niedziela, 24 lipca 2022

Wawel Cup - Etap 4, czyli nie ma się co spieszyć.

Po ekscytującym, trzecim dniu zawodów byłam kompletnie wykończona i następnego ranka wcale nie chciało mi się wstawać, a tym bardziej ganiać po lesie. Oczywiście nie zamierzałam rezygnować z zawodów, ale mój entuzjazm jakby lekko oklapł. 
Mieliśmy wczesne godziny startowe, a ponieważ niezbyt od siebie oddalone, mogliśmy razem iść na start oddalony prawie o kilometr. 
 
Gotowi do wymarszu.
Wyznakowana wstążkami trasa dojściowa z lekka nas zszokowała. Prowadziła przez największe chaszcze - ot, tak na wprost, mimo, że jak się potem okazało, można było spokojnie dojść drogą. Zastanawialiśmy się, czy organizatorzy aby czasem nie przesadzili poprzedniego dnia na imprezie, która odbywała się bezpośrednio po biegach na pustyni, no bo jakie inne szaleństwo mogło ich opanować?



Start na szczęście był już zorganizowany standardowo, tylko dobieg do lampionu startowego był króciutki. W sumie to był tak krótki, że nawet nie wybiegałam z boksu, tylko szłam powoli, szukając na mapie trójkącika. Potem jeszcze postałam chwilkę wybierając wariant i w końcu statecznym krokiem wkroczyłam w las. 
 
Spokojny start.

I jeszcze spokojniejszy proces decyzyjny.
 
Ponieważ z siłami było krucho, a przewaga rywalek nade mną była i tak nie do zniwelowania, więc praktycznie nie miałam po co się spieszyć. Szłam więc sobie relaksacyjnym tempem, ale za to miałam czas dokładnie się namierzać i pilnować azymutu. Jedynka weszła idealnie, ale przy dwójce najpierw trafiłam na sąsiedni kamień i dopiero po sprawdzeniu, że rzeczywiście nie ma przy nim lampionu, ruszyłam do właściwego. Tu lampion był tak dobrze ukryty wśród roślinności, że gdyby nie towarzysząca mi w poszukiwaniach inna zawodniczka, to chyba bym go przeoczyła.
Na kolejne punkty wychodziłam już idealnie, tylko siódemki początkowo szukałam zamiast w jaskini, to pomiędzy skałami. Tak to jest jak człowiek nie dojrzy na mapie znaczków i idzie na domysł. 
 
Gdzieś na trasie. (Fot. J. Kijak)

Do dziewiątki i dziesiątki to nawet trochę biegłam, bo punkty stały w pobliżu ścieżek, a iść ścieżkami zamiast biec, to jednak nawet jak dla mnie przesada. A potem już tylko meta i oczywiście jak najszybszy dobieg, bo czemu nie?
 
Konsultacje na mecie.
 
Ponieważ w okolicach drogi dojazdowej do bazy i przy bazie odbywała się orientacja precyzyjna, więc wjazd i wyjazd z bazy możliwy był tylko w określonych godzinach. Tym sposobem musieliśmy godzinę czekać na możliwość wyjechania. Jak sobie umilałam ten czas? A tak:

Może i nie powinnam, ale jak się powstrzymać?

W drodze powrotnej obejrzeliśmy sobie jeszcze raz Okrężnik, przy którym biegaliśmy Model Event, ale ruin zamku jakoś się nie dopatrzyliśmy. Co nie zmienia postaci rzeczy, że jest na co popatrzeć.
 
Okrężnik i ja.

wtorek, 19 lipca 2022

Wawel Cup - Desert Dessert, czyli coś w finale nie pykło.

Ponieważ między biegiem normalnym a biegami dodatkowymi było za mało czasu żeby jechać na kwaterę, więc już po obiedzie pojechaliśmy na Pustynię Siedlecką. Organizatorzy byli jeszcze w kompletnej rozsypce i dopiero zaczynali się organizować. W międzyczasie solidnie popadało, troszkę ubijając piasek i miałam lekką nadzieję, że będzie trochę łatwiej biegać niż po suchym.

Przyglądamy się przygotowaniom.
 
Najpierw miały odbyć się kwalifikacje, żeby wyłonić najszybsze szóstki zawodników każdej kategorii, którzy wezmą udział w finale A. Akurat w naszej kategorii nie miało to większego sensu, bo były nas całe trzy sztuki, ale jak wszyscy, to wszyscy. Nawet śmiałyśmy się, że może zamiast tracić siły, to po prostu umówimy się, która zajmie które miejsce i po sprawie:-)
Start był interwałowy - ja w pierwszej minucie, w drugiej Hania, w trzeciej Ula.
 
Start do eliminacji.

