił, ale też po raz pierwszy nie wyrywał się przede mnie. Do pierwszego PK o numerku 10 prawie cały czas biegliśmy asfaltem, za to już sama końcówka prowadziła przez pokrzywy po uszy. Sam lampion wisiał sobie nad strumykiem.

My już mieliśmy trochę wydeptane pokrzywy, ale pionierom trasy nie zazdroszczę:-)

Do następnego punktu - dwunastki - znowu mieliśmy długi przelot asfaltem. Tomek nadal narzekał na łydki, mój entuzjazm zaczął jakby z lekka maleć. Moc, którą czułam w sobie na starcie, znikała wraz ze wzrostem temperatury. Orzeźwiające okazało się przejście przez pole kukurydzy - mieliśmy zapewniony cień i delikatny prysznic (rosa? woda po deszczu?). Nasz punkt stał na górce, co w opisie brzmiało bardziej wyrafinowanie - "punkt wysokościowy". I wiecie co? Gorsze od górki okazały się dla mnie pajęczyny, które porozwieszane były wszędzie i co chwilę oblepiały mi twarz. Brrrr.... Przy dwunastce jeszcze wciąż było tłoczno, mimo, że szybkobiegacze polecieli przodem. Punkt podbijaliśmy w towarzystwie m. in. Sylwii i Krzysztofa.

PK 12

Do PK 14 poszliśmy już razem z nimi, a w Jaruzalu, czyli serialowych Wilkowyjach, zrobiliśmy sobie obowiązkowe zdjęcie na słynnej ławeczce przed sklepem.

Wilkowyje - Jeruzal

Po drodze znowu mieliśmy kawał asfaltu pod nogami i trochę przestawało mi się to podobać. Tym niemniej wykorzystaliśmy równy grunt i biegliśmy. W okolicach punktu kręcili się też inni zawodnicy, czyli nie byliśmy tak bardzo w tyle:-)

Czternastkę podbijam hurtowo - swoją kartę i Tomka (Tomek filmuje).

Przy czternastce zabawiliśmy chwilę dłużej, bo musiałam wytrzepać bałagan z butów. Nie założyłam stuptutów, bo gorąco, a potem kilkakrotnie tego żałowałam. Co chwilę wpadało mi jakieś dziadostwo i musieliśmy robić postoje. Wszyscy polecieli już do kolejnego punktu, a my zostaliśmy jak te sieroty. W drodze na trzynastkę asfalt już tylko przecinaliśmy, ale poruszaliśmy się po porządnych drogach. Już w pobliżu punktu układ dróg nie do końca nam się zgadzał z tym co na mapie i trochę szliśmy na wyczucie. Gdzieś tam w oddali przed nami majaczyły sylwetki Sylwii i Krzyśka, ale kiedy weszliśmy w las, zniknęli nam z oczu. Za to spotkaliśmy Kingę, która wracała właśnie z trzynastki i potwierdziła, że idziemy dobrze. A przy samym lampionie kręciło się już kilka osób i nawet ustawiła się kolejka do podbicia kart.

Trzynastka zdobyta.

Do piętnastki ruszyliśmy w towarzystwie kolegi Jacentego, a że przebieg nie wymagający większego skupienia, to mogliśmy sobie pokonwersować. Szliśmy co prawda na azymut, a nie drogami (tak dla odmiany i dla skrótu) ale wiedzieliśmy, że mamy dojść do poprzecznej drogi i wtedy włączyć myślenie. Ostatni odcinek przed punktem był stuprocentowo nieprzebieżny, a jeżyny jak wściekłe broniły dostępu do strumyka. Najpierw powaliły na ziemię Tomka, potem Jacentego i tylko mnie oszczędziły, być może uznając za mało znaczącego przeciwnika.

Tak się kończy igranie z dziką przyrodą.

Mimo przeciwności losu piętnastkę udało się zdobyć. A przy okazji zalągł się we mnie dylemat co wolę - pokrzywy czy jeżyny? I po namyśle wychodzi mi, że chyba jednak raczej pokrzywy.

Uff, dotarliśmy.