Cała pustynia była poobstawiana lampionami, więc trzeba było uważnie śledzić mapę i kierunek, żeby trafić na właściwy. Z jedynką poszło dobrze. Poszukałam dwójki na mapie i aż mi się kolana ugięły - dwójka stała niemal na szczycie wydmy
Serio? Muszę tam wejść?
 
Nawet nie próbowałam biec, zresztą niewielu było takich śmiałków. To była prawdziwa droga przez mękę. Pomimo mokrego piasku po wierzchu, nogi i tak zapadały się i co chwilę osuwałam się w dół. Kiedy podbiłam punkt miałam ochotę już tylko usiąść i nigdzie dalej się nie ruszać. Zmobilizował mnie widok Hani, no bo w końcu bezpośrednia konkurencja. Do trójki na szczęście trzeba było zbiec z wydmy, co było ciut łatwiejsze, a potem był kawałek lasu. Szóstki ani ja, ani Hania nie mogłyśmy znaleźć. Hania szukała wszędzie - na dole i na górze, ja przechadzałam się leniwie po szczycie wydmy. Moje lenistwo zostało nagrodzone i wypatrzyłam lampion w kępce krzaków. Chyba gdzieś tuż za dziewiątką zauważyłam przed sobą Ulę. Startowała ostatnia z nas, ale gnała jakby ją sto diabłów goniło. Usiłowałam dorównać jej kroku, ale już przed jedenastką odpadłam. A potem zostawałam coraz bardziej w tyle... W sumie nie miało to żadnego znaczenia - Finał i tak miałam w kieszeni.
Ula na mecie odgrażała się, że w finale nie biegnie, bo nie ma już siły, ale kiedy odpoczęła, od razu zmieniła zdanie.
 
Trzy gracje.
 
Po odebraniu numerów startowych przewidzianych na finał, czekałyśmy na start. Tym razem start był masowy, a my zostałyśmy ustawione w ostatnim rzędzie. No ale jak to? Najpierw nam mówią, że my takie Super Masters, z naciskiem na Super, a potem nas na koniec? Ale to podobno dla naszego bezpieczeństwa, żeby nas młodzież nie zadeptała, jak wszyscy ruszą. Może to i miało sen patrząc jak startujemy:-)

Oj, boli w krzyżu.

Pomalutku ruszamy.
 
Finał rozgrywany był systemem One Man Relay, czyli dwustronna mapa, gdzie ostatni punkt pierwszej strony był jednocześnie startem drugiej. Tym razem litościwie darowano nam najwyższą wydmę i więcej biegaliśmy po płaskich fragmentach. Teoretycznie każda z nas powinna mieć nieco inną trasę, ale z każdym punktem utwierdzałam się w przekonaniu, że o ile Ula biega gdzie indziej, to my z Hanią wciąż depczemy sobie po piętach. Do czwórki szło mi świetnie, ale potem zamiast na piątkę, pobiegłam na szóstkę i już straciłam parę sekund. Z dziewiątki odbiegłam w złym kierunku i doszły kolejne sekundy straty, a już pod koniec pierwszej strony mapy zaczęłam słabnąć i zostawać w tyle. Niestety,  zmęczenie przełożyło się na zdolności intelektualne i sprawa się rypła. Kiedy dobiegłam do ostatniego punktu pierwszej mapy, zamiast odwrócić ją na drugą stronę i tam szukać trójkąta startowego, ja oczywiście szukałam go na mapie pierwszej. Tym sposobem dobiegłam niemal do startu całej imprezy zanim zorientowałam się, że coś nie gra. Przez chwilę stałam kompletnie oszołomiona i zupełnie nie wiedziałam, co z tym fantem zrobić. Kiedy w końcu ogarnęłam jaką głupotę popełniłam, to aż mi się zachciało płakać na myśl, że muszę wrócić do poprzedniego punktu i dopiero stamtąd biec w dalszą trasę. A czas uciekał... Kompletnie mnie to rozbiło i nawet przez chwilę miałam ochotę zrezygnować i zejść z trasy. No, ale jednak trochę szkoda. Wróciłam wiec na ostatni punkt, odwróciłam mapę, znalazłam trójkącik i ruszyłam na drugą część. Niespecjalnie się spieszyłam, ale dzięki temu dokładniej nawigowałam i jakoś szło do przodu. Po jakimś czasie zauważyłam, że spotykam coraz mniej osób, co i nie dziwne, bo większość pewnie była już na mecie. Byłam już tak zapóźniona, że wstydziłam się w ogóle wracać na metę. Nie dało się jednak tego ani odwlec, ani uniknąć. Co było robić - wróciłam, a po sczytaniu czipa okazało się, że przekroczyłam limit czasu o jakieś 3 minuty.

Zbieg do mety.
 