Jakiś zawodnik przed nami po podbiciu punktu przeszedł na drugą stronę strumyka i zniknął nam z oczu. Odruchowo ruszyłam za nim, szczególnie, że chłodna woda przyciągała mnie jak magnez. A poza tym za plecami miałam tylko pokrzywy i jeżyny. Przeprawiliśmy się więc przez strumyk przyjemnie chłodząc nogi i wtedy Tomek oznajmił, że w zasadzie to mieliśmy iść w przeciwnym kierunku, bo niby po tej pierwszej stronie strumienia byłoby bliżej. Oj tam, takie bliżej - ze sto metrów może. Kategorycznie odmówiłam powrotu w jeżynisko i poszliśmy dalej moim wariantem, który wcale nie był taki zły jak to Tomek przedstawiał. Nasz towarzysz z punktu piętnastego poleciał przodem, bo coś go gnało do przodu, a my spacerkiem zbliżaliśmy się do PK 16. Ponieważ temperatura przekroczyła bezpieczny dla życia poziom i czuliśmy jak białko w organizmie zaczyna nam się ścinać, całkiem już odpuściliśmy myśl o bieganiu.
Na PK 16 miała być woda dostarczona przez organizatora. Kiedy już dotarliśmy na miejsce od razu rzuciły nam się w oczy butelki, natomiast nigdzie nie było lampionu. Ja to nawet byłam gotowa olać lampion i zająć się wodą, ale Tomek uparł się - podbić punkt i podbić punkt. No dobra, rozejrzeliśmy się po okolicy i faktycznie, w pewnej odległości wisiała biało-pomarańczowa szmatka.

 Woda jest, ale gdzie lampion?

W końcu mogliśmy zająć się uzupełnianiem zapasów wody. Zdjęłam kamizelkę żeby dostać się do bukłaka, porozkładałam swoje rzeczy dookoła i wtedy Tomek zwrócił mi uwagę, że usadowiłam się w samym mrowisku. Aaaaaa!!!!!!!! Zerwałam się przerażona i odtańczyłam dziki taniec usiłując zrzucić z siebie dziesiątki wielkich, czerwonych, krwiożerczych mrówek. Potem jeszcze musiałam otrzepać kamizelkę i mapę, a i tak jedna małpa wredna mnie użarła.
Po szesnastce zaplanowaliśmy dwudziestkę dwójkę, a po drodze miała być całkiem spora miejscowość - Lipiny. Liczyliśmy więc na sklep i coś zimnego do picia, bo ciepła woda i ciepły izotonik jakoś słabo nam wchodziły. Do Lipin prowadziła porządna droga, ale jakoś niespecjalnie wpłynęło to na nasze tempo. A w Lipinach.... Sklep! A w nim zimna cola i lody. Opiłam się tak, że gaz z coli niemal unosił mnie w powietrze, ale wcale przez to nie było mi łatwiej, a nawet wręcz.

 Cudownie zimna cola.

Dwadzieścia dwa był to kolejny "punkt wysokościowy", na szczęście te wysokości były osiągalne dla mnie i to bez zadyszki. Bo to, że zaczynałam słaniać się na nogach wynikało tylko i wyłącznie z panującej temperatury.

Góra zdobyta.

Po PK 22 mieliśmy dylemat - iść na 23 czy na 24. Mimo, że na 23 prowadziła fajniejsza droga, do tego przez las, Tomek koniecznie chciał iść do 24. Ja myślę, że to z powodu przegrzania, bo przecież wystawił łysy czerep na słońce zasłaniając sobie jedynie czoło opaską i trochę mi dogrzało. No, to poszliśmy - trochę drogami, trochę na azymut, a trochę na rympał. Końcówka trochę nam nie wyszła bo zaczęliśmy szukać o jedną drogę za wcześnie. Któryś z zawodników, już wracający z punktu, podpowiedział nam, że jeszcze ze 300 metrów i niezobowiązująco machnął ręką w kierunku, z którego przyszedł. Skorzystaliśmy z rady, ale im dalej szliśmy, tym bardziej punktu nigdzie nie było. W końcu już nie wiedzieliśmy na której ścieżce jesteśmy, a akurat było ich kilka do wyboru. Dopiero kiedy jedna z nich zaczęła zakręcać w taki sam sposób, jak jedna z tych narysowanych na mapie, udało nam się umiejscowić. W tym momencie znalezienie punktu było już formalnością.