Byłam zawiedziona,bo sądziłam, że nie będę w ogóle z tego powodu klasyfikowana, ale organizatorzy to ludzkie paniska i litościwie dali mi to trzecie miejsce i poczucie, że nie męczyłam się na darmo.

Takie trochę niezasłużone pudło.
 

piątek, 15 lipca 2022

Wawel Cup - Etap 3, czyli kiedy skończy ci się mapa.

W trzeci dzień zawodów to dopiero miały być atrakcje - nie dość, że etap poranny, to potem biegi dodatkowe po pustyni. No i w związku z tym miałam straszny dylemat: czy na etapie zwykłym dawać z siebie wszystko, czy raczej oszczędzać siły na popołudniowe atrakcje? Dodatkowo na start trzeba było podejść niemal kilometr (a według danych z numeru startowego, to nawet dwa, co na szczęście okazało się pomyłką), więc było nad czym myśleć.
 
Tak myślę, że aż marszczę czoło.

Start.

Oczywiście poleciałam bez żadnego planu, bo przecież "jakoś to będzie". Zaczęło się całkiem dobrze - na jedynkę wyszłam bezbłędnie i jeszcze dogoniłam tam Becię. Kolejne punkty wchodziły jak po maśle, szłam do nich po kresce i w końcu nabrałam przekonania, że to mój dzień i ho, ho jaki ja to wynik osiągnę. I tak z bananem na twarzy i śpiewającą duszą dotarłam w okolice siódemki. Z lampionem rozminęłam się o jedną skałkę, czyli kilka - kilkanaście metrów. Niesiona nadzieją dobrego wyniku w ogóle nie zauważyłam, że nie zgadzają mi się odległości i punktu szukałam coraz dalej i dalej. W końcu nadszedł moment, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że nie dość, że nie trafiłam we właściwe miejsce, to jeszcze w ogóle nie wiem gdzie jestem i w którą stronę iść. W żaden sposób nie byłam w stanie dopasować tego, co widzę, do tego, co mam na mapie. Nawet nie było to specjalnie dziwne, bo od dawna byłam już poza mapą. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nikogo nie spotykałam i nawet nie mogłam dowiedzieć się, gdzie jestem:-( W końcu na horyzoncie pokazał mi się upragniony człowiek. Byłam zdesperowana dopaść go i nie wypuścić, dopóki wszystkiego nie zezna. Na szczęście zeznań nie musiałam wydobywać siłą i już po chwili mknęłam w mniej więcej dobrym kierunku. Po drodze oczywiście jeszcze trochę zboczyłam z kursu, żeby nie było za łatwo, ale tu już miał mnie kto ratować z opresji. Małgosia niemal palcem pokazała mi lampion i jeszcze doprowadziła do niego.

20 minut poszukiwań.

Niestety, mój entuzjazm całkowicie opadł i straciłam motywację do dalszego biegu. Lazłam więc sobie krok za krokiem i co z tego, że kolejne cztery punkty znalazłam bezproblemowo... Przy dziesiątce Andrzej usiłował zmotywować mnie do biegu, więc dla przyzwoitości coś tam się poruszałam. Tylko finisz zrobiłam taki jak trzeba, ale u mnie to już odruch.

Przy PK 10. (Fot.: A. Krochmal)
 
Cóż, po tym etapie Tomek nie kupił mi już kolejnych butów, ale za to pojechaliśmy do Złotego Potoku na pyszny obiad i lody. W końcu trzeba było się jakoś wzmocnić przed pustynnym bieganiem.

czwartek, 14 lipca 2022

Wawel Cup - Etap 2, czyli jak naciągnąć męża na buty.

Tradycyjnie - pierwsza rzecz po wstaniu z łóżka to sprawdzenie prognozy pogody i rozwiązanie dylematu: co na siebie włożyć. Dzień zapowiadał się ciepły i bezdeszczowy. Do bazy przyjechaliśmy dość wcześnie bo tym razem mieliśmy startować jako jedni z pierwszych i nawet w zbliżonych minutach. Te zbliżone minuty były dobre, bo z bazy zawodów na start trzeba było dojść prawie dwa kilometry, a zawsze fajniej iść razem. Tomek startował w piątej minucie, ja w trzynastej. Tomek poleciał, a ja tak się zagadałam z Becią, że ledwo zdążyłam wystartować w swojej minucie. 
 