24 w zagajniku.

Z 24 elegancko drogą polecieliśmy na 23, a Tomek cała drogę zastanawiał się, który wariant był korzystniejszy - najpierw 23, czy najpierw 24. Po żmudnych obliczeniach już w domu wyszło mu, że jednak nasz. O kilka metrów:-)
Odcinek między punktami obfitował w dramatyczne spotkania międzygatunkowe. Najpierw natknęliśmy się na węża. Od razu pomyślałam, że to ten słynny poszukiwany przez wszystkich pyton, więc w odruchu obronnym wybiłam się z miejsca w powietrze i zawisłam nad wężem bojąc się, że jak opadnę, to stanę na niego, a on pożre mnie jednym chapnięciem. Długo tak jednak nie mogłam sobie wisieć, bo czas poganiał, wykonałam więc manewr przemieszczający, gwałtownie odpychając się od powietrza i wylądowałam parę metrów od gadziny. Tomek usiłował mi wmówić, że to nie żaden pyton tylko maleńka żmijka, ale ja tam swoje wiem.
Ledwo zdążyłam uspokoić skołatane nerwy, gdy w trawach zakotłowało się i wybiegło z niego stado nosorożców tratujących wszystko, co na ich drodze. Na szczęście pobiegły w przeciwnym kierunku niż my staliśmy, a Tomek znowu wciskał mi kit, że to nie stado nosorożców, tylko jedna przerażona sarenka. Akurat!
Tak za połową drogi weszliśmy w teren zaznaczony na mapie jako sieć kanałków, ale Tomek nie dal się przekonać do pójścia przez niego na azymut (woda! woda!), tylko zmusił mnie do obchodzenia potencjalnego miejsca ochłody. Tym sposobem trochę nadłożyliśmy drogi, ale w zamian nie musieliśmy przedzierać się przez trawska. PK 23 był znowu "wysokościowy", ale taka tam wysokość, phi. Schodząc z punktu spotkaliśmy Bartka z trasy 25-kilometrowej.

Punkty były bardzo estetycznie opisane.

Do PK 25 doprowadził nas niebieski szlak i dopiero w końcówce musieliśmy uważać gdzie z niego zejść. Jednym słowem punkt łatwy i bezproblemowy.

Bezproblemowe 25.

Na trzydziestce jedynce miała być kolejna woda. Nie żebyśmy już wszystko wypili, ale łudziłam się, że może będzie ciut chłodniejsza niż nasza. Od tego gorąca to już nam się nic nie chciało. Ja byłam w ciężkim kryzysie, kręgosłup napierniczał mnie ile dał radę i nawet Tomek co chwilę odkrywał nową bolącą część ciała. Wybitnie nie byliśmy w formie.
Po drodze mieliśmy przechodzić koło jeziorka w rezerwacie Barania Ruda i w akcie desperacji chciałam w nim zmoczyć czapeczkę metodą stopy-kolana-uda-pas-szyja-czapeczka i ostatkiem sił powstrzymałam się z braku dogodnego dojścia nad wodę, a i alternatywna czystość jeziorka ciut mnie deprymowała.
Przy punkcie po raz kolejny spotkaliśmy Sylwię i Krzysztofa maszerujących z pięciolitrowymi baniakami wody. Na nasz widok tłumaczyli się, że chcieli je tylko przenieść bardziej w cień, ale ja myślę, że chcieli je sobie wziąć na drogę. Nieźle musieli być spragnieni! :-)

 Po prawej najbardziej elegancki zawodnik Orientiady - biała koszula, ciemne spodnie.