Dobieg do lampionu startowego. (Fot.: J. Kijak)

Oczywiście zapomniałam też włączyć zegarek i kiedy kawałek od startu zorientowałam się, stanęłam i zaczęłam manipulacje. Pal licho czas, grunt żeby ślad się nagrał:-) Teraz mogłam już skupić się na mapie i wyborze wariantu. Postanowiłam zacząć bezpiecznie drogami - minąć przecinkę i potem od ścieżki w lewo ustawić azymut. Wszystko byłoby dobrze gdyby przecinkę było chociaż trochę widać, a ścieżka w lewo nie istniała jedynie na mapie. Kiedy zorientowałam się, że potencjalne rozwidlenia dawno już minęłam, postanowiłam wejść w las i iść mniej więcej na oko, w nadziei, że jakoś się uda. Po chwili zobaczyłam grupę zawodniczek pilnie czegoś szukających. Okazało się, że mamy ten sam punkt, więc połączyłyśmy siły i razem nie mogłyśmy znaleźć. Kilka innych - owszem, ale tego, który potrzebny za nic w świecie. Wiedziałyśmy, że jesteśmy przy właściwej grupie skał, tylko ten lampion... Oczywiście, przeczesanie każdego kawałka terenu i obejrzenie każdej skałki musiało przynieść sukces, ale ile czasu trwa takie poszukiwanie... A najśmieszniejsze jest to, że od drogi szłam idealnie na punkt, tylko zeszłam z kursu widząc koleżanki naradzające się nad mapą. A można było samodzielnie, to nie...
Na dwójkę ruszyłam jak najszybciej żeby znowu mnie nie kusiło szukanie towarzystwa, szłam idealnie po kresce i przed samym punktem ni z tego, ni z owego skręciłam w lewo. Co ja miałam w tej pustej głowie? Oczywiście lampionu nie było po lewej, bo był na wprost pierwotnego kierunku, ale przynajmniej dokładnie obejrzałam sobie całkiem urodziwe skałki. Wiedziałam, że mam już dwa punkty w plecy, na wynik nie ma co liczyć, ale jeszcze zdobyłam się na wysiłek żeby ruszyć głową i chociaż do bliziutkiej trójki trafić bez komplikacji. Ufff... Udało się.
 

Do czwórki znowu postanowiłam zaryzykować wariant drogowy, choć moje zaufanie do dróg znacznie zmalało po PK 1. Najpierw chciałam znaleźć zaznaczony na mapie wodopój, bo miał być na skrzyżowaniu ścieżek i od razu można by zobaczyć jak te ścieżki wyglądają. Wodopój znalazłam, skwapliwie skorzystałam, a ścieżka okazała się być widoczna tylko dzięki temu, że przeszło nią już kilkadziesiąt osób. Zaryzykowałam. W las miałam wejść przy trzecim rozwidleniu. O ile jeszcze pierwsze wyczaiła, to kolejne były bardzo niewidoczne. Podobnie jak przy jedynce polazłam na oko, ale tym razem oko okazało się lepsze i wyszłam na punkt. Jakim cudem? Nie wiem.
Piątka i szóstka poszły bezbłędnie po kresce, ale już przy siódemce zatoczyłam niewielkie kółko zanim trafiłam na lampion. Wcale nie usprawiedliwia mnie to, że od szóstki szłam z zawodnikiem ze starszej męskiej kategorii, który zaproponował swoje towarzystwo, bo co dwie głowy... i jak cielę polazłam za nim nie pod tę skałkę co trzeba. Nie ma to jednak jak pusty las i zero człowieka w zasięgu wzroku. Zdecydowanie wzrasta mi wtedy wydajność z hektara i szybciej znajduje co trzeba. Mój towarzysz opuścił mnie w drodze na ósemkę, bo było pod górę, a nikt normalny nie chodzi w moim tempie - pięć kroków - odpoczynek-pięć kroków-odpoczynek. Ponieważ szłam sama zarówno na ósemkę, jak i na dziewiątkę, znalazłam je bez większych problemów. Odległość dziesiątki od dziewiątki mało nie przyprawiła mnie o zawał, szczególnie kiedy między punktami zauważyłam sporą górę, której nijak nie dawało się sensownie obejść. Ja pitole, ja pitole, ja pitole - żeby wyrazić się parlamentarnie. Cóż było robić?  W lesie zostać na zawsze nie mogłam, trzeba było iść. Nie, nie szłam. Ja lazłam, noga za nogą, powolutku, ale ostatecznie i tak miałam już tyle straty z dwóch pierwszych punktów, że nie robiło mi różnicy. Bolesna wędrówka trwała 17 minut, ale zakończyła się pełnym sukcesem. O sukces akurat w tym przypadku nie było trudno, bo ze wszech stron ciągnęli ludzie na ten i kolejny - ostatni już punkt. Potem tylko dobieg do mety i koniec. To, że Olena była dużo szybsza nie było zaskoczeniem, ale szkoda, że przegrałam z  Dorotą., bo z nią czasami udaje mi się wygrać (jak choćby dzień wcześniej). Trudno. Sama sobie na to zapracowałam. Na mecie czekał (ponad pół godziny) Tomek i jak razem przyszliśmy, tak razem wróciliśmy do bazy zawodów. A potem na pocieszenie kupiliśmy sobie fajne buty do biegania. Więc może w sumie opłacało mi się zarżnąć ten etap?
 
Taaakie buty!

W każdym razie przed kolejnym etapem muszę pomyśleć czy nie potrzebuję jakiś fajnych koszulek i spodenek:-))

środa, 13 lipca 2022

Wawel Cup - Etap 1, czyli jak się zakręcić dookoła zamku.

Nadszedł pierwszy dzień zawodów. Ponieważ start miał być dopiero po południu, więc rano postanowiliśmy zrobić sobie rozgrzewkę w Skałkach Rzędkowickich. Pogoda była taka na dwoje babka wróżyła - albo popada, albo nie, ale postanowiliśmy zaryzykować.Oczywiście było trochę słońca, trochę deszczu, a skałki jak za każdym razem zachwycające. Zresztą zobaczcie sami:

Skały Rzędkowickie

Skały Rzędkowickie

Skały Rzędkowickie - Okiennik

Etap pierwszy rozgrywany był na Zamku Olsztyn (z przyległościami oczywiście) więc już sam początek zapowiadał się niezwykle emocjonująco. 
 
 Baza zawodów pod zamkiem i najważniejsze - niebieskie budki:-)
 
Dla większości kategorii przewidziano start masowy, ale my załapaliśmy się na interwałowy - ja w 51 minucie, Tomek w 116. Ponieważ dojście na start było stosunkowo krótkie - marne 400 metrów, więc Tomek miał czas odprowadzić mnie, wrócić do bazy, ponudzić się i pójść ponownie na start.
 
W drodze na start.

Na liście startowej było nas raptem 7 sztuk w mojej kategorii, z czego jedna zapisała się tylko na ostatni etap, Brigitte w ogóle nie dotarła na zawody, a przesympatyczna Olena z Ukrainy okazała się najgroźniejszą rywalką.
Startowałam jako trzecia - przede mną Becia i Dorota.

Dla pewności można sprawdzić minutę startową.

 
I w drogę.
 
Pierwsze trzy punkty okazały się łatwe, szczególnie, że po startach masowych były już wydeptane inostrady i wystarczyło tylko wstrzelić się we właściwą. Punkt czwarty był za wielką dziurą, która trzeba było obejść albo z prawej, albo z lewej. W pierwszym odruchu oczywiście chciałam drzeć na azymut, ale jak zobaczyłam wysokość skarpy, to od razu mi przeszło. Planowałam więc obejść dziurę od wschodu, wstrzelić się w ścieżkę i wygodnie dojść nią prawie pod czwórkę. Tak się jednak jakoś złożyło, że ze ścieżką się nie spotkałam. Postanowiłam więc iść po poziomnicy, bo jak powszechnie wiadomo, one są świetnie widoczne na ziemi i doprowadzają gdzie trzeba. Mnie doprowadziły do piątki, co nie było żadnym zaskoczeniem, bo taki był mój chytry plan - najpierw piątka, potem czwórka. Między piątką, a czwórka były już wydeptane inostrady i to w takich ilościach, że w każdą stronę szłam inną.

Co się działo między trójką, a szóstką.

Z kolejnymi punktami nie było większych problemów, a z dziewiątki na dziesiątkę to nawet dawało się dolecieć ścieżką. Prawdziwa zabawa zaczynała się od jedenastki, czyli na wzgórzu zamkowym. Skał, skałek, skałeczek było ci tu pod dostatkiem, a na otwartej przestrzeni widać było zawodników biegających we wszystkich kierunkach. Pierwszym wyzwaniem było przedostanie się za ogrodzenie okalające zamek. Kto sobie wcześniej poszedł pozwiedzać, ten wiedział, gdzie jest wejście, ale nam się nie chciało. Na szczęście wypatrzyłam na mapie wejście i to na ścieżce, którą biegłam od dziesiątki. Ufff.... Teraz pozostało jeszcze wybrać właściwą skałkę i znaleźć lampion. Patrząc bacznie na mapę, na wydeptane podłoże i na innych zawodników znalazłam. Gdzieś tam w międzyczasie koło mnie znalazła się Dorota i na kolejne dwa punkty biegłyśmy razem. Ale wiecie - takie razem, ale osobno, no bo w końcu - umówmy się - konkurencja. Trzynastka była w jaskini, choć ja mam bardziej wspomnienie piwniczki, ale ja czasem widzę rzeczy, których nie ma, więc nie będę się upierać. Oczywiście nie doczytałam na mapie o tej jaskini i gdybym nie pobiegła za tłumem, to pewnie długo bym tej trzynastki nie znalazła, szczególnie wyglądając skałki. Tak mnie ta jaskinia wzruszyła, że jeszcze przez chwilę nie mogłam dojść do siebie, ale co gorsza - nie mogłam także dojść do czternastki! Jakoś mi się pokićkały ścieżki, murki i kierunki świata i odchyliło mnie tak ze 45 stopni z azymutu. Nawet jakieś tam lampiony znalazłam na skałkach, ale niestety kody nie te. Przez chwilę tak się trochę głupio kręciłam biegając to tu, to tam, zamiast stanąć, rozejrzeć się, umiejscowić, czy nawet wrócić do poprzedniego punktu. Słusznie mówią, że lepiej mądrze stać niż głupio biegać. Z opresji wyratował mnie dopiero Grzesiek, który pokazał mi mniej więcej kierunek, a tam już trafiłam za ludźmi.
 