Po PK 31 byliśmy już na ostatniej prostej do bazy. Co prawda do zebrania zostały jeszcze cztery punkty, ale było już dużo bliżej niż dalej. Do PK 28 był stosunkowo długi przelot, który pokonaliśmy dużymi drogami i asfaltem.  W Porzewnicy już nie wytrzymałam tego upału i pomimo mostu, rzekę Witówkę pokonałam w bród. Co za cudowne uczucie! Co prawda po paru krokach spodnie wyschły, a woda w butach osiągnęła temperaturę czterdziestu stopni, ale chwila przyjemności była.
Mimo, że Orientiada jest imprezą bez stowarzyszy, to nam udało się znaleźć punkt stowarzyszony o kodzie 30, ale w porę zorientowaliśmy się, że takiego to na swojej mapie nie mamy.

Punkt podbijam już na siedząco - zawsze to chwila odpoczynku.

Kolejne punkty były już rozmieszczone blisko siebie, a ostatni to już całkiem blisko bazy, myśleliśmy więc, że raz dwa je zaliczymy i wreszcie nastąpi koniec tej gorącej udręki. Tymczasem dziewiętnastka postawiła nas w głupiej sytuacji. Odmierzyliśmy odległość, znaleźliśmy miejsce odpowiadające i mapie i opisowi, mało tego - znaleźliśmy liczne ślady czesania i tylko lampionu nie mogliśmy znaleźć. Ale zaparliśmy się, bo skoro wszystko się zgadza, to musi gdzieś być. Okolica cała pokryta była pokrzywami sięgającymi głowy, a w ich gąszczu wydeptane były ścieżki. Przeszliśmy wszystkie i... nic. Postanowiłam zadzwonić do organizatora, bo może jakiś błąd w opisie, albo może ktoś już zgłosił brak lampionu i nie ma co czesać, albo może źle stoi. Dzwonić sobie mogłam w nieskończoność, a i tak nikt nie odbierał. W końcu postanowiliśmy poszukać w szerszej perspektywie, szczególnie, że z sąsiedniej kępy drzew wynurzył się i poszedł w dalszą trasę inny zawodnik. I faktycznie - znaleźliśmy tam lampion. Byliśmy przekonani, że źle stoi, a jednak... Porównanie w domu wszystkich dostępnych map i śladu gps pokazało, że jednak dobrze. Gdyby to była impreza ze stowarzyszami i gdyby taki stał w pierwszej kępie, na pewno nabralibyśmy się na niego.

To był ostatni punkt z wodą, ale już nie skorzystaliśmy.

Dwudziestkę organizator schował w dołku dwadzieścia metrów za krzyżem i jedyne co musieliśmy zrobić to zlokalizować ten właściwy krzyż, bo blisko siebie stały dwa. Nie było to większym problemem.

Nasz przedostatni punkt.

Do ostatniego punktu można było iść albo szlakiem tramwaju konnego albo dość ruchliwą drogą i niestety drogą było bliżej. Gdybyśmy mieli więcej sił i czasu to uparłabym się na szlak, bo byłam go ciekawa, no i przyjemniej iść lasem niż między mknącymi samochodami. Ostatni punkt był już właściwie taki bardziej krajoznawczy niż na poważnie.

Obowiązkowa fotka w wagoniku:-)

Do mety było już bardzo blisko, ale tradycyjny zryw do biegu zainicjowaliśmy dopiero na podwórku bazy, bo byliśmy już totalnie wykończeni. Dostaliśmy pamiątkowe medale i mogliśmy chwilę odpocząć przed uroczystością wręczania pucharów.

Wreszcie meta!!!

Potem Tomek, Jacenty i Krzysztof otrzymali swoje puchary, a my z Sylwią czekałyśmy na powrót Kingi (mimo, że wiadomo już było jakie miejsca zajęłyśmy) bo przyjemniej stać na pudle we trójkę niż we dwie, gdy trzecia jeszcze się męczy na trasie.

Najdzielniejsi weterani Orientiady.

I najszybsze kobiety :-)

A tak wygląda nasz przebieg:


Filmowy ciąg dalszy - nastąpi wkrótce.

piątek, 3 sierpnia 2018

56. OrtInO dla leniwych

Było zbyt gorąco by napisać pełnowymiarową relację, skracamy więc wszystko do wersji słowno-muzycznej! Nie trzeba za dużo czytać! Miłego oglądania!