Trudny przypadek czternastki.

Pitoliłam się z tą czternastką tak długo, że przy piętnastce dogoniła mnie Olena, która startowała 8 minut po mnie. Razem pobiegłyśmy na szesnastkę, a potem każda kombinowała jak najmniej boleśnie przedrzeć się na drugą stronę wzgórza. Ja oczywiście zaczęłam mozolną wędrówkę pod górę po prostej, Olena też, tylko rozsądniej - ścieżką, ale w pewnym momencie zawróciła i przebiegając koło mnie zawołała, że najlepiej dołem. Do biegania w dół zamiast w górę to mnie nie trzeba długo namawiać, więc od razu odwróciłam się i pobiegłam za nią. Nawet nie dociekałam, czy to ma sens, starałam się tylko nie zostać za bardzo w tyle. Biegłyśmy wzdłuż ogrodzenia, które wydawało się nie mieć końca. Niby pamiętałam, że ten koniec gdzieś tam jest, bo przecież wbiegłam jakoś do środka, ale Olena chyba zwątpiła w niego i przelazła przez ogrodzenie górą. Nie byłam pewna, czy takie ogrodzenie wolno nam przekraczać, poza tym było nowiutkie i nie miałam sumienia go nawet pobrudzić, a co dopiero zdeptać, więc biegłam dalej. Śmiesznie to wyglądało - ja po jednej stronie płotu, Olena po drugiej, a i tak biegłyśmy do tej samej drogi. 
 
Neverending płot:-) A gęsto rozsiane mróweczki, to zawodnicy.
 
Ponieważ siedemnastka była ostatnim punktem, więc każdy biegł do niej i już na drodze nie było potrzeby zawracania sobie głowy mapą. Jeszcze tylko szybki finisz i meta. A na mecie niespodzianka -  drugie miejsce, za Oleną. Byłam pewna, że Dorota mnie wyprzedziła, ale nie. Na metę wpadłam tak ledwo żywa, że sczytywałam się na klęczkach, bo nie miałam siły wstać. No, ale w końcu trzeba mieć szacunek do uprawianej dyscypliny.

Wawel Cup - zaczynamy od treningu.

Na Wawel Cup czekamy cały rok i jest to zawsze główny punkt programu naszego urlopu. Na Jurę, do Rzędkowic, przyjechaliśmy już w poniedziałek i od razu po zakwaterowaniu się pojechaliśmy na Pustynię Siedlecką. Do tej pory nawet o niej nie słyszeliśmy, więc byliśmy ciekawi czym różni się od Błędowskiej. No, różni się głębokością zapadania się w piasek. Od razu zrozumieliśmy, że piątkowy Desert Dessert nie będzie łatwy.
 
Na Pustyni Siedleckiej.
 
We wtorek od rana czekaliśmy na Model Event i co chwilę sprawdzaliśmy pogodę, bo akurat na czas biegania zapowiadano deszcz. Dobrze, że chociaż ciepło było, a nie jak na Model Evencie Spring Cup. Trening odbywał się na Zamku Ostrężnik, co to tego zamku wcale nie ma, zresztą i tak nie biegaliśmy w miejscu, gdzie hipotetycznie kiedyś był. 
 
Jak dojść na start?
 
Start.
 
Pierwszy punkt od razu z grubej rury na szczycie. Za grosz nie miał sumienia autor tego treningu, nic, a nic! Podejście dość konkretne, więc szłam sobie powoli, szczególnie, że bardziej zależało mi na trafieniu niż wyprzedzeniu kogokolwiek. Po chwili dogonił mnie Tomek i poleciał dalej. 
 
W drodze na szczyt.

Na punkt trafiłam bezproblemowo i równie dobrze szło aż do piątki. Za dużo tych skał było przy piętce i zanim wynalazłam tę konkretną dobrze się nabiegałam dookoła. Ale nie żałuję, bo skałki piękne, to sobie przynajmniej obejrzałam je z każdej strony.

Poszukiwania piątki.

Kolejna skucha nastąpiła przy siódemce. Lampion stał w wąskiej, malowniczej szczelinie i po podbiciu wyszłam z drugiej strony, żeby skręcić na wschód. Okazało się, ze roślinność skutecznie uniemożliwia ten manewr, wycofałam się wiec rakiem i spróbowałam od drugiej (czy raczej pierwszej) strony. Tu z kolei miałam do ominięcia jedną skałkę, drugą i tak szłam, że nawet trzecią. W sumie dobrze mi się szło po poziomnicy, a że trochę naokoło? Na ósemkę weszłam po drugiej próbie, bo coś mi się za daleko poszło.

Do ósemki trochę naokoło.

Dziewiątka pokrywała się z jedynką, a przy dziesiątce czekał Tomek i widziałam go już z daleka, z góry.
 
Jak najszybciej na metę?
 
Od dziesiątki praktycznie goniłam Tomka, który gnał do mety, żeby nakrecić mój powrót. Dałam mu fory, żeby zdążył, bo filmik musi być przecież.
 
Jest i meta.
 
Wnioski z treningu? Jeszcze trochę pamiętam jak się nawiguje wśród skałek, więc nawet jak się trochę zgubię, to raczej ogarnę gdzie jestem, za to kondycyjnie - klapa. Ale cóż - tak krawiec kraje, jak mu materii staje. Jakoś to będzie.

czwartek, 7 lipca 2022

Nocny Marek, czyli pierwsza w życiu dyszka.

Zanim opowiem jak jest na Wawel Cup, który właśnie trwa, muszę się pochwalić swoją pierwszą dyszką. Niby już biegłam piętnaście kilometrów na Biegu Chomiczówki, ale dziesięciu jakoś się nie złożyło. Tomek wymyślił, że zapiszemy się na Nocnego Marka, bo blisko (w sąsiedniej miejscowości), o nietypowej porze dnia i wielu znajomych też się wybierało, więc co mamy być gorsi.
Pogoda od kilku dni była tragiczna, czyli upał, upał i upał. Niby bieg miał się zacząć dopiero o 21-szej, ale temperatura wciąż była bliska 30 stopni. Jeszcze przed samym startem próbowałam zmienić dystans na piątkę, ale już nie dało rady. Trudno. Stwierdziłam, że najwyżej doczłapię na metę po limicie, albo zwiozą mnie z trasy.
 
Podpięłam się pod Zabiegany Wołomin:-) (Fot. Sylwia Kajdas)
 
 W ostatniej chwili zorientowaliśmy się, że start wcale nie jest w miejscu gdzie czekaliśmy, tylko kawałek trzeba podejść. Jakoś organizator zapomniał o tym poinformować wcześniej. Zdążyliśmy. 
 
Na starcie.
 
Ruszyłam niezbyt szybko, ale tak, żeby mieć główną grupę w zasięgu wzroku. Po kilometrze musiałam już dobrze wytężać wzrok, ale za sobą wciąż słyszałam tupanie. Po dwóch kilometrach w tempie szybszym niż zakładałam, ze zdziwieniem zauważyłam, że wciąż żyję i nawet mam się całkiem dobrze. Przede mną było jeszcze osiem kilometrów, więc jeszcze nie szalałam ze szczęścia. 
Po czwartym kilometrze, w parku, był wodopój. Z przyjemnością przełknęłam kilka łyków, resztę rozlewając na siebie dla ochłody. Przy wodopoju dogoniłam kilka osób, które dłużej niż ja delektowały się życiodajnym płynem tracąc cenne minuty.
Im dalszy kilometr, tym więcej osób mnie wyprzedzało i nawet dziwiłam się skąd ich się tyle wzięło za mną. Wciąż jednak nie byłam ostatnia, a przed sobą zawsze widziałam czyjeś plecy. 
Gdzieś po siódmym kilometrze usłyszałam sygnał karetki.
- Ale jak to? Już po mnie? Przecież jeszcze biegnę!
Karetka minęła mnie i pojechała dalej. Po chwili zobaczyłam ją stojącą  na poboczu, a na ulicy ktoś leżał. Podbiegłam bliżej i zauważyłam znajomą koszulkę, a po chwili usłyszałam znajomy głos. Jak nic - Emi! Ponieważ byli z nią ratownicy, a ona całkiem żywotnie z nimi rozmawiała, nie zatrzymywałam się, tylko biegłam dalej swoje. Wiedziałam, że nie ma wyjścia - muszę dobiec na metę, skoro Emi zarekwirowała karetkę:-) Faktycznie - dałam radę, a nawet zadziwił mnie mój czas. Spodziewałam się dotrzeć jakoś równo z limitem, a tu do limitu zostało jeszcze ponad 20 minut. A, jeszcze wyprzedziłam coś koło dziesięciu osób. Jak nic można odtrąbić sukces:-))) No dobra, szału może nie ma, ale dałam radę.
 
 Już na mecie.
 
Po biegu zostaliśmy jeszcze na dekorację zwycięzców i losowanie nagród. Zakończenie odbyło się ze wszystkimi możliwymi wpadkami ze strony organizatorów, komary pogryzły mnie okrutnie, ale przynajmniej Tomek wylosował torebkę nagród, wśród których dla mnie hitem został probiotyk. 
Jak nic trzeba zaliczyć kiedyś kolejną dyszkę, żeby poprawić wynik i móc chwalić się nowym rekordem:-)

niedziela, 3 lipca 2022

Szybki Mózg w zaułkach Pragi

Nie wyrabiam. Normalnie nie wyrabiam na zakrętach, jest za gorąco nawet na pisanie, a do tego zaczął się sezon na przetwory.
"Spieszę" donieść, że dawno, dawno temu, we środę odbył się kolejny - trzeci etap Szybkiego Mózgu i oczywiście  partycypowaliśmy. Fajnie, że mieliśmy blisko, po naszej stronie Wisły, na Pradze Północ.
 
Do bazy zawodów musieliśmy kawałek podejść, bo nie było gdzie zaparkować.
 
Przed startem właściwym można było jeszcze wziąć udział w mikro BnO po terenie Ogniska "Praga" i nie omieszkaliśmy skorzystać. Mogło by się wydawać, że jeśli wszystkie punkty są w zasięgu wzroku, to będzie łatwiej, ale okazało się, że wcale nie.

Start mikro BnO.

Przed startem wypatrzyłam sobie dwa pierwsze punkty i wydawało mi się, że ho,ho jak ja to pobiegnę. Z pierwszym nie miałam oczywiście problemów, ale przy drugim już się zawahałam czy to ten, bo wokół były też inne lampiony.

Malowniczy PK 1
 
Przy kolejnych punktach asystowała mi jakaś dziewczynka, która albo mówiła mi gdzie mam dalej biec, albo czekała gdzie pobiegnę i leciała za mną. Trochę mi z tym było dziwnie, ale nic nie mówiłam. Co jej będę psuć zabawę.
Tomek z kolei to tak się rozpędził, że ominął jeden punkt, a potem pobiegł trasę drugi raz. Normalne oszustwo! Nie gadam z nim!
Potem poszliśmy na start etapu właściwego. Tradycyjnie ja ruszyłam pierwsza, żeby Tomek mógł się wykazać reżyserskimi zdolnościami. Pobrałam mapę, podbiłam start i ruszyłam...

Tak z minuta po starcie.
 
Za linią startu jakoś mnie zamurowało i nie byłam w stanie zrobić ani kroku dalej. Nic, ale to nic mi się na mapie nie zgadzało z otoczeniem. Jak podpowiedział mi już w domu, po powrocie, Tomek - trójkącik startowy nie był jednakowoż w miejscu odbijania startu, tylko kawałek dalej, a ja po prostu nie zbliżyłam się nawet do niego. W sumie więc nie dziwne, że ciut się nie zgadzało. Stałam tak i stałam, w końcu zrobiło mi się głupio i postanowiłam pójść gdziekolwiek

Idę gdziekolwiek, a moje miejsce zajął kolejny uczestnik:-)
 
Kiedy już zeszłam z oczu obserwatorów, wzięłam się w garść i w końcu wykoncypowałam przybliżony kierunek natarcia, a jednocześnie obserwowałam, czy ktoś jeszcze biegnie w tę samą stronę. Biegli, więc uznałam, że jest OK, co po chwili potwierdził wiszący lampion. Ufff... Pierwsze koty za płoty.
Ciąg dalszy był już łatwiejszy, bo nigdzie nie zgubiłam się na amen, ale warianty wiele razy miałam mało optymalne. W plątaninie zaułków ciężko było wybrać najszybsze przejście, bo na tyle rzeczy na mapie trzeba było zwracać uwagę, że w końcu wolałam często lecieć naokoło, ale z pewnością, że nie zatrzyma mnie jakaś ściana, czy zamknięta brama. Specjalną atrakcją były spotkania z rdzenną ludnością, która to ludność bądź rzucała w moją stronę groźby karalne, bądź koniecznie chciała pomóc, nawet wbrew mojej woli.
W końcu udało się zaliczyć całą trasę, a na dobiegu do mety jeszcze ścigałam się z Anią, dopingowana przez Tomka. W sumie jeszcze bym kiedyś pobiegała na Pradze, bo to było bardzo ciekawe doświadczenie.

Ostatnia prosta.

I meta!
 
Przebieg trochę chwilami dziwny, bo GPS gubił się w mieście